June otworzyła oczy. Znowu leżała na łóżku, w tym samym małym pokoju. Tym razem okno było zamknięte. Zapadał wieczór, na małym stoliku paliła się już lampka. Przy nim, tyłem do June siedział mężczyzna którego widziała wcześniej, rozpoznała jego długie włosy. W ciszy było słychać tylko szuranie pióra po papierze i coś gotującego się na piecyku w kuchni. June zastygła czekając nie wiedzieć na co. Bała się poruszyć.
Mężczyzna szurnął butami po podłodze, wyprostował się i przeciągnął wydając urwane zmęczone westchnienie. Leniwo przekrzywił głowę w stronę drzwi. June poczuła lekkie ukłucie w piersi kiedy mimowolnie znalazła się w kąciku jego pola widzenia. Drgnął i odwrócił się, przestawiając nieco krzesło którego oparcie mu przeszkadzało.
- Nareszcie - uśmiechnął się – Witaj.
June miała na twarzy maskę. Nie powinna była się ruszać. W ogóle mógłby nie zauważyć że się obudziła. Niestety mimowolnie drgneła kiedy się odwracał.
- Jak się czujesz? – dalej się uśmiechał. Lekko, jakby był bardzo zmęczony. Oczy June pod maską były szeroko otwarte a oddech mimowolnie wyciszony i zwolniony.
Miał niebieskie oczy. Bardzo głęboko niebieskie, inaczej nie zwróciłaby na kolor uwagi. Musiał mieć z dwadzieścia pięć lat, chociaż wyraz zmęczenia na jego twarzy powodował że wydawał się starszy.
Milczenie przeciągało się. On wodził wzrokiem z góry na dół jej twarzy.
- Jak widzisz wsadziłem cię z powrotem. Nie powinnaś jeszcze wychodzić z łóżka. Już niedługo, ale jeszcze trochę poczekaj.
Znów się uśmiechnął ale June nadal milczała.
- No. – wstał - Nie wiem jak ty, ale ja jestem głodny. W kuchni grzeje się fasolka po bretońsku, zaraz miałem wyłączać. Przyjdź i powiedz ile chcesz. – wyszedł przez otwarte jak zwykle drzwi.
- A jak nie przyjdziesz – dobiegło z kuchni – to ci nałożę pełną męską porcję.
Podniosła się na łóżku ale nie wstała. Otuliła się pościelą jakby chcąc się zasłonić i odgrodzić. Rzeczywiście, pachniało fasolką. Lubiła fasolkę i chętnie by trochę zjadła. Jest miły. Jak by się dostać do domu? Na razie nic się nie dzieje, ale lepiej byłoby być teraz u siebie. June ściskała nerwowo poszewkę poduszki. Potem zaczęła miąć między palcami fałdki prześcieradła. Zbroja leżała tam gdzie wcześniej, bicz też. Gdyby chciał jej zrobić krzywdę chyba już by nie żyła, prawda? Jak tu się stąd wydostać?
Wyplątała się z kołdry i spuściła nogi z boku łóżka. Cisza przedłużała się. W końcu nieznajomy wszedł do pokoju niosąc dwie miski. June poznała ten rytm kroków.
- Żartowałem z tą fasolką. – zaczął. Zauważył, że znów gwałtownie się poruszyła. Odwrócił wzrok od niej na stół. Położył na nim jedzenie – Przecież dopiero się obudziłaś. Po czterech dniach. Na razie zaczniesz od owsianki.
Urwał kiedy wzrokiem napotkał kartki, na których wcześniej pisał. Spoważniał całkiem. Zabrał kartki, złożył kilka razy i schował do kieszeni spodni. Podniósł znów wzrok na June, uśmiech na chwilę wrócił. Przysunął sobie taboret, usiadł na nim i zaczął jeść. Nie uśmiechał się nigdy szeroko, jakby uśmiech nie dochodził do jego oczu. Zatrzymywał się gdzieś po drodze i gubił. Tak jak głos, jakiś cichy, też znikał jakby powietrze było dla niego za gęste i nigdy nie mógł się za daleko przebić.
- Nie bój się – powiedział prawie obojętnie patrząc już tylko w talerz – zjedz coś żebym wiedział, że nie umrzesz z głodu a potem cię odprowadzę do domu.
Nie patrzył już na nią. Poza tym myśl o powrocie ośmieliła June. Poruszyła się na łóżku, pierwszy ruch jest zawsze najtrudniejszy, żeby się wybić z przeciągającego się wiecznie bezruchu. Jak już się ruszyła to już wstała, powoli podeszła do stołu i usiadła.
Nieznajomy naprzeciwko niej nie patrzył, tylko jadł fasolkę z chlebem. Ten zduszony głos nie pasował do jego postawnej budowy. „Z pewnością jest Rycerzem" – pomyślała. Nigdzie nie widziała zbroi.
Nastąpiła chwila ciszy, ale June patrzyła w swoją miskę i mimowolnie ślinka zebrała jej się w ustach na perspektywę czegoś do jedzenia, choćby to była owsianka. Wzieła łyżkę i zamieszała, przebijając górną warstwę, lekko zastygłą. Spod spodu wydobyła się przyjemnie pachnąca para i przebiło kilka niebieskich wzorków namalowanych na dnie miski. Chciała zaraz zacząć jeść. Zapomniała jednak, że nie jest u siebie. I nie w stołówce dziewczęcego obozu treningowego. Żeby zjeść musiała przecież zdjąć maskę.
Ponieważ June odłożyła łyżkę z powrotem nieznajomy znów podniósł lekko wzrok. Popatrzył na łyżkę a potem na jej twarz. Po chwili nagle się domyślił.
- O, no tak. Przepraszam. Nie pomyślałem że przecież ty nie możesz tak jeść – uśmiechnął się trochę pogodniej, tym razem kąciki oczu prawie podniosły się w górę – Przeniosę się do tamtego pokoju.
Wstał.
- Daj mi znać kiedy skończysz. Postawię za ten czas wodę, pewnie chcesz się umyć.
Wziął miskę i wyszedł zamykając za sobą drzwi. June było głupio że nic nie mówi.
Kiedy zdjeła maskę, poczuła od razu że miała ją na sobie za długo. Pomimo, że od wewnątrz są zabezpieczone miękką skórką, June nie lubiła masek za bardzo. Wygniotła się w niej. Nieznajomy miał rację, June strasznie się ucieszyła na perspektywę kąpieli. Po dotyku poczuła że ma brudną twarz. Przesuneła ręką po czole. Oderwała kilka płatków zakrzepłej krwi i jeden z boku nosa. Miała piasek na policzku, maska była brudna od środka. Musiała spaść w którymś momencie. Tylko kto ją widział bez maski? Miała nadzieję że nikt. Ale postanowiła nie zastanawiać się zbyt długo i zaczeła jeść owsiankę z całym rozmachem. Najpierw zajeła się ostygłą warstwą z góry, pomieszaną nieco z cieplejszą ze środka. Potem zgarniała łyżką z krawędzi miseczki, odsłaniając na chwilę niebieskie geometryczne wzorki z dna. Zerkała co chwilę w kierunku drzwi jak wtedy kiedy w toalecie nie ma zamka. Wiesz, że nikogo nie ma w łazience, ale i tak trzymasz rękę na klamce w gotowości bo wydaje się że zaraz ktoś wejdzie.
Kiedy skończyła jeść założyła maskę z powrotem i dotknęła skroni. Głowa nie bolała ją już, tylko lekko, pod naciskiem. Bok miał się zadziwiająco dobrze, a cięcie na ramieniu prawie znikneło. Nie wiedziała czy mu wierzyć. Tylko cztery dni tu leżała? Logicznie powinna co najmniej tydzień. Nawet u rycerzy tak szybko nie leczą się rany. Chyba, że przekazem energii kosmicznej.
Wstała i mogła swobodnie iść. Jeśli się uda to zdąży dojść do domu przed nocą. Złapała metalową klamkę w kształcie biszkopta. Rycerz siedział przy stole w większym pokoju i czytał jeszcze raz kartki, które wcześniej zapisał. Na widok June znów schował je do kieszeni i powiedział:
- Woda jest już gotowa.
Znów cisza.
– Proszę. – podał jej ręcznik. Znów cichym głosem – Mydło i szampon zostawiłem w łazience.
- Dziękuję – powiedziała June bardzo ochryple jak to się dzieje kiedy tak długo nic się nie mówi.
- Prosz.
Poszedł od razu w kierunku kuchni.
June wykąpała się i dokładnie umyła włosy. Uważała żeby woda nie była za ciepła, bo wtedy rany mogłyby znowu zacząć krwawić. Nie mogła jednak znieść myśli o tłustych włosach i kurzu na twarzy. Zdjeła bandaże, przy wannie znalazła nowe, obok szamponu i mydła. Mydło było najzwyklejsze, prawie bez zapachu, szaro-brązowe i lekko szorstkie. Dobre, przynajmniej się perfumy nie dostają do rany i można przemyć się bez niepotrzebnego drażnienia. Mydło zawsze trochę szczypie ale substancje zapachowe mogą nieźle rozjątrzyć ranę. Otworzyła szampon. Powąchała odruchowo. Usiadła na krawędzi wanny żeby jeszcze za długo nie pozostawać na stojąco. Niestety znów męski zapach! Po kilku chwilach wachania zdecydowała się wymyć włosy mydłem. Było łagodniejsze a June musiała pamiętać o cięciu na głowie. Wreszcie lustro. Włosy we wszystkie strony, w strąki, kostium poprzecierany, rozcięty na boku i ramieniu. Kiedyś jasnoróżowy, był cały szary od piasku i miejscami czerwony. Nie tylko od jej krwi, jak widać. Nadaje się do wymiany, już nawet zszycie i pranie chemiczne nie pomoże. Trudno, w domu są jeszcze w dwa zapasowe. Może być ten z wieszaka, w głębi po prawej stronie, między sukienkami. Tylko trzeba będzie powąchać czy nie przesiąkł wilgocią od tej ściany co tydzień temu znowu podmokła.
Przynajmniej nikt się nie martwi o ciebie jak mieszkasz sama. Możesz spokojnie wrócić do domu za dwa dni, albo dwa tygodnie i nie trzeba wysyłać wiadomości że cię nie będzie. Nie ma stresu że ktoś się tam zamartwia.
Nie było łatwo umyć włosy mydłem, trochę dziwnie. Ale jak się najpierw spieniło w dłoniach a potem wtarło we włosy to jakoś szło. Pierwsze mycie jest zawsze najtrudniejsze bo się piana nie chce wcale robić, mydło od razu przylepia się do tłuszczu na głowie i nic nie zostaje na pianę. Trochę jeszcze boli i wyraźnie czuć strup, ale nie jest duży. Dobrze się trzyma, raczej nie odpadnie podczas mycia. Zdecydowanie wszystko zagoiło się bardzo szybko. Na wszelki wypadek podczas kąpieli sprawdziła. Nikt jej nie ruszył. Dzięki ci, Ateno.
Wreszcie trzeba wyjść bo pomyśli że tu zasłabłam czy coś.
Ale nie pomyślał. Siedział na kanapie i dalej pisał coś energicznie na swoich kartkach. June wyszła, cała odświeżona i szczęśliwa. Powiesiła ręcznik na oparciu krzesła. Kiedy siadła niedaleko niego na fotelu przemkneło jej przez głowę: „Dobrze, że włosy mi nie pachną męskim szamponem". Wstydziłaby się jakby to umniejszało jej dziewczęcość. To część poczucia godności, żeby być 'kobiecą' nawet kiedy to nie ma nic do rzeczy.
- Dziękuję.
Odwrócił się w jej stronę, znów składając kartki w rękach na pół i jeszcze raz na pół. Miął je leniwie.
- Nie przejmuj się, to nic takiego. Mam szczęście, bo do domu dochodzi woda z tych samych rur co do Świątyni. Dzięki temu mam ciepłą wodę w mgnieniu oka.
- Nie... dziękuję, że mnie uratowałeś.
Trochę naiwnie to zabrzmiało. Spoważniał po czym znów się uśmiechnął tak dziwnie. Wyglądało jakby się zmuszał do tego.
- To nic takiego. Dobrze, że jesteś cała – i zaraz zmienił temat - Twoja zbroja wymaga nieco naprawy, jeśli chcesz dam ci kontakt do dobrego fachowca. Nie jest Rycerzem, ale świetnie zna się na tej robocie.
June obserwowała ciemnobrązowe linie drewna na stole.
- Co się właściwie ...stało? – zapytała cicho.
- Nic, na szcęście. Poza tym, że dostałaś w głowę. Zakładam, że byłaś już wtedy ranna, prawda? Wojownicy to nie przeciwnik dla Brązowego Rycerza.
June przytakneła.
- Walczyłam z dziewczyną. Też była Brązowym Rycerzem. Została aresztowana przez Złotego Rycerza Byka.
- A ciebie puścił? – chciał coś jeszcze dodać, ale przerwał. June podążała wzrokiem za liniami jasnego i ciemnego drewna – cóż. Dobrze dla ciebie. W ogóle to chyba oni mieli zabijać za bójki, prawda? No ale zdaje się, że gdzie mogą to oszczędzają żołnierza. To znaczy Rycerzy.
Linie doszły do końca blatu i June wróciła wzrokiem do początku.
- W każdym razie wojowników mamy pod dostatkiem – mruknął do siebie ale zamilkł na myśl, że nie musi przecież wspominać co się z tamtymi stało.
June głaskała oparcie fotela. Pokryte skórą jak kanapa. Ten sam odcień. Zauważyła buty Rycerza. Zdecydowanie należały do części jakiegoś dziwnego uzbrojenia. Nie jaskrawe jak zwykle do zbroi, ale ciemnogranatowe. Nie mogła sobie przypomnieć rycerza z taką zbroją. Reszta ubrania nie dostarczała żadnych wskazówek. Koszula i spodnie jak u każdego w cywilu. Dlaczego nosi same buty? Poszedł wzrokiem za jej spojrzeniem na swoje stopy. Nic nie powiedział.
- Muszę iść – odezwał się w końcu - Miałem cię cię odprowadzić do domu ale jeśli chcesz możesz tu spać. Przyjdę znowu rano i możemy od razu iść do tego specjalisty od zbroi. Zna mnie to nie będziesz musiała czekać w kolejce. Teraz po mobilizacji jest dużo roboty.
- Nie, nie, dziękuję. Powinnam iść do domu. – odezwała się. Miał grzywkę i jego twarz była precyzyjnie ogolona, nie widać było ani jednego włoska.
- Jak chcesz – powiedział i wstał – W takim razie obawiam się, że musimy się zbierać. Nie chciałbym żebyś myślała że chcę cię wypędzić, ale obowiązki wzywają. Muszę być gdzieś za godzinę.
- Pracujesz w nocy? – zapytała także wstając. Skinął głową i mruknął coś niejasnego. Poszli do sypialni. Wpuścił ją przodem, mineła stół a on wziął z oparcia krzesła lekką kurtkę. Za lekką jak na teraźniejsze temperatury w nocy. June podniosła części swojej jansoniebieskiej zbroi. Tylko przedni fragment kryjący tułów przetrwał nieruszony. Opaska była całkowicie połamana, brakowało kilku centymetrów obwodu i małej antenki zwykle wystającej ponad głowę. Jeden but był całkowicie popękany, naramienniki nie chciały się zapiąć. Niemożliwe było wracać w zbroi do domu.
- Zostaw ją tutaj, zabiorę ją rano do tego faceta. Powiem żeby zrobił jak najwszybciej się da.
- Dziękuję, rzeczywiście jest zniszczona – powiedziała.
- Przyniosę ci jak tylko będzie gotowa – obiecał. Przeszli przez pokój do przedsionka. Na wieszakach wisiały dwie kurtki, obie czarne. Jedna skórzana, druga sztruksowa. Potem płaszcz, czarny. Nie, płaszcz był ciemno granatowy. Wszystko tak proste, że June dziwiła się bardzo, nie było żadnych zdobień, ubrania różniły się tylko krojem.
- Lepiej się już czujesz?
- Tak, o wiele lepiej.
- Trzymaj, załóż to – zdjął z wieszaka skórzaną kurtkę. Była większa niż sztruksowa, ale na pewno cieplejsza. O tej porze będzie wiatr i temperatura na pewno spadła, jak zawsze w nocy.
- Za duża ale będzie ci cieplej – grzebał w szafie, między wieszakami, gdzie wszystko było czarne i dla June wyglądało zupełnie tak samo. Utoneła w kurtce. Wreszcie wyjął coś ciemnoniebieskiego. Przewrócił płaszcz na drugą stronę i okazało się że jest z wierzchu biały. Także nie miał zdobień, ale akurat tak było ze wszystkimi płaszczami rycerskimi. Niewielu rycerzy niższej rangi nosiło płaszcze, zbyt często je niszczyli lub też nie było ich na nie stać, jak w przypadku June. Miała jeden, lekko za mały, a i tak używała go tylko od czasu do czasu żeby się nie znosił.
Wyszli, na zewnątrz było zupełnie ciemno.
- Chodź tędy – poprowadził – A więc spotkałaś Złotego Rycerza Byka? - ona była chyba jeszcze mniej rozmowna niż on – Skąd wiedziałaś że to on? Jesteś pewna?
- Tak, widziałam go kiedyś. Poza tym poczułam jego energię.
- Wiedziałaś że to jego energia? – zdziwił się. Tylko wyżsi rangą Rycerze rozpoznawali kogoś prywatnie sobie nie znanego. Wątpił w to.
- Nie wiedziałam ale była tak potężna że nie mógłby to być nikt niższy rangą. Zneutralizował mój atak bez żadnego wysiłku, za pomocą jednej ręki. Wyrosła przede mną jakby ściana enrgii. Poza tym ogłuszył tamtą dziewczynę bez użycia rąk tak szybko, że nikt zawet nie zauważył jak się ruszał.
Schodzili po kamiennym wzgórzu dość szybkim krokiem. Ścieżka zwężała się czasem bardzo i cały czas zdecydowanie schodziła stromo w dół.
- Rzeczywiście – przytaknął Rycerz – To musiał być on w takim razie.
- To był on, znam jego twarz. I nie ma tu nikogo o tym wzroście.
- No tak, rzeczywiście, z tym nie można się pomylić – June miała wrażenie że mężczyzna uśmiechnął się w ciemności. – Możesz się złapać mojej ręki jeśli chcesz, tu jest stromo.
- Nie,dziękuję, jest w porządku – potkneła się o coś – Albo może jednak, jeśli nie masz nic przeciwko temu.
- Mówię ci. Przecież nic tu nie widać. Nie martw się, nie gryzę.
Ale nie zdążyła się go złapać. Nagle zamiast spodziewanego podłoża stopa June trafiła w pustkę. Była już przygotowana na przerzucenie wagi do przodu. Dodatkowo głupio zdekoncentrowała ją myśl o trzymaniu go za rękę. Zawsze tak jest. Dziewczyna poleciała wprzód a on szedł pierwszy. June czekała skulona aż uderzy o niego lub o ziemię ale kamienie jakby znikneły spod niej. Złapał ją wpół. Dalej nie czuła nigdzie podłoża. Zawisneli tak w przestrzeni. Ścieżka czasem jak widać skręca gwałtownie. Szarpneło oczywiście kiedy ją złapał. Wrzasneła.
- Cholera! Przepraszam. – odezwał się niespodzieanie głośno. Złapał dokładnie za jej bolący bok. Wreszcie, podniesiony głos do niego pasował. Ale znów dochodził jakby przyduszony.
- Nic ci nie jest? – zapytał po chwili jakoś dziwnie.
- Nie, nie. Tylko wiszę. Nie mogę znaleźć oparcia dla nóg – June sprawdzała dookoła nogami i rękami.
- Bo go nie ma. Wisimy nad takim bardzo stromym urwiskiem. Ale masz wyczucie żeby się akurat tutaj poślizgnąć.
- Co ci jest? Wszystko w porządku? – zapytała June zaalarmowana dziwnym przytłumionym głosem Rycerza.
- Nic mi nie jest, ale mam twoje włosy w ustach – odezwał się i próbował coś zdmuchnąć zprzed twarzy.
- Przepraszam! – powiedziała June, panikując na myśl o urwisku nad którym wiszą.
- Niestety przez te włosy nie wiem czy cię utrzymam. Chyba będę musiał puścić – powiedział poważnie. June serce zamarło.
- Jakto? Poczekaj..
- Wybacz...
Zwolnił uścisk. June poleciała w dół. Nad sobą słyszała tylko jego śmiech.
Po kilku sekundach jednak wylądowała na czymś bardzo miękkim.
- Hej, co to ma znaczyć? – nie mogła jeszcze wyjść z szoku. Nogi i ręce jej się trzęsły kiedy wstawała. Nad sobą, na tle nieba zobaczyła Rycerza w białym płaszczu. Zwisał z niewielkiego drzewa i śmiał się. Zaraz urwał tak jakby zdał sobie sprawę jak nienaturalnie brzmiał ten niegłośny, lekko ochrypły śmiech. Drzewo było zakorzenione w skale.
Za chwilę wylądował na słomie obok niej.
- Wybacz.
- Wiedziałeś, że to nie urwisko! – dalej jej się trochę ręce trzęsły.
- Nie moja wina że się potknełaś. Musiałem się zemścić za te włosy. - June pamiętała że jego włosy też zwisały obok jej twarzy kiedy wisieli tam na górze. Za nie by się nie mściła. Pachniały tymi samymi perfumami.
Bolał ją nieco bok, ale nic poza tym. Przynajmniej nie było już między nimi takiego dystansu.
- Skąd się wzieło to całe siano? – spytała kiedy szli już dalej i widać było ścieżkę jako że miejskie światła już pokazały się w dole.
- To słoma z pól. Po mobilizacji zebrano całe zboże do magazynów i wyrównano teren pod pola treningowe. Słomę wywieziono tutaj.
- Tak po prostu zabrano ludziom pola? - zdziwiła się June - W takim razie gdzie oni będą sadzili następne zboże?
- Nie potrzeba następnego. Bardziej się opłaca sprowadzić.
- To nie w porządku. Wielki Mistrz robi wszystko dla wojny, ale nie mysli o ludziach! Gdzie oni znajdą pracę? Sama wiem, że gdyby nie mój żołd, który i tak jest niski nie udałoby mi się uczciwie zdobyć pieniędzy.
Milczał na chwilę.
- Wielu ludzi dostało podobno ziemię po drugiej stronie miasta. Reszta i tak została zwerbowana do wojska.
- Pracujesz dla Wielkiego Mistrza?
Zatrzymał się i popatrzył na nią uważnie. Potem poszedł dalej.
- Hmm, nie ale chciałbym. Może kiedyś mi się uda zaciągnąć na etat. Na razie myślę o tym co robi i powtarzam to co słyszę od ludzi.
Przez jakiś czas szli w milczeniu. June zaglądała w boczne uliczki. Tak dobrze z kimś iść. Znowu nie szli główną ulicą. W towarzystwie tego wysokiego Rycerza czuła się zupełnie bezpiecznie. On za to odkąd weszli w obręb przedmieścia wydawał się niespokojny. Kilka razy minęli kogoś i za każdym razem jej towarzysz rzucał na przechodzącego uważne spojrzenie, pełne dziwnego napięcia. Postać mijała ich ale skupiona uwaga Rycerza nie opuszczala obcej sylwetki dopóki całkiem nie znikneła w ciemności albo za rogiem. June myślała o tym, że jakaś niewidzialna nić porozumienia zawiązała się pomiędzy nimi.
- Wybacz, że cię zaniosłem do siebie. Pewnie czułaś się tam skrępowana. – nic nie odpowiedziała a on kontynuował wcale nie spodziewając się słów. Widział, że spieszno jej było do domu.
Nie będzie z nikim rozmawiać o tym dziwnym Rycerzu. Czuła, że to byłoby niedyskretne, niewłaściwe. Nie wiedziała czemu.
- Szpital znowu strajkował przeciwko wojnie. – odezwał się znów - Głupcy trzy dni nie przyjmowali nikogo. Kilka osób zmarło czekając. Ale nadchodzi wojna, wojownicy i Rycerze dużo ćwiczą, cały czas jest pełno rannych. Nie mają wroga to wybijają się między sobą.
- To niedorzeczne – powiedziała – Ludzie właśnie teraz najbardziej potrzebują szpitala. Lekarze nie mogą odmówić rekrutacji do wojska. Kto pomoże rannym na wojnie? Szpital powinny prowadzić osoby które chcą pomagać ludziom i nie boją się o własną skórę.
Chwilę milczała.
- Nie mogę uwierzyć, że Wielki Mistrz kazał zabić poprzedniego dyrektora szpitalu!
Jej towarzysz szedł nic nie mówiąc.
Lepiej żeby nie pytać o jego zbroję, ani nie myśleć jak dojść do tego domku wśród skał. Nie umiałaby tam trafić ale też czuła że nie powinna próbować.
Wreszcie staneli przed domem June. Sprawdzili, czy przez te kilka dni ktoś inny nie przywłaszczył sobie tego miejsca. Ludzie tak często gineli, że pusty dom szybko uznawano za wolny. Nikogo szczęśliwym trafem nie trzeba było wyrzucać.
- W porządku. Jesteś u siebie, teraz chyba dasz sobie radę.
- Oczywiście, dziękuję że mnie odprowadziłeś. – przerwała - I dziękuję że uratowałeś mi życie. – Uśmiechnął się. Kąciki oczu bardzo lekko podniosły się do góry. Oddała mu kurtkę.
- Przyjdę ci przynieść zbroję jak będzie gotowa – powiedział odwracając się – Do zobaczenia.
- Poczekaj chwilę... – odwrócił się ale urwała wpół zdania – Powodzenia – powiedziała wreszcie.
- Dziękuję, do zobaczenia.
Nie zapytała jak miał na imię.
Ponieważ Shura miał w tym tygodniu służbę w mieście nie mógł pójść zdać sprawozdania Wielkiemu Mistrzowi. Zupełnie o tym zapomniał i ponieważ wszystkim obiecał, że to zrobi, w drodze do miasta szukał Shaki. Kiedy mijał Dom Skorpiona spotkał Milo ćwiczącego właśnie grę w masywne rzutki co, jak mówił, poprawiało celność jego ataków. Milo powiadomił Shurę, że Rycerz Panny poszedł spotkać się z Mu i na pewno dyskutują w najlepsze w Domu Barana. Mu nie mógł ani na krok ruszyć się z posterunku ponieważ jego dom znajdował się u samego podnóża Świątyni i był pierwszą przeszkodą jaką każdy intruz musiałby pokonać. Zresztą ta praca idealnie pasowała do chorobliwie obowiązkowego Rycerza Barana. Ponieważ Mu nie ruszał się z domu wszyscy Złoci Rycerze często spotykali się u niego. Shura mijał dom Lwa nie widząc nigdzie Aiorii. Ktoś musiał wreszcie zdać pełny raport na temat pojawienia się tej obcej energii. Mineły już dwa dni. Shura próbował dostać się na audiencję ale ponieważ Wielki Mistrz uczestniczył w spotkaniu przedstawicieli krajów sąsiednich nie przyjmował nikogo.
Shura pomyślał, że Shaka i tak jest w stanie powiedzieć więcej o tej sprawie niż on. To przecież Shaka i Mu byli najbardziej wyczuleni na energię kosmiczną.
Doszedł do Domu Barana. Shaka rzeczywiście tam był. Pili razem z Mu indyjską herbatę. Tym razem Death Maska nie było. Rycerz Raka lubił wiedzieć co się dzieje, ale ostatnio stwierdził, że nie ma do tego wszystkiego nerwów i zamknął się u siebie, ćwicząc i medytując. Shura przeszedł przez niewielki plac za Domem Barana i znalazł obu Rycerzy przy stole na werandzie.
- Shura? Nie miałeś być na audiencji u Wielkiego Mistrza? – zapytał Mu.
- Zapomniałem, że mam w tym tygodniu służbę w mieście.
- Rzeczywiście, wszyscy zapomnieliśmy – odezwał się Shaka – Jednak ktoś powinien pójść. Wielki Mistrz będzie oczekiwał raportu.
- Chciałem właśnie ciebie prosić żebyś poszedł, Shaka. I tak wypowiesz się lepiej niż ja.
- W porządku, pójdę zaraz – Shaka wstał. Shura podziękował i oddalił się w kierunku miasta, mijając młodego rudowłosego ucznia Mu.
Shaka przeszedł przez Dom Byka, położony tak blisko Domu Barana, że dzielił je tylko mały sad z niskimi drzewkami owocowymi, które Aldebaran co roku przycinał, a z których owoców w czasie pokoju Marin przyrządzała dżem. Teraz była na misji gdzieś w Japonii. Do diabła z tą Japonią.
Dom Bliźniąt stał pusty jak zawsze, ale pełen dziwnej energii. Wszyscy zastanawiali się co się stało z Rycerzem który go strzegł, ale nikt nie zapuszczał się wgłąb budynku żeby to zbadać. Instynktownie czuli, że jedynie dzięki temu, że mają prawo przejścia ciemne mury nie zawalają im się z hukiem na głowę. Shaka przypuszczał, że Dom Bliźniąt miał pewne właściwości portalu międzywymiarowego. Cienie otaczające zawsze jego ściany były tak gęste, że aż mury wydawały się niematerialne, gotowe zamknąć się wokół każdego kto zanadto się zbliży. Wszsycy przechodzili przez ten Dom prosto, nie zbaczając ani na krok.
Shaka szybko wspiął się po schodach prowadzących do Domu Raka. Ze środka dobiegał głos Death Maska praktykującego swoją medytację. Wymawiał swoje myśli podczas treningu. Shaka szanował tą technikę. Wiedział jak Włochowi trudno o skupienie a w ten sposób przynajmniej dobrze mu się myślało. Shaka przeszedł przez Dom Raka nie zatrzymując się. Death Mask jasno wyraził się, że chce być zostawiony w spokoju.
Przed Shaką wyrósła siedziba Rycerza Lwa. Shaka zawsze lubił Aiorię za jego odwagę i poczucie sprawiedliwości. Złoty Rycerz Lwa nie przymykał oczu na czyjeś nieszczęście i nie znosił niesprawiedliwości. Przy tym, co rzadkie nie był fanatykiem tak zwanego 'dobra'. Był po prostu naprawdę dobrym człowiekiem. Wiecznie ścigany przez wspomnienia starszego brata, Rycerza Strzelca Aiorosa, który zabijając nowonarodzoną Atenę skazał siebie i jego na wieczną hańbę, Rycerz Lwa starał się zmazać tę winę bezwzględną lojalnością dla Wielkiego Mistrza. Jednocześnie wszyscy wiedzieli, że Aioria bardzo kochał brata i usilnie stara się przebaczyć Shurze za to, że go zabił. Historia Aiorosa zostawiła między Rycerzem Koziorożca i Rycerzem Lwa trudny do przełamania dystans. Na szczęście jednak żaden z nich nie zachowywał się wobec drugiego wrogo.
Shaka niepokoił się o Aiorię. Jako jego sąsiad znał Lwa dość dobrze. Niedawno Aioria powrócił z misji zleconej mu przez Wielkiego Mistrza. Misji, na którą pojechał z zapałem, a której nie wykonał. Nikt nie wiedział dokładnie dlaczego. Od razu po powrocie Wielki Mistrz wezwał Aiorię do siebie i według słów Aphrodite'a wynikneło między nimi jakieś spięcie. Mimo tego Aioria nie tylko nie został w żaden sposób ukarany ale po powrocie nie chciał o tym mówić ani słowa. Zachowywał się bardzo dziwnie. Shaka zaprosił go do siebie na śniadanie ale Rycerz Lwa nawet nie odpowiedział. Od czasu powrotu chodził tylko niespokojnie po okolicy i do nikogo się nie odzywał. Niedobrze mu z oczu patrzy, myślał Shaka. Westchnął. Wojna zmienia ich wszystkich. Nawet Marin już tu nie ma.
Dom Wagi był pusty jak go Shaka zawsze pamiętał. Wszystko w nim powoli niszczało. Mistrz Wagi powinien wybrać swojego następcę a nie trenować Brązowych Rycerzy, przemkneło Shace przez myśl. Dom podupadał.
Milo skończył już grać w swoje niecodziennej wielkości rzutki. Nigdzie go nie było.
Dom Strzelca stał posępnie jak zawsze. Aioria dbał o niego, jednak Shaka wyraźnie odczuwał brak Złotego Rycerza, którego kiedyś uważano za najpotężniejszego ze wszystkich. Miał podobno nawet zostać wybrany na Wielkiego Mistrza. Shaka niewyraźnie pamiętał te czasy. Dopiero przyjechał z Indii, nie znał jeszcze dobrze języka Greckiego. Mu, jedyna osoba, z którą był w stanie trochę się porozumieć także dopiero się uczył. Wszyscy mówili coś o zdradzie, Wielki Mistrz wysyłał wszędzie patrole. Shaka jednak spędzał większość czasu z Mu, próbując go pocieszyć. Mały Tybetańczyk nie tylko stracił rodziców, ale był świadkiem śmierci swojego mistrza, poprzedniego Złotego Rycerza Barana. Żaden z nich nie wiedział wtedy o tym, że ścigano zabójcę Ateny.
Shaka szybko minął puste Domy Koziorożca i Wodnika oraz Dom Ryb, gdzie pozdrowił tylko przelotnie Aphrodite'a.
Wszedł do Sali Audiencyjnej wciąż myśląc o Aiorosie i malutkiej Atenie, którą stracili. Czuł pogardę dla tej dziewczyny z Japonii która ogłosiła się kolejnym wcieleniem. Oburzał go ten brak poszanowania. Co za niewyobrażalny tupet, każdy wie wystarczająco dobrze, że bogini wciela się w kogoś raz na dwieście lat. Jak można do celów politycznych wykorzystywać szacunek, którym wszycy Rycerze, nawet cudzoziemcy tacy jak on darzą Atenę. Shaka w ponurym nastroju szedł w kierunki tronu na którym siedział zastępca bogini – Wielki Mistrz wszystkich osiemdziesięciu ośmiu Rycerzy Konstelacji.
