Troszkę dłużej tym razem. Rozpoczynamy...
Część szósta - Dzień drugi
- Dzień dobry, doktorze Gaviola. Co pana tu sprowadza tak wcześnie? – spytała z wesołym uśmiechem archiwistka na radiologii, widząc przed swoim biurkiem wysokiego, zielonookiego blondyna.
- Korzystam z ostatnich chwil spokoju przez zamieszaniem z konferencją u nas. Chciałem zobaczyć zdjęcie TK klatki piersiowej Anny Mitchell, numer karty 144532. Zlecił je chyba jeszcze doktor House.
- Och – zmartwiła się dziewczyna. – Doktor House poprosił o nie jakieś pół godziny temu, siedzi w sali negatoskopowej i do tej pory je analizuje. Prosił, żeby mu nie przeszkadzać.
- Co on tu robi o w pół do ósmej rano? – zdziwił się Gaviola.
- Może chce uzupełnić wnioski w dokumentacji? – podpowiedziała archiwistka, ze wzruszeniem ramion wracając do swojego zajęcia, polegającego na segregowaniu akt.
- Moja droga, jeśli ktoś kiedyś o siódmej rano powie bez ironii, że „House uzupełnia dokumentację", zacznę wierzyć w cuda – prychnął Gaviola, zerkając w stronę sali negatoskopowej, której mrok w chwili obecnej burzyło światło pojedynczej, włączonej lampy.
- Jest pan onkologiem i nie wierzy pan w cuda? – uniosła brwi archiwistka z nieco flirciarskim uśmiechem.
- To nie onkolodzy mają wierzyć, tylko pacjenci – odparł Gaviola, kierując się w stronę sali, zostawiając samą uśmiechającą się archiwistkę.
Po dotarciu nie wszedł, tylko schował się za framugą drzwi, obserwując znajdującego się w środku kolegę.
Sala negatoskopowa oferowała kilkadziesiąt lamp do oglądania zdjęć RTG i klisz z tomografu komputerowego. Na wszystkich czterech ścianach, z pominięciem drzwi, na wysokości wzroku znajdowały się dwa rzędy negatoskopów, poza tym na środku pomieszczenia stał duży, również podświetlany stół. Chociaż w sali znajdowały się zwykłe lampy sufitowe, praktycznie nigdy ich nie używano – zazwyczaj włączano kilka negatoskopów, co w zupełności wystarczyło do poruszania się po pomieszczeniu.
House siedział plecami do drzwi na zgaszonym chwilowo stole, jego laska leżała obok niego, wymachiwał skrzyżowanymi nogami i wpatrywał się w kliszę TK Anny. Scott dojrzał też słuchawki w uszach diagnosty – prawdopodobnie powód, dla którego nie został jeszcze przyłapany na podglądaniu. Gaviola odczuł już kiedyś na własnej skórze oczy dookoła głowy House'a. Greg miał dar obserwacji i niesamowitą intuicję, chwilowo uśpioną przez podejrzanie wczesną porę i muzykę w uszach.
Scott zastanawiał się, dlaczego House wracał do przypadku, który od kilku dni nie był jego. W porządku, pacjentka była ciekawym okazem, ale Gaviola wiedział, że pacjenci z już postawionym rozpoznaniem nie byli w najmniejszym stopniu interesujący dla diagnosty.
Coś mu świtało, że może mieć z tym coś wspólnego fakt, że Wilson nie zdołał włączyć Annie leczenia. Ordynator jednak nic nie wspomniał o przekazaniu sprawy z powrotem Gregowi. Powód, dla którego lekarz znany z notorycznego spóźniania się na dziewiątą do pracy siedział w sali negatoskopowej od siódmej rano, pozostał nieznany.
Gaviola odwrócił się i odszedł, zostawiając zamyślonego House'a samego.
Kiedy House o w pół do dziesiątej wpadł do biura Wilsona, nawet nie zaczął wizyty od typowego narażenia głowy na odcięcie. Zjawił się od razu całą swoją przekrzywioną, długą i szczupłą postacią, by wykrzyknąć radośnie:
- Witaj, słońce ty moje! Co dzisiaj u ciebie?
Jednak tego ranka Jim Wilson nie przypominał słońca w żadnym wypadku. Był wyraźnie zmęczony i niewyspany, choć jak zwykle w wyprasowanej koszuli i pod krawatem. Wesołość kolegi poirytowała go na tyle, że nie zdołał sobie przypomnieć, że House przecież od dwóch lat ani razu nie był radosny.
Zdołał jednak zachować spokój. Znalazł na biurku wydruki z laboratorium.
- Twoja pacjentka nie ma ani chłoniaka, ani białaczki. Na twoim miejscu zainteresowałbym się dość ciekawym rozmazem szpiku – rzekł, podając koledze papiery.
House rzucił okiem na treść dokumentu.
- Dużo młodych form komórkowych. Węzeł wykazuje oznaki zapalenia – mruknął.
Przemyślenia przerwał mu podejrzanie ostrożny głos Wilsona:
- Jeśli będziesz miał jeszcze jakiś onkologicznopochodny pomysł, zwróć się do Gavioli.
House spojrzał na niego swoimi czujnymi oczami.
- A ty gdzie będziesz? – spytał podejrzliwie.
- Na urlopie – odparł Wilson tonem, jakby to nie było nic szczególnego.
Ale było.
- Rozwodzisz się? Pół roku po ślubie? To rekord.
- Nie, nie rozwodzę się. Skąd ten pomysł?
- Odkąd wróciłem do pracy w PPTH dwa lata temu, jedynymi powodami twojego pójścia na urlop był najpierw rozwód z Bonnie, potem ślub z Julie. Skoro jesteś już żonaty i mimo wszystko wykluczyłem możliwość zakładania przez ciebie haremu, został rozwód.
- Może mam inne powody pójścia na urlop i...
- Anna Mitchell? – przerwał mu bezwzględnie House.
- ... i to nie jest twoja sprawa – dokończył Wilson z naciskiem.
- Co z konferencją onkologiczną? Miałeś przecież wygłosić referat.
- Następnym razem.
- Zrezygnujesz ze spotkania z profesorem Richardsem? Przecież to twój guru. Nie mogłem się doczekać widoku ciebie śliniącego się do innego faceta.
- Richards podobno jest skończonym dupkiem. Niewiele tracę.
- Wilson, o co tu chodzi, do ciężkiej cholery? – stracił cierpliwość House.
Jim myślał, że uratuje go ćwierkanie pagera House'a. Greg jednak nadal wpatrywał się w niego ostrym wzrokiem i ani drgnął, by uspokoić urządzonko szalejące w kieszeni jego marynarki.
- Wzywają cię – rzekł spokojnie Wilson.
House nie miał wyboru, sięgnął w końcu do kieszeni i odczytał wiadomość.
- Jeszcze z tobą nie skończyłem – burknął, ruszając do wyjścia.
- Obawiam się, że skończyłeś – odparł Wilson pod nosem.
House spojrzał na niego z wyrzutem i zatrzasnął za sobą drzwi.
- Dzień dobry! – zawołał House już mniej radośnie, wchodząc do sali Alice. – Dobra wiadomość: nie ma pani chłoniaka. Zła wiadomość: nadal nie wiemy, co pani jest.
- Może na razie poradzi pan coś na to, że moja kuzynka coraz słabiej widzi i bolą ją oczy? – odezwała się Kate, siedząca z książką na fotelu pod ścianą. W porównaniu z wymową Alice, jej angielszczyzna była niemal idealna, choć również nie wykazywała obecności jakiegokolwiek konkretnego akcentu.
House usiadł na brzegu łóżka, rozszerzył powieki załzawionych oczu milczącej i biernej Alice, następnie wyciągnął oftalmoskop z kieszeni marynarki i sprawdził jego działanie. W tym momencie do sali weszła stażystka Carol z cichym „dzień dobry".
- Gdzie Miller? – spytał House, badając dno obu oczu pacjentki.
- Dochodzi do siebie po absolutnie bezproblemowym dyżurze – odparła Carol. – Kazał panu przekazać, że nie przygotował historii tylko ostatniego pacjenta. Reszta leży na pańskim biurku i czeka na podpis.
- W porządku, dokończy to to z was, które ostatecznie bardziej nawali – stwierdził House, przestając świecić Alice w oczy i przyglądając jej się. Dziewczyna nadal się pociła, rumień na twarzy sugerował gorączkę, co zresztą potwierdzał odczyt na monitorze przy jej łóżku. – Od przodu zapalenie spojówek i od tyłu tarczy nerwu wzrokowego – rzekł w końcu. – Dostanie pani antybiotyki o szerokim spektrum i krople do oczu.
Carol skinęła głową na znak przyjęcia polecenia do wiadomości.
- Niech pan mnie po prostu wyleczy – rzekła słabo Alice.
- Najpierw muszę wiedzieć, co leczyć – odparł House i wstał. – Będziemy w kontakcie.
- Skoro nie wie pan, co to jest, skąd te antybiotyki? – spytała podejrzliwie Kate.
- Jestem jednym z tych konowałów, którzy nie lubią stać i czekać na rozwój wypadków – odparł House w drodze do wyjścia z sali. – Z drugiej strony nadal nie mamy wyniku posiewu, więc skoro wykazuje pani wiele podręcznikowych objawów infekcji bakteryjnej, antybiotyki wydają się być dobrym pomysłem.
Zdążył wyjść, zanim Kate czy Alice zadały kolejne pytania. Widział tylko przez szklaną ścianę sali, jak Carol najwyraźniej próbowała uspokoić kuzynki.
Kiedy House dotarł do biura Wilsona dwadzieścia minut po ostatniej wizycie, okazało się, że pomieszczenie było zamknięte na klucz. Od pielęgniarki dowiedział się, że doktor Wilson poszedł na urlop i miał się pojawić z powrotem w pracy za kilka dni.
House nienawidził, kiedy blisko niego działo się coś, czego nie mógł zrozumieć.
Na białej tablicy w pokoju lekarskim diagnostyki pojawił się kolejny, koślawy napis, wypisany charakterystycznym stylem ordynatora: „Zapaść ukł. odpor. – immunosupr.?"
Kilkanaście podpisów pod wypisami pacjentów, kilka przyklejonych do boazerii dokumentów i odbiciach piłki od ściany później Oddział Diagnostyczny odwiedziła zmęczona Dziekan Medycyny. Lisa Cuddy zawsze starała się trzymać fason, ale nagromadzenie kilkunastu czasochłonnych czynników naraz sprawiało, że osoba o spostrzegawczości pokroju House'a bez trudu dostrzegała, że pani dyrektor miała ochotę wpełznąć pod ciepłą kołderkę jej własnego łóżeczka i nie wychodzić stamtąd, dopóki się to wszystko nie skończy.
- Przychodnia za tobą tęskni – rzekła Lisa monotonnym tonem, patrząc na diagnostę, siedzącego na blacie biurka i bawiącego się jo-jo.
- Wiesz, że mam pacjentkę – przewrócił oczami House, nie przerywając zabawy.
- Wiem, że masz dwie pacjentki – odparła Lisa.
House spojrzał na nią trudnym do określenia wzrokiem, dając w końcu spokój jo-jo.
- I nie mam nic przeciwko temu – dodała Cuddy. – Proszę cię tylko, żebyś to załatwił możliwie jak najbardziej legalnie. Bez włamywania się do domu i robienia wokół siebie zbędnego zamieszania. Mam ostatnio wystarczająco dużo problemów prawnych.
House wbił w podłogę swoje typowe, lekko zażenowane spojrzenie.
- Wilson wie? – spytał cicho.
- Nie, ale wie Gaviola i mówi, że jemu wszystko jedno.
House skinął głową i przyjrzał się szefowej. Coś było nie tak. Grzebanie w przypadku innego lekarza za jego plecami nie miało prawa ujść mu na sucho tak łatwo. Powinna paść gadka o pytaniu o pozwolenie i zamieszaniu, jakie mogło to wywołać. Cuddy oczywiście wiedziała, że House i tak by nie odpuścił, ale po dwóch latach wspólnej pracy nadal wierzyła, że uda się jej czegoś go nauczyć. Trochę go zmienić. Jak każda baba w "związku" z facetem z wadami.
Cuddy otworzyła usta, żeby powiedzieć coś jeszcze, ale zmieniła zdanie i ruszyła do wyjścia.
- Cuddy? Co się dzieje? – rzucił za nią House, ale Lisa jakby tego nie usłyszała, wyszła z jego gabinetu i ruszyła w stronę schodów.
- Nienawidzę, kiedy to robi – mruknął do siebie House, wstał i pokuśtykał do windy.
Cuddy siadała przy swoim biurku, kiedy wszedł. Nawet na niego nie spojrzała. Stanął naprzeciwko niej.
- Co się dzieje? – powtórzył, patrząc jej prosto w oczy.
- Nic. – Wzruszyła ramionami.
- Nieprawda. Coś jest nie tak, i to coś w jakiś sposób dotyczy mnie – mówił nisko, nerwowo i zdecydowanie.
- Skąd ta myśl? – udała zdziwienie Lisa.
- Chciałaś mi coś powiedzieć, ale zmieniłaś zdanie. Fakt, że zwiałaś przede mną schodami, też jest podejrzany. Czyli może to nie dotyczy mnie osobiście, ale na pewno wzbudziłoby moje zainteresowanie.
Cuddy westchnęła, patrząc w przestrzeń gdzieś obok niego.
- Cuddy? – znów zagadnął, ciszej i spokojniej.
- Mamy poważne oskarżenie o popełnienie błędu w sztuce lekarskiej – rzekła z westchnieniem. – Od razu wykluczono możliwość ugody. Może nas to kosztować kilka milionów i reputację dobrego lekarza.
- Na pewno nie oskarżono mnie, bo w takim wypadku wpadłabyś z triumfem do mojego biura – rzekł, patrząc w jej szaroniebieskie oczy. – Cuddy? – spytał wyczekująco, choć w powiązaniu ze znanymi mu faktami wiedział, jakiej odpowiedzi może się spodziewać.
- Anna Mitchell pozwała Jima Wilsona – rzekła w końcu Lisa.
Mimo przygotowania House nie zdołał powstrzymać pełnego zaskoczenia i złości okrzyku:
- Co?
c.d.n.
Oh, cliffy! ;)
