- Jak to się stało?
Nasza czwórka (czyli ja, Chase, Dojo i Xiao) stała ze spuszczonymi głowami przed Dashim. Co prawda nikt nie wiedział, po co tam stał Xiao. On chyba też szybko doszedł do takiego wniosku, więc pospiesznie się wycofał. Chociaż to jego wina, nie nasza.
- Dojo, miałeś ich przypilnować!
Chwilowo odetchnęliśmy z ulgą. Wtedy smok krzyknął:
- Przekupili mnie ciasteczkami!
- Co? – zawołaliśmy równocześnie. Po chwili Chase dodał – Sam poszedłeś coś zjeść!
- DOJO! – ryknął Dashi.
- AAA! Przepraszam! Już nie będę!
- A ty? Jak jej pilnowałeś? – Dashi przeniósł swój gniew na Chase'a.
Podczas gdy Mistrz wyładowywał się na kimś innym, postanowiłam ukradkiem zwiać. Nie zdążyłam przejść nawet dwóch kroków.
- A ty, po co się wyrywałaś?
Zamarłam w połowie ruchu i powoli się odwróciłam. To był najstraszniejszy widok w moim życiu. Nigdy więcej nie chciałam zobaczyć wściekłego Dashiego.
- AAAA! Przepraszam! – krzyknęłam i skuliłam się na ziemi tuż przed nim. Chase parsknął ze śmiechu, ale natychmiast uspokoił się spojrzeniem Dashiego.
- Proponuję małą czterdziestokilometrową przebieżkę w ramach odkupienia win. – powiedział Guan, patrząc się na nas z politowaniem.
- Dobry żart. – stwierdziłam ze śmiechem, po czym spojrzałam na mnichów. – TO NIE BYŁ ŻART?
- Myślę, że jak rozdzielisz to sobie na parę dni, to dasz radę tyle przebiec – stwierdził spokojnie Dashi z uśmiechem.
- Powiedzcie mi, że to nie jest prawdaaaaa – zaczęłam mówić, jednocześnie waląc głową o podłogę i zgorzkniale się śmiać.
- Wezmę ten dystans na siebie!
Wszyscy spojrzeli na Xiao. Zupełnie zapomniałam, że tu jest! Po chwili dziwnego patrzenia się na Chińczyka Guan westchnął.
- Ja zapytam. Kim jesteś?
- Xiao Yang, do usług. – odpowiedział i skłonił się. – Właściwie to odpowiadam za całą zaistniałą sytuację.
- To znaczy za pociachanie mi rąk? – mruknęłam.
- Więc mówisz, że to twoja wina. – powiedział Dashi. Spojrzałam na niego. Niezbyt przyjemny widok.
- Ja… tak… przepraszam, przepraszam, przepraszam – zaczął powtarzać. Z każdym słowem robił krok do tyłu, a w pewnym momencie ruszył do przodu i gdzieś pobiegł. Za nim poleciał Dashi z morderczym wzrokiem.
Chase, Dojo i ja odetchnęliśmy. Egzekucja odroczona! Zaczęliśmy się cicho śmiać, ale wtedy swoje kazanie rozpoczął Guan.
- Dwa kroki w tył i biegiem! – wyszeptał Chase. Kiedy odwróciłam się w jego stronę, już go tam nie było. Spojrzałam jeszcze na zdezorientowanego Guana i głośno się śmiejąc pomknęłam za Chase'm. Dzieliła nas spora odległość. Chociaż biegłam jak najszybciej mogłam w ogóle się do niego nie zbliżałam, wręcz przeciwnie. Na dodatek szybko zabrakło mi powietrza w płucach. Kucnęłam i zaczęłam szybko oddychać. Oczywiście musiałam zrobić sobie przerwę w poznanych wczoraj bagnach. Przeklinając swój pech próbowałam z tego wyjść.
- Myślałem, że żartowali – usłyszałam rozbawiony głos. Westchnęłam tylko i wyciągnęłam ręce, żeby Chase mógł mnie uratować. Co prawda trochę się pobrudził, ale nie narzekał. W końcu nadal byłam kaleką!
- Słyszysz? Dashi i ten gość są niedaleko – stwierdził szeptem. – Padnij! – ostrzegł i pociągnął mnie do przodu. Wylądowaliśmy na ziemi. Wokół rosła wysoka trawa, więc z daleka pozostawaliśmy niewidoczny. Było jedno ale.
Chase.
Chase był.
Chase był za blisko.
Chase był zdecydowanie za blisko.
Nie żebym narzekała. Miło tak przytulić się do kogoś czy coś w tym stylu… ale nie na leżąco w jakiejś trawie!
Cała czerwona chciałam się podnieść, jednak Chase przyciągnął mnie mocniej do siebie. W efekcie prawie nie mogłam oddychać. Nieco rozluźniłam ciało. Głowę delikatnie oparłam na jego barku. Czułam niesamowite ciepło bijące od chłopaka. Odetchnęłam możliwe jak najciszej. Mój oddech wylądował gdzieś w okolice szyi Chase'a. Całkiem ładnej szyi. Podniosłam głowię i znowu ją położyłam, tym razem na jego miękkich włosach. Były takie długie… Zawsze o takich marzyłam, ale matka mi je ścinała. Mówiła, że są szkaradne. Nie wiem czemu. Na pewno nie wyglądały tak jak Chase'a. Delikatnie przejechałam dłonią po jego włosach, chociaż mało czułam przez zakrwawione szaty Xiao. Włosy przypominały mi drogi czarny jedwab. Matka miała jedno takie kimono, kurotomesode, sprowadzane ze stolicy. Nie pozwalała mi nawet na nie patrzeć. Wtuliłam się w chłopaka zapominając na chwilę o wszystkim. Zjechałam głową trochę niżej i ostatecznie wróciłam na bark.
- Co robisz? – usłyszałam lekko podenerwowany głos Chase'a. To przywołało mnie do rozsądku. Szybko się podniosłam (w końcu już mogłam) i spuściłam głowę.
- Przepraszam, przepraszam, przepraszam – zaczęłam powtarzać ze skruchą. Co ja sobie wyobrażałam?
- Nie masz za co –odpowiedział nieco zażenowany. – Dobra z ciebie dziewczyna, Miyo.
- Miyo? – mruknęłam do siebie. Pierwszy raz ktoś mnie tak mnie nazwał i zrobiło mi się jakoś tak… miło…
- Chodź, pokażę ci jedno miejsce – zaproponował. Zdążył już wstać, a teraz wyciągał rękę ku mnie. Złapałam ją i podźwignęłam się przy jego pomocy.
- Ale ciężka jesteś – stwierdził zaczepnie figlarsko się uśmiechając.
- Nieprawda! – zaprzeczyłam. – Ty za to wyglądasz zniewieściale. – odgryzłam się i pokazałam mu język.
- Zazdrościsz mi – odparł Chase.
- Chyba śnisz – odpowiedziałam.
- Za to ty… Nie wierzę, że dałem się tak łatwo sprowokować – westchnął.
- Pierwszy i na pewno nieostatni. Dlatego byłam mało lubiana – stwierdziłam wzruszając ramionami.
- Myślę, że właśnie to czyni cię ciekawszą osobą –powiedział i pociągnął mnie, żebym się pospieszyła.
Wkrótce Chase zaprowadził nas nad rzekę. Było tam naprawdę pięknie. Przysiąwszy na dużym bazaltowym kamieniu obserwowałam niesamowity krajobraz. Tuż przede mną płynęła jasnoniebieska rzeka. Woda była tak przejrzysta, że dało się widzieć dno usypane z jasnych kamyków.
Podniosłam głowę nieco wyżej. Dolina, w której siedzieliśmy rozciągała się aż po prawie horyzont. Zza pagórków można było zauważyć ośnieżone szczyty gór.
- Tam planuję zbudować mały most. – powiedział Chase wskazując na prawo. – Z drewna. Usunę tamte drzewa, bo tylko przeszkadzają. Potem…
Uważnie słuchałam jego zamiarów. To było ciekawe. Z takim zapałem opowiadał!
- Już skończyłem – poinformował mnie, kiedy patrzyłam się na niego rozdziawdziając buzię. Zamknęłam usta.
- Pomogę ci.
- Wolałbym nie.
- Czemu? – spytałam wyraźnie zawiedziona. Spojrzałam się na niego próbując wywołać łzy.
- Bo wszystko zni… - przerwał. – Będziesz mogła popatrzeć.
- Oczywiście! – odpowiedziałam zadowolona.
Resztę popołudnia spędziliśmy siedząc nad strumykiem. Oczywiście nie obyło się bez moich prób wpadnięcia do niego. Chase zawsze łapał mnie tuż nad wodą. Pech chciał, że raz ścisnął mocno za dłonie, a wtedy rany znowu zaczęły krwawić. Jejku. Chyba nigdy los nie przestanie mnie prześladować.
