Rozdział czwarty

Sprawozdanie z misji handlowej powinno znaleźć się na biurku ministra w południe. Niestety, Dracona nadal bolały oczy, a sensacje żołądkowe ciągle miały się dobrze. Przypuszczalnie mógłby z pomocą czarów (lub wywierając presję, zależnie od tego, co podziałałoby lepiej) skłonić Pansy do napisania raportu za niego albo, w najgorszym wypadku, po prostu zmienić datę ostatniego sprawozdania i w ten sposób wymigać się od roboty, do jasnej cholery.
Tak, jakby ktoś w ogóle czytał te bzdurne papierzyska.
Wszystko trwało od lat w tym samym, niezmienionym stanie: Niemcy dalej narzucali zbyt wysokie ceny za kociołki (na nieszczęście nie mógł wspomnieć w raporcie o fakcie, że, jeśli przyjąć niemieckiego ministra handlu za wytyczną, deficyt w tej branży zniknąłby w jednej chwili, gdyby Anglia zdecydowała się zacząć eksportować szczupłych blondynów ze sporym przyrodzeniem — na tyłku Dracona nadal widniały odciski palców tego faceta). Francuzi ciągle ględzili o tej swojej głupiej rewolucji i żądali o wiele za dużo za swe wina (oraz to pokryte niebieską pleśnią gówno, które mieli czelność nazywać serem). Hiszpanie bez końca targowali się o ceny brytyjskiej wełny (na co Draco musiał z całej siły powstrzymać się przed okrzykiem: „Zamknijcie mordy! To wasza zasrana wina, skoro nie hodujecie owiec!"). Rumuni nie przestawali bronić z determinacją swego monopolu na smoki (a dopóki były to obrzydliwe, latające, ziejące ogniem i złym humorem bestie, to, jeśli chodziło o zdanie Dracona, Rumuni mogli sobie zatrzymać te łuskowate, śmierdzące potwory). Poza tym byli narodem zjadaczy końskich odchodów, co samo w sobie stanowiło wystarczające zło, a do tego próbowali wpychać te odrażające kulinarne specjały niewinnym! Draco naprawdę zaczynał nienawidzić Rumunów. Tak czy owak, całe to sprawozdanie było kompletnym marnotrawstwem jego czasu i brudzeniem pergaminu.
Teraz, gdy udało mu się skutecznie przekonać samego siebie, że nie musi pisać tego pokręconego raportu albo, w ostateczności, że Pansy zrobi to za niego, zdecydował się skupić uwagę na dokończeniu soku pomarańczowego. Policzył do dziesięciu i upił łyk. Sprawy wyglądały dobrze, brzuch nie wykazał skłonności do rewolty. Policzył więc do dwudziestu i znów pociągnął ze szklanki. Kolejny sukces! Uznał, że naprzemienne liczenie i łyczki są doskonałą metodą zabicia czasu oczekiwania na powracającą z przeglądu łańcuszka nienawiści Pansy. Myśl o zjedzeniu rogalika powoli zyskiwała na atrakcyjności. Zanim się spostrzegł, od wyjścia Pansy zdążyło upłynąć już trzydzieści minut, a ona ciągle nie wracała, jędza jedna, co zaczęło go porządnie denerwować, ponieważ dochodziła dziesiąta i trzeba było ruszyć sprawozdanie. Poza tym, liczenie stawało się powoli nudne. Próbował liczyć po francusku, potem po włosku, co wkurzyło go ostatecznie, gdyż skojarzyło mu się z matką, co z kolei skojarzyło mu się z Blaise'em, a to znów wywołało skojarzenie z Blaise'em i jego matką, zakończone skojarzeniem z Blaise'em i chaosem z czarem powiększającym.
Liczenie przestało wchodzić w rachubę.
Hmm. A może tak dla zabicia czasu wyobrazi sobie dziesięć sposobów podbicia Potterowi oka albo, jeszcze lepiej, obojga oczu?
Doszedł zaledwie do sześciu, co go porządnie rozczarowało, ale, naprawdę, ilość kątów, pod którymi można walnąć kogoś bez konieczności odskakiwania na bezpieczną odległość, jest ograniczona. Po chwili jednak, cały w skowronkach, stwierdził, że mógłby zmieniać przy tym to, co ma na sobie, a zważywszy na rozmiary garderoby Dracona, pomysł wystarczył na całe czterdzieści minut fantazjowania o powalających na kolana zestawach ubrań, które będzie nosił, rozkwaszając Potterowi nos.
Szczerze, gdyby byli choć minimalnie zainteresowani sobą, co oczywiście nie miało miejsca, to nie istniały słowa na wyrażenie śmieszności imputowanych mu aktów molestowania, ukrytych pod płaszczykiem szkolnej antypatii, która już przed laty powinna była umrzeć śmiercią naturalną. Najlepszy dowód na to, jak bardzo Blaise i Pansy się mylili. Malfoyowie nie bywali śmieszni. Źli, przekupni, mrukliwi, egoistyczni i, niekiedy, marudni, ale nigdy śmieszni. Najwyraźniej był to wyłącznie problem Pottera, w który Draco pozwalał się jedynie wciągać. Draco naprawdę nie miał pojęcia, o czym bajdurzyli Pansy i Blaise. Nie potrafił przecież przebywać w jednym pomieszczeniu z Potterem dłużej niż pięć minut bez nieprzytomnego zaciskania pięści w gotowości do walki. Ten facet był kompletnym świrem. Czy to do nich nie docierało? Znać Pottera znaczyło walić Pottera. W mordę, oczywiście. A seksualny podtekst? Śmiechu warte. A skoro Draco nie bywał śmieszny, to pozostawał Potter. Może właśnie w ten sposób manifestował swoje pożądanie, skierowane pod adresem penisa Dracona? Oczywiście, to nabierało sensu. Draco był cholernie atrakcyjny. Połowa niemieckiego ministerstwa handlu nie może się mylić. Że też ten irytujący dupek jest taki tępy. Chce obciągnąć Draconowi, a zamiast tego okłada go pięściami. Typowa gryfońska głupota, doprawdy.
W chwili, gdy Pansy wróciła z rogalikiem, zdążył dokończyć sok i tonął właśnie w zachwycającej fantazji, w której, odziany od stóp do głów w ulubione elementy swej garderoby, otrzymywał dodatkowy bonus w postaci podbicia Potterowi oka oraz rozwalenia mu nosa. Scenariusz niemal żywcem wyjęty z ostatniego balu bożonarodzeniowego — megaodlotowy strój i fantastyczny wygląd — pomijając fiasko z zalaniem się do nieprzytomności podstępną hand granadą i kilkoma szczęśliwymi trafieniami, którymi poczęstował go Potter, psującymi wizerunek Dracona za sprawą złamanego nosa i siniaka pod własnym okiem.
Draco bawił się tak dobrze, że nie zauważył, iż minęła już jedenasta, gdy Pansy wreszcie weszła do biura. Co błyskawicznie przypomniało mu o burczącym z głodu brzuchu oraz konieczności napisania tego przeklętego sprawozdania.
— Pans, konam z głodu — zajęczał. — Gdzieś ty była, do diabła?
— Draco, musisz zejść na dół i koniecznie zobaczyć łańcuszek. Należałeś dziś do tematów dnia. Masz, bierz rogalik. Spróbuj tylko puścić pawia na moje Manolo Blahnik*, a będzie po tobie. Zresztą, nieważne. Ktoś zrobił też parę wpisów o mnie!
Sok zdziałał cuda, ponieważ szkarłat na jej wargach i paznokciach nie wypalał już dziur w jego siatkówce. Powoli zdjął okulary i zerknął na nią, by się upewnić. Potrafiła wyglądać naprawdę ładnie, gdy była w takim nastroju jak teraz: w jej oczach błyszczały iskierki, a usta wyginały się w drapieżnym uśmiechu.
— O, a co w nich było? — wybełkotał między kęsami rogalika.
— Parę z nich nadawało coś głupawego na temat mojego nosa. Sama wiem, że mam nos zadarty jak u mopsa. Co za idioci. Mój absolutny faworyt brzmiał: „Nie cierpię Pansy Parkinson, bo jest cholerną kusicielką, zakładającą staniki w leopardzie cętki pod białe bluzki. I co, suko, może byś tak lepiej pozwoliła komuś z nas zobaczyć twoje cacka z bliska?"
— Kompletne bezmózgowie. Weasley to napisał. Za każdym razem, gdy zakładasz ten stanik, gały wyskakują mu z orbit.
— Jasne, że to on. — Wykrzywiła się radośnie. — Zamierzam mu odpowiedzieć i podpisać się pełnym imieniem i nazwiskiem. Pierdolę anonimowość.
Myśl o fascynacji Weasleya cyckami Pansy z pewnością była w stanie wygenerować migrenę. Łupanie pod czaszką Dracona wróciło ze zdwojoną siłą. Weasley był absolutnie odrażający w tym względzie, wyjaśniało to jednak poniekąd nieustanne docinki Granger wymierzone w Pansy, które nie zmieniły się ani o jotę, choć od chwili ukończenia szkoły minęło już kilka dobrych lat. Owszem, w świetle wpisu napalonego na Pansy Weasleya, Granger była tu raczej na straconej pozycji, chociaż, co Draco musiał przyznać, sama miała całkiem niezły tyłek, z tym, że stanowił on, niestety, integralną część jej samej. Co natychmiast uczyniło ból głowy jeszcze nieznośniejszym. Połączenie seksu i Granger plasowało się na niemal tej samej przerażającej pozycji co wizualizacja seksu i Weasleya, a wyobrażenie ich obojga robiących to jak, nie przymierzając, łasice w rui, sprawiło, że zaczął na serio rozważać dobrowolne wygnanie do Mozambiku i hodowanie bydła, strusi lub czegokolwiek innego, zanim wpadnie w amok.
— Głowa już mnie prawie nie bolała, a ty zmuszasz mnie do wyobrażania sobie twoich cycków i śliniącego się na ich widok Weasleya. — Rzucił jej pełne pretensji spojrzenie i wskazał na swą skroń. — Napraw to, proszę. O, już dużo lepiej. Co zamierzasz mu odpisać?
— Cóż, nie licząc odpowiedzi dla idiotów, którym przeszkadza mój nos, pomyślałam, że czas wywołać Weasleya do tablicy. Co sądzisz o tym pomyśle: „Nie znoszę nudziarzy, śliniących się na widok mojego biustu. Lubię nosić staniki ze wzorem w cętki, a ty, sfrustrowany popieprzeńcu, możesz pocałować mnie w dupę. A skoro już jesteśmy przy temacie, to mam też dziś na sobie stringi z tym samym motywem, półgłówku. Tak, mam na myśli ciebie, Weasley. Serdecznie pozdrawiam, Pansy Parkinson, rozmiar 80C**." Myślę, że taka bezpośredniość wystarczy, prawda?
Draco pomyślał, że takie publiczne obnażenie Weasleya będzie więcej niż niemądre. Granger mogłaby zareagować dość drastycznie, na przykład zmanipulować wymianę prezentów gwiazdkowych tak, żeby Pansy przypadł ten zboczeniec Creevey albo wypchać własny stanik chusteczkami i wyczarować sobie dekolt, co w jej wieku byłoby szczytem żenady. Ale jeśli zamierzał wrobić Pansy w napisanie tego sprawozdania, to…
— Jasne, Pans. Doskonała riposta — skłamał.
Nie zdarzało się to wprawdzie zbyt często, ale tym razem zaszedł jeden z tych rzadkich wypadków, w których wrodzony talent Dracona do mówienia nieprawdy obrócił się przeciw niemu, bowiem Pansy wyfrunęła z biura, ignorując jego bezwstydne błagania o pomoc w pisaniu raportu.
— Wybacz, mój drogi, ale tym razem nie będę mogła ci pomóc. Muszę popracować nad odpowiedzią na wpisy w łańcuszku. Zadarty nos, o kant dupy można to potłuc. Kto by się przejmował nosem, jeśli ma takie cycki jak ja? Zakład, że napisała to Granger. Jawna zazdrość o biust. Żałosne. I nawet nie myśl o tym, żeby podrasować ostatnie sprawozdanie, zmieniając samą datę. Zrobiłeś to już ostatnie trzy razy i nawet minister zaczyna coś podejrzewać. A na koniec upewnij się, czyje nazwiska wymieniasz w raporcie. Ten facet od opłat handlowych za francuskie wina umarł już dwa lata temu, a ty nie uznałeś za stosowne zastąpić jego nazwiska nazwiskiem obecnego speca.
No i stało się. Miał niecałą godzinę na napisanie raportu. Jak nazywał się ten gość od wina? Po spotkaniu, przebiegającym pod tradycyjnym hasłem „Nie mamy zamiaru obniżyć podatku eksportowego na nasze wina, więc się odpierniczcie", Draco zaprosił go na drinka do swego hotelu, wyzwalając w sobie stuprocentowego geja, byle tylko jak najszybciej go uwieść. Co takiego mieli w sobie szczupli bruneci, że jaja Dracona reagowały na ich widok absolutnie cudownym mrowieniem? Gość był niemalże ideałem: wysoki, szczupły, z gęstą czupryną czarnych włosów, w okularach i z tyłkiem, który wręcz błagał, by go ścisnąć. Kompletne przeciwieństwo tego ślepego, szpetnego jak noc Pottera. Zero podobieństwa, zdecydowanie. Potter ciągle nosił okulary, ale głupie i paskudne, a kiedy ostatnio był u fryzjera z tą swoją czarną szopą, którą posiadał na łbie, tylko sam Merlin mógłby zgadnąć. Nazywanie jej włosami było totalnym przegięciem. Przypominała raczej czarną szczecinę, udającą włosy. A co do szczupłości? Draco nie miał zielonego pojęcia, jak wyglądał tyłek Pottera — Merlinowi niech będą dzięki. Blaise i Pansy mogą się wypchać ze swymi insynuacjami. Najlepiej szczeciną.
Facet od win był zupełnie inny niż Potter, nie licząc jedynej wspólnej cechy: też był mężczyzną. Hmm, gdy się tak nad tym zastanowić, to odrobinę przypominał młodszego kelnera w Budapeszcie, który tak wspaniale zrobił Draconowi loda w męskiej toalecie. Wyglądał też trochę jak sekretarz niemieckiego ministra handlu, którego tyłek wyzwalał w Draconie pragnienie zrobienia z nim najbardziej zachwycających, obscenicznych rzeczy. Tak, facet od wina był pożywką dla erekcji już od chwili, w której wydukał: „Monsieur Malfoy". Dlaczego więc nie udało im się tego zrobić?… Och, racja, zjawiła się żona tego gościa. Nie, Draco w żadnym razie nie był wrogo nastawiony do trójkątów, co to, to nie. Najwspanialsze przygody łóżkowe przeżył, tarzając się w pościeli razem z Blaise'em i Pansy. Żona speca od handlu winem nie była jednak w typie Dracona: jedna z tych chłodnych blondynek, które swym wyglądem i osobowością za bardzo przypominały mu matkę. Owszem, Draco nie ukrywał swych perwersyjnych skłonności, ale na szczęście nie przejawiał tego konkretnego zboczenia. W dodatku ta baba była Szwajcarką! Brr, Draco nie znosił Szwajcarów. Jedyną pozytywną rzeczą, którą mógł powiedzieć o ich kraju, było to, że robili przepyszną czekoladę. Ale czy to rekompensowało te przerażająco wysokie góry i tony śniegu? Draco nie cierpiał na lęk wysokości, w żadnym wypadku nie, ale te góry były po prostu za wysokie. A śnieg? Spróbuj spędzić siedem zim w Szkocji, zanim zaczniesz nadawać bzdety o tym, jaki śnieg jest romantyczny. Zakład, że w Rumunii też pada.
Tak więc zjawiła się żona tego atrakcyjnego, w niczym nieprzypominającego Pottera faceta, a Draco równie dobrze mógłby pić szczyny jednorożca z rumuńską delegacją handlową zamiast przesadnie drogiego szampana. Nie wyniósł z tego wieczoru nic poza robieniem za cel paskudnych spojrzeń tej szwajcarskiej harpii oraz piekielnym kacem.
Jak on się nazywał? Claude Jakośtam czy coś w te klocki. Racja, Tessier. Draco zmienił datę w starym sprawozdaniu, dodał nazwisko Claude'a o wspaniałym tyłku w miejsce nazwiska nieżyjącego gościa, wstawił kilka negatywnych uwag na temat niemieckiego ministra handlu, bo choć lubił, gdy ktoś ubóstwiał jego tyłek, to ten kraj nie mógł uchodzić akurat za strefę bezcłową — i już miał gotowy raport.
Granger była najbardziej upierdliwą osobą pod słońcem. Tę babę ktoś powinien wreszcie obłożyć porządną klątwą. Zakaz wysyłania wewnętrznej poczty, który wydano za sprawą jej sugestii, był nadal aktualny, co oznaczało, że Draco został zmuszony do zaniesienia raportu na biurko ministra osobiście. Do południa pozostało jeszcze kilka minut, postanowił więc przejrzeć zawartość dzisiejszego łańcuszka nienawiści.
Wyglądało na to, że Pansy musiała podpaść paru osobom. Tak, było kilka różnych komentarzy na temat jej nosa, a autorstwo jednego z nich Draco z całą pewnością przypisał Granger: nie zawierał on zlepku błędów ortograficznych i był jedną wielką demonstracją poprawnego użycia przecinka, tego biednego, poniewieranego zwykle znaku interpunkcyjnego. Pojawiło się też parę dodatków do żałosnej bazgraniny Weasleya o cyckach Pansy. Na Merlina, trzeba być kompletnym idiotą, żeby nie zauważyć, że to on popełnił pierwszy wpis. Draco wyczuwał wręcz emanującą z linijek tekstu frustrację seksualną rudego. Najwyraźniej nad jego romansem z Granger zaczęły już bić dzwony pogrzebowe.
Co było zresztą do przewidzenia. Dzięki Bogu nie poddali się temu samemu szaleństwu, co cała masa innych ludzi, biorących ślub zaraz po zakończeniu wojny. Wystarczy tylko spojrzeć na tego nic niewartego palanta, za którego wyszła Millicenta. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebował Weasley z tym swoim agresywno-zaczepnym nastawieniem do niemal wszystkiego, było poślubienie Granger. Zawsze grał trzecie skrzypce w cieniu Pottera. Jedyny półgłówek w rodzinie całkiem inteligentnych ludzi. Kto chciałby być przez całą wieczność znany tylko jako mąż Granger? Draco wolałby raczej jeść codziennie na kolację gówno testrala, niż znosić takie upokorzenie. Nawet najbardziej głośni poplecznicy Wybrańca utrzymywali, że w operacji mającej na celu pokonanie Voldemorta Potter był „odwagą", a Granger „mózgiem". Co Weasley wniósł do tego triumwiratu, pozostawało dla wszystkich zagadką. Draco uważał, że przez całą ostatnią dekadę (lub więcej) nie był nikim innym niż prostym podwykonawcą. Draco nie potrafił wyobrazić sobie gorszego losu dla Weasleya, niż zostanie „panem Granger" i gdyby nie fakt, że nie cierpiał go z całych sił, być może byłby w stanie wykrzesać z siebie dla niego iskierkę współczucia.
Oczywiście, wpisy w łańcuszku dotyczące samego Dracona były niemal tak długie, jak te poświęcone Potterowi. Nie zadał sobie trudu, by przeczytać choć jeden z nich. Na pewno nie znajdowało się w nich nic prócz przykrych popłuczyn po opowieściach o zbrodniach wojennych jego ojca (o których połowie autorzy wpisów nawet nie wiedzieli), poddawania w wątpliwość niewinności Dracona (znów brak pojęcia) oraz autentyczności Orderu Merlina, który otrzymał (zarzucając mu, że go kupił, co było zdecydowanie wierutną bzdurą) albo piętnowania jego ekstremalnie swobodnych preferencji seksualnych (co, jako jedyne, było całkowitą prawdą). Krótko mówiąc, wpisy nie zawierały niczego, o czym bez przerwy od ostatnich pięciu lat nie nadawałby już „Prorok". Gdy ktoś oskarża cię o snucie morderczych planów u boku własnego ojca, Voldemorta, Snape'a i tego pierdolniętego świra Macnaira, to w porównaniu z tym cała reszta blednie. Zabawne, ale właśnie wspomnienie Macnaira sprawiło, że w Draconie przewróciły się wnętrzności. Ten fetysz z siekierą. Brrr.
Kolosalna ilość łańcuszków zadedykowanych Potterowi ponownie wzbudziła jego gniew. Sekundę później zamarł z przerażenia. Blaise i Pansy wiedzieli, że Draco w stu procentach wolał obrażać Pottera bezpośrednio, zamiast posługiwać się podstępnym, anonimowym tylnym wejściem, by mu dokopać, ale co, jeśli Potter nie zdawał sobie z tego sprawy? To nie wchodziło w rachubę! Każda, ale to każda obelga musiała być rzucona prosto w oczy. Albo przy pomocy pięści, jeśli już by do tego doszło. Draco nie marnował czasu na ludzi, którzy obawiali się jawnie konfrontować innych z ich oczywistymi niedociągnięciami. Wynikało to ze zwykłego poczucia własnej wartości. Fakt, że Dracona nie było w kraju, gdy zaczął się cały ten burdel z łańcuszkiem, nie oczyszczał go z podejrzeń, dopóki Weasley święcie wierzył, że to on był autorem pierwszego wpisu, a Potter miał zaledwie kilka sprawnie działających szarych komórek więcej niż ten rudy, spragniony seksu idiota. Draco musiał natychmiast podjąć jakieś kroki. Na szali leżał honor nazwiska Malfoy.
Zadrżał, słysząc świst przelatującego obok zaklęcia i odwrócił się. Kilku aurorów o zmęczonym wyglądzie rzucało całkowicie nieskuteczne zaklęcia destrukcyjne na łańcuszek, który wraz z każdym sięgającym go strzałem zdawał się jaśnieć coraz silniejszym blaskiem. Wśród nich stał Potter. Opierał się o ścianę, wciskając podbródek w podtrzymującą mu głowę dłoń, prawie nie otwierając oczu przy formowaniu kolejnego czaru. Draco zbliżył się do niego bez pośpiechu.
— Potter. Wyglądasz jak nieszczęsna kupa gówna — zauważył Draco z niejakim zadowoleniem.
— Gdybyś sam musiał od czterech cholernych dni bezskutecznie rzucać pieprzone zaklęcia, też byś wyglądał gównianie. Nie mam dziś nastroju na twoje bzdury, Malfoy. Spadaj.
Gdzie byli Blaise i Pansy, kiedy ich potrzebował? Jeśli to nie był powód do… Nieważne, żeby udowodnić im, jak bardzo się mylili i jak bardzo on sam miał rację, Draco postanowił stłumić chęć walnięcia Pottera w szczękę tak mocno, żeby wylądowała w stolicy Walii. Nie znosił zmuszać się do postępowania na zasadzie „gdy trzeba, to trzeba".
— Obiad? — zapytał Draco. Potter na chwilę przestał strzelać zaklęciami i gapił się na niego z opadłą szczęką. — To coś, co robią cywilizowani ludzie. Oznacza to spożycie posiłku w okolicach południa. Z mile widzianym użyciem noża i widelca oraz absolutnie niezbędną obecnością serwetek. O, i jedzenia, oczywiście. Czasami, jeśli ktoś ma wesoły nastrój lub odczuwa stres, kufel piwa może być miłym dodatkiem.
Potter już otwierał usta do odpowiedzi, gdy nagle pojawił się świeżutki łańcuszek, wywrzaskujący, że Kingsley Shacklebolt nosi damską bieliznę. Ciekawa myśl, której Draco w żadnym wypadku nie odrzuciłby od razu jako kompletnego nonsensu. Ten facet tchnął obrzydliwą normalnością, a wbijanie się w damskie majtki było jedną z najłagodniejszych perwersji. Shacklebolt musiał mieć przecież jakieś odchyły. Ich zupełny brak był czymś nienaturalnym.
— Zaczynają robić to o każdej porze. Nie tylko rano — jęknął Potter.
— Wygląda na to, że zaklęcie zyskuje na sile.
— Odpierdol się, Malfoy — powiedział Potter, zaciskając zęby.
Najwyraźniej jakikolwiek komentarz na temat przykrej porażki aurorów, niepotrafiących poradzić sobie z całym tym bałaganem, był niemile widziany.
— Obiad — przypomniał mu Draco. Malfoyowie nie doszliby do niczego, gdyby nie byli konsekwentni.
Na czoło Pottera wystąpiły zmarszczki, jakby rozmyślał nad tysiącem różnych klątw, wycelowanych w Dracona, ale już chwilę później jego twarz odprężyła się całkowicie.
— Zgoda. Rzeczywiście mógłbym coś zjeść, a przy okazji nieźle się zabawić. Nie mogę sobie za cholerę wyobrazić, dlaczego chcesz iść ze mną na obiad, ale na pewno zaczniesz mnie w którymś momencie obrzucać wyzwiskami, a wtedy będę mógł cię walnąć. Jestem więc na to przygotowany. W „Dziurawym Kotle?"
Draco zgadzał się z Potterem co do „gotowości". Sam też zawsze czuł się przygotowany do uderzenia Pottera. Ale na Merlina, co to za pomysł z lokalem? Ten. Facet. Był. Kretynem.
— Dobra. — Draco nie mógł powstrzymać się od sarkazmu. — Skoro koniecznie chcesz przeczytać w jutrzejszym nagłówku „Proroka": Potter i Malfoy na randce w „Dziurawym Kotle!", to proszę bardzo.
— No tak. — Potter się zaczerwienił. — Eee, zła propozycja. To gdzie?
— W „Pod Wężowym Językiem" serwują porządne sandwicze. Ludzie z ministerstwa nie chcą być przyłapani na gorącym uczynku, włócząc się w okolicach Nokturnu. Knajpka jest tam, gdzie był kiedyś sklep Borgina i Burkesa. Naturalnie, że wiesz, gdzie to jest. Spotkajmy się tam za pół godziny. Muszę jeszcze tylko zanieść to do biura ministra.

XXX

Potter się spóźniał, oczywiście. Draco zdążył już wypić jeden kufel piwa i dobrnąć do połowy drugiego, gdy ten wreszcie wtoczył się przez drzwi. Przystanął na chwilę w cieniu, z sylwetką lekko rozmazaną na tle blasku bijącego przez prostokąt otwartych drzwi, kontrastując z półmrokiem wnętrza, Draco jednak był w stanie rozpoznać go wszędzie. Było coś dziwnego w dysonansie między pełnymi wahania i nierzadko niezdarnymi ruchami Pottera, cechującymi go przez większość czasu, a promieniującym siłą ułożeniem jego ramion, kiedy rzucał zaklęcia, czy też bolesnym wręcz wdziękiem, gdy siedział na miotle. To wprost błagało o pytanie: w jaki sposób Potter manifestował się w łóżku? Był kimś, kto nie wie, co ma zrobić z rękami (pomijając kwestię złapania znicza), czy też kimś zupełnie innym? Nagle w myślach Dracona pojawiła się absolutnie niepożądana wizja: Potter pieprzący jakiegoś wyjątkowego szczęściarza ze zdecydowaniem, które charakteryzowało go, gdy rzucał zaklęcia, połączonym z niedoścignioną gracją, którą demonstrował na miotle. Był to rodzaj rżnięcia, które nadawało całkowicie nowy wymiar powiedzeniu „do upadłego". Penis Dracona drgnął.
Na szczęście obraz ten okazał się być rodzajem krótkiego zaćmienia umysłowego, bo Potter niezdarnie ruszył w stronę stolika krokiem, któremu daleko było do wdzięku, przerywając tym samym ciąg niebezpiecznych myśli Dracona. Dzięki Bogu. Świat znów był normalny. Potter był tym samym niezgułą, co zawsze, niemającym nic wspólnego z bogiem seksu z chorej wizji powstałej w wyobraźni Dracona. Doprawdy, najwyższy czas, żeby Draco z kimś się przespał, skoro był zdesperowany na tyle, żeby zabawiać się w duchu scenariuszami rodem z tandetnego pornosa, prezentującymi w roli głównej akurat Pottera!
— Przepraszam, musiałem, eee, pogadać ze Shackleboltem, wiesz, o tych łańcuszkach — usprawiedliwił się, jak zwykle z nieodłącznym dukaniem, po czym wśliznął się do niszy ze stolikiem.
Draco pstryknął palcami, na co na blacie pojawił się kufel black and tan***. Potter zaczął pijać tę wstrętną lurę po podróży na Zieloną Wyspę w towarzystwie tego irlandzkiego debila Finnigana. Jak tej chodzącej magicznej niekompetencji udało się przeżyć wojnę, pozostawało absolutną zagadką. Draco nie zdołał powstrzymać się przed podejrzliwym zerknięciem na napój Pottera. Graniczyło to z ohydą kategorii niebieskiego jedzenia: piwo zdecydowanie powinno mieć jeden i ten sam kolor. Chcesz pić jasne, pij jasne, wolisz ciemny leżak — proszę bardzo, ale mieszanie ich obu ze sobą to czysty skandal. Ostatnia lekkomyślna próba eksperymentowania z pieprzonymi jagodami wyleczyła Dracona z wszelkich zapędów do powtórzenia podobnej porażki. Po tej klęsce całymi tygodniami nie był w stanie założyć swojego niebieskiego, kaszmirowego szlafroka ani żadnego z niebieskich krawatów. Sam widok tego koloru sprawiał, że coś ściskało go za tyłek i to wcale nie w ten sposób, który zwykle preferował. Draco za bardzo lubił piwo, żeby narażać się na ryzyko poczucia do niego nagłej awersji.
— O, dzięki. Jestem zaskoczony, że wiesz, co piję — skomentował Potter, pociągając obrzydliwie głęboki łyk, czego wynikiem była kryza piany na jego górnej wardze. Wydał z siebie uszczęśliwione „ach" i odchylił się do tyłu, opierając plecami o ścianę niszy i przymykając oczy. Drogi Merlinie, ten facet był kompletnym wrakiem. Draco musiał zmobilizować całą siłę woli, żeby nie pochylić się nad nim i nie przejechać mu kciukiem po wardze, z jakimś uszczypliwym komentarzem o jego koszmarnych stołowych manierach, gdy nagle Potter niespiesznie zebrał językiem piwną pianę z górnej wargi. — Boże, jak mi to było potrzebne. Dzięki, Malfoy.
I nagle to się zjawiło. To mrowienie. To łaskotanie. To prawie niemożliwe do ugaszenia pragnienie uniesienia pięści i…
Potter zdjął okulary i kłykciami przetarł sobie oczy, tak, jakby go bolały.
— To co, zjemy coś, zanim zaczniemy się okładać? Przyznaję, że umieram z głodu. — Jego ręce niezgrabnie obmacały blat stolika w poszukiwaniu odłożonych okularów.
Draco opanował mrowienie oraz swędzenie, wręczył Potterowi okulary i skinął na kelnerkę.
Jedząc wyśmienite sandwicze, gawędzili sobie o ostatniej podróży służbowej Dracona. Potter wydawał się podzielać żywą niechęć Dracona do smoków (co, jak Draco stwierdził w duchu, stwarzało niejakie problemy odnośnie jego imienia, ale po chwili wytłumaczył sobie racjonalnie, że jego rodzice nigdy nie nazwaliby go tak na cześć ziejącego ogniem potwora, który koniecznie pragnie cię pożreć, zważając na piękno, znaczną odległość i brak zabójczych zapędów konstelacji określanej tym samym słowem). Potter zareagował nawet serdecznym śmiechem na relację Dracona o piekielnych posiłkach, wychodzących spod ręki tych okropnych Rumunów. Draco nie mógł się wprawdzie dopatrzyć, co było w nich aż tak zabawnego, bo w końcu każde jedno danie stanowiło stuprocentowy horror, ale śmiech wydał mu się miłą odmianą po znudzonych i szyderczych komentarzach Blaise'a, jakim to niby świrem był Draco tylko dlatego, że wolał długo leżakowane czerwone wino od udających je szczyn jednorożca.
— Nawet nie wiedziałem, że masz poczucie humoru, Malfoy — zaśmiał się Potter w reakcji na opis bombonierki, która w jakiś dziwny sposób okazała się być raczej bombą w rękach pewnego hiszpańskiego cukiernika.
Komentarz ten wzmocnił tylko postanowienie Dracona, by zapewnić Pottera, że jeśli będzie miał do powiedzenia coś naprawdę paskudnego na jego temat, powie mu to prosto w oczy. Skończyli właśnie jeść i dopijali piwo, co wydało się być idealnym momentem na poruszenie tej kwestii.
— Słuchaj, Potter, co do tych łańcuszków… — odważył się Draco.
— Zdecydowanie najgorszy tydzień w moim życiu, no dobra, może nie najgorszy, ale prawie. Oczekują ode mnie, żebym był ekspertem od wszystkich czarnomagicznych spraw, a ja nie umiem nawet usunąć tych pieprzonych nienawistnych notek.
— Oczywiście, że nie jesteś ekspertem od czarnomagicznych spraw — parsknął Draco. — Co za idiotyczne założenie.
— Jaaasne — odparł Potter głosem, w którym pobrzmiewało coś w rodzaju ironii. Czyżby Potter potrafił być ironiczny? Co za myśl! — Muszę siedzieć w ministerstwie całymi dniami, najwidoczniej niezdolny do zrobienia niczego, co mogłoby powstrzymać ten pierdolony łańcuszek od wygadywania okropieństw o ludziach, których znam. Muszę słuchać potworności o sobie samym, o Ronie, Hermionie… W dodatku, niektóre z nich są śmieszne, a to naprawdę nie powinno mnie bawić… — Jego głos ucichł powoli.
— O, są jak najbardziej śmieszne — zachichotał Draco. — Tak jak na przykład ten, że niby Longbottom ma dużego! Myślałem, że skonam ze śmie…
— Cóż, to akurat prawda — przerwał mu Potter. — Choć, z drugiej strony, to niemożliwe, żebyśmy zerwali z Ginny z tego powodu, bo przecież… No, to nie mógł być powód.
Cóż za wnioski nasuwała ta wypowiedź! Przede wszystkim, Longbottom miał mieć wielkiego penisa? Czyżby podstępne aluzje Pansy opierały się na jakichś prawdziwych podstawach? I skąd, na niebiosa, mogła o tym wiedzieć, przebiegła lafirynda? Następnie Potter zasugerował, że ruda Łasica przykłada wagę do rozmiaru oraz że on sam z powodzeniem mógłby stawić czoła Longbottomowi. Żołądek zaczynał już wywijać w nim podenerwowane koziołki, gdy Draco nagle odetchnął z ulgą, spoglądając na całe to zagadnienie pod kątem względności. Potter może stawić czoła Longbottomowi. Który to z pewnością ma kutasa wielkości miniparóweczki, a co za tym idzie, Potter mógł pochwalić się rozmiarem skurczonej miniparóweczki. Pansy chciała go tylko podrażnić. Choć, sam musiał przyznać, wpis dotyczący Łasicy miał jakiś sens. Wyglądała jak ktoś, dla kogo liczy się tylko wielkość, ale…
— Właśnie to jest tak straszne w tym łańcuszku — ciągnął Potter. — Całe to gówno zawiera w sobie ziarno prawdy.
— Nie widzę sensu w czytaniu tych o mnie. Widziałem je, przeleciałem je wzrokiem. Ale po tym, jak w „Proroku" zarzucono mi stanie na końcu szeregu śmierciożerców…
— Właśnie — wpadł mu w słowo Potter, zalewając się rumieńcem. — Albo ten nonsens o tobie, Blaisie i Pansy. Że Blaise lubi bicie po tyłku. I że ja pieprzę Rona i Hermionę. Jakby to mogła być prawda! — Zaśmiał się urywanie.
— Są chwile, w których pragnąłbym być Niewymownym, bo z pewnością istnieją pewne rzeczy, których wolałbym nie wymawiać, a trójkąt z udziałem twoim, Granger i Weasleya zdecydowanie do nich należy. Zważywszy, że cokolwiek, co jest związane z seksem oraz Weasleyem i Granger, przyprawia mnie o mdłości, a właśnie skończyłem jeść obiad, to proszę cię, nie kontynuujmy lepiej tematu, bo dostanę jeszcze wizji, które zmuszą mnie do zwrócenia tego doskonałego cheddara. Jeśli się z nimi naprawdę pieprzysz, to oszczędź mi szczegółów. No naprawdę. Wątpię, żeby Weasley potrafił rzucić choć jedno zaklęcie seksualne, nawet jeśli miałoby od tego zależeć jego życie, a połączenie Granger i obciągania? Nie będę tego zgłębiał, Potter. A co do reszty… Cóż, to, że Blaise lubi klapsy, to totalna bzdura. To odchył Pansy, jeśli już. I tak jak mówiłeś, w tych paskudnych notkach mignie czasem jakieś ziarenko prawdy. Mam tylko nadzieję, że nie będą rzucać oszczerstw pod adresem Blaise'a albo Pansy. To dość podłe, jeśli go tam nie ma i nie może się obronić. Autor tych wpisów powinien uważać się za szczęściarza. Poza tym, Blaise jest niesamowity w łóżku, a głębokie gardło Pansy nie ma sobie równego. Wiem coś na ten temat. Dzięki Bogu, nieprzemyślane małżeństwa Blaise'a nigdy nie narażały naszego życia intymnego na szwank, a precyzując, naszego wspólnego życia intymnego, i nie wydaje mi się, żeby coś się miało zmienić, gdy on w końcu ożeni się z Pansy. Co, jak podkreślam, byłoby doskonałym rozwiązaniem. Nie przeżyję jego kolejnej szurniętej, bogatej żony. One wszystkie z jakichś powodów mnie nie cierpią. A poza tym, jeśli on wreszcie poślubi Pansy, to ta przestanie uprawiać administrację i zarządzanie mojego własnego życia seksualnego… — I tu Draco urwał, w porę zauważając, że znalazł się niebezpiecznie blisko wygadania ich szalonej teorii twierdzącej, że Potter i Draco walą się po gębach, ponieważ się ze sobą nie pieprzą.
— Co? — Oczy Pottera niemal wyskoczyły z orbit. — Ty i Pansy? Ty i Blaise? Pansy i Blaise? Ale on jest przecież żonaty, no i jest facetem, a ona posuwa was obu, a ty…
Nieśmiertelna pogarda dla wszystkiego, co związane z Potterem, nieco złagodzona jego chichotami nad opowieścią o misji handlowej Dracona, została szczęśliwie odbudowana.
— Dzięki Merlinowi, ty nigdy mnie nie zaskoczysz, Potter. Te twoje mieszczańskie, wiktoriańskie, sztywne jak kij w dupie nastawienie… Zresztą, nieważne. W całej tej propozycji wspólnego obiadu chodziło o to, że chcę, żebyś wiedział, że to nie ja wysłałem wpisy na twój temat. Wolę obrażać cię bezpośrednio.
Potter gapił się na niego.
— Wolisz obrażać mnie bezpośrednio.
— Oczywiście — parsknął Draco. Co za tępak. — Nienawidzimy się publicznie od lat. Dlaczego mielibyśmy kłopotać się rzucaniem na siebie obelg za plecami? Proszę, bądź tak uprzejmy i obrażaj mnie prosto w oczy, a ja zrobię to samo. Szczerze, przeczytałem kilka wpisów z łańcuszka na twój temat i nie poświęciłbym im ani chwili zastanowienia. To dziecinne i niedojrzałe próby szkalowania, popełnione bez cienia finezji. Gdybym zdecydował się oczernić cię tym idiotycznym sposobem, to zapewniam cię, że mój wpis byłby wyjątkowy.
Potter podrapał się w głowę.
— Czyli mówisz, że nazwałbyś mnie dupkiem i kutasem prosto w oczy, ale nigdy nie zrobiłbyś tego za moimi plecami?
— Dokładnie! — No, nareszcie to do niego dotarło. — Jesteś najbardziej wkurzającym matołem, jakiego miałem kiedykolwiek nieprzyjemność poznać. Pomijając cały ten interes z pokonaniem Czarnego Pana, który głęboko doceniam, wielkie dzięki, jesteś totalnym marnowaniem przestrzeni, ty palancie.
Na co Potter złamał mu nos.

Koniec rozdziału czwartego

* Manolo Blahnik to projektant luksusowych damskich butów. W szpilkach jego produkcji lubowała się Carrie Bradshaw z Seksu w wielkim mieście.
** Jeśli wśród czytelników, a raczej czytelniczek, są jakieś stanikowe lobbystki, to założę się o całą jesienną kolekcję Sephory, że załamują właśnie ręce nad stopniem nieuświadomienia Pansy, sugerując, że z podanym przez nią rozmiarem musiałaby mieć co najmniej posturę Millicenty Bulstrode, czyli enerdowskiej kulomiotki. Następnie oszacowałyby domniemane 80C (czyli nazwane w oryginale brytyjskie 36C) na jakieś 70E, co, odpowiadając mniej więcej wymiarom 75 cm pod biustem i 95 w biuście, wcale nie oznacza gigantycznych piersi. Zaintrygowane tematem dziewczyny odsyłam TU.
*** Black and tan to napój będący mieszanką dwóch rodzajów piwa, ciemnego i jasnego.