Od autorki: Bardzo przepraszam, że dodaję ten rozdział z takim opóźnieniem, ale mój komputer zaczął głupieć w zeszły weekend i nie chciał połączyć się z internetem, wyłączając się ciągle. Udało mi się w końcu i nie martwcie się, nadal będę dodawać rozdziały w każdy weekend.
Od tłumacza: Jeśli nie zauważyliście w informacjach nad pierwszym rozdziałem - znalazłam pomoc w tłumaczeniu. Yaoorin będzie mi pomagał i bardzo się z tego cieszę ^^ Mam tylko nadzieję, że nie będzie za bardzo widać zmian w stylu. Głównie z tego powodu tak krótki rozdział tłumaczyliśmy tak długo... I przepraszamy za to! m ( _ _ ) m
Fran stał w kwaterze głównej Varii, w swojej sypialni, jednakże wyglądała ona odrobinę inaczej z powieszonymi na wieszaku ciemnymi płaszczami i mnóstwem papierów i rachunków rozrzuconych wszędzie.
Usłyszał pukanie do drzwi, lekkie, leniwe. Fran chciał je otworzyć, ale pewna osoba podeszła do drzwi pierwsza - dokładnie przez niego. Była ona niską dziewczyną, noszącą jeden z płaszczy wiszących w pokoju. Kaptur zacieniał połowę jej tearzy, ale dwa długie, fioletowe znaki pod oczami były widoczne. Żaba ciemnego koloru wypoczywała sobie na szczycie jej kapturu i jednocześnie jej głowy. Dziewczyna była odrobinę zbyt chuda i przerażająca. Ciemne, krótkie, niebieskie włosy opadły na jej blade policzki, więc delikatnie założyła je za ucho jedną ręką, po czym otworzyła drzwi.
- Ushishishi, cześć Mammon - przywitał się wysoki chłopak przed nią, chichocząc. Przydługie blond włosy zakrywały mu oczy, a szeroki uśmiech dekorował twarz. Na jego głowie niedbale spoczywała tiara/korona, błyszcząca w świetle.
- Che, Bel. - Jak tylko iluzjonistka zobaczyła kto to, odwróciła się i wróciła do rozpracowywania przychodu Varii, ignorując księcia, ale nie odrzucając go - zostawiła drzwi otwarte.
Bel wszedł do środka, wyglądając na wyluzowanego z głową opartą na dłoniach złączonych z tyłu głowy - pozycji, którą często przyjmował. Rzucił się na kanapę i obserwował Mammon, z rękami nadal w tej samej pozycji.
- Ushishi… Znowu zajmujesz się przychodem? - zapytał Bel, na co Mammon odpowiedziała cichym "mm". Książę skinął głową, po czym rozłożył się na kanapie, obserwując każdy ruch Mammon.
Iluzjonistka próbowała to ignorować, ale zerkając co chwilę i ciągle widząc Bela wpatrującego się w nią intensywnie, poddała się.
- Okej, w porządku, Bel. Czego chcesz?
- Ushishi… Księciu się nudzi, Mammon - odpowiedział, a uśmiech rozciągnął się na jego twarzy jeszcze szerzej. - Wyjdźmy pozabijać ludzi.
Iluzjonistka zmarszczyła brwi. Nie była to rzadka prośba jeśli chodzi o Bela, a ona nie przejmowała się ani trochę mordowanymi ludźmi, ale nie cieszyło jej to tak jak księcia.
- Strata czasu. Mogłabym w tym czasie zarobić dużo pieniędzy. Poza tym, wyczerpujesz limit. Będziemy musieli zapłacić policji, żeby nie wygadała o morderstwach, jeśli przekroczysz limit zabójstw Varii - a ja tego na pewno nie zrobię.
- Che, chciwa Mammon - Bel wydął wargi. Nie zamierzał się poddać. - Ale możemy zarobić na zabijaniu przestępców, prawda? Ne, Mammon, jeszcze tylko raz... - Książę podszedł do niej i uczepił się jej płaszcza, przeszkadzając jej w pracy nad przychodem. - Proszę...?
Mammon spojrzała na księcia zirytowana, po czym w końcu przewróciła oczami - Bel patrzył na nią tak prosząco, że nie mogła się nie zgodzić... cóż, mogła, ale tak naprawdę nie chciała tego robić.
- Okej, w porządku, Bel. Wyjdziemy. Tylko poczekaj na zewnątrz. Zaraz tam będę.
Szeroki, szczęśliwy - ale nadal szalony - uśmiech natychmiast pojawił się na twarzy Bela. Przytulił mocno Mammon - ku jej zdziwieniu - zanim lekko ścisnął jej blade policzki. Mammon zrzuciła z siebie jego ręce, ale księciu to nie przeszkadzało. Był uszczęśliwiony.
- Ushishishi… Dziękuję, Mammon. Jesteś tak urocza. Widzimy się na dworze~ - Bel radośnie pomachał jej, zanim wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi.
Mammon gapiła się na drzwi jeszcze przez chwilę, po czym podniosła rękę, żeby dotknąć policzka. Jej twarz była lekko zaróżowiona.
- Che, ten głupi książę. Przestań być taki niefrasobliwy - wymamrotała, prawie jakby się onieśmieliła. Nie była to zwyczajna Mammon.
- Ushishi… Mammon~. Pośpiesz się~. Księciu się nudzi~. - Głos Bela odbił się echem zza drzwi.
- Okej, okej, już idę - odpowiedziała Mammon, po czym poprawiła płaszcz i wyszła na zewnątrz.
Drugi iluzjonista - kompletnie zignorowany - stał spokojnie, oglądając całą sytuację. Gapił się na drzwi, którymi trzasnęła Mammon. Prosto w jego twarz.
ŁUP.
Fran obudził się z podskokiem i prawie spadł z łóżka, kiedy zobaczył obraz przed sobą. Twarz Bela była ledwie centymetry od jego własnej; mógł poczuć jego delikatny oddech, który powodował, że przechodziły go dreszcze. Iluzjonista spróbował odsunąć się tak ostrożnie jak mógł - nie chcąc obudzić księcia - ale ręka Bela objęła go i przysunęła jeszcze bliżej. Głowa Frana była teraz na ciepłej szyi senpaia i mógł poczuć puls pod jego skórą.
- Nn... Senpaii~ - Iluzjonista spróbował zaprotestować, ale Bel był kompletnie nieprzytomny. Książę najwyraźniej czuł się bardzo komfortowo ze swoją nową poduszką. Fran, któremu tak komfortowo nie było, szczególnie kiedy zauważył że jego noga – wsunięta idealnie pomiędzy nogi Bela – ocierała się o coś, czego zdecydowanie nie chciałby zbadać.
Ta intymność natychmiast przypomniała iluzjoniście o pocałunku z księciem i Franowi nie udało się stłumić ani obu tych obrazów, ani rumieńca na twarzy. Uczucie tych delikatnych, ciepłych ust na jego własnych nadal drażniło jego zmysły.
Nie przypominało to niczego, co Fran sobie wyobrażał. Spodziewał się, że jego pierwszy pocałunek z senpaiem będzie brutalny, napalony i pożądliwy. Brutalność była niemalże gwarantowana. Ale ten pocałunek... był tak niewinny, tak delikatny i przyjemny. Ciepły i czuły.
Lekki pocałunek. To początek czegoś, czyż nie? Lekki pocałunek, potem głęboki. Pocałunek na czymś innym niż usta, miejscu o wiele niżej... i potem...
Iluzjonista przygryzł wargę na tę myśl. Denerwował się tym. Był nadal niedoświadczony w swoim życiu miłosnym. Poświęcając czas trenowaniu z iluzjami, nie miał czasu na nic innego, a skoro posiadał jeden z Pierścieni Piekieł... Cóż, miłość nie była czymś, o czym często rozmyślał. Oczywiście wyobrażał sobie pewne rzeczy, wiele obejrzał i przeczytał, ale doświadczenie? Zerowe. Wczorajszy pocałunek był - tak naprawdę - jego pierwszym.
Nie żałował tego jednak. Bel wybrał najdziwniejszy moment, żeby to zrobić, ale tak właśnie było idealnie. Po całej tej przemocy i krwi, przez które przeszli, całowanie się było niespodziewane, a i tak był to idealny moment - moment, kiedy Fran i Bel dzielili to samo uczucie; moment, kiedy obaj byli zmęczeni i emocjonalnie przewrażliwieni. Fran nie mógł sobie wyobrazić jakby się czuł, gdyby został pocałowany w innej sytuacji. Wszystkie te momenty, kiedy byli tak blisko złączenia ust... To było nic w porównaniu z losową, nagłą, czułą rzeczą, którą zrobili.
Co się wczoraj zdarzyło? Czym byliśmy aż tak przejęci…?
Zastanowił się Fran, próbując przypomnieć sobie co się wydarzyło. Nagle, pewna twarz pojawiła się w jego umyśle - twarz dziewczynki, którą Bel zamordował; ta sama twarz, która wystąpiła w jego śnie.
Mammon.
Racja. To ona - iluzjonistka, która nauczyła go wszystkiego; dziewczyna, która była dla niego jak siostra; arcobaleno, która zniknęła i nigdy nie wróciła.
Fran podniósł dłoń na wysokość oczu, po czym zaczął bawić się Pierścieniem Piekieł na palcu. Metalowy pierścień miał wyryty kod Szatana - 666. Iluzjonista wiedział, że było niewiele tych pierścieni na świecie, a konsekwencje poddania mu swojego życia mogłyby być warte ryzyka. Poddanie swojej duszy pierścieniowi aby pochłonął ją prawie całkowicie w celu zdobycia mocy... to nie było coś, co Fran mógłby zrobić, gdyby nie było to dla Mammon. Przekonała go, nauczyła jak to robić. Nigdy tego nie żałował – pierścień należał teraz do niego i w pewien sposób przypominał mu o iluzjonistce.
Mammon.
Fran pomyślał o śnie, który miał przed chwilą. Był skonfudowany. Nie był pewien, czy sen dotyczył sytuacji z przeszłości, która rzeczywiście się wydarzyła, czy była to tylko jego wyobraźnia. Kouhai nie mógł tego zrozumieć.Ale jednej rzeczy był pewien. Mammon zarumieniła się. Tak długo jak znał swoją siostrę-iluzjonistkę, ta nigdy się nie rumieniła - ani razu. I to jak reagowała na księcia...
Chwila, chwila - rumieniec? Czy Mammon-
Nie. Niemożliwe.
Zielonowłosy iluzjonista potrząsnął głową, żeby pozbyć się tej myśli. Jednakże ruch ten przeszkodził pewnemu księciu, który go trzymał.
- Nn... Żabko, nie ruszaj się... - wymamrotał Bel, ale nie zapadł powtórnie w sen. Zamiast tego usiadł z głową Frana na swojej klatce piersiowej. Iluzjonista spróbował się odsunąć, ale senpai go przytrzymał. Gorący oddech, który owiał jego ucho, kiedy książę do niego szeptał, spowodował gęsią skórkę na całym jego ciele.
- Hej, Żabo… Chcesz gdzieś dzisiaj wyjść?
Było to dziwne, żeby jego senpai pytał o takie rzeczy - normalnie byłby zbyt leniwy, żeby nawet siedzieć. Fran rozważył to, po czym powoli skinął głową.
- Okej, Senpai.
- Ne, Senpai, przestaniesz kraść moje lody? - Fran marudził jednostajnie, zabierając rożek z jedną kulką topniejących lodów sprzed ust Bela.
Jego Senpai się nadąsał.
- Książę po prostu delikatnie pomaga głupiej żabie skończyć jej lody, bo je za wolno.
- Nie jest potrzebna żadna pomoc, chciwcu-senpai. To, że zjadłeś swojego w pięć sekund, nie znaczy wcale, że masz prawo kraść mojego – odpowiedział Fran, po czym beznamiętnie polizał loda kocim ruchem. Czubek jego małego, różowego języczka raz po raz poruszał się w górę po topniejącej kulce. Następnie gałka znikała w ustach po między jego małymi, różowymi wargami i zostawała wyciągnięta z powrotem na zewnątrz.
Bel przełknął ślinę. To, co robił kouhai z lodem przypomniało mu o czymś podobnym – obrazie widzianym w jednej ze swoich fantazji. Nie mógł się temu oprzeć. W mgnieniu oka książę chwycił iluzjonistę za kołnierz, po czym podniósł go w górę i przycisnął jego wargi do swoich. W biały dzień, na ulicy pełnej goniących tu i tam ludzi.
Oczy Frana rozszerzyły się ze zdumienia. Zdawał sobie, rzecz jasna, sprawę, że po pierwszym pocałunku nadejdą następne, ale nie spodziewał się jednego z nich tak wcześnie. Nie wspominając już o tym, że ten tak bardzo różnił się od poprzedniego. Był bardziej... zaborczy. Kiedy Bel się poruszył, Fran zaczął próbować zachować jakiś rytm, ale wszystko wskazywało na to, że senpai ostatecznie przejmował prowadzenie.
A potem, nagle, stało się coś nieoczekiwanego. Język Bela wsunął się do ust Frana, szukając słodkości kouhaia. Lody wypadły z dłoni iluzjonisty tuż przed tym, jak złapał księcia za koszulkę, próbując go od siebie odepchnąć, ale Bel był uparty. Trwało to aż do momentu, w którym Fran był bliski omdlenia z braku powietrza. Dopiero wtedy Bel się odsunął.
Fran, cały czerwony, zaczerpnął haust powietrza, jednocześnie zakrywając ramieniem spuchnięte usta. Utkwił wzrok w swoim senpaiu, jednocześnie omiatając wzrokiem okolicę, gdzie kilka osób zatrzymało się, patrząc na nich.
- Co ty , do kurwy nędzy, właśnie zrobiłeś? Idioto-głupku-senpai – Fran spytał monotonnie przez zaciśnięte zęby; zielone oczy próbowały spojrzeć na księcia, ale okazało się, że natychmiast rumieniąca się twarz to uniemożliwiła.
- Ushishi... Jak nieładnie z twojej strony, Żabko, obrzucać księcia takimi obelgami. Pomimo, iż jeszcze chwilę temu byłeś taki słodki... - Bel zachichotał, a na jego twarzy pojawił się promienny uśmiech.
- Po prostu się zamknij i idź kupić lody albo coś, kretynie-senpai – odpowiedział Fran, rumieniąc się gwałtownie, po czym odpędził księcia ręką, podczas gdy jego oczy z wielką fascynacją przypatrywały się chodnikowi.
Bel wzruszył ramionami, zupełnie nieporuszony, po czym odszedł leniwym krokiem w stronę budki z lodami. Iluzjonista odetchnął głęboko, kiedy jego senpai zniknął z pola widzenia, po czym usiadł na ławce tuż obok fontanny. Zdobiły ją figurki aniołów; Fran przyłapał się na tym, że przeklinał je w myślach.
Musisz się świetnie bawić, co? Igrając z moimi uczuciami...
Kouhai właśnie wycierał dłonie o spodnie i poprawiał żabią czapkę, kiedy nagle pięć wysokich postaci przysłoniło mu słońce.
Fran podniósł wzrok i ujrzał pięciu mężczyzn, mniej więcej w jego wieku, lustrujących go wzrokiem, w którym czaił się błysk chuci. Byli tak blisko, że mógł poczuć ich przesiąknięte dymem oddechy; iluzjonista mentalnie zatrząsł się pod wpływem tego odrażającego zapachu. Na ich twarzach widniały głupkowate uśmiechy, jakby jego obecność ich podniecała.
- Hej, Słodziaku, całkiem niezłą scenę żeś przed chwilą odwalił – zaczął prowokację ten w środku, próbując dotknąć dłonią twarzy Frana, którą ten natychmiast odtrącił.
- Oo, ten się stawia, lubię takich.
Grupa zachichotała, ten dźwięk wywołał u Frana ni mniej, ni więcej tylko obrzydzenie.
- Nie chciałbyś może z nami pójść, Mały? Gwarantuję o wiele lepszą zabawę niż to przed chwilą z tamtym mięczakiem – powiedział ten z lewej, gładząc dłońmi smukłe ramiona Frana, zanim iluzjonista zdążył strzepnąć te ręce, jego druga dłoń została pochwycona przez tego z prawej.
- Co ty na to, Kochanie? Chciałbyś się z nami chwilę zabawić?
Fran prawie zwymiotował, słysząc wszystkie wyrazy, którymi go adresowali. „Słodziak", „Mały", „Kochanie"... Czuł się, jakby miał zaraz puścić pawia na dźwięk tych słów, szczególnie, że pochodziły z ust tych ludzi.
- Niezainteresowany – powiedział Fran beznamiętnie, odsuwając się od grupy. Mimo to, nie chcieli mu dać odejść tak z największą ilością kolczyków złapał go w pasie i przyciągnął do siebie, po czym wyszeptał wprost do ucha Frana:
- Mały, wiesz, że tego pragniesz.
- Pieprz się. - Iluzjonista natychmiast się odsunął, wciąż z beznamiętnym wyrazem twarzy; odchodząc od grupy usłyszał za sobą ich śmiech.
Poszło za łatwo. Myślałem, że będą bardziej uparci.
- Fran odrzucił jednak od siebie tę myśl, kiedy tylko zobaczył blond grzywę księcia w pełnym słońcu, umieszczoną między ramionami, które z przesadnym dramatyzmem machały do kouhaia. Iluzjonista poszedł w stronę senpaia, próbując zignorować dreszcze przebiegające po jego kręgosłupie.
- Ushishi... Książę uwielbia lody truskawkowe.
Bel wywalił swój piąty, pusty kubeczek po lodach do kosza, jego twarz przeciął szeroki uśmiech.
Książę, cały w skowronkach, przechadzał się i relaksował na oczach swojego kouhaia – jak do tej pory dzień mijał wspaniale i książę bez wątpienia cieszył się towarzystwem młodego iluzjonisty.
Jednakże Fran, jakby na to nie patrzeć, nie czuł się aż tak świetnie, wolno podążając za swoim senpaiem. Lekko dyszał, starając się, by żaden odgłos nie dobiegł z jego ust – nie chciał żeby ktokolwiek, a już zwłaszcza Bel, zdał sobie sprawę ze stanu w jakim się znajdował. Wiatr wiał, przyciskając ubrania Frana do jego małego ciała, który aż się zatrząsł, kiedy materiał otarł się o jego skórę. Iluzjonista z jakiegoś powodu przez ostatnie dziesięć minut stawał się coraz bardziej nadwrażliwy, co wcale a wcale mu się nie podobało.
- Książę chce więcej lodów, co ty na to, Żabko? - Bel odwrócił szyję, ale zamiast odpowiedzi zobaczył tylko jak Fran kurczowo chwyta się swojej koszulki, podczas gdy jego twarz rumieniła się i ociekała potem. Kouhai podejrzanie dyszał, więc książę zdecydował się zawrócić i lepiej temu przyjrzeć.
- Żabo, co jest?
Głos jego senpaia tylko pogorszył sytuację. Fran z trudem złapał haust powietrza po czym wypuścił z siebie rzęrzący oddech, czując, jak podniecenie naciąga materiał jego spodni. Bel przechylił głowę na jedną stronę – książę nie do końca potrafił zrozumieć, czemu jego kouhai zachowywał się tak okropnie.
Bel odgarnął przesiąknięte potem włosy z twarzy iluzjonisty.
- Żabko...?
Fran zatrząsł się pod wpływem tego lekkiego dotyku, po czym chwycił księcia tak nagle, że nawet Bel był tym zaskoczony. Dyszenie stało się teraz cięższe, o wiele głośniejsze, i senpai wreszcie zrozumiał co się działo z jego podopiecznym.
- Ushishi... Żabciu, jak nietaktownie z twojej strony, żeby tak się czuć podczas dnia, i w dodatku jeszcze w takim miejscu.
Bel zachichotał, ale Fran nie miał nawet siły się spierać. Oparł swoją głową na ramionach Bela i zatrząsł się, kiedy przez jego ciało przepłynęła kolejna fala rozkoszy.
- Nnn-aah... - Iluzjonista nie potrafił stłumić jęku, który wyrwał się z jego ust. Prawie umarł ze wstydu. Książę z kolei zaczynał dostrzegać, jak dziwnie Fran się zachowywał – nawet w tym stanie niepodobne było do jego kouhaia, by tak się na nim uwieszać.
- Hej, Żabko... - Bel wyszeptał, ale to tylko poskutkowało pogorszeniem się sytuacji Frana. Iluzjonistą szarpnęło, po czym chwycił swojego senpai, gniotąc jego koszulkę w zaciśniętej dłoni. Był na granicy eksplozji.
Cholera. Co ze mną nie tak? Cholera. Cholera. Cholera.
Kiedy Fran poczuł gorący oddech księcia na szyi, natychmiast się odsunął, ciężko dysząc. Wyczuł napór w spodniach, wiedząc, że długo tego nie wytrzyma.
Nie. Nie tutaj. Nie na oczach tego durnego senpai.
I z tą myślą kouhai pognał do najbliższej dostępnej toalety, zostawiając za sobą księcia całkowicie skołowanego.
ŁUP.
Fran staranował plecami drzwi toalety zanim upadł na podłogę. Na całym jego ciele wystąpiły drgawki – szczękał zębami, jego dłonie kurczowo się zaciskały – wił się, próbując rozpiąć suwak spodni.
- Tamten słodziak powinien już tu być, no nie?
Fran znieruchomiał, słysząc głos spoza toalety.
Cholera.
- Ta, lek, który mu podałem powinien już zacząć działać. Kiedy efekt osiągnie punkt krytyczny, będzie się przed nami płaszczył.
Wszystkie głosy zachichotały odrażająco na samą myśl o tym.
- Zdumiewające, że w ogóle nie zauważył igły, to takie niewinne i jednocześnie urocze... - powiedział jeden z nich, a Fran natychmiast obejrzał swoje ramię.
Tak jak myślał, głęboko w jego ciele utkwiła cienka, metalowa igła – nie poczuł jej przez iluzję, którą nałożył na siebie dla ochrony przed nożami Bela. Trzęsącą się dłonią chwycił i wyciągnął igłę, wiedział jednak, że na niewiele się to zda... lek pokrywający wcześniej czubek igły przeniknął do jego krwioobiegu.
Cholera.
Pomyślał znów Fran, przeklinając ich w myślach – podniósł dłonie do ust, żeby zatrzymać dźwięki przed wydostaniem się – niestety, skowyt uciekł jego dłoniom, zanim zdążyły go zagłuszyć.
- Och, tutaj jesteś, Dziecino - powiedział jeden z nich, po czym dało się słyszeć odgłos kliknięcia. Fran od razu wiedział, że wyłamywali zamek, ale nie udało mu się nawet odczołgać od drzwi.
Klik.
- Udało się.
Piekło.
Drzwi otworzyły się z rozmachem, a do pomieszczenia weszło tych samych pięciu mężczyzn, śmiejąc się gardłowo; ostatni zamknął drzwi za sobą i zablokował je. Pierwszy z nich natarł na Frana i ścisnął jego twarz; kciuk mężczyzny tarł o te różowe, pociemniałe usta, które usiłowały się jakoś wymknąć.
- Aww, jak słodko. W tym stanie jesteś nawet seksowniejszy - zaświergolił, a pozostała czwórka zachichotała.
Następnie podciągnął ciało Frana w górę i przytrzasnął go do ściany, powodując nagły przypływ bólu w przewrażliwionym ciele iluzjonisty. Brutalnie przywiązano sznurem dłonie Frana do pręta dla niepełnosprawnych, po czym rozerwano koszulkę kouhaia, ukazując smukłe, blade ciało, które niechętnie zadrżało. Fran nie mógł nawet ich odepchnąć. Panika, gniew i strach przeszły przez jego ciało, ale żadna z tych emocji nie pojawiła się na jego twarzy. Na nieszczęście, to tylko dodatkowo podnieciło grupę.
- Hehehe... Zobaczmy jak długo uda ci się tak wytrzymać - powiedział jeden z nich, po czym odepchnął lidera, przyparł Frana do podłogi i wpił się swoimi suchymi wargami w jego szyję, jednocześnie pieszcząc dłońmi jego bladą pierś. Fran się zatrząsł – zarówno z odrazy do wrażeń, jak i do samego siebie, że odczuwał z tego przyjemność. Nienawidził swojego ciała za to, że odpowiadało na pieszczoty; z wściekłości przygryzł sobie wargę aż do krwi.
Prędzej zginę niż jęknę dla nich. Nie ma, kurwa, opcji.
- Hej, wystarczy tego. Teraz moja kolej - stwierdził kolejny, podchodząc i zrzucając z siebie koszulkę i spodenki.
Fran natychmiast odwrócił wzrok, czując, że to chore. Następnie mężczyzna zmusił dłoń iluzjonisty, by owinęła się wokół jego przyrodzenia, zanim zaczął poruszać się w przód i w tył do rytmu.
To było tak odrażające, że Fran nie mógł powstrzymać łez, które zaszkliły się wokół jego oczu. Nie mógł tego znieść, a jeszcze bardziej nie mógł znieść tego, że był całkowicie bezradny.
Zielone oczy spojrzały na Pierścień Piekieł, błyszczący w świetle... Gdyby tylko mógł znaleźć w sobie dość sił, by go zapalić, gdyby tylko mógł zmusić się do jednej, prostej iluzji...
Ale długo nie trwało zanim Fran znowu został rozproszony. Kolejny z gromadki ściągnął spodnie iluzjonisty, na co ten wybałuszył oczy. Nie było mowy, żeby mieli zamiar dotknąć tego. Kouhai skrzyżował nogi, próbując uwolnić się od tych dłoni, ale one odciągnęły go za łokcie, naciągając ręce i dłonie przywiązane do pałąka.
Kilka dłoni pogładziło jego uda zanim dobrały się do tyłka, i jedyną rzeczą, którą Fran mógł zrobić, były nieudolne kopnięcia – prawie się poddał. Ale potem stało się coś, co zwolniło jego ograniczenia. Biała, kremowa ciecz wytrysnęła prosto na jego twarz wraz z głośnym jękiem mężczyzny, którego trzymał. Kiedy tylko zdał sobie sprawę, czym była, jego zielone oczy stanęły w ogniu czarnych płomieni.
Iluzjonista był wściekły, tak wściekły, że mógłby zabić w tej chwili tysiąc ludzi. Zacisnął zęby i poczuł, jak oddaje duszę Pierścieniowi Piekieł – i miał zamiar ją oddać... wszystko, byleby tylko pozbyć się tych odrażających, ohydnych istnień.
Chcę ich zabić. Zabić ich wszystkich. ZABIĆ.
ŁUP!
Zanim Fran zdążył oddać pierścieniowi swoje człowieczeństwo, drzwi otworzyły się na oścież – a tam stał on, Książę Rozpruwacz, emanujący chęcią mordu niczym ciepłem z kaloryfera, co sprawiło, że wyglądał jakby wokół niego roztoczyła się czarna aura. Kiedy tylko książę zobaczył w jakim stanie znajduje się jego kouhai, otrząsnął się i bez żadnych oporów zamordował całą piątkę, zmieniając ich w krwiste, najeżone nożami kaktusy.
Bel poderżnął im gardła, wykłuł oczy i obdarł ich ze skóry. Temu, który spuścił się na Frana, zgotował najokropniejszą śmierć. Odciął męskość pechowca, torturując go tak długo, aż umarł z bólu.
Podłoga była zakrwawiona, i mimo iż Bel mógł wydusić z nich o wiele więcej krwi, nie poświęcił trupom więcej uwagi. Zamiast tego skupił się wyłącznie na swoim kouhaiu, podchodząc i odcinając sznury zaciśnięte na cienkich nadgarstkach Frana. Materiał lekko przeciął skórę, toteż tu i ówdzie widać było ślady krwi. Książę lekko polizał rany, ale na tyle krótko, by po prostu zniknęła krew, po czym starł odrażającą, kremową ciecz z twarzy swojego kouhaia.
Fran z kolei trząsł się i dyszał. Ciągle był pod wpływem podanego mu leku, ale odczuł ulgę, kiedy zobaczył swojego senpaia. Kiedy tylko sperma została starta z jego twarzy, lekko opadł w ramienia Bela, tuląc się do niego jak jeszcze nigdy wcześniej. Krople łez spływały po jego policzkach; kiedy tylko książę poczuł wilgoć na swoich ramionach, odczuł silny szok.
Fran nigdy, ale to przenigdy, nie okazywał emocji. Przenigdy. Ale w tym właśnie momencie iluzjoniście było wszystko jedno. Był tylko nastolatkiem, ciągle nieskalany i niedoświadczony, a tych pięciu pokręconych gości przekroczyło wszelkie dopuszczalne dla niego normy. Fran potrzebował wsparcia i bezpieczeństwa, a w tamtej chwili jego senpai wydawał mu się jedyną odpowiednią osobą.
Belphegor powoli podniósł dłonie i przycisnął do siebie małe, trzęsące się ciało, nie wiedząc do końca jak ma postępować dalej. Książę nie był przyzwyczajony do uspokajania ludzi, a już w szczególności nie do uspokajania jego wiecznie opanowanego kouhaia. Trochę nieprzytomnie pogładził włosy Frana, na co ten zaskomlał, trzęsąc się pod wpływem dotyku.
Bel przestał. Wpatrywał się w dyszącego iluzjonistę zanim wyszeptał:
- Co oni ci zrobili?
- Nn... nie szepcz... Senpai... - Fran z trudem łapał oddech, ale kontynuował - ...oni... nn... trucizna...
Fran wykonał ruch w stronę igły leżącej na podłodze zanim znów szarpnął nim wstrząs; jego zęby dzwoniły.
Książę natychmiast zrozumiał i poczuł wzbierającą w nim wściekłość, rosnącą w miarę jak orientował się w sytuacji. Był bliski ponownego zmasakrowania martwych ciał napastników, ale delikatne, drżące dłonie zaciśnięte na jego barkach były teraz jego priorytetem. Bel odsunął się, zdjął kurtkę i otulił nią nagie ciało iluzjonisty.
- Chodźmy do domu.
Fran spróbował wstać, ale raptowne wstrząsy uniemożliwiły mu to. Był zbyt bezsilny, a jego nogi całe dygotały.
- Nn... Senpai, ja...
Bel się nie ociagał. Wziął swojego kouhaia na ręce, wynosząc go z zakrwawionej toalety, przyciskając do piersi małe, drżące ciało.
- Nn... ach, Senpai... Z-za blisko... - Fran dyszał, jego twarz rumieniła się ze wstydu i wrażeń. – Nie mogę... nnh... - Kolejny jęk wydobył się z ust iluzjonisty, który poczuł, że chciałby zapaść się pod ziemię.
Z kolei Bel był niecodziennie opanowany i poważny. Przytulił mocniej swojego kouhaia, sprawiając, że ten wygiął się z rozkoszy, po czym wyszeptał mu do ucha:
- Nie przejmuj się... Zabiorę cię do domu.
I wtedy po raz pierwszy Fran usłyszał, jak książę mówi o sobie w pierwszej osobie.
Od autorki: W następnym rozdziałku będzie trochę pikanterii. Widzimy się wraz z weekendową aktualizacją~ ;P
