UWAGA – PEŁNOPRAWNĄ WSPÓŁAUTORKĄ FICKA JEST NIEJAKA sittingnatree!
Severus rozejrzał się ze zdziwieniem wokół siebie, z niemałym zdziwieniem rozpoznając w rezydencji osławione Malfoy Manor. Odwrócił się do partnera z zamiarem uzyskania wyjaśnień, Lucjusz jednak, jak się okazało, miał zupełnie inne plany. Ledwie bowiem teleportacja dobiegła końca, ruszył szybkim, sprężystym krokiem w stronę dworu, nie oglądając się ani na Czarnego, ani tym bardziej na Snape'a.
Sev spojrzał na kochanka, wyraźnie takim zachowaniem urażony, i bucząc pod nosem coś o gburach i naparze miłosnym, powlókł się niechętnie w stronę rezydencji. Czarny przybysz natomiast rozejrzał się wokół siebie i kiwając głową z wyraźnym uznaniem, zarzucił peleryną i raźno ruszył przed siebie.
Zanim jednak obaj dotarli do potężnej bramy wejściowej, Lucjusz zdążył już zniknąć w pajęczynie mrocznych korytarzy i przepastnych, nikomu niepotrzebnych pokoików. Chcąc nie chcąc, ruszyli więc jego śladem, usiłując jednocześnie nie wyrżnąć w żadną z poutykanych po kątach antycznych rzeźb ani nie zgubić się w kolejnej galerii portretów niekoniecznie urodziwych ludzi. Przed nimi, niczym białe widmo jakiejś pseudo-mrocznej zjawy, migotały co rusz potargane włosy Lucjusza, a czasami, gdy skręcał gwałtownie, również jego trupioblada, napięta niebezpiecznie twarz. Żaden z mężczyzn nie ważył się zapytać, co się właściwie dzieje; wyglądało bowiem na to, że Lucjuszowi na chwilę obecną wystarczy byle pretekst do urządzenia Czwartej Wojny Światowej.
Wreszcie, po kilku minutach krążenia w tę i z powrotem między przykurzonymi antykami i przemykania salami wielkości przeciętnych mugolskich boisk piłkarskich, Lucjusz raptownie się zatrzymał i otwarłszy gwałtownie jedne z dziesiątek drzwi, wkroczył zamaszyście do tajemniczego, ociemnionego pomieszczenia. Severus i Czarny spojrzeli po sobie niepewnie, instynktownie cofając się w głąb korytarza.
- Na co czekasz? – odezwał się Sev nieco drżącym ze zdenerwowania głosem – No dawaj, nie krępuj się. W końcu to przez ciebie Luckowi odwala szajba.
Czarny w odpowiedzi zacharczał po swojemu i wykazując nagle niecodzienne zainteresowanie czubkami swoich wyglansowanych bucików, bąknął cicho:
- Ty pierwszy. Mnie się nie spieszy.
Sev już otwierał usta, by wygłosić genialną ripostę na poziomie przedszkolaka, w tym samym jednak momencie w tajemniczym pomieszczeniu naraz zapłonęły pochodnie, a stojący pośrodku Lucjusz wreszcie odwrócił się do nich przodem i tocząc wokół przyćpanym nieco spojrzeniem, wyszczerzył się upiornie i ryknął:
- Na co wy jeszcze czekacie? CZAS WYJŚĆ PRAWDZIE NAPRZECIW!
Severus jednak, zbyt zaaferowany zawartością pomieszczenia, zupełnie nie zwrócił uwagi na dziwaczne stwierdzenie kochanka i uśmiechając się po dziecięcemu, rzucił:
- Ale czadzik!
To mówiąc, zagwizdał z aprobatą i wkroczył pewnym krokiem do komnaty, rozglądając się przy tym jakby dostał oczopląsu. Nie było jednak w tej reakcji nic dziwnego – ściany pomieszczenia pokrywało bowiem od podłogi do sufitu rozległe drzewo genealogiczne rodu Malfoyów. Severus, wyraźnie tym zjawiskiem zafascynowany, stanął przy namalowanej najbliżej gałęzi. Dłuższą chwilę wodził wzrokiem po dziesiątkach podobnych do siebie twarzy o groźnym spojrzeniu i jasnych włosach rodem z reklamy Pantene, omijając skwapliwie nieliczne podobizny kilku Wietnamczyków, portret anorektycznej babci w stylowym kapelutku w zielone grochy i fotkę czegoś, co przypominało połączenie Pameli Anderson twenty-years-after i szamana rodem z Pustyni i w Puszczy. W każdej rodzinie zdarzały się przecież czarne owce i Sev potrafił to zrozumieć; wszak jakby na to nie patrzeć, rodzina Snape również miała kilka mrocznych tajemnic… Mistrz Eliksirów wzdrygnął się mimowolnie i potrząsnął głową, chcąc pozbyć się traumatycznych wspomnień.
Moment później, wciąż jeszcze nieco skrzywiony, powrócił do kontemplowania luckowej rodziny. Tym razem jednak już po chwili zatrzymał spojrzenie na jednym z portretów, wyraźnie zaintrygowany; przyglądał się podobiźnie przez dłuższy czas, wykrzywiając głowę pod różnymi kątami i, ogólnie rzecz biorąc, usiłując pojąć, SKĄD coś takiego się tu wzięło.
Nie, naprawdę.
Potrafił zrozumieć naprawdę dużo, ale to… To przechodziło wszelkie granice, a tak właściwie, to nie cofnąłby się nawet przed stwierdzeniem, że w tym zdjęciu… Było coś gryfońskiego.
Z magicznej fotografii spoglądała na niego bowiem para paciorkowatych ślepków pluszaka; posiadacz owych osobliwych oczu uśmiechał się do Seva szerokim, niepodobnym Malfoyom uśmiechem, który drążył w jego pucołowatej twarzy ohydne dołeczki i marszczył pokrywające policzki, aksamitne futerko. Snape, mocno tym widokiem zniesmaczony, rzucił okiem na tkwiący na puchatej głowie jegomościa karmazynowy beret, nie mogąc się przy tym pozbyć przekonania, że stworzenie to zdecydowanie ma w sobie coś z gumisia.
Sev prychnął mimowolnie, i mierząc portret jeszcze jednym, nieprzychylnym spojrzeniem, uśmiechnął się kpiąco i mruknął do siebie:
- Ale żeluś. – nie mogąc dłużej patrzeć na bijącą z portretu dobroć i ogólne pogodzenie ze światem, obrócił się na pięcie i wskazując palcem za siebie, zapytał:
- Lucek, kto to właściwie jest?
Arystokrata, krążący do tej pory od ściany do ściany w dzikim amoku, przystanął na chwilę i obrzuciwszy Severusa urokliwym spojrzeniem żądnego krwi szaleńca, rzucił lekceważąco:
- Jakiś gach siostry kuzynki matki brata ojca Narcyzy. Generalnie przesadził z gumisiowym wywarem.
Severus skinął ze zrozumieniem głową i tknięty przeczuciem, przesunął się nieco w stronę wyjścia. Okazało się, że zrobił to w samą porę, bowiem Lucjusz właśnie przestał wydeptywać ścieżkę na zielonym, perskim dywanie i stał teraz z założonymi rękami, rzucając Czarnemu pałające spojrzenia. Nie trzeba było być geniuszem, by stwierdzić, że w powietrzu wisi burza. Sev mimowolnie przełknął głośno ślinę i w jeszcze kilku małych kroczkach przesunął się w stronę drzwi. Coś podpowiadało mu, że Lucjusz naprawdę nie zawaha się przerobić ich na konfitury. Agrestowe, ma się rozumieć…
I rzeczywiście – już po chwili Malfoy Senior poróżowiał uroczo i zamaszystym ruchem wskazał na gałąź drzewa za swoimi plecami, wrzeszcząc jednocześnie coś o zdradzie stanu, Talibach i plamie na honorze. Severus mimowolnie zerknął w tamtą stronę i uniósł lekko brwi. W miejscu, które Lucek tak zawzięcie wskazywał, widniał portret osobliwej blondynki o kuszącym spojrzeniu i zastanawiającej, niebieskiej cerze. Sev przez chwilę przyglądał się tej kobiecie, nieco zaintrygowany; z jakiegoś nieznanego sobie powodu nie mógł pozbyć się wrażenia, że gdzieś już tę niewiastę widział. Tylko gdzie? Drapiąc się po podbródku, zmrużył lekko oczy i ponownie prześledził wzrokiem całą jej podobiznę, od białego, zatkniętego na blond lokach czepka, aż po kusą sukieneczkę w tym samym kolorze. I wtedy właśnie ni stąd, ni zowąd przed oczami stanęła mu dużo młodsza wersja jego samego, ubrana w uroczy, dziecięcy, zielony płaszczyk i czapeczkę z pomponikiem, uśmiechnięta i zaróżowiona ze szczęścia… Wpatrzona w mugolski, jak oni to nazywali, tewelizor, ustawiony na wystawie jakiegoś równie mugolskiego sklepiku, i hasające po jego ekranie małe, niebieskie ludziki… Ludziki w białych czepkach…
Severus potrząsnął gwałtownie głową i wróciwszy do teraźniejszości, zmierzył feralny portret jeszcze jednym, tym razem wyraźnie niedowierzającym spojrzeniem. Jeśli sądził, że różowa podróbka pluszaka była dziwna, to naprawdę się mylił… Wychodziło bowiem na to, że matką Lucjusza była Smerfetka…
Nie zdążył jednak wyciągnąć na ten temat żadnych nowych wniosków, bowiem zwierzęcy wrzask Lucjusza skutecznie mu to uniemożliwił. Severus zerknął na czerwonego ze złości, miotającego się w tę i z powrotem kochanka, teraz już naprawdę zakłopotany, i zacisnął usta, postanawiając w myślach, że w wolnej chwili zapyta Lucka, dlaczego urodziła go postać z kreskówki. Już po chwili jednak został zmuszony, by odłożyć to postanowienie na później; Lucek wyglądał teraz, jakby zjadł właśnie niesławną fasolkę o smaku trollowym i w sposób widoczny wciąż mu się pogarszało. Po jego minie Severus ze znaczącym opóźnieniem wywnioskował, że w czasie, gdy on sam wspominał swoje traumatyczne dzieciństwo, między Luckiem a Czarnym rozgorzała zacięta dyskusja. Zieleniejący ze złości Malfoy i wyglansowane buciory Przybysza, przytupujące systematycznie o posadzkę, były na to wystarczającym dowodem.
Severus, nieco zażenowany swoim rozkojarzeniem a'la zmierzchowa Bella, zawczasu przesunął się nieco bliżej drzwi i nadstawił ciekawie uszu. Okazało się jednak, że zrobił to trochę nie w porę, bowiem Czarny i Lucek zaczęli właśnie bitwę na widowiskowe mierzenie się wzrokiem; dopiero po dłuższej chwili ciszy, w czasie której Malfoyowi stanęły w oczach łzy, a jemu samemu boleśnie zdrętwiały kolana, Czarny chrząknął znacząco, i stwierdził spokojnie:
- Lucek, nie rozumiesz. Twoja matka zawsze była… No… Zaborcza. I niewyżyta, jeśli mam być szczery.
Lucjusz, w odpowiedzi na tę rewelację, prychnął pogardliwie i zaplatając drgające nerwowo ręce na piersiach, sarknął wściekle:
- No co ty nie powiesz… A ja przez te wszystkie lata myślałem, że to ty zwiałeś i zostawiłeś ją samą. Jak to dobrze, że wyprowadziłeś mnie z błędu.
Mężczyzna, w odpowiedzi na rzucone przez Lucka oskarżenie, schylił głowę i zaczął wiercić butem dziurę w dywanie. Wreszcie, wyraźnie zakłopotany, mruknął:
- Ty nie rozumiesz… Ona… Ja musiałem.
Idealna brew Lucka powędrowała w górę.
- Ach, musiałeś. – warknął ironicznie – Mógłbyś mi w takim razie wyjaśnić, z jakiegoż to powodu zostawiłeś nas samych i poleciałeś zwiedzać kosmos?
Czarny zapowietrzył się na moment i zerkając na Lucka z desperacją, bąknął po dłuższej chwili:
- Twoja matka spała ze wszystkimi, tylko nie ze mną. Ty nawet nie wiesz, jak mnie to upokarzało… Wreszcie powiedziałem DOŚĆ i zaciągnąłem się do Gwiezdnych Wojen. Miałem tam zostać aż do końca serii, w ostatniej części ginę. Mieliśmy zacząć kręcić tę scenę za tydzień, ale wtedy mój stary kumpel, Gargamel, dał mi znać, że Smerfetka była w ciąży i że to moje. No to wróciłem, w końcu zawsze to lepiej zapisać komuś w spadku ten cholerny statek kosmiczny. Nawet nie masz pojęcia, jakie z nim są problemy na parkingach…
Severus, słuchając tych rewelacji, zerknął z ukosa na czarnego przybysza, zastanawiając się, czy na pewno ma po kolei w głowie. To przecież niemożliwe… Smerfetkę mógł jeszcze strawić, w porządku, nie była taka najgorsza… Ale jeśli on mówił prawdę…? Co wtedy? Co, jeśli dziadkiem Dracona naprawdę był… Lord Vader? Snape przełknął głośno ślinę. Tak, to zdecydowanie wyjaśniało potęgę rodu Malfoyów. Smerfowy urok w połączeniu z mrokiem i tajemnicą gwiezdnych wojowników… Tak… To tłumaczyło wszystko.
Severus zerknął na wybranka z nieskrywanym współczuciem, zastanawiając się jednocześnie, jak on to wszystko znosi; jak się okazało, wcale nienajlepiej. Twarz Lucjusza zaczęła właśnie zmieniać barwę z głębokiej zieleni na intensywny fiolet. On sam zaś zacisnął wymownie pięści i mierząc ojca najbardziej lodowatym spojrzeniem, na jakie było go stać, zaczął mruczeć do siebie coś, co brzmiało jak skomplikowana wiązanka klątw i obelg pod adresem Czarnego. Jednocześnie przesuwał się krok po kroku w stronę najbliższego stolika, na którym stała jedna z hodowanych hurtowo w Malfoy Manor antycznych waz. Następnie, po chwili dramatycznej ciszy, ruchem szybszym niż mgnienie oka pochwycił naczynie ze stolika i zamachnąwszy się niczym rasowy olimpijczyk, cisnął nim w sam środek czarnego, połyskującego hełmu. Rozległ się wymowny huk, zaś Czarny, trafiony centralnie między oczy, zachwiał się po pijacku i runął jak długi na gruby, perski dywan.
Lucjusz, wyraźnie takim rozwojem akcji usatysfakcjonowany, uśmiechnął się szaleńczo i stając nad ogłuszonym Vaderem z założonymi ramionami, zasyczał jadowicie:
- Miałem nikłą nadzieję, że widok tego domu… Że widok jej twarzy coś ci uświadomi, ale, jak widać, nieco się przeliczyłem. – idealną twarz Malfoya wykrzywił wymowny grymas, całkiem jakby Lucek miał do czynienia z kupą wyjątkowo śmierdzących łajnobomb – Jesteś zwykły, pozbawiony całkiem ogłady cep. I wiesz co jeszcze? Nie obchodzą mnie twoje powody. Wypiąłeś się na nas, to teraz spadaj i krzyżyk na drogę. Tylko statek nam zostaw, jeszcze się przyda.
Czarny, który w czasie, gdy Lucek go obrażał, zdążył podnieść się do pozycji pionowej, w widoczny sposób chciał coś jeszcze dodać, jednak widząc, że Malfoy sięga w kierunku kolejnej wazy, umilkł pospiesznie i poprawiając swój nieśmiertelny hełm, rzucił Luckowi spojrzenie zbitego psa i ruszył zygzakiem w stronę drzwi.
Ledwie jednak zamknęły się za nim olbrzymie wrota rezydencji, w ogrodzie coś huknęło na tyle głośno, że obaj pozostali w pokoju mężczyźni podskoczyli, a Snape, jakby tego było mało, zapiszczał cienko. Zanim jednak którykolwiek z nich zdążył zrozumieć, co się dzieje, coś ponownie ryknęło zdrowo, pod rezydencją odezwały się dziesiątki głosów wywrzaskujących jakieś rozochocone hasła w nieznanym im języku, a w otwartych ponownie drzwiach stanął nie kto inny, jak Dracon Malfoy.
Lucjusz, w sposób widoczny chcąc zachować przed synem resztki swego nieskazitelnego imidżu, odchrząknął cicho i błyskawicznie przywróciwszy twarz do normalnej barwy, uśmiechnął się upiornie i rzucił spokojnie:
- What a happy surprise… Draco is alive! … Isn't that wonderful?
Sev, słysząc to, spojrzał na kochanka z niepokojem; może jednak to spotkanie poprzestawiało mu coś pod kopułą? W końcu nie co dzień spotyka się wojującego po kosmosie ojca… No i ten uśmiech… Dlaczego właściwie mówił po angielsku?
Snape zerknął ukradkiem na Draco, ciekawy, jak on zareaguje na to osobliwe zachowanie, jednak patrząc na najmłodszą latorośl rodu Malfoy, szybko pojął, że wariacje ojca w chwili obecnej mają małe szanse na to, by zrobić na nim wrażenie.
Draco bowiem bardziej przypominał teraz Conana Wyzwoliciela czy innego Tarzana, niż arystokratę z czystym rodowodem; jego sławne blond włosy sterczały pod dziwnymi kątami, koszula od Versace zwisała na jego bladych ramionach w żałosnych strzępach, zaś na jego twarzy, zamiast kpiącego uśmiechu, widniał grymas bezbrzeżnego przerażenia.
Sev otworzył szeroko oczy i spojrzał tym razem w stronę Lucka; ten jednak zdawał się z zaistniałej sytuacji rozumieć niewiele więcej, i porzuciwszy swoją pozę „Malfoy-Klękajcie-Narody", patrzył na syna z wyraźnym zdziwieniem.
Draco nie dał im czasu do namysłu. Z chwilą, gdy w ogrodzie ponownie coś huknęło, jęknął rozdzierająco, i barykadując drzwi wszystkim, co mu się nawinęło, zamachał desperacko rękami i wrzasnął w panice:
- Tato…! Ci geje, z tego Berlina… Oni chcą mnie…! To wszystko przez wujaszka… Oni próbują… Hanz chce … To jest nie… Przecież… JA NIE JESTEM GEJEM!
Lucjusz chrząknął znacząco i jeszcze chwilę mierzył syna uważnym spojrzeniem, po czym zerknął krótko za okno, gdzie formowała się już całkiem pokaźna armia ubranych na różowo, rozochoconych homoseksualistów. Wreszcie, po chwili melodramatycznej ciszy, westchnął cicho i ponownie zerkając na Draco, uśmiechnął się dziwnie.
- Jest tylko jeden sposób. – stwierdził spokojnie, przeczesując swoje idealne włosy i ruszając w stronę drzwi po przeciwnej stronie pomieszczenia. – Draco, pozwól ze mną.
Sev zaklął pod nosem.
Naprawdę, robiło się coraz dziwniej.
