No i jest, niektóre z Was, którym trułam tyłek, wiedząc, jak ciężko mi się pisało.

Stąd dedykacje

Oczywiście, dla Dory, jak cały ten fick, ale skoro już wyróżniamy... I za zbetowanie.

Dla missMHO, bo FrostIronki muszą się trzymać razem!

I dla Hiniuial, z okazji mianowania drugą betą :*

XXX

Książę Asgardu siedział przy oknie, od niechcenia, a także zupełnie bezwiednie, przesuwając smukłymi palcami po wargach. I gdyby ktokolwiek zapytał, czemu? Nie umiałby odpowiedzieć. Właściwie, dopiero wtedy zauważyłby ową czynność. Wynikała z podświadomości, tej części umysłu, której panem nie był.
Zresztą, tutaj, w przeklętym Midgardzie, wcale nie był panem swoich myśli.
Już z większą świadomością, przesunął rękę niżej, w zamyśleniu pocierając żuchwę.
Jak długo jeszcze będzie musiał tu siedzieć? Jak w więzieniu, albo na wygnaniu.
Nie, lepiej. Jedno i drugie. Bo tkwi w tej krainie, którą darzy szczerą nienawiścią, bez możliwości opuszczenia jej czy nawet tego domu.
Naprawdę, wolał się nie zastanawiać się nad powodami swej ogromnej, a wciąż rosnącej, nienawiści do Ziemi. Prawdopodobnie dlatego, że była to zazdrość. A do tego, że zazdrości Thorowi czegokolwiek, nie przyzna się za całe skarby Walhalli.
Jego miłość do starszego brata startowała w zawodach na najbardziej chore uczucie świata. I prowadziła.
Spośród tysięcy wypowiedzianych przez niego kłamstw, to jedno było najszczerszą prawdą. Kochał Thora, i nie ważne, jak bardzo chciał przekonać siebie samego, że nie. Był jego bratem, zawsze faworyzowanym, zawsze wyróżnianym, którego zawsze chciał prześcignąć. I nawet, kiedy próbował go zabić, gdzieś w głębi siebie, najpierw się upewniał, że nie da rady. Bo chciał tylko sprawdzić, czy byłby w stanie, a to wszystko po to, by przekonać wyżej nie sprecyzowanych wszystkich, że jest mu równy, jak nie lepszy. I cóż, technicznie rzecz biorąc, dałby radę, sęk w tym, że nie był w stanie.
I jakby się nie starał, było wiele rzeczy, których nie był w stanie zrobić swojemu narwanemu bratu. Na przykład, nie mógł mu odmówić pozostania w Midgardzie „jakiś czas", bo tak bardzo stęsknił się za ukochaną.
I chociaż Lokiego aż skręcało, widząc ślepe szczęście w oczach brata, nie mógł mu odmówić.
Ale w głębi duszy poprzysiągł sobie, że kiedyś się odegra, że kiedyś...
Kogo on oszukuje.
Błędne koło, mógł próbować go zabić, usiłować podbić ziemie tylko dlatego, że była jego bratu najbliższa sercu. Ale nigdy nie mógłby go skrzywdzić.

Tak naprawdę.
I tylko ta mała jego część, od zawsze szukająca aprobaty w oczach Thora, potrafiła się przyznać, jak bardzo bóg kłamstwa jest zazdrosny.
Zorientował się, że przegryza wargę dopiero, gdy w ustach poczuł metaliczny posmak krwi. Odruchowo otarł usta wierzchem dłoni.
Nienawidził nie być panem swoich myśli.
I nie ważne, jak bardzo zwalałby winę na Midgard, to przecież musiałby być idiotą, by wierzyć w tak słabe kłamstwo.
Zwrócił pośpiesznie swoje myśli na inny tor. W tej chwili postanowił, po raz trzeci w ciągu ostatnich dwóch godzin, zezłościć się na Thora i Jane, którzy wyszli. Nie widział gdzie i na jak długo, nie pytał, bo jeszcze by pomyśleli, że go to obchodzi. A on usychał z nudów, sam, w domu pośrodku niczego.
Czuł się jak kretyn, w midgardzkich ciuchach, siedząc w oknie i tępo wpatrując się w jedno wielkie nic. Latarnia uliczna na zewnątrz wysiadła.
A do tego, miał wino. Czyli wszystko, czego trzeba, by zacząć myśleć o tym, o czym się nie powinno.
Zamknął oczy zrezygnowany, po raz kolejny przygryzając zmaltretowaną wargę, gdy poczuł, że myśli nie mają zamiaru słuchać go ani sekundy dłużej. Po prostu samopas skierowały się w stronę, od której praktycznie się nie odwracały.

Chyba, że je naprawdę zmuszał.

A po tej stronie stał, chociaż bardzo niepewnie, Anthony Stark.
W przeciwieństwie do miliardera, jego reakcja po przebudzeniu tego ranka, po pamiętnej imprezie, była wręcz stoicka.

Może dlatego, że jego nikt nie nakrył w łóżku z innym facetem. I nikt nie robił mu o to awantury. W ogóle, nikt niczego nie zauważył. Loki sam wstał, poprawił, mocno wygniecione męskimi dłońmi, ubranie, po czym zgarnął brata i szwagierkę śpiących na kanapie, i wrócił do domu, razem z nimi. Zachowując przez cały czas idealną ciszę i spokój.
A kiedy upewnił się, że zamknęli się w sypialni i go nie słyszą, poszedł do łazienki i się wyrzygał.
Tak bardzo musiała mu zaszkodzić ta cholerna sałatka. Ale nie tylko to.

Tak bardzo, tak bardzo sobą gardził.
Nie chodziło o Tonyego. W ogóle, nie chodziło o zajście samo w sobie. Chodziło o słabość.
Loki czuł się słaby, tam, wtedy, przy nim...
A było to drugie na świecie uczucie, którego nienawidził najbardziej. Zaraz po cholernej, braterskiej miłości do Thora.
Pamiętał wszystko. Każdy gest, każdy szczegół, każde drżenie ciała dotykanego jego dłońmi.
Tam, w tamtym pokoju, czuł się słaby.
I jeszcze mu to nie przeszkadzało!

To jest, wówczas.

Cholerny, palący gardło, midgardzki napitek.
Tam, wtedy, nie było absolutnie niczego, do czego nie mógłby go skłonić tamten mężczyzna...
Po namyśle, Loki do listy rzeczy, których nienawidzi w Midgarcie najbardziej, dorzucił rosyjską wódkę.
Teraz tylko musi odsiedzieć tu swoje, jako skazaniec, aż libido Thora nie pozwoli im wrócić.
I już nic nigdy go nie zmusi, by tu wracać.
I już nigdy nie będzie zachowywał się tak nie dorzecznie.
Już nigdy nie spotka cholernego Starka.
O, dzwonek. Nareszcie, jaśnie państwo wrócili...

XXX

Żeby nie to, że Bruce osobiście go tu przywiózł, po czym zupełnie dosłownie wywalił z auta i na pełnym gazie uciekł, w życiu by się na to nie zdecydował. Banner miał szczęście, że nie miał przy sobie stroju Iron Mana... Bo zrobiłoby się źle, a już na pewno dla miejscowej architektury krajobrazu.

Ach tak, na odchodnym rzucił mu jeszcze komórkę i powiedział, żeby zadzwonił, jak będzie chciał wracać. Ale jak Tony zadzwonił zaraz potem, telefon Brucea złożył mu ofertę nie do odrzucenia. Zostaw wiadomość po sygnale.

Rzesz cholera jasna. Co za bagno. Co za absurd.

Tu niczego nie było. Tylko tych kilka, niemal identycznych, parterowych domów. W tym ten jeden, przed którym stała popsuta latarnia uliczna, który całkiem dosłownie go odstraszał, a do którego musiał wejść.

A tak właściwie, dlaczego musiał?

W jakimś stopniu, chciał. Bo to była chyba jedyna szansa, by dowiedzieć się prawdy.

Z drugiej strony, był całkiem trzeźwy i nie sądził, aby był w tym stanie spojrzeć tamtemu w oczy.

A zresztą, ciemno w środku jest, pewnie nikogo nie ma...

A nie, jakiś ruch przy oknie.

Może to tylko Jane? Tamci już pewnie wrócili... W ogóle, co to za pomysł, żeby nachodzić ludzi po nocy... Ale jak już tu jest, zadzwoni, a potem poczeka aż cholerny doktorek włączy komórkę i z czystym sumieniem wróci do domu.

No, może znowu nie takim czystym.

Ale nie będzie, że nie próbował.

Zadzwonił, poczekał jakieś pięć sekund i gdy cały zadowolony z siebie, miał się odwrócić i odejść od drzwi, usłyszał szczęk otwieranego zamka.

Cholera. Co on teraz ma powiedzieć Jane?

Problem rozwiązał się sam, bo to nie ona powitała go w progu domu.

Jedyne na co mógł się zdobyć, to zamknąć oczy z zażenowania.

Cholera.

Zapadła bardzo niezręczna cisza, podczas której Tony planował morderstwo Bannera, A Loki Starka.

- Co tu robisz? - Odezwał się ten bardziej opanowany. A raczej, ten lepszy w udawaniu. Był bliski znienawidzenia midgardzkiego wina.

- Musimy porozmawiać – Niższemu mężczyźnie przypomniało się, że jest przecież absolutnie genialnym playboyem i, do cholery, nie wypada mu zachowywać się jak rozgotowany makaron. Sprawnie, bardzo uważając, by nie dotknąć boga, bez pozwolenia wszedł do środka – Dlaczego tu jest tak ciemno? – Zagaił, siląc się na obojętność. A potem popełnił błąd, jeden z licznych w ostatnich dniach. Odwrócił się i spojrzał na Lokiego.

To nie była „Bajkalska", on naprawdę był w niewyjaśniony sposób pociągający...

I to jak jasna cholera.

I ostatnia linia obrony padła.

Bóg zmarszczył czoło zdziwiony, wciąż nie odzywając się ani słowem.

- Możesz zapalić światło – powiedział w końcu, gdy już był pewien, że jest w stanie mówić w równym stopniu obojętnie, co Stark. A w środku aż się gotował. Szkoda, że to parter, nawet jak go wyrzuci przez okno, nic się nie stanie – Napijesz się czegoś? - Zapytał, podchodząc do kuchennego blatu, na którym stało kilka bardziej lub mniej oryginalnie zakorkowanych butelek. Miliarder nie ruszył się z miejsca, wszystkie siły rzucił na przywołanie na twarz możliwie beztroskiego i naturalnego uśmiechu.

- Role się odwróciły, co? - Na litość czegokolwiek, czemu szepce?

Loki nie odpowiedział, po prostu wyciągnął z jakiejś szafki dwie szklanki i wypełnił je zawartością butelki, wybranej na zasadzie wszystko jedno co. Stark powoli zbliżył się do zaimprowizowanego baru, nie spuszczając oczu z pełnych niewymuszonej gracji ruchów dłoni boga. Tak jakby znowu czuł te cudowne palce na swojej skórze...

Tak, alkohol to zdecydowanie dobry pomysł.

Będzie znowu na co zrzucić winę.

- O czym chciałeś porozmawiać, Stark? - Odezwał się w końcu Loki, gdy szklanki zostały opróżnione. I cholera, może i był świetnym kłamcą, ale... nie aż tak. Dobrze wiedział, o co chodzi. I miał dokładnie taką samą ochotę o tym gadać, co Tony. Ale mimo to, chciał zmusić mężczyznę, by to on zaczął. By to on powiedział to nagłos.

Właśnie w ten sposób bóg udowadniał samemu sobie, że nie jest słaby.

W ten, i nie patrząc Starkowi w oczy.

- Na tej dzikiej imprezie... - Nie wiedział. No nie wiedział, gdzie podziać oczy, które same co rusz kierowały się na szczupłą, bladą dłoń – Przepraszam, możesz przestać tak robić?

- Co? - Zapytał Loki, szczerze zdziwiony. Miliarder bez słowa wskazał na blade palce, zdając się bez wiedzy i udziału boga, stukające delikatnie o blat. Asgardczyk uśmiechnął się, jak uznał Stark, dość paskudnie, do tego z niejasnym poczuciem triumfu. Palce znieruchomiały, Loki poczuł, że ma kontrole nad sytuacją – Uspokoję cię – Zaczął, łaskawie darując Tonemu wyłożenie, po co tu przyszedł. Przecież dobrze wiedział. - Nie doszło do niczego – A mówił to tak spokojnie, że Starka aż zatkało. Jak to „niczego"?

- Ale... przecież... my – Brawo, co za składnia! Bóg zaczął powoli jeździć czubkiem palca po pustej szklance. Tony był bliski uderzenia go w dłoń.

- Całowaliśmy się – Coś w tym było, w tym denerwująco spokojnym głosie. Coś, co sprawiło, że starej, playboyskiej wydze, włoski na karku stanęły dęba – Nic poza tym – Teraz Loki podniósł wzrok znad kieliszka i spojrzał mu prosto w oczy. W tym spojrzeniu było wyzwanie. Jeśli pokaże po sobie odrobinę więcej emocji, niż on, przegra. Odchrząknął więc i sięgnął po butelkę, polewając sobie i jemu.

- I całe szczęście. Nie obraź się, to nic osobistego ale... - Już miał na końcu języka ciętą ripostę, gdy Loki przerwał mu bezpardonowo.

- Podobało ci się to – Znów, spokojny głos, przekonany o swej nieomylności. I delikatnie rozwarte usta.

Cholera.

Co oni ostatnio dają do tych alkoholi?

Bóg roześmiał się krótko.

- Powinieneś wiedzieć swoją minę – Asgardczyk jednym haustem opróżnił swoją szklankę, świdrując Tonyego spojrzeniem – Dalej, zaprzecz.

- Nie powinieneś tyle pić – Jak zwykle, próbował iść w jakiś sarkazm, ironie, skończyło się na skrzywionej minie.

- Ty też nie – Tony czuł, że traci grunt pod stopami. Ten osobnik cholernie mącił mu w głowie. Cóż, najlepszą obroną jest atak.

- Zdaje mi się, że nie bardzo się broniłeś – Bóg spuścił głowę, przez chwilę przygryzając wargę. Iron Man poczuł, jak wysuwa się na prowadzenie.

- A mi się zdawało, że spotykasz się ze swoją asystentką. Jak jej tam było? Potts? - Co mógł na to odpowiedzieć? Po prostu się powtórzył.

- Nie odepchnąłeś mnie.

- Ale ty to zacząłeś.

- Co za różnica? - Zapadła długa cisza, podczas której każdy z nich podziwiał kafelki w kuchni Jane.

XXX

Chciał tego. Trzeźwy, czy nie trzeźwy, to nie miało żadnego znaczenia. Zawsze robił to, co chciał. I brał to, co chciał.

Teraz chciał tylko jednego.

To pragnienie przyszło wraz z chwilą, gdy ten spity idiota osunął się w objęcia snu, i nie opuściło go ani na chwilę, z czego zdał sobie sprawę, gdy wyżej wspomniany idiota, stanął w drzwiach.

A teraz siedział naprzeciwko niego, nawet nie zdając sobie sprawy, jak dziwne uczucie w lędźwiach wywołuje jego obecność. Musiał zająć czymś dłonie, by powstrzymać przemożną chęć dotknięcia Starka.

A on, tak całkowicie nieświadomy, kazał mu przestać.

I siedzą sobie teraz, pogrywając w jakąś idiotyczną grę.

Cholera, Stark, daj się sprowokować i zrób to, po co naprawdę tu przyszedłeś!

Ty mnie pocałowałeś, ja cię nie odepchnąłem. Wina leży po obu stronach, co za różnica.

Ale podobało ci się to. I to cię boli najbardziej, cholerny playboyu.

Przyznaj się. Po prostu się przyznaj.

Ale nie. Przecież jaśnie Anthony Stark w życiu nie przyzna się do porażki.

Nagle w Lokim zapłonął gniew.

Porażki?

Oh, on mu dopiero da zasmakować porażki...

Tony dalej kontemplował kwiatowy wzorek u jego stóp, gdy bóg z wyraźnie malującą się na jego twarzy determinacją, tak, to najlepiej pasujące tu słowo, powoli obszedł blat i stanął przed nim.

Tak blisko, że czuł zapach bardzo drogiej wody kolońskiej. Nie rozpraszanie się w tej sytuacji balansowało na granicy niemożliwości. Pozbawiony innej możliwości, mężczyzna spojrzał mu w oczy. Loki czuł, jak jego oddech staje się ciężki.

I nic nie mógł na to poradzić.

- Przyznaj się – Zniżył głos do szeptu, opierając się jedną ręką o blat. Miliarder zdawał się być nie poruszony, po prostu sięgnął po drinka, nie spuszczając wzroku. Ale jego oczy pociemniały.

Cholera, to się robiło coraz bardziej podniecające.

- Do czego? - Głupcze, wiem, że jesteś genialny. Przestań grać idiotę.

Nie powiedział tego na głos. Zamiast tego, pochylił się nisko nad nim. Czarne włosy załaskotały Starka w szyję i nie zdołał powstrzymać ciężkiego westchnienia. Loki uśmiechnął się, czując, jak szala zwycięstwa przechyla się na jego stronę. Jego ciepły oddech owiał szyję miliardera.

- Dalej chcesz się zapierać? Wciąż twierdzisz, że ci się to nie podoba? - Mówiąc to bóg przesunął palcami po szorstkim od zarostu policzku mężczyzny.

XXX

Tony bardzo chciał wiedzieć, jakim cudem znowu znalazł się w takiej sytuacji.

Sytuacji kompletnie bez wyjścia, w której w zawrotnym tempie tracił kontrolę nad sobą.

Nie było sensu dalej zrzucać winy na alkohol.

Był wciąż trzeźwy, chociaż szumiało mu w głowie.

Nie dało się jednak ukryć, że jest to spowodowane bliskością Lokiego.

Przyszedł tu dowiedzieć się prawdy. Po nic więcej.

To wszystko, co się wtedy wydarzyło, nawet, jeśli nie było tego tak wiele, było błędem.

W dodatku zranił jedyną bliską mu osobę.

W imię czego to powtarza?

XXX

To nie miało znaczenia.

Nie była ważna ani gra, ani wygrany.

W sumie, był gotów zgodzić się na remis.

Bo to on przysunął swoje usta tak blisko, że ich oddechy mieszały się ze sobą.

Ale to Stark chwycił go za kark i przyciągnął, pokonując ostatnie milimetry.

Przyparł go ciałem do baru.

On chwycił dłonią jego włosy.

Mocno.

Do Lokiego należał pierwszy jęk, ale to też on niepostrzeżenie wsunął dłoń pod koszulkę Tonyego.

Tak, można by powiedzieć, że rozgrywka zakończyła się remisem.

Gdyby boga znowu nie ogarnęło dominujące uczucie słabości.

I znów nie miał nic przeciwko temu.

Może dlatego, że Stark poddawał się jego pieszczotom równie ochoczo?