A/N: Jest to już ostatnia część mojego opowiadania. Dziękuję wszystkim za komentarze i zapraszam do lektury.

Część |V „Nie trzeba się żegnać."

Wierność przyjaciołom wymaga wielkiego poświęcenia. Kiedy człowiek czuje, że wszystko stracił wystarczy, że zrobi kilka kroków, poczuje ramię przyjaciela u swego boku i będzie wiedział, że posiadł już całe bogactwo. Choćby najbliższa nam osoba nas zawiodła to sztuką nie jest zapomnieć o niej, ale przebaczyć i trwać w nieskończoność. Wielka przyjaźń jest niczym pierwsza miłość – niezapomniana i jedyna. Fundament, na którym się opiera to szacunek. Jeśli go stracimy, stracimy wszystko.


Sherlock wyrzucił całą zawartość kartonu na podłogę w salonie i usiadł składając w swój ulubiony sposób dłonie, na których oparł brodę. Rozejrzał się dookoła i westchnął. Oderwał z ręki swoje plastry nikotynowe i rzucił je na dywan. Nawet one nie chciały już wspomagać pracy jego mózgu. Potrzebował czegoś mocniejszego, czegoś co pozwoliłoby bezwiednie dryfować jego myślom. Pragnął choćby przez chwilę potrzymać w dłoni swoje stare skrzypce i delikatnym, zręcznym ruchem wprawić struny w ruch, by do jego uszu dobiegła jedna z melodii Mozarta, - Così fan tutte – która wypełniłaby to przerażająco ciche mieszkanie.

Detektyw odwrócił głowę, gdy usłyszał dźwięk otwieranych drzwi. Wiedział, ze właścicielka mieszkania będzie zaskoczona nowym rozmieszczeniem mebli w pokoju. Uśmiechnął się do siebie i zamknął oczy.

- Mówiłem rano, żebyś wzięła parasol – mruknął do kobiety, która wchodząc do salonu wydała z siebie zduszony okrzyk.

- Sherlock… C-co to wszystko ma znaczyć? – spytała Molly ściągając z siebie przemoczone buty i chwytając do ręki wypełnioną gęsim puchem poduszkę.

- Rekompensata.

Dziewczyna otworzyła usta ze zdumienia i położyła bladoróżową torbę na podłodze. Skierowała wzrok na rozrzuconą stertę rzeczy na ziemi i rozejrzała się po pokoju.

- Co tu robią te wszystkie meble? –Zmarszczyła brwi. – Zaraz… Co się stało z moją starą komodą i kanapą? Sherlock?

Detektyw podniósł się leniwie z podłogi i zgarnął jedną nogą porozrzucane rzeczy.

- Mały wypadek przy pracy – mruknął i podszedł do okna. W szybie ujrzał lekko podpuchnięty i zaczerwieniony nos. Zacisnął usta i owinął się ciasno szlafrokiem. Nie miał ochoty na rozmowę. Chciał, żeby wszyscy wokół dali mu spokój. Nawet dziewczyna stojąca za nim. Wiedział, że to nie w porządku, ale w tej chwili nie obchodziło go kompletnie nic. Nie rozumiał, dlaczego John go nie wysłuchał. Zawsze z tak wielkim skupieniem wpatrywał się w detektywa i chłonął każde jego słowo, by potem podsumować je kilkoma komplementami, które notabene bardzo schlebiały brunetowi. Co zrobił nie tak? Przeprosił. Udał skruchę. Nawet przytulił! A blondyn nie dość, że uderzył go w twarz i uczynił to dwa razy mocniej niż ostatnim razem przed spotkaniem z Tą Kobietą, to jeszcze odszedł nie chcąc słuchać żadnych wyjaśnień. Sherlock oparł czoło o zimną szybę.

- Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – spytała dobitniej dziewczyna tuż za jego plecami – Jaki wypadek? Robiłeś kolejny eksperyment?

Sherlock odwrócił się do Molly i spojrzał na nią.

- Nie, nudziło mi się i zachciało zabawy w projektanta wnętrz – syknął złośliwie. Wyminął szatynkę i podniósł z ziemi kilka własnoręcznie napisanych notatek.

- John nadal się nie odezwał? – spytała tamta niby od niechcenia i poszła do kuchni wstawić wodę na kawę.

- Wyrzuciłem twoje stare meble i poplamiłem połowę dywanu, a ty pytasz się o Johna? – spytał detektyw marszcząc niezrozumiale brwi – Większość ludzi chociaż by się zirytowała. Przeraża mnie twoja obojętność. Jest gorsza niż moja.

- A może to tylko kwestia przyzwyczajenia? – odezwała się Molly wzruszając ramionami. – Przez te kilka miesięcy zdążyłam przywyknąć do ciebie. Och, to znaczy… Do twojej obecności tutaj.

Brunet łypnął na lekarkę i opadł z ciężkim westchnieniem na fotel.

- Przez twoją niestaranność źle odczytałem nazwę substancji na fiolce, która spowodowała małą eksplozję. Meble nie nadawały się do użytku, chyba, że lubisz takie, których wzory były skrzyżowaniem zebry z żyrafą.

Kobieta położyła dwa kubki kawy na stoliku i usiadła w fotelu obok Sherlocka podciągając nogi.

- To miłe z twojej strony – odezwała się cicho i delikatnie uśmiechnęła w jego stronę.

- Hm? Och, to nie był mój pomysł. Dziękuj mojemu braciszkowi. Mi nie przeszłoby to przez myśl – mruknął mężczyzna pochłonięty czytaniem swoich notatek.

Molly pokiwała wolno głową i wzięła łyk gorącego napoju.

- Więc… Znów nad czymś pracujesz?

Brunet zacisnął usta i oderwał wzrok od kartek.

- Został już tylko jeden – powiedział niemalże szeptem.

- Z sieci Moriartego?

Sherlock wolno skinął głową.

- Ostatni strzelec. Jego największy pupilek – mruknął z niesmakiem. – Były żołnierz. Kiedyś należał do pionierów z Bangalore. Miał zaplanowaną przez ojca, brytyjskiego ministra, całą przyszłość, lecz on wybrał drogę wojskową. Chwalebnie, nie uważasz? – spytał z ironią i wstał kładąc notatki na kolanach szatynki – Sebastian Moran. Drugi spośród najniebezpieczniejszych ludzi w Londynie. A co najlepsze, snajper, który celował do Johna przed moim skokiem.

Molly uniosła wysoko brwi i chwyciła do ręki jedną z kartek. Bezgłośnie czytając zagłębiła się w informacje zawarte w notatkach.

- Zaraz… Napisałeś, że stacjonował w afgańskiej kampanii… - odezwała się po chwili – Chyba nie myślisz, że on i John… no wiesz.

- Że się znali? Och, z pewnością. Żołnierzy łączy jedno –zaufanie i oddanie względem swoich kompanów. Pytanie jest jedno – czym Moriarty zdołał zmusił pułkownika Morana do wycelowania karabinu w byłego kolegę z wojska?

Szatynka pokręciła głową z niedowierzaniem i odłożyła kartki na stolik.

- On jest twoim ostatnim zadaniem, prawda?

Sherlock uśmiechnął się przebiegle i wyjął telefon z kieszeni. Wybrał numer Johna z listy kontaktów i napisał wiadomość.

Baker Street o północy. Przyjdź nawet jeśli będziesz zajęty. SH


John pocałował Mary na dobranoc i objął ją jednym ramieniem. Zerknął na zegar i odetchnął głęboko. Wpół do jedenastej. Położył dłoń na brzuchu kobiety i zamknął oczy przełykając ślinę. Gdy otrzymał wiadomość od przyjaciela poczuł ten przyjemny dreszczyk emocji, za którym tęsknił przez trzy lata. Czy się wahał? Ani przez moment. Jednak bał się mówić narzeczonej o nocnej wyprawie. Wiedział, że ta nie byłaby tym szczególnie zachwycona. Już na samą wieść o tym, że Sherlock Holmes powrócił zza światów zrobiło jej się słabo.

Doktor leżał tak wsłuchując się w spokojny oddech kobiety. On sam nawet gdyby chciał, nie potrafił teraz zasnąć. Za bardzo intrygowało go to, co detektyw wymyślił tym razem. Fakt, że powrócił nadal był dla niego szokiem, lecz w duchu odczuł tak wielką ulgę jakiej nie doznał jeszcze nigdy w życiu.

Spojrzał na zegar - dziesięć po jedenastej. Delikatnie cofnął swoje ramię i najostrożniej jak potrafił zsunął się z łóżka. Prędko założył na siebie jeansy i koszulę. W biegu chwycił kurtkę oraz klucze od mieszkania i wyszedł cicho przekręcając nimi zamek. Nie wsiadł do samochodu. Odgłos odpalania silnika z pewnością obudziłby Mary. Szybkim krokiem oddalił się w stronę stacji metra. Sprawdził rozkład jazdy i usiadł na ławce czekając piętnaście minut. Uśmiechnął się do siebie czując przyspieszone bicie serca. Wsiadł do metra dokładnie w momencie, gdy dostał smsa.

Gdy wysiądziesz wsiądź w taksówkę. SH

Rozejrzał się dookoła zdziwiony. Metro ruszyło, a on zajął jedno z wolnych miejsc. John potarł palcem swoje usta i wziął głęboki wdech. W duchu modlił się, by Mary się nie obudziła zanim on wróci. Nie chciał jej okłamywać. Jak na razie nie powiedział jej tylko całej prawdy, więc kłamstwem nazwać tego nie można było. Chryste, czy on naprawdę to robił? Ledwo co jego przyjaciel powrócił, a on już leci jak taki piesek gończy na jego zawołanie okłamując najbliższą mu osobę. Pojazd przystanął, a blondyn wysiadł i skierował się ku schodom. Prędko wbiegł do góry i spostrzegł zaparkowaną taksówkę. Zbliżył się do niej i nacisnął klamkę, jednak drzwi były zablokowane. Obszedł pojazd z drugiej strony i zapukał w szybę, która natychmiast otworzyła się, a oczom Johna ukazała się blada twarz Sherlocka.

- Spóźniłeś się – odezwał się tym swoim niskim, chłodnym głosem detektyw i skierował bystre oczy na doktora.

Blondyn zerknął na wyświetlacz telefonu i zmarszczył brwi.

- Jest za dwie dwunasta.

- Owszem, ale twoim zadaniem było pojawić się na Baker Street, a stąd na tamtą ulicę jest dziesięć minut drogi. Dotarłbyś tam osiem minut po północy, czyli byłbyś spóźniony.

John zacisnął usta i nie odpowiedział. Schował telefon do kurtki i wsadził dłonie do kieszeni.

- Więc? – spytał spoglądając na przyjaciela – Co tym razem?

- Wsiadaj.

Blondyn westchnął i posłuchał bruneta. Znów obszedł samochód i otworzył drzwi, lecz detektyw go powstrzymał.

- Siadaj z tyłu, potem ci wyjaśnię.

Doktor zacisnął zęby i trzasnął drzwiami. Otworzył drugie i w końcu wsiadł sadowiąc się na siedzeniu. Przez kilka minut jechali w ciszy bacznie się nawzajem obserwując. John patrzył na przyjaciela i nie mógł uwierzyć, że zaledwie dwa dni temu uważał go za martwego. Splótł palce i położył dłonie na kolanach. Spojrzenie jego i Sherlocka spotkało się na moment. Ten drugi szybko odwrócił wzrok i chrząknął.

- Obok ciebie leży kilka rzeczy. Ubierz je na siebie – odezwał się brunet i zmienił bieg w samochodzie.

- Żeby je założyć musiałbym się rozebrać – zauważył John – A nie mam zamiaru przebierać się przy tobie.

- Myślisz, że zaciągnąłem cię tu, żeby czerpać przyjemność z oglądania twojego nagiego ciała? Nie bądź idiotą, John.

- Na litość boską, Sherlock, mam zostać w samych gaciach przy tobie?!

- Nie martw się, nie przeszkadza mi to. Twoja nagość nie rozproszy mojej uwagi podczas jazdy, jeśli o to ci chodzi.

Doktor wziął kilka głębokich wdechów. Spokojnie. Wrzuć na luz. Wystarczy, że jego twarz już ma ślad od twojej ręki. John westchnął z rezygnacją i zdjął kurtkę. Rozpiął koszulę i założył czarny T-shirt, a na to brązową kamizelkę. Zdjął spodnie i zerknął w stronę przyjaciela, który skupiony wpatrywał się w drogę przed siebie. Blondyn chwycił jeansy i zaczął je na siebie wciskać, co było trudnym zadaniem w poruszającym się samochodzie.

- Jako twoja narzeczona powinna wiedzieć, że masz uczulenie na pomarańcze – odezwał się nagle Sherlock.

John uniósł zaskoczony wzrok i spojrzał na przyjaciela. Po chwili pojął o czym detektyw mówi, a na jego policzkach pojawiły się czerwone rumieńce.

- Spojrzałeś się na moje gacie! – wybuchł i czym prędzej założył nowe spodnie zapinając rozporek.

- Nie moja wina, że mają taki wściekle czerwony kolor – burknął tamten i zaparkował samochód niedaleko kiosku. Zdjął z głowy beret i odwrócił się do Johna, który nadal wpatrywał się wściekłym wzrokiem w przyjaciela. – Zamienimy się teraz miejscami. A raczej ty usiądziesz na miejsce kierowcy, a ja wcisnę się do bagażnika. Za dokładnie dwie i pół minuty do taksówki podejdzie pewien mężczyzna, którego wpuścisz.

- Ważne jest, żebym wiedział kto to? – wtrącił się blondyn.

- Wszystko wyjaśnię ci, gdy z nim skończymy.

- Skończymy? – spytał doktor unosząc brwi.

- Tak, skończymy, John. Zamkniemy, oddamy policji, wsadzimy do kicia. Jasne?

Blondyn przełknął cisnące mu się na usta wulgaryzmy, które najchętniej rzuciłby w stronę Sherlocka za te jego pyskówki. Spojrzał na przyjaciela i skinął głową.

- Gdy mężczyzna znajdzie się w środku poda ci adres. Baker Street-

- Zaraz, to my nie jesteśmy na tej ulicy? – przerwał po raz kolejny doktor – Och, wybacz. Kontynuuj.

- Zawieziesz go tam. Po drodze staraj się jak najmniej rozmawiać. Jeżeli cię o coś zapyta - odpowiadaj krótko. Zasadzimy na niego pułapkę, którą sześć lat temu zasadził na mnie Moriarty – wyjaśnił brunet przełykając ślinę na wspomnienie kryminalisty – konsultanta. – Zatrzymasz się przed naszym dawnym mieszkaniem i wtedy odwrócisz się i wycelujesz tym w jego stronę. – Sherlock położył na kolanach przyjaciela broń i odpiął pasy. Otworzył drzwi i płynnym ruchem wyskoczył z pojazdu. – Och, jeszcze jedno, – Detektyw wsunął głowę do auta. – do końca jazdy ani razu się na niego nie spojrzysz. Nawet jeśli wsiądzie, nawet jeśli będzie cię do tego prowokował, nie waż się odwrócić. Zrobisz to dopiero, gdy znajdziemy się na Baker Street, zrozumiano? - John wpatrywał się w skupieniu w bruneta. Gdy tamten skończył mówić, doktor pokiwał głową i przecisnął się na przednie siedzenie. Założył na głowę beret, który detektyw podał mu do ręki. Jego palce delikatnie otarły się o jego dłoń, a on ku swojemu zaskoczeniu wzdrygnął się lekko. Szybko otrząsnął się i zatrzasnął drzwi. W lusterku ujrzał jak jego przyjaciel wcisnął się do bagażnika. Doktor wziął głęboki wdech. Zasadzimy na niego pułapkę, którą sześć lat temu zasadził na mnie Moriarty. O co mogło chodzić? Sześć lat temu zaledwie się poznali i…

- Londyńska taksówka… - mruknął do siebie, gdy poczuł nagłe olśnienie.

Sześć lat temu. Ich pierwsza sprawa. To wtedy John uratował Sherlockowi życie strzelając do taksówkarza – mordercy, który to był sprawcą seryjnych zabójstw.

Doktor ujrzał wychodzącą z zza zakrętu postać mężczyzny i zacisnął dłoń na schowanej pod kamizelką broni. Osoba wsiadła do samochodu i John zerknął w lusterko, które ku jego zdziwieniu zostało przekręcone w drugą stronę. Mężczyzna nie miał pojęcia kiedy detektyw to zrobił jeśli przez cały czas oboje taksowali się wzrokiem.

- Baker Street.

John podskoczył na dźwięk męskiego głosu, który odezwał się za jego plecami. Ten głos… Skądś go znał. Czuł, że już kiedyś go słyszał. Słuchając rozkazu przyjaciela nie odwrócił głowy, choć pokusa była aż nazbyt wielka. Przekręcił kluczyki w stacyjce i ruszył. Starał się zignorować fakt, że facet siedzący z tyłu mógł być seryjnym mordercą, gwałcicielem, czy zwykłym porywaczem, choć wątpił w to ostatnie, ponieważ ktoś taki jak James Moriarty nie pozwoliłby sobie na zatrudnianie byle kogo w swojej sieci.

Blondyn ujrzał z daleka ich kamienicę i najostrożniej jak tylko mógł odpiął kamizelkę. Wyjął z kieszonki broń i położył na prawym udzie. Zatrzymał taksówkę i przełknął ślinę. Teraz nie był już doktorem Watsonem, a Johnem Watsonem – byłym weteranem wojennym. Zdjął z głowy beret i odwrócił się celując w mężczyznę bronią. Jednak gdy ujrzał jego twarz, stanowczość i zdecydowanie zniknęło z jego twarzy.

- Sebastian? – spytał cicho nie mogąc uwierzyć, że zaledwie kilka cali od niego siedzi mężczyzna, były żołnierz, któremu uratował życie podczas misji w Aganistanie. Moran wpadł wtedy w pułapkę i został postrzelony w udo i brzuch. Najbliżsi żołnierze zdołali donieść go w ostatniej chwili do Johna, by ten szybko zatamował krwawienie. Jego szanse na przeżycie były słabe, ale żołnierz miał w sobie ducha walki. Blondyn pamiętał jak krzyczał do niego, by ten się nie poddawał, by został z nim, by patrzył na niego.

- John – odparł równie zaskoczony żołnierz i spojrzał na uniesioną w powietrzu rękę doktora. – Co, zabijesz mnie teraz?

Lekarz chciał opuścić dłoń, ale przypomniał sobie, że został tu wezwany przez Sherlocka. Nie ważne jak wiele emocji targało nim teraz w środku, nie mógł pozwolić sobie na popełnienie jakiegokolwiek błędu.

- Jeżeli mnie do tego zmusisz – odparł beznamiętnym tonem i zacisnął palce na broni.

Moran uśmiechnął się kpiąco i zbliżył twarz do mężczyzny.

- Zatem strzelaj, żołnierzyku.

Sebastian położył rękę na drzwiach od samochodu. John szybko zareagował i kopnął go nogą w piszczel. Tamten jednak tylko czekał aż doktor opuści broń i wymierzył silny cios w jego twarz. Blondyn uchylił się przed następnym ciosem i prędko zrewanżował się uderzając z pięści w brodę mężczyzny. Sherlock, gdzie jesteś?! Och, no jasne, bagażnik. John przeklął i poczuł zaciskające się na jego szyi zimne palce. Poczuł jak zaczyna się dusić. W akcie desperacji uderzył stopą w znajdujący się obok klakson, a ten zawył roznosząc się echem po uśpionej w ciszy okolicy. W tej chwili drzwi taksówki otworzyły się z impetem, a blondyn ujrzał zakrwawioną twarz przyjaciela. Jak do cholery udało mu się wydostać z bagażnika? Sherlock z całej siły chwycił Morana w pasie i wyrzucił z samochodu. Żołnierz prędko wstał i podciął brunetowi nogi. Przydusił kolanem jego klatkę piersiową i wymierzył mocny cios w twarz. Głowa detektywa uderzyła o beton, a ten jęknął próbując nadal walczyć.

John szybko odzyskał świadomość i niemalże wyskoczył z samochodu. Rzucił się od tyłu na żołnierza i przygwoździł do ziemi. Uderzył go pięścią prosto w nos, ale ten niczym rozwścieczony tygrys podniósł się i zamachnął w stronę doktora. Ten jednak uniknął ciosu i z całej siły uderzył głową pomiędzy jego czoło a nos, słysząc dźwięk łamanej kości. Oboje mężczyźni zatoczyli się, a Moran upadł na ziemię i nie podniósł się.

Blondyn potarł pulsujące bólem czoło i natychmiast podbiegł do przyjaciela. Z jego warg wypływała ciurkiem krew. Twarz detektywa wyglądała okropnie. Johnowi zrobiło się niedobrze ten widok, ponieważ w identycznie taką samą twarz wpatrywał się trzy lata temu na chodniku.

- Sherlock! Słyszysz mnie? Otwórz oczy. Nie zasypiaj. Nie odchodź. – Te ostatnie słowa wypowiedział załamującym się głosem. Jedną ręką ostrożnie odlepił poprzyklejane do czoła loki przyjaciela. – Sherlock.

- Dostałem tylko kilka ciosów w twarz, a nie zostałem zadźgany harpunem, John. Przeżyję – odezwał się słabym głosem brunet i uniósł powieki.

Doktor odetchnął głęboko z ulgą i chwycił przyjaciela za ramiona.

- Nigdy więcej tak nie rób. Rozumiesz? Nigdy – rzekł stanowczo i uśmiechnął się. Zerknął na leżącego obok żołnierza i rozejrzał się dookoła. – Trzeba zadzwonić po policję.

- Lestrade się spóźnia. Jak z resztą zwykle.

- Co? Greg? Przecież on nie wie, że ty żyjesz… Nie… Czy on…

- Dowiedział się niedawno. Nikt nie wiedział. No może oprócz paru osób, ale one były potrzebne do złapania całej szajki Moriarty'ego – mruknął detektyw uśmiechając się do siebie.

John westchnął i podszedł do samochodu. Chwycił do ręki swoją kurtkę i wrócił do Sherlocka, na którego widok serce doktora wprost ściskało się do granic możliwości. Uniósł najdelikatniej jak potrafił jego głowę i położył ją na zwiniętej kurtce. Zdjął z siebie również kamizelkę i okrył nią przyjaciela, którego ciało zaczęło lekko drżeć.

- Wcześniej nie byłeś taki chętny do rozbierania się – mruknął Sherlock wdychając na sobie zapach doktora. – Prywatna klinika? Nieźle.

John uniósł w zdumieniu brwi.

- Niby na jakiej podstawie to wydedukowałeś?

- Perfumy – odparł detektyw jakby było to najbardziej oczywistą rzeczą na świecie. – Twoja kurtka jest nowa. Niedawno odciąłeś od niej metkę. Kilka nitek wystaje z prawego rękawa, widzisz? Poza tym od dłuższego czasu używasz nowych perfum. Kurtka jest uszyta z materiału, który szybko wsiąka zapachową substancję. Perfum poczułem też na tobie na cmentarzu, czyli używasz go często, ale w ograniczonych ilościach, co świadczy o tym mała plama na kołnierzu twojej koszuli. Oszczędzasz ze względu na ich cenę. Dalej, czarna, wysokogatunkowa skóra kurtki, która przed dwoma miesiącami pojawiła się na rynku… Jeżeli się nie mylę firma pod nazwą Vistula… Podsumowując nowa, droga kurtka, drogie perfumy, czyli w kwestii finansowej ci się powodzi. Zwolniłeś się na jakiś czas z przychodni, w której pracowała Sarah. Szukałeś szczęścia w innych dziedzinach pracy, ale żadnych rezultatów. Duma nie pozwalała ci wrócić do Sary i błagać jej o kolejne zatrudnienie. Nie chciałeś też pracy w Bartsie, ponieważ nie odpowiadało ci przebywanie w szpitalu, jako, że miałeś tam praktyki. Musiałeś znaleźć nowe zajęcie, ale nie chciałeś za bardzo oddalać się od Baker Street. Sentymenty. – Sherlock wziął kilka wdechów i kontynuował. - Do głowy wpadł ci pomysł, nad którym rozmyślałeś już w czasie naszego wspólnego mieszkania, czyli otwarcie prywatnej kliniki. Dokonać tego mogłeś jedynie mając jakiekolwiek znajomości, a jedyną osobą okazuje się znów Mike Stamford, który miał kilka wtyków w branży nieruchomości, ponieważ jego siostrzeniec studiuje właśnie w tym kierunku. – Detektyw spojrzał na przyjaciela. – Zamknij usta, ponieważ jak zauważyłeś klimat w Londynie powoli się ociepla i do kraju przylatują komary. Gdy jeden z nich przedostanie się do twojego układu oddecho…

Doktor położył dłoń na ustach Sherlocka i zaczął się śmiać.

- Przymnij się, panie Wszystkowiedzący – rzekł kiwając z niedowierzaniem głową. Jak cholernie tęsknił za tym nawijającym jak katarynka socjopatą. Spojrzał z rozbawieniem na detektywa i kątem oka ujrzał nadjeżdżające policyjne radiowozy. Chciał zobaczyć minę całego Scotland Yardu na widok zmartwychwstałego Sherlocka Holmesa. Od tego momentu w duchu pojawiła się iskra nadziei, że wszystko będzie już dobrze.


Od powrotu słynnego detektywa minął miesiąc. Jego imię zostało oczyszczone przez brata we wszystkich londyńskich gazetach, które John właśnie mijał. Ten temat stał się numerem jeden w prasie, telewizji i nawet radiu. Często doktor był rozpoznawany na ulicy i pytany i szczegóły tej sprawy. Irytowało go, że obcy ludzie ingerują w życie jego i najbliższych.

Sherlock wyjaśnił mu cały swój skok, to jak przeżył i co się z nim działo przez te trzy lata. Gdy usłyszał, że Mycroft od początku do końca był wtajemniczony w cały ten plan miał ochotę odwiedzić go osobiście i natrzepać mu po tej jego aroganckiej twarzy. Wiedział, że mężczyzna robił to, by pomóc młodszemu bratu przeżyć, ale fakt, że okłamywał go w żywe oczy działał na niego jak płachta na byka. Informacją, która zabolała Johna było to, że to właśnie Molly została wybrana jako powierniczka tajemnicy Sherlocka. Doktor osobiście podziękował za to, co zrobiła dla jego najlepszego przyjaciela, ponieważ narażała wtedy swoje życie. Wystarczyło, że ktoś z sieci Moriarty'ego dowiedziałby się o tym, dziewczyna od razu zostałaby usunięta. Blondyn nie wiedział, co się między nimi wydarzyło, ale zauważył wielką zmianę w ich relacji. Dziewczyna zachowywała się bardziej pewnie w stosunku do bruneta. Sam Sherlock traktował ją cieplej niż przedtem. Miło było widzieć, że mężczyzna miał w sobie choć trochę człowieczeństwa i potrafił okazać wdzięczność.

John westchnął widząc jak detektyw po raz kolejny wykłóca się o coś z Gregiem. Zaciągnął on ich w jakąś opuszczoną uliczkę, na której znajdował się jedynie kiosk, który wyglądał jakby za chwilę miał się rozlecieć niczym domek z kart. Doktor podszedł do skaczącej sobie do gardeł dwójki mężczyzn i stanął pomiędzy nimi unosząc ręce do góry.

- No już, spokojnie, dziewczynki! – zawołał i spojrzał na Sherlocka karcącym wzrokiem. – Przestań zachowywać się jak uparty dzieciak, a ty – Tutaj doktor spojrzał na inspektora. – przestań wszystkiemu zaprzeczać. Sherlock miał rację jeśli chodzi o numer rejestracji. Sam sprawdziłem.

- Nie zachowuję się jak dzieciak! – zaprzeczył detektyw i spojrzał wyniośle na Grega – Mówiłem, że to był ten samochód. Przez twoją głupotę musimy się cofać aż dwie ulice!

- Trzeba było określać się jaśniej – odciął się inspektor.

- John zrozumiał.

- John to… John – stwierdził Lestrade i wyjął telefon, żeby poinformować Donovan.

- Idiota nie wziął krótkofalówek. Świetnie – burknął Sherlock.

John zacisnął usta. Otworzył je po chwili, by skarcić bruneta, gdy telefon w jego kieszeni zaczął wibrować. Wyjął go i zmarszczył brwi.

- Mary? Myślałem, że dzisiaj masz dyżur.

- Tutaj szpital Świętego Bartłomieja – odezwał się głos w komórce. - Pańska narzeczona, Mary Morstan, została potrącona dziś rano przez samochód. Próbowaliśmy się do pana dodzwonić, jednak pański telefon nie odpowiadał.

Mężczyzna poczuł jak jego ciało zesztywniało, a po plecach przebiegł zimny dreszcz. Zacisnął palce na telefonie i wziął głęboki wdech.

- Pańska żona nie żyje. Robiliśmy co w naszej mocy, ale resuscytacja…

John nie słuchał dalej, tylko rzucił telefon na podłogę. Zamrugał kilka razy. Czy powinien płakać? Tak robią ludzie, gdy dowiadują się o czyjejś śmierci, prawda? Płaczą. Powoli uniósł dłoń, by dotknąć policzka. Był suchy. Dlaczego nie płakał? Co było z nim nie tak? Zatoczył się i zmarszczył brwi. Coś w nim pękło. Coś zniknęło. Mary. Znów zamrugał kilka razy.

- John?

Ktoś go wołał. Nieważne. Zajmie się tym potem. Teraz… Teraz Mary. To ona jest ważna. Mary. Musi ją uratować. Lekarze się pomylili! Oni musieli…

- … popełnić błąd.

- O czym ty mówisz? John?

Nie teraz! Zamknij się. On musi dotrzeć do szpitala. Mary. Tak.

- Tylko ona się liczy – szepnął John i nawet nie spostrzegł kiedy znalazł się na ziemi. Ujrzał stojącego nad nim inspektora i po chwili czyjeś ramiona uniosły go do góry. Sherlock. Tak, to był Sherlock. Jego ręce postawiły go do pionu i przytrzymały niepewnie.

- Sherlock. Mary. Samochód. Błąd. Sherlock, oni popełnili błąd.

Brunet spojrzał na przyjaciela i podniósł jego telefon z ziemi.

- Lestrade – odezwał się i delikatnie pchnął doktora do przodu idąc w stronę postoju taksówek. – Barts.

Inspektor z lekko otwartymi ustami skinął powoli głową. Prędko otrząsnął się z szoku i powiadomił Donovan o zmianie planów, by już po chwili znaleźć się w taksówce obok Johna i Sherlocka

- Sherlock, chcę ją zobaczyć – wyparował lekarz i z szeroko otwartymi oczyma spojrzał na przyjaciela.

- John, to nie najlepszy pomysł – odezwał się cicho Lestrade.

- Muszę być pewien… Bo to błąd. Ja to wiem. Sherlock. – Jego głos załamał się pod koniec, a palce zacisnęły się na rękawie czarnego płaszcza.

Detektyw skinął głową i wyjął telefon. Wiedział, co John czuł. On sam po śmierci Tej Kobiety musiał zobaczyć jej ciało, by się upewnić, czy na pewno była martwa.


John wpatrywał się beznamiętnym wzrokiem w blade i sztywne ciało swojej narzeczonej. Czuł na sobie spojrzenia trójki ludzi, ale zignorował je. Chwycił lodowatą dłoń Mary, a drugą położył na jej brzuchu, który był przykryty białym materiałem. Jej piękna twarz. Zawsze taka promienna i uśmiechnięta. Jej błyszczące oczy zawsze rozświetlały serce Johna. Teraz już nigdy nie spojrzą na niego i nie uśmiechną się. Pozostaną zamknięte na wieki.


Detektyw uniósł wzrok na mocującego się przy kuchennym zlewie przyjaciela i uśmiechnął się. Tęsknił za tym. Mieszkanie z Molly za nic w życiu nie było porównywalne do życia z Johnem Watsonem. Doktorem Johnem Watsonem. Jego doktorem i asystentem. Zdecydował się on powrócić na Baker Street po dwóch miesiącach od śmierci Mary. Sherlock wiedział, że blondyn chciał odizolować się od świata i ludzi. Jednak po upłynięciu tygodnia od śmierci jego narzeczonej, Sherlock dostał sms-a od Mycrofta, w którym ten poinformował bruneta, że doktor upił się w pubie i wszczął bójkę z właścicielem knajpy. Sherlock wpłacił za niego kaucję i zawiózł taksówką do domu. Od tego czasu oboje wiedzieli, że żaden z nich nie potrafił bez tego drugiego normalnie funkcjonować. Ich codzienna egzystencja nie istniała, gdy u boku nie było przyjaciela.

John podjął decyzję i wrócił do starego mieszkania. Odczuł ulgę. Nie wiedząc czemu, ale po śmierci Mary nie czuł on tak wielkiej pustki jak po stracie Sherlocka. Blizna zagnieździła się w jego sercu, ale lekiem na nią był właśnie detektyw – konsultant. Byli jedną duszą w dwóch ciałach. Działali wspólnie, mieszkali wspólnie i nawet jedli. Czy byli sobie przeznaczeni od samego początku? Czy łączyła ich miłość? Odpowiedź była prosta – należeli do siebie, a to co ich łączyło nie można było nazwać zwykłą przyjaźnią. Wytworzona między nimi więź była nierozłączna. Taka przyjaźń na świecie nie istnieje. Została ona stworzona tylko dla tej dwójki ludzi. Dla dwójki oddanych sobie przyjaciół. Dla dwóch bratnich dusz. Dla doktora i detektywa doradczego – Johna Hamisha Watsona i Sherlocka Holmesa.