Rodney czuł, że wiele się między nimi zmieniło. Przede wszystkim Zelenka poklepał go po plecach, jakby składał mu nieme gratulacje za to, że nareszcie zrobił coś dobrze. I Rodney z całych sił starał się nie pokazać po sobie jak wiele to dla niego znaczyło, ale to nie było łatwe, gdy Sheppard obserwował go tak intensywnie ze swojego biurka. Ponownie razem pracowali i John wziął nawet samolot na lot próbny, który okazał się całkiem owocny. Oczywiście Rodney nie zamierzał uganiać się do śmierci za latającymi zabawkami i planował zamontowanie kamery. W zasadzie stworzenie oprogramowania komputerowego połączonego z symulatorem mogło być dziecinnie łatwe. Wtedy nawet John nie musiałby biegać po parku wzbudzając sensację tych miejscowych nieuków, których tylko nazywali swoimi kolegami.
Rodney odmawiał kontaktów z nimi po tym jak potraktowali Johna.
Zelenka przewrócił oczami, gdy tylko usłyszał, że znowu będą musieli coś zbudować.
- Wiesz, że nie babraliśmy się w brudnej robocie, gdy go nie było – zaczął teatralnym szeptem Radek.
I Sheppard oczywiście go usłyszał. Szaleńczy chichot rozniósł się po laboratorium i Rodney po prostu wiedział, że John byłby takim właśnie naukowcem. Chłopak oczywiście doskonale wykonywał swoje obliczenia, ale częściej można było go spotkać ze śrubokrętem w dłoni w tej koszulce bez rękawów, która doskonale dawała widok na jego mięśnie.
Rodney nienawidził tego. I skrycie zagapiał się, gdy tylko się nie pilnował, więc jego własna praca stała w miejscu, bo John – odkąd ponownie rozmawiali – cały czas kręcił się blisko niego. Miał ochotę ponownie zasłonić okna, ale nie mieli jeszcze powodu, aby sprawdzać w tunelu aerodynamicznym tego małego samolociku.
- Wiedziałem, że tylko udajecie, że lubicie coś budować – prychnął John, podchodząc do niego bliżej.
Rodney prawie czuł zapach jego szamponu. Albo tego czegoś, co Sheppard używał do włosów, żeby tak cudownie się układały. I może naprawdę powinien był zgadnąć, że John jest gejem. Teraz, gdy patrzył na nisko zawieszone na biodrach dżinsy chłopaka i ten niezbyt duży tyłek…
- Coś ty powiedział? – spytał urażony do żywego. - Gdybym chciał zostać budowlańcem, nie zastanawiałbym się nad konsekwencjami twierdzenia Hawkinga! – powiedział z mocą i John znowu się roześmiał, jakby nie spodziewał się innej reakcji.
- Gdybym chciał zostać budowlańcem i tak bym tu przyjechał – odparł Zelenka, wcale nie zrażony faktem, że czescy imigranci stanowili całkiem spory odsetek mieszkańców miasteczka.
- Gdyby któryś z was chciał zostać budowlańcem, musiałby nadrobić trochę masę mięśniową – odgryzł się John.
- Czy twierdzisz, że źle wyglądam? – spytał Rodney wprost i to miała być jedna z tych zagrywek, gdzie postawiony pod ścianą rozmówca, musiałby się wycofać.
John jednak spojrzał na niego intensywnie, a potem powiódł po nim wzrokiem od góry do dołu.
- Nie. Jak dla mnie wyglądasz doskonale – powiedział Sheppard, wyraźnie zadowolony z siebie i Rodney przez chwilę nie wiedział co powiedzieć.
Czuł rumieniec, który zdradzał go jak nigdy. A John wpatrywał się w niego z wyzwaniem w oczach, jakby tylko kusił go, aby Rodney coś powiedział. Najlepiej coś elokwentnego. Niestety jedyne co słyszał we własnej głowie to szum napływających hormonów. Jego odtleniony mózg walczył o życie, a komórki nerwowe zaczęły pakować manatki.
- I… i bardzo dobrze – powiedział w końcu, ale to było naprawdę słabe i John musiał to wiedzieć, bo uśmiechnął się do niego krzywo, jakby wiedział, że wygrał tę bitwę.

Ich stałe rytuały wróciły na miejsce. John pojawił się wraz z Zelenką przed jego pokojem, aby jak w każdy piątek mogli obejrzeć kilka odcinków nowego sezonu Doctora Who. Rodney trochę zniecierpliwiony wyglądał na to aż Radek zajmie miejsce, nie mogąc doczekać się, gdy znowu przylgnie do Shepparda. Zapach włosów Johna prześladował go przez cały tydzień i chciał dowiedzieć się w końcu czy to kwestia szamponu czy żelu. Coś musiało go przyciągać.
John zresztą wydawał się równie zniecierpliwiony filmem jak on. Wydawał się prawdziwym fanem Doctora, co tylko pogarszało sprawę, bo Rodney nie znał wielu idealnych ludzi. Oczywiście raz miał do czynienia z pułkownik Sam Carter, ale to przez nią wylądował w tym piekle, więc to jasno sugerowało, że nie za bardzo go wtedy polubiła. Mógł jej nie mówić, że jest gejem, ale dla niej zrobi wielkodusznie wyjątek, bo jej nikły biust i krótkie blond włosy mogą zmylić każdego. Teraz jednak, kiedy zamykał oczy widział tylko Johna. I to było niespodziewane.
Oczywiście Sheppard ze swoim talentem do matematyki, wysokim IQ oraz zamiłowaniem do Doctora już zyskiwał w oczach Rodneya. Jednak John musiał mieć wszystko. Musiał do tego być takim gejem, jakim Rodney chciał być przez ostatnie lata. Zawadiacki uśmiech, nisko zawieszone spodnie na szczupłych biodrach – to zapewne przyciągało wzrok każdego. Rodney wiedział o tym, bo sam zagapiał się na pracującego Johna w tym tygodniu tak często, że nowy projekt – większego samolotu – utknął w miejscu. I wiedział, że nie powinien winić Shepparda. W końcu chłopak nie mógł nic poradzić na swoją idealność, ale nie mógł nie myśleć, że to jest nie fair.
Tak jak teraz, gdy John przylgnął do jego boku, wyciągając przed siebie te długie szczupłe nogi. Wydawały się kruche i małe przy tych należących do Rodneya. Te dwa klocki, które ukrywał w workowatych spodniach zawsze były powodem do żartów Jeannie, ale ona chyba nie zdawała sobie sprawy, że ich masywne sylwetki były rodzinną klątwą i sama zaczynała nabierać kształtu dobrze osadzonego na tym świecie prostokątnego bloku. Zamierzał zacząć jej współczuć dopiero za kilka lat, gdy przejdzie mu obecne wkurzenie. Na jego siostrze na pewno wygląd miał się odbić mocniej niż na nim. W końcu nikt nie oczekiwał od niego, że będzie ładny. I kiedy John powiedział, że jak dla niego wygląda dobrze – możliwe, że w jego żołądku pojawiło się stado motyli. Z drugiej jednak strony wiedział jednocześnie, że Sheppard nie był jednym z tych ludzi, którzy nazwaliby go grubym. Czy nawet puszystym.
- Nie wiem czemu Zelenka tutaj przychodzi – westchnął John wprost do jego ucha, sprawiając, że Rodney mimowolnie zesztywniał.
Czuł wyraźnie na szyi ciepły oddech chłopaka i najwyraźniej wystarczyło tyle, aby jego serce przyspieszyło. Oczywiście wiedział, że jako nastolatek nie miał zbyt wielkich szans. Hormony, powiew nowości – to wszystko musiało wpływać na jego mózg, ale i tak czuł się upokorzony swoją nagłą reakcją. John oddychał w jego szyję i nie powinno to nikogo doprowadzać do palpitacji.
Zerknął na śpiącego Zelenkę, którego głowa opierała się o ścianę. Spanie z otwartymi ustami nie mogło być bezpieczne, ale Radek nigdy nie chrapał, więc przeważnie zostawiali go tak do końca seansu.
- Mnie usypia Morgan Freeman opowiadający o wszechświecie – przyznał Rodney i pojęcia nie miał dlaczego w ogóle to powiedział.
John zaśmiał się krótko, a potem zakrył dłonią usta, jakby nie chciał robić zbyt wiele hałasu. Obaj nie chcieli obudzić Zelenki. Robił się marudny.
John tymczasem klepnął go ręką w kolano, jakby chciał tylko podkreślić, że to był świetny żart. Co było tym bardziej zaskakujące, że Rodney był pewien, że nie potrafi być zabawnym. Zdarzała mu się skrajna śmieszność – jak nazywała to Elizabeth, ale to były dwie różne rzeczy. Radek wyjaśnił mu to pewnego wieczora. I to było dziwne – rozbawić kogoś. Całkiem przyjemne, bo widząc, że John śmieje się z jego najwyraźniej dobrego żartu – chciał takich chwil więcej. Nie bardzo jednak wiedział co mógłby jeszcze powiedzieć.
Chwila zresztą minęła, bo John zabrał dłoń z jego kolana, które nagle stało się nienaturalnie chłodne. Widział teraz profil twarzy Shepparda, gdy ten zwrócony był przodek do ekranu komputera. Pojęcia nie miał czy to naturalne, aby cudze ciało wytwarzało tyle ciepła, ale był całkiem świadom tego, że John nie miał gorączki. Zauważyłby symptomy wcześniej.
- Nie interesuje cię ten odcinek? – spytał John nie odrywając wzroku od ekranu.
Rodney wzdrygnął się trochę zaskoczony. Sheppard musiał widzieć go kątem oka, co oznaczało, że wiedział, iż Rodney się gapił.
Nie bardzo wiedział co powiedzieć, więc po prostu sięgnął po laserowo podgrzewany popcorn, udając, że to jego szukał cały czas. A nawet jeśli próbował dostrzec miskę na twarzy Johna – Sheppard nie powiedział na ten temat ani słowa.

Zelenka jak zawsze był kompletnie zbędny. Jęczał coś po czesku, gdy John rozebrał na części pierwsze kamerę, która najwyraźniej była jego prywatną własnością. Rodney nie był do końca przekonany czy takie poświęcenie było konieczne. W zasadzie lubił obserwować przez okno biegającego za samolocikiem Johna. Te długie nogi, rozwiane włosy i rumieńce na policzkach – już czuł, że będzie mu tego brakowało.
Palce Shepparda jakimś cudem pobrudzone były smarem. Nie wiedział jak John znajdował maź w jego sterylnie czystym laboratorium, ale zawsze był gdzieś pobrudzony. Czasami ślady znajdowały się na policzkach i Rodney raz czy dwa własnym rękawem starł czarną maź ośmielony tym, że John poprosił o coś podobnego Zelenkę trzy dni wcześniej.
Elizabeth nawet nie mrugnęła okiem, widząc kolejną wielką zastawkę.
- Bez bomb jądrowych oraz reaktorów – powiedziała tylko, wychodząc.
- Jasne proszę pani – odparł John i nawet zasalutował jej.
Co gorsza, Rodney zdał sobie sprawę, że stojący na baczność John wyglądał cholernie prawidłowo. Drugą rzeczą, która do niego doszła było to, że ewidentnie potrzebowali przestrzeni. Laboratorium kurczyło się w oczach, a to oznaczało pracę przy jednym stanowisku, do czego nie zamierzał dopuścić za żadne skarby świata. Raz czy dwa przyłapał się na tym, że jego dłoń nieświadomie próbuje przenieść na kartkę kształt włosów Johna. Oczywiście nieudolnie, ale jednak łatwo było się domyślić, co nagle znajduje się pod równaniem. Sheppard miał o wiele zbyt charakterystyczną fryzurę.
- Wpakujemy cię do szafy – zdecydował Rodney z ciężkim sercem.
Oczywiście konsola nie miała być wielka, ale chciał obserwować Johna. Z drugiej jednak strony Sheppard podczas lotów musiał się skupić, a zamknięte drzwi doskonale odseparowałyby go od niego i Zelenki. Nienawidził dylematów i faktu, że musiał zachować się racjonalnie.
- Ledwo stamtąd wyszedłem – powiedział John i mrugnął do niego porozumiewawczo.
- Do składziku – uściślił Rodney, zerkając wymownie na jedyne nieprowadzące na zewnątrz drzwi.
Zelenka zaplótł dłonie na piersi i spojrzał na nich z wątpliwościach w oczach.
- To ma być samolot czy zdalnie sterowany dron? – spytał Czech cierpliwie.
Rodney spojrzał na Johna i usta Shepparda uchyliły się lekko, gdy myśleli o tym samym. Prawie czuł ciepło żarówki, która zaświeciła się nad jego głową.
- Dron – powiedzieli w tym samym momencie, jakby to odkrycie kosztowało ich całe dwadzieścia lat życia.
Zelenka wyrzucił do góry dłonie, chyba modląc się do jakiegoś czeskiego bóstwa. I Rodney zdał sobie sprawę, że dron, który mieli zbudować, zapewne byłby jedynym samolotem wojskowym, do którego dostęp będzie miał John. Oczywiście amerykańskie siły powietrzne miały tę śmieszną zasadę, gdzie można było oficjalnie nie mówić o swojej orientacji i zostawiano cię w spokoju, ale Rodneyowi wydawało się to równie bestialskie jak ogólny brak tolerancji. Nie pozwalali ludziom być tym, kim chcieli i to jeszcze z własnego niby niczym nieprzymuszonego wyboru. I czuł, że John zapewne zrobiłby wszystko, aby kiedyś wzlecieć, co było cholernie niesprawiedliwe, bo znał tak wiele szczegółów dotyczących latania myśliwcami, że to nie mogła być jednoroczna pasja. Na podstawie jego wyliczeń Rodney zaczął przygotowywać coś – co teraz przerobić zamierzał na latający dużo poniżej radaru dron.
John zakasałby zapewne rękawy, gdyby je miał. Wcześniej przesuwali znowu biurka, więc koszulka Shepparda lepiła się zbytnio, bo z oczywistych względów odwalił prawie całą brudną robotę. Jak na kogoś, kto był z dobrej rodziny – sporo pracował fizycznie. I Rodneya nagle tknęło, że John nie powiedział nigdy ani słowa o swoim sławnym ojcu. Jego początkowa reakcja na oskarżenia Rodneya też nie była normalna. Każdy dałby mu w twarz, ale Sheppard wyszedł pokonany. I Rodney zaczął mieć całkiem nieprzyjemne podejrzewania, że pierworodny jako gej zapewne nigdy nie pojawił się w głowie Patricka Shepparda jako idealny syn. Słyszał, że ludzie ciężko to przyjmowali, ale jego rodziców nie interesowało nic. Chcieli się go tylko pozbyć i zrobili to, gdy tylko nadarzyła się okazja. Elizabeth kilka tygodni wcześniej powiedziała mu, że się rozwiedli, ale nie mrugnął nawet okiem. Nigdy nie byli prawdziwą rodziną. I widać było po nim, że nie potrafił okazywać emocji jak zwykli ludzie – jak Sheppard czy Zelenka. Oni obaj byli kochani. Mógł to wywnioskować z tego jak John wspominał czasem o młodszym bracie. To były niewielkie uwagi, ale zawsze przepełnione radością i emocjami. I wspomnienia jakiegoś ciasta dyniowego, które podobno piekła matka Shepparda. Z tego co wiedział to była jedyna rzecz, którą potrafiła zrobić w kuchni, ale była doskonała.
Rodney spojrzał na Johna, który otworzył składzik i ze spokojem zaczął wyjmować stamtąd kawałki metalowych płyt, które upchnęli, żeby nie walały się pod nogami. Nie wiedział jak spytać, ale coś mu mówiło, że to nie jest temat do rozmowy. Jeśli John chciałby im o tym opowiedzieć – sam przyszedłby do nich.
- Zrobię czujniki na podczerwień i wskaźnik prędkości z prawdziwego zdarzenia. Potrzebne nam będzie osiem kamer – powiedział i John odwrócił się w jego stronę z szerokim uśmiechem.
- Czy myślimy tak samo? – spytał Sheppard, zmrużywszy oczy.
- To cacko doleci i do Kanady – powiedział z pewnością w głosie Rodney, rozrysowując w głowie porządny schemat.