John przychodził do laboratorium odrobinę wcześniej niż oni. Pewnie to miało coś wspólnego z faktem, że jego zajęcia odbywały się w innym budynku, a Rodney miał do przejścia całe podwórze. Dopóki była wiosna to nawet było częściowo przyjemne, ale kiedy nadchodziły jesienne słoty czy nie daj Boże zima, przeklinał Elizabeth, że zgodziła się na przeniesienie ich tam. Co prawda sam o to wnioskował, chcąc być jak najdalej od idiotów z pozostałych klas, ale nie sądził, że kobieta na to przystanie.
Tutaj jednak mieli więcej miejsca, a i biblioteka była bliżej.
Sheppard najwyraźniej zakończył już swoje obliczenia, bo zaczął budować prototyp z plastikowych części, które znalazł nie wiadomo gdzie. Nie był geniuszem, ale Rodney musiał mu przyznać, że chłopak potrafił skombinować wszystko z rur PCV i sznurka. Za żadne jednak skarby nie przyznałby się, że w głowie nazywa go MacGyverem, Sheppard i tak zauważył, że Rodney traktuje go lepiej niż pozostałych, a to mogłoby zostać zrozumiane źle. Bardzo źle. A Rodney miał już dość tego, że wytykano go palcami. Nigdy nie wstydził się swojej seksualności, ale w tym wojskowym piekle, gdzie rządził testosteron nie chciał, aby i Sheppard go oceniał. Radzili sobie tak świetnie! Po wcześniejszym falstarcie doszli do punktu, w którym John przychodził od niego wieczorem na partyjkę szachów i zostawał do późna. I gdyby nie fakt, że Sheppard był Sheppardem – Rodney nazwałby go swoim przyjacielem.
John również podjadał jego czekoladki, ale to szło w niepamięć, bo pamiętał o tym, aby przynosić mu kawę. Zelenka nigdy tego dla niego nie robił.
Elizabeth weszła do ich laboratorium i przystanęła zaskoczona, zapewne na widok Johna skręcającego plastikowe rurki. Rodney zamierzał specjalnie dla niego zamówić metalowe elementy – potrzebowali nowej dostawy po tym jak zużyli wszystko na budowaniu tunelu. Weir zrobiła kilka niepewnych kroków w stronę miejsca, gdzie powinno stać jej biurko i spojrzała na niego podejrzliwie.
- Nie bądź dziecinny, Rodney. Gdzie są moje rzeczy? – spytała Elizabeth i jej ton świadczył o tym, że wcale nie uważa tego za świetny żart.
- Cholera – wymsknęło się Sheppardowi.
Weir rzuciła mu pełne dezaprobaty spojrzenie. John wyprostował się tak bardzo, jakby to jego dowódca dawał mu naganę i Rodneya by to rozbawiło, gdyby nie fakt, że naprawdę mieli problem.
- Potrzebowaliśmy twojego biurka – przyznał ostrożnie.
- Do? – spytała kobieta, nie przyjmując tak krótkich wyjaśnień.
- No cóż… - zaczął, drapiąc się po szczęce.
- Roodneyy – warknęła Elizabeth.
Miał ochotę spytać ją czy to już ten dzień w miesiącu, ale poprzednie cztery razy, gdy coś podobnego mu się wymknęło nie skończyły się dla niego dobrze. A lubił swoje cotygodniowe przepustki. Co prawda nigdy z nich nie korzystał, ale przynajmniej nie czuł się faktycznie zamknięty.
- Potrzebowaliśmy pani biurka, doktor Weir, jako stanowiska pracy. Całkiem odrębnego – wyjaśnił Sheppard, stając tuż koło niego.
Zelenka zmaterializował się po jego prawej.
- Zbudowaliśmy tunel aerodynamiczny – powiedział John z rozbrajającym uśmiechem. – Nie jest pani z nas dumna? – spytał tak niewinnie, że Rodney prawie dał się zwieść.
Twarz Elizabeth stężała, a potem pojawił się na niej lekki wyraz niedowierzania.
- Tunel aerodynamiczny? – spytała powoli i zerknęła w stronę płyt metalu, które przedzielały pomieszczenie.
John wzruszył ramionami.
- Nie mówiłaś, że nie możemy –przypomniał jej Rodney.
Spojrzała na niego jakoś dziwnie, a potem westchnęła.
- Powinnam była się tego spodziewać, prawda? – spytała Elizabeth, pocierając twarz. – John, spodziewałam się chociaż po tobie rozsądku – dodała.
I Rodney miał ochotę powiedzieć jej, że to właśnie był pomysł Shepparda. Jednak chłopak uśmiechał się do niej chłopięco, chyba stosując na nią jedną z tych swoich sztuczek. Z jego wyglądem Rodney też by ich próbował. Tym bardziej, że spojrzenie Elizabeth łagodniało z każdą sekundą.
- Nie widziałam tego. I chcę moje biurko z powrotem do następnego tygodnia - rzuciła, wychodząc z laboratorium.
Rodney zastanawiał się, kiedy Weir zorientuje się, że włączenie tego tunelu spowoduje spore zniszczenia za budynkiem i hałas, którego nie byli w stanie wygłuszyć. Zelenka zamówił tydzień wcześniej słuchawki dla ich całej trójki oraz zapasowe w razie, gdyby Miko wpadała wcześniej. Azjatka była naprawdę pomocna, gdy wyjaśnili jej co dokładnie robią.

John nie wyszedł do miasteczka i w kolejnym tygodniu. Rodney zaczął się nawet zastanawiać czy matka jest jedyną, z którą Sheppard utrzymywał kontakt poza nim i Zelenką. To się wydało nagle dość żałosne, bo to oznaczało, że byli faktycznie trzema przegrańcami, a nie lubił tak o sobie myśleć. Pojęcia nie miał dlaczego John z najpopularniejszego dzieciaka w szkole spadł nagle na dno, ale Bates szybko wyjaśnił całą sytuację podchodząc do nich pewnego dnia i wylewając na Johna – niby przypadkiem talerz z zupą. Rodney oczywiście zaczął ścierać – dzięki Bogu! – letni płyn, ale Sheppard złapał go za nadgarstek zanim Rodney zdążył go dotknąć. I może tak było lepiej, bo jego ręka zmierzała do plam, czyli w okolice krocza Shepparda. A to było poważnym naruszeniem norm społecznych nawet wśród przyjaciół. Zelenka pewnie wolałby, aby krab odgryzł mu jaja niż gdyby Rodney miał go ratować. Chociaż nigdy nie było z tym Czechem wiadomo. Może szanował swoje jądra równie mocno co Rodney i pozwalałby się po nich dotykać, gdyby to miało pomóc.
I naprawdę nie miał pojęcia jak w jego umyśle 'jądra' oraz 'Zelenka' pojawiły się w jednym zdaniu, ale pilnie chciał się zobaczyć z pedagog szkolną. Chyba właśnie doznawał załamania nerwowego. I był tak pochłonięty swoimi myślami, że prawie przegapił jak Bates syknął;
- Wracaj do swojego chłoptasia, Sheppard!
John zbladł, a kilka osób zachichotało. Właściwie gapili się na nich wszyscy i Rodney pojęcia nie miał co zrobić. Zelenka podniósł się ze swojego miejsca i stali jak ostatni idioci. Aż w końcu John ruszył ze spuszczoną głową w stronę wyjścia. Bates uśmiechnął się z wyraźną satysfakcją i Rodney nagle po prostu wiedział, że dupek wie o wszystkim. Bates zawsze wiedział w co uderzyć i pewnie wiedział też, że Rodney ma w nosie amerykańskie stereotypy męskości. Wolał chłopców, a raczej mężczyzn. Na pewno nie głąbów pokroju Batesa. I od początku wiedział, że zamknięcie go w wojskowej szkole było poronionym pomysłem. Jeśli w normalnych placówkach poziom homofobii był wysoki – tutaj osiągali szczyty.
Miał ochotę powiedzieć Batesowi, że atakowanie Shepparda za to, że się w ogóle do niego odzywa jest szczytem idiotyzmu, ale Zelena popchnął go w stronę drzwi. I faktycznie powinni zobaczyć co z Johnem tylko, że Rodney czuł się dziwnie. Shepparda upokorzono przez niego. Bates wiedział o jego orientacji i uderzył w tego z ich grupy, który przejął się najbardziej. I to była wina Rodneya, a jednocześnie wcale nie. Przecież nie był winnym tego kim był. I to było popieprzone, ale z każdym krokiem czuł się mniej pewnie.
Jeśli John nie wiedział o jego orientacji, to teraz miał już pewność. A jeśli wiedział i co gorsza bronił go – wszystko obróciło się przeciwko niemu, a Rodney nie zdążył zrobić nic. Co zresztą zrobiłby? Nigdy nie był dobry w reagowanie na podobne rzeczy. Jeszcze w Kanadzie bardziej uciekał przed dupkami pokroju Batesa niż stawiał im opór. A czuł, że dla Johna powinien, bo Sheppard był ważny. Był jego przyjacielem i teraz mógł stracić wszystko to co razem zbudowali. Wszystkiego wieczory z Doctorem Who oraz szachami mogły się skończyć.
Zelenka otworzył drzwi pierwszej kabinki, ale Johna nie było w środku. Kolejne również uchyliły się bez problemu i pozostały ostatnie. I Rodney wiedział, że znajdą tam Johna upapranego w chłodnej zupie, bo zamiast jeść przegadywali w jaki sposób zamontować silnik na prototypie Shepparda. I kiedy kabinka się otworzy, stanął z sobą twarzą w twarz a Rodney nie miał pojęcia czy jest gotowy.
Istniało milion procent szans, że Sheppard powie mu, że się nim brzydzi. Albo że ich przyjaźń jest skończona, co w zasadzie rozumiało się samo przez się. Rodney pojęcia nie miał co byłoby gorsze, gdyby usłyszał najpierw. Nie chciał się też tłumaczyć, bo gdyby John spytał czy słowa Batesa były prawdą – Rodney nie skłamałby. Był gejem i nie wstydził się tego. To go nie określało – to całe amerykańskie przeświadczenie o męskości. Zamierzał współpracować z homofobicznym wojskiem i pokazać im, że fakt, że wolał mężczyzn wcale nic nie znaczył. Dalej był cholernym geniuszem i dalej cholernie go potrzebowali.
Zelenka podniósł dłoń, aby sięgnąć do kolejnej klamki i Rodney odwrócił się na pięcie.
- Muszę wracać do laboratorium. Zapomniałem o symulacji – skłamał gładko, wiedząc jednocześnie, że John na pewno usłyszał w jego głosie kłamstwo.
Sheppard jakimś cudem zawsze wiedział i dlatego nigdy nie grali w pokera. Lubił swoją kolekcję DVD oraz komiksów, a celem Johna byłyby właśnie one. Sheppard się do tego nie przyznawał, ale możliwe, że był większym nerdem od Rodneya. A jednocześnie był naprawdę miły i społecznie dostosowany. I stanowił nadzieję dla Rodneya na to, że i jego kiedyś będą lubili ludzie, gdy wyrośnie z tej fazy.
- Rod… - zaczął Zelenka, ale on był już na korytarzu, słysząc śmiechy dobiegające ze stołówki.
Oczywiście mógł zgłosić incydent do Elizabeth i Bates byłby ukarany, ale czuł, że Sheppard byłby wściekły. Prawdziwi mężczyźni takie rzeczy załatwiali sami. Zresztą cała szkoła obróciłaby się przeciwko nim. Nikt nie lubił donosicieli.
Nie wiedział nawet na dobrą sprawę czy John będzie chciał z nim rozmawiać, a dzisiejszego wieczoru znowu mieli oglądać Doctora. Zelenka obiecał skombinować popcorn i może miało to coś wspólnego z faktem, że cały tydzień z nudów próbował upiec laserem prażoną kukurydzę. Ich części jeszcze nie przysłano, a Radek nienawidził historii amerykańskiej. Mówił, że jest tam tak wiele przekłamań, że nie może tego słuchać. I może miał rację. Rodney nie wiedział zbyt wiele o Europie.

Zelenka pojawił się przed jego drzwiami sam, co momentalnie wyprowadziło go z równowagi. Wychylił się nawet na korytarz, żeby sprawdzić czy John nie ukrywał się gdzieś dalej. Jednak to nie był głupi żart i Shepparda faktycznie nie było. Nie wiedział co o tym myśleć. Zelenka nie wyglądał na bardzo zaniepokojonego. Takiego w normie zdenerwowanego tak jak wtedy, gdy ich laser przebił się przez ścianę i sądzili, że zaraz nastąpi wybuch, bo przeciążyli system.
Sheppard wtedy wyciągnął wtyczkę, bo był facetem od prostych rozwiązań. Śmiali się z tego do tej pory, bo Rodney w czasie, gdy John szukał kabla, zastanawiał się nad przekierowaniem i anihilowaniem wiązki. Był nawet w połowie obliczeń. Tworzyli zgrany zespół i chociaż nie mieli dobrego startu – sądził, że się w końcu dotarli. Sheppard nie pozwalał mu sobą pomiatać, ale za to Rodney mógł mówić przy nim do woli, że jest geniuszem. John tylko od czasu do czasu dodawał, że ich IQ jest prawie równej wielkości.
- Nie ma Shepparda? – spytał Rodney, chociaż rzadko pozwalał sobie na stwierdzanie oczywistości.
Radek westchnął.
- Powiedział, że zostawił niedokończone symulacje w laboratorium – odparł Zelenka.
- Przecież on nie przeprowadza symulacji! – obruszył się Rodney.
- Ty dzisiejszego dnia też żadnej nie robiłeś – przypomniał mu Radek i spojrzał na niego z wyraźną dezaprobatą.
- Więc to jest jakaś zemsta? Odpłaca mi się w ten sposób? – spytał Rodney, starając się zezłościć.
Kiedy wściekła się na ludzi, mniej bolało, gdy odchodzili. Jednak nie potrafił się zezłościć na Shepparda, co irytowało go tym mocniej. To w końcu nie była wina Johna. Nic nie było winą Johna. Może gdyby powiedział Sheppardowi, że jest gejem ten by się z nim nie zaprzyjaźniał, a potem nadal byłby tym popularnym. Mgliście przypominał sobie ich rozmowę z pierwszego wspólnego wieczorku filmowego, gdy John powiedział mu, że teraz też nie ma wyboru. I to przez Rodneya ludzie go już nie akceptowali. Sheppard mógł nawet nie wybrać przyjaźni z nim. Po prostu walnięty Kanadyjczyk i Czech z problemami z komunikacją mu pozostali w tej cholernej szkole. Co było całkiem nie fair, bo John był wspaniałym człowiekiem.
- Porozmawiaj z nim jutro – westchnął Radek. – Wiesz, był dość zdenerwowany. Myślałem, że zacznie płakać… Znaczy może nie płakać, ale miał czerwone policzki, gdy otworzył drzwi. Chyba musiał się po prostu uspokoić. Nie jest przyzwyczajony do tego, żeby ktoś się tak do niego odnosił.
- To oczywiste – odparł Rodney bez wahania. – Jest tym lubianym.
Zelenka przewrócił oczami.
- Nie, raczej nie. Powiedziałbym raczej, że nie, kompletnie nie – stwierdził Radek i to pewnie w jego języku miało sens.
Jaki? Rodney nie był pewien. Dostateczna jednak liczba 'nie' w zdaniu powiedziała mu jak poważna była to sytuacja. Nie wiedział jednak jak powinien przepraszać. I czy John znowu przyjmie jego przeprosiny. Ostatnim razem Sheppard przekonał się do niego tylko dlatego, że zaczęli rozmawiać o jego projekcie. Teraz jednak John kończył i nie potrzebował jego pomocy. Jego samolot mógł wzlecieć w powietrze, a części były zamówione. Rodney nie miał nic, co Johna zainteresowałoby czy ucieszyło.
I nagła myśl – jedno zdanie, które Sheppard rzucił mimochodem, gdy żartowali o tym jego odwróconym kole Ferrisa, zakotwiczyła się w jego mózgu.
- Czy John nie mówił, że lubi wszystko, co porusza się szybciej niż dwieście mil na godzinę? – spytał.
Zelenka uniósł brew, zdezorientowany.
- Jak to ma coś wspólnego z… - zaczął Czech, ale urwał i machną ręką. – Porozmawiaj z nim, Rodney – powiedział tylko włączając kolejny odcinek Doctora.