Kompania siedziała przy szerokim stole, ugoszczona z wszelkimi honorami na dworze władcy miasta Esgaroth. Wyciągnięto instrumenty, rozlano piwo do kubków. Śpiewy i dowcipy, przyjacielskie przepychanki i jedzenie w ilościach zdolnych zadowolić nawet Bombura. Tak dobrego humoru nikt nie miał od dawna.
Cały wieczór kompania opowiadała sobie historie z czasów nim smok napadł na Erebor, Bilbo siedział zasłuchany w te opowieści, a przed oczami jak żywo widział czerwone ognie płonące w kuźniach głęboko w sercu góry; stosy skarbów w komnatach, których sklepienie ginęło wysoko w mroku; korytarze rozświetlone blaskiem nigdy niegasnących pochodni. To na chwilę oderwało go od ponurych rozmyślań o wymarszu, który miał wkrótce nadejść; w hobbicie na nowo odżyła chęć zobaczenia na własne oczy legendarnego krasnoludzkiego królestwa. Niskie, przyciszone głosy krasnoludów i opowieści o złocie, starych jaskiniach i głębokich pieczarach budziły w Bilbo tęsknotę za przygodą. Każdy dodawał coś od siebie – jakieś wspomnienie, anegdotkę, słówko o tym czy owym klejnocie, pieśni nuconej w sztolniach czy przygodzie, jaką przeżył w czasie jakiejś bitwy.
Jutro wyruszali w ostatni etap podróży, jednak hobbitowi wydawało się, że on jako jedyny odczuwa niepokój w związku ze zbliżającym się wymarszem. Krasnoludy zupełnie beztrosko cieszyły się obfitym posiłkiem, ciepłym miejscem do spania i możliwością spędzenia jeszcze jednej nocy na śpiewach i rozmowach. Hobbita coś ściskało w żołądku na samą myśl o jutrzejszej wyprawie, rozpoczęciu ostatniego etapu, który w jakiś sposób zawsze wydawał mu się odległy i prawie nierealny. Tym razem nie rzucali się na niebezpieczeństwo głową naprzód, raczej podkradali się od tylu, z pełną świadomością tego, co robią. To w jakiś sposób było gorsze niż wszystkie poprzednie przygody.
Tylko Thorin siedział wyraźnie czymś trapiony; przez całą wieczerzę był zachmurzony, na pytania odpowiadał półsłówkami, wsparł brodę na dłoniach i zdawał się wpół drzemać na krześle odsuniętym nieco od stołu. Bilbo zerkał na niego od czasu do czasu i zauważył, że Thorin skubnął tylko nieco chleba i wypił kieliszek wina.
- Ciekaw jestem, czy Smaug poczynił wielkie zniszczenia – odezwał się nagle Balin, akurat w chwili, gdy Bofur skończył snuć jakąś wesołą powiastkę, której wszyscy słuchali z uśmiechem na ustach. – Kto wie, cóż taki smok mógł narozrabiać w ciągu tych wszystkich lat.
Oczy kompanii zwróciły się w stronę starego krasnoluda. Nawet Thorin ocknął się z zamyślenia i spojrzał nieprzeniknionym wzrokiem na Balina.
- Podejrzewam, że hale, które splądrował, gdy gromadził wszystkie skarby w jednym miejscu, musiały mocno ucierpieć. – Głos Balina brzmiał bardzo ponuro. – Zastaniemy zniszczone komnaty, wygasłe piece i opustoszałe korytarze, zamieszkane tylko przez cienie.
- Nawet nie mam ochoty się zastanawiać, jak musi wyglądać Dal – dorzucił Gloin. – Gdy ostatni raz je widziałem, miasto płonęło niczym jeden z fajerwerków Gandalfa. Ścierwojady pewnie już dawno wyczyściły je z trupów, ale w okolicy mówi się, że gdy wiatr wieje z północy, w powietrzu nadal czuć spalenizną.
- Będziemy mieć szczęście, jeśli okaże się, że chociaż niewielka część kopalni nie zmieniła się w ruinę – mruknął Balin. – Ale podejrzewam, że tym razem los się do nas nie uśmiechnie. Będziemy musieli odbudowywać Erebor z popiołów...
- I tak właśnie zrobimy, jeśli będzie trzeba – powiedział ostro Thorin.
Balin zamilkł, a Thorin wstał. Jego twarz niknęła w półmroku i sprawiała upiorne wrażenie, jak oblicze ducha, który powrócił do świata żywych w poszukiwaniu zemsty za dawne krzywdy. Krasnoludy skuliły się, gdy ich wódz ruszył wzdłuż stołu, kierując się do wyjścia z sali. Drzwi zamknęły się za nim z trzaskiem.
- Wybaczcie mu, chłopcy – powiedział Balin, gdy odgłos kroków Thorina ucichł w oddali. – Bliskość Góry nie działa na niego dobrze.
- Na nikogo nie działa dobrze – odparł mrukliwie Dwalin.
Rozmowy po chwili znowu się ożywiły; zwłaszcza, że służący wniósł nowe dzbany piwa, które rozlano do kufli; zaczęto wznosić toasty, ktoś podjął śpiew, a Bofur wdrapał się nawet na ławę i zaczął z takim entuzjazmem śpiewać i pląsać, że Bilbo, który siedział na samym rogu stołu, obok Balina, poczuł, jak na jego twarz spada chłodny deszczyk alkoholu. Otarł krople rękawem i zwrócił się do starego krasnoluda.
- Thorin wydaje się być dziś naprawdę niespokojny – powiedział przyciszonym głosem, jakby obawiał się podsłuchania. Nikt jednak nie zwracał na nich uwagi. Balin powiódł ponurym wzrokiem po twarzach rozbawionych krasnoludów, zapatrzonych w taneczno-wokalne wyczyny Bofura; ich beztroska wydawała się być niemal nie na miejscu w obliczu czekającego ich jutro zadania.
- O tak, jest niespokojny – odparł Balin. – I prawdę mówiąc, ja też się martwię. Pomijając już nawet temat smoka i zniszczeń, które poczynił… Naprawdę nie wydaje mi się, żeby nasza wyprawa miała nadal układać się tak pomyślnie jak dotąd. To, co czeka na nas we wnętrzu tej góry…
Balin zamilkł, kręcąc głową, sięgnął po swój niemal pełny kufel i wychylił solidny łyk.
- Nie chodzi ci tylko o Smauga, prawda? – zapytał Bilbo, nachylając się do niego.
- Nie. Nie tylko. Boję się o Thorina. Jego to wszystko dotknęło mocniej niż nas. Boję się, że zrobi wszystko, aby odzyskać Erebor, nawet jakąś kompletną głupotę.
- Będziemy mieć na niego oko – zapewnił Bilbo.
- Wątpię, żeby to wystarczyło.
Twarz krasnoluda zasnuła się cieniem i Bilbo, chociaż był otoczony przez rozbawioną kompanię, światło świec, wesoło mrugających w kandelabrach, śpiewy i lejące się zewsząd piwo – poczuł się nagle nieswojo. Miał wrażenie, że z każdego kąta obserwują go teraz gniewne oczy, złote jak monety, o źrenicach wąskich jak szpilki. Wrażenie było tak przejmujące, że hobbit wstał gwałtownie, jakby go ktoś ukłuł szpilką, ale oprócz Balina nikt zdawał się tego nie zauważyć.
- Poszukam go – powiedział stanowczo Bilbo, maskując tonem głosu strach, który nagle go ogarnął.
- Na twoim miejscu zostawiłbym go teraz w spokoju. – Balin chwycił go za rękaw kurtki. – Może być… nie w humorze.
Bilbo potrząsnął głową.
- Trudno. Przecież nie mogę go teraz zostawić samego.
Wymknął się z sali, czując na karku wzrok Balina. Udawał, że wcale tego nie wyczuwa, szedł wyprostowany, usiłując zdusić uczucie ciągłego niepokoju, które nadal mu towarzyszyło.
Dwór władcy miasta pogrążony w nocnym letargu był ciemny i cichy. Skręciwszy kilka razy i oddaliwszy się od ucztujących krasnoludów Bilbo przestał słyszeć śpiewy i śmiechy. Otoczyła go cisza. Błądził dość długo po korytarzach; zaglądnął do pokoi, które władca miasta przeznaczył im na sypialnie, ale nigdzie nie natrafił na choćby ślad Thorina. W końcu wydostał się z dworu i wyszedł na jeden z szerokich pomostów wbijających się w jezioro jak wielki drewniany miecz. Niebo było ciemne, zasnute chmurami, ale na jego tle Bilbo wciąż dostrzegał czarny, ostry kształt Samotnej Góry.
Dawno zapadł już zmierzch, ale światła pochodni z Miasta na Jeziorze odbijały się wciąż od powierzchni wody, zupełnie jakby Długie Jezioro płonęło. Daleko przed sobą widział wstającą mgłę. Za jego plecami z drewnianego dworu władcy Esgaroth dobiegały głośne śpiewy krasnoludów, ich śmiechy i dźwięk piskliwego fletu Bofura. Swojskie odgłosy, aż nazbyt niestosowne w obliczu wznoszącej się tak blisko Samotnej Góry i grozy, ukrytej w jej czarnych wnętrznościach. Gdzieś w jej czeluściach krył się okrutny Smaug, a oni mieli zamiar wepchać mu się prosto w ognistą paszczę. Bilbo zatęsknił, nie po raz pierwszy, za spokojnym, sielskim krajobrazem Shire.
Bilbo usiadł na pomoście, otoczył kolana ramionami dla ochrony przed nocnym chłodem i wpatrzył się w poszarpany szczyt Góry, celujący wprost w zachmurzone niebo; zastanawiał się, co ich wkrótce czeka w czeluściach tej góry i jak sobie z tym poradzą. Jak on sobie poradzi. Przecież był tylko małym hobbitem, ledwie pionkiem, który przypadkiem został rzucony na planszę gry, gdzie wielcy wojownicy i zagubieni królowie toczą swoje ciche boje.
I tak pogrążonym w ponurych rozmyślaniach zastał go Thorin. Pojawił się znikąd, jakby wyszedł wprost z cieni i od razu podszedł do hobbita. Bilbo podniósł wzrok słysząc jego kroki.
- Szukałem cię – powiedział.
- A ja ciebie. Balin powiedział, że wyszedłeś.
Thorin usiadł obok niego i tak jak on spojrzał wprost na horyzont, Samotną Górę po drugiej stronie płonącego odbitym ogniem jeziora. Wskazał ją ruchem głowy. Na tle granatowego nieba wydawała się być wyraźniejsza niż kiedykolwiek, a zarazem groźniejsza i jeszcze bardziej ponura. Na jej widok Bilbo, mimo chłodu, oblał się potem.
- Czekałem wiele lat, aby ujrzeć ją ponownie – odezwał się Thorin – ale teraz, gdy jestem już tak blisko, nie jestem pewien, czy cała ta wyprawa nie była zwykłym szaleństwem, które wszyscy przypłacimy życiem.
Strach znowu powrócił i Bilbo miał ochotę się rozpłakać albo, jeszcze lepiej, obudzić się jutro w swojej własnej, ciepłej i bezpiecznej norce w Shire, z dala od smoków, krasnoludów, Samotnych Gór i samobójczych wypraw. Ale gorsze niż strach było patrzenie na Thorina zrezygnowanego, wyglądającego, jakby miał się zaraz poddać.
Bilbo zdołał mimo wszystko przywołać na twarz słaby uśmiech.
- Nie będzie tak źle – powiedział w rozpaczliwej próbie przywrócenia samemu sobie wiary w powodzenie ich wyprawy. – W końcu na swoją kompanię możesz liczyć, nie znalazłbyś przyjaciół bardziej ci oddanych niż te krasnoludy. Wszyscy w ciebie wierzą, Thorinie. Ty też musisz uwierzyć.
Thorin milczał, jego czoło się jednak zachmurzyło, a spojrzenie spoczęło na Samotnej Górze. Wydawał się być nieobecny myślami, Bilbo nie był nawet pewien, czy krasnolud w ogóle go usłyszał.
- Widziałem, jak tamto miasto płonie – odezwał się nagle Thorin. – Ludzie, budynki, zwierzęta. Nawet powietrze płonęło tamtego dnia. Smaug Niszczyciel zjawił się znikąd. Spadł niczym kamień z nieba i w jednej chwili wszystko, co znałem, przestało istnieć. Moje królestwo, moje dziedzictwo, naszą ojczyznę w kilka chwil pochłonął ogień. Miasto obróciło się w popiół. Za to dym… Widzieliśmy, jak dym wznosi się znad ruin jeszcze wiele dni po naszej ucieczce. Szliśmy przed siebie przez pustkowia, a dym wznosił się za nami jak czarna ściana.
Twarz Thorina była nieruchoma.
- A teraz znowu tutaj jestem. Przyszedłem odebrać to, co mi skradziono. Wznieść nowe miasto na popiołach. Ale ciągnę was wszystkich prosto w paszczę smoka, panie Baggins.
Jego głos, głuchy i cichy, sprawiał, że na ramionach hobbita pojawiła się gęsia skórka.
- Obiecywałem sobie, że nie wezmę odpowiedzialności za twój los, ale teraz mam u ciebie dług, którego nigdy nie zdołam spłacić.
- Daj spokój – przerwał mu szybko Bilbo. – Nic mi nie jesteś winien. Też uratowałeś mi życie, jesteśmy kwita.
Thorin potrząsnął jednak głową.
- Nie pozwolę, żeby stała ci się krzywda, panie Baggins.
- Dziękuję za twoją troskę… Ale nie chcę być dla ciebie ciężarem. Nie trzeba się mną opiekować jak nierozważnym hobbiciątkiem, które pakuje się ciągle w tarapaty.
- To będzie czysta przyjemność, wyświadczyć przysługę przyjacielowi.
Thorin uśmiechnął się łagodnie, a hobbit poczuł na karku ciepły ciężar jego dłoni. Twarz krasnoluda zupełnie się odmieniła; w niczym nie przypominała zwykłego ponurego oblicza i Bilbo był pod wrażeniem tej przemiany.
- Żałuję, że tak się co do ciebie omyliłem – powiedział poważnie Thorin. – Przepraszam. Byłem głupcem, sądząc, że jesteś dla nas tylko brzemieniem.
- Tę kwestię już sobie wyjaśniliśmy – odparł Bilbo. – Nie żywię żadnej urazy. Jesteś moim…
Urwał nagle, speszony, zamaskował to uśmiechem. Opuścił głowę, czując, jak na policzki wypełza mu rumieniec.
Thorin delikatnie uniósł mu brodę do góry.
- To, że do tej pory wszyscy żyjemy, to twoja zasługa.
- Nie byłem zbyt przydatny przez większość drogi – odparł Bilbo, siląc się na żartobliwy ton, jednak Thorin potrząsnął głową.
- To wyłącznie twoja zasługa, panie Baggins.
Bilbo nie wiedział, co powiedzieć. Bąknął więc tylko:
- Dziękuję. To… to wiele dla mnie znaczy.
Thorin podniósł się z pomostu i założywszy ręce za plecy, spojrzał w dal. Bilbo zauważył, że nerwowo zaciska pięści, więc wstał także i delikatnie dotknął ramienia krasnoluda. Barki Thorina zesztywniały nagle i krasnolud, z dziwnym drżeniem głosu, powiedział:
- Pomyślałem, że może po wszystkim zechciałbyś spędzić trochę czasu w Ereborze. Jak długo byś tylko zechciał. Dostałbyś najpiękniejsze komnaty na wyższych poziomach, tak, by rano budziło cię słońce, padające na stok góry. Miałbyś wielkie łoże z miękką pościelą i małą spiżarnię, zaopatrzoną we wszystkie twoje ulubione smakołyki.
Odwrócił się do hobbita z twarzą rozjaśnioną uśmiechem.
- Co o tym sądzisz? – zapytał podekscytowany. – Zobaczyłbyś, jak królestwo Ereboru rozkwita na nowo. Mógłbym ci pokazać królewskie komnaty. Oprowadziłbym cię po skarbcu, ucieszyłbyś oczy widokiem klejnotów będących najcenniejszym dziedzictwem rodu Durina. Mógłbyś spacerować po górskich turniach i patrzeć na zachodzące słońce z samego szczytu Samotnej Góry. Co ty na to?
Hobbit spojrzał w jego jasne, roześmiane oczy, oczarowany nagłą, niespodziewaną i miłą odmianą w wyglądzie krasnoluda. Bilbo nigdy nie widział go takim radosnym – zupełnie jakby cień, przesłaniający do tej pory twarz Thorina pierzchnął nagle, pozostawiając go z lekkim sercem i uśmiechem pełnym dziwnej nieśmiałości. Krasnolud wydawał się być dużo młodszy, jakby Bilbo spoglądał wstecz, na Thorina takiego, jakim był zanim smok napadł Erebor: pozbawionego zmartwień młodego krasnoludzkiego księcia, wciąż mającego swoje królestwo.
Bilbo spojrzał mu w oczy i poważnie skinął głową.
- To byłby dla mnie zaszczyt, Thorinie.
- Zaszczyt? – Thorin uśmiechnął się, jakby nie do końca zrozumiał, co Bilbo miał na myśli. – Nie ma takich zaszczytów, które mogłyby stanowić wystarczający wyraz wdzięczności za to, co zrobiłeś.
Spojrzał naraz niepewnie na Bilba, powoli i z wahaniem wyciągając do niego rękę. Hobbit drgnął lekko, gdy Thorin koniuszkami palców dotknął jego dłoni. Ujął ją z zaskakującą delikatnością, zamykając pomiędzy swoimi palcami.
- Nic takiego nie zrobiłem – powiedział Bilbo, z dziwnym mrowieniem w czubkach palców splatając je z palcami Thorina. – Zachowałem się tak, jak każdy by się zachował na moim miejscu.
- Nie mówię tylko o tym – szepnął Thorin, bawiąc się palcami hobbita, jakby chciał porównać rozmiary ich dłoni.
- A o czym? Zgubiłem się…
- Jesteś… - zaczął Thorin.
- Thorinie? Bilbo? – Zdumiony głos Balina przerwał Thorinowi.
Bilbo odsunął się od Thorina, wciskając ręce do kieszeni i czując, jak rumieniec znowu pojawia się na jego twarzy. Stary krasnolud stał tuż za nimi i patrzył w taki sposób, jakby sam nie do końca rozumiał, co właściwie przerwał.
- Balinie – powiedział Thorin obojętnie. – Stało się coś?
- Szukaliśmy was – odparł Balin. – Wszyscy udają się już na spoczynek. Pomyślałem, że lepiej was odszukać, niezbyt bezpiecznym jest dla nikogo z naszej drużyny włóczyć się samotnie nocą po tym szalonym mieście.
- Właśnie mieliśmy wracać – uspokoił go Thorin. Rzucił Bilbo krótkie, znaczące spojrzenie; poklepał go też po ramieniu, ale zaraz zwrócił się do Balina: - Wrócę już do reszty.
Oddalił się, tupiąc głośno po deskach pomostu, a gdy Bilbo ruszył za nim, Balin powstrzymał go ruchem ręki.
- Chciałem z tobą porozmawiać – powiedział cicho stary krasnolud, niepewnie zerkając za siebie.
- Ze mną?
Balin odczekał chwilę, chcąc mieć całkowitą pewność, że Thorin znajduje się już poza zasięgiem ich głosów. Wtedy pochylił się w stronę Bilba i rzekł, bardzo cicho, tak że hobbit musiał starannie wyłapywać każde słowo:
- Widzę, jak on na ciebie patrzy, Bilbo. Nigdy go takim nie widziałem. Cały czas szuka cię wzrokiem, żeby upewnić się, że jesteś obok; większość swych myśli kieruje ku tobie. Widzę też, że i ty patrzysz na niego podobnie.
Na twarzy Balina malował się jakiś smutek i Bilbo poczuł ukłucie niepokoju, złe przeczucie. Troski wydawały się mnożyć i mnożyć tej nocy, zupełnie jakby chmury i tak zbierające się nad głowami kompanii nie były jeszcze dość gęste.
Wbił ręce głębiej w kieszenie, jakby chciał je uchronić przed mrozem, ale tak naprawdę obracał w palcach Pierścień, który kusił, żeby go założyć i zniknąć.
- Cieszę się, że wreszcie jesteśmy przyjaciółmi – odparł obojętnie.
Ale umilkł, uciszony wzrokiem Balina.
- Mam złe przeczucia, Bilbo – powiedział cicho krasnolud. – Zaklinam cię na wszystkie skarby rodu Durina: bądź ostrożny. Smocza trucizna potrafi skazić nawet najczystsze uczucie.
Bilbo nie wytrzymał jego spojrzenia; odwrócił wzrok.
