VI. Siedem sekund
Gromadka dzieci, wbita w kąciku, patrzy na Charlesa ogromnymi, pełnymi pytań oczami.
(Obiecał im, że będą bezpieczne.)
Druga sekunda to Raven; smugi krwi czerwonej krwi na niebieskiej skórze, niebieskie palce zaciśnięte na ramieniu Azazela.
(Niebieskie palce, pobladłe od zaciskania; jasnobłękitne.)
- Nic mi nie jest! – krzyczy Raven, zanim Rhonwyn zdąży do niej podejść. – Nie trać na mnie czasu, będziesz go potrzebować. Zabiorę dzieci na górę.
- Idźcie z Raven – kiwa głową Charles.
- Przyjdę potem, sprawdzić jak ... – zaczyna Rhonwyn. Nie kończy.
Trzecia sekunda to Angel i Sean; jęk, kiedy Angel upada na dziwnie wykrzywione skrzydło i przestraszone, pobladłe twarze pośpiesznie wyprowadzanych dzieci i zagryzione wargi Seana – nic mi nie jest – kłamie, - nic mi nie jest.
Czwarta sekunda to Emma i Hank, jej diament i jego futro zmatowiałe od kurzu i pyłu, oboje poszarzeli, ale cali.
Piąta sekunda to Alec; zakrwawione ręce i opalone strzępy kombinezonu, i Moira, ciągle ściskająca w dłoni służbową broń.
- Dlaczego mnie, kurwa? – To byłby krzyk, rozumie Charles, gdyby tylko Alec miał siłę krzyczeć. – Dlaczego mnie, zabierz jego!
Szósta sekunda to Erik.
(To bezruch, bladość i strasznie dużo krwi.)
Szósta sekunda to cisza i oddech nie mieszczący się w płucach i nagły chłód.
Siódma sekunda to –
- żyje.
Wszystko gwałtownie przyspiesza.
To będzie długi i bardzo chaotyczny dzień, pełen wydawanych i wykonywanych poleceń, krwi i nasiąkających czerwienią płócien, ukrywanych łez i zapewnień draśnięcie szeptanych przez zaciśnięte z bólu zęby.
Wokół Charlesa będą spieszyć się ludzie; szybkie, celowe kroki tych, którzy mogą coś zrobić, ruszyć się, ocknąć.
Wszystko to, czego Charles nie może.
Wycofa się na bok, z drogi, na której jego wózek jest zawadą, przeszkodą, odsunie się, sparaliżowany po raz drugi, bezradny.
Będzie patrzył.
(Biała twarz i rzęsy sklejone krwią.
- Oko całe – powie Rhonwyn z ulgą, sprawnie manewrując igłą, a Erik będzie taki biały i taki spokojny, a jego klatka piersiowa prawie nie będzie się poruszała.)
Będzie już ciemnieć, kiedy Rhonwyn skończy, przesunie dłonią po czole, zostawi na nim krwawą smugę, taka zmęczona.
- Będzie żył – powie, dotykając ramienia Charlesa. – Zostaniesz z nim? Muszę sprawdzić, jak reszta.
Zostanie.
Za oknami jest już całkiem ciemno, w pokoju pali się jedna mała lampka, w domu jest cicho i trochę duszno, zbiera się na burzę. Charles opiera głowę na rękach, nasłuchując kolejnych oddechów; pozwalając im wyznaczyć rytm swojego serca.
Rhonwyn wchodzi do pokoju bardzo cicho i zatrzymuje się przy drzwiach.
- Jakbym już to kiedyś widziała – mówi; cień zmęczonego uśmiechu w głosie.
Charles podnosi głowę.
- Pozostali?
- Będą żyć. Nie potrafię powiedzieć, jak Angel. Nigdy do tej pory nie leczyłam skrzydeł.
- A on?
Rhonwyn podchodzi bliżej.
- Głównie wyczerpanie. Stracił trochę krwi. Będzie dobrze.
Charles kiwa głową.
- Pewnie nie ma sensu cię przekonywać, żebyś się położył?
Charles nie odpowiada, z powrotem opiera głowę na rękach. Rhonwyn wychodzi, tak samo cicho jak weszła, zostawiając ich samych i nieruchomych z ciszą i własnymi oddechami.
Aż do świtu.
Świt przynosi burzę; odległe grzmoty i sine błyski na zasnutym chmurami niebie. Świt przynośi obecność, niepokój i pytania.
- Zrobiłeś to, przyjacielu – odpowiada Charles uspokajająco. – Dzieci są bezpieczne. Wszyscy są bezpieczni. Jesteś w domu. Żyjesz.
Erik próbuje się uśmiechnąć; szwy sprawiają, że uśmiech przypomina raczej grymas.
- Byłeś taki... spokojny – mówi Charles cicho. – Nigdy nie przypuszczałem. Jakbyś wreszcie znalazł swoje miejsce.
- Może... znalazłem. – Szept Erika jest prawie niedosłyszalny.
- Umierając?
- Walcząc. Za was. Za ciebie.
- Nie chcę, żebyś za nas walczył.
Erik przymyka oczy, duszne od burzy powietrze gęstnieje jeszcze od poczucia winy.
- Nie masz powodu, żeby mi ufać.
- Cicho – szepce Charles przez zaciśnięte nagle gardło. – Cicho. – Kładzie rękę na wysuwającej się spod bandaży dłoni Erika, ostrożnie splata jego palce z własnymi.
- Nie chcę, żebyś za mnie walczył, przyjacielu. Nie chcę, żebyś za nas umierał. Nie chcę, żebyś był naszą armią.
- Będziesz potrzebował armii. Broni.
- Być może. Ale bardziej... nie chcę, żebyś był bronią.
- Nie umiem być niczym innym.
- Po prostu... bądź.
Erik podnosi lewą, sprawną rękę i przesuwa palcami po policzku Charlesa.
- Płaczesz - szepce.
Dłoń obejmuje policzek, dotyka ucha, wsuwa się we włosy.
- Możesz mieć wszystko, cokolwiek zechcesz, jakkolwiek zechcesz. Dlaczego upierasz się dawać mi kolejną szansę? Nie zasługiwałem nawet na tę pierwszą.
- Potrzebuję cię. To wszystko, co jest do zrobienia... nie mogę, nie potrafię tego zrobić sam.
- Dlaczego ja, Charles? Dlaczego nadal ja?
Słowa to ersatz, irytujące oszustwo, przeważnie kłamstwo. Słowa nie wyrażają. Charles przykłada palce do skroni.
Erik łapie go za rękę.
- Proszę. Nie tak.
Słowa są twarde, kanciaste i obce. Nieposłuszne i nieprawdziwe.
- Nie tak – zgadza się Charles. A potem pochyla się i dotyka ustami warg Erika. Bardzo ostrożnie. Nieskończenie powoli. Nieskończenie niepewnie.
(Czeka na wzdrygnięcie, odwrócenie głowy, odepchnięcie.
Zamiast tego dłonie we włosach, dłonie na karku, tak, na sekundę przed tym, jak ich usta się zetkną, tak, jak zgoda na wszystko, odpowiedź na wszystkie pytania, tak.)
Kiedy Rhonwyn wejdzie do pokoju dwie godziny później, obaj będą spali, Charles z głową opartą na łóżku, z palcami Erika wplątanymi we włosy.
Rhonwyn nie będzie ich budzić. Cicho zamknie drzwi.
- Będą żyć – odpowie niespokojnej Raven. – Będzie dobrze.
