Rozdział VI
Dwa cudowne dni
- Dwa cudowne dni… - westchnął Slughorn, wpatrując się sennie w dal. - Starzeję się, większość mojego życia już przeminęła. Stałem w cieniu i patrzyłem, jak inni kochali, walczyli, marzyli i umierali. Ale przez dwa dni żyłem naprawdę, całe dwa wspaniałe dni... - Jego głos zamarł i wydawało się, że Slughorn się waha. Patrzył na klasę tak zdziwionym wzrokiem, jakby nie mógł zrozumieć, dlaczego wszystkie oczy były zwrócone na niego.
Po chwili prawie nieśmiało kontynuował:
- Pierwszy miał miejsce pewnej mroźnej zimy ponad pięćdziesiąt lat temu. To był Sylwester tysiąc dziewięćset czterdziestego trzeciego roku...
Harry poczuł, że Tom wierci się niespokojnie. To?, szepnął głos w myślach Harry'ego. To był jeden z jego idealnych dni?
- Już wystarczy, panie profesorze - powiedział szybko Tom. - Tak mi przykro, nie powinienem pytać o takie osobiste sprawy. Nie musi się pan czuć zobowiązany do odpowiedzi. Możemy już przejść do dzisiejszej lekcji...
- Przejść do lekcji? - Slughorn spojrzał na niego zaskoczony. - Nie, nie - stwierdził cicho. - Zadałeś mi pytanie, panie Malfoy i czuję, że powinienem odpowiedzieć. Pamiętam wszystko z taką niezwykłą dokładnością, jakby to było wczoraj.
- Naprawdę nie musi nam pan tego opowiadać, sir - powiedział Tom słabo.
- Proszę pana, bardzo chcielibyśmy usłyszeć pańską historię!
- Harry! - Riddle spojrzał na niego przerażony.
- Och, oczywiście ci ją opowiem, Harry - odparł łagodnie nauczyciel. - Nigdy nie powiedziałem nikomu o tym dniu. Ale czuję, że być może nadszedł czas, aby ktoś się dowiedział. Podejrzewam, że ze wszystkich ludzi właśnie ty powinieneś wysłuchać tej historii, Harry. Widzisz, to dotyczy... Sam-Wiesz-Kto. Tak, samego Czarnego Pana.
- Znał go pan? - Zdziwiony głos Hermiony był ledwie słyszalny
- Nie sądzę, żeby powinien nam pan o tym mówić, sir. - Blaise Zabini patrzył teraz na nauczyciela z wyraźną obawą. Tom rzucił mu wdzięczne spojrzenie, ale Slughorn w ogóle go nie słuchał.
- Tak, znałem Czarnego Pana - powiedział cicho Mistrz Eliksirów. - Być może nie wiecie, że był kiedyś uczniem Hogwartu, tak jak wy. Nazywał się Tom Riddle i był najpiękniejszym młodzieńcem, jakiego kiedykolwiek widziałem. Był też ogromnie utalentowanym studentem, podziwianym zarówno przez kolegów, jak i nauczycieli, choć zawsze trzymał się z dala od innych. Był raczej na uboczu, a ja nigdy nie widziałem, żeby się uśmiechał, z wyjątkiem jednego dnia. Trzydziestego pierwszego grudnia tysiąc dziewięćset czterdziestego trzeciego obchodził siedemnaste urodziny, a to dla każdego czarodzieja nie lada wydarzenie...
Riddle sięgnął po różdżkę, ale Harry szturchnął go mocno w bok.
- Nie waż się, Tom. Chcę tego posłuchać! - syknął pod nosem.
- Nie, nie chcesz... To naprawdę nie jest takie interesujące. - Ślizgon zmarszczył brwi, ale po chwili odłożył różdżkę.
Slughorn nadal patrzył zamyślony w dal.
- Można zadać sobie pytanie, jak doszło do tego, że spędziłem Sylwestra z Tomem Riddle'em. Byłem wtedy młodym nauczycielem, a Tom Riddle był jednym z moich ulubionych uczniów. Zwykle studenci jadą na święta do domu. Ale widzicie, Tom Riddle był sierotą. Latem zawsze wracał do ponurego mugolskiego sierocińca, gdzie dorastał, ale podczas świąt Bożego Narodzenia prosił dyrektora o zgodę na pobyt tutaj, w szkole. W zamku zostało też kilku nauczycieli i zjedliśmy wspólny obiad z uczniami, których rodzice byli za granicą. Jednak nie mieliśmy żadnych konkretnych planów na Sylwestra. I wtedy przypadkiem dowiedziałem się, że akurat tego dnia Tom będzie obchodził siedemnaste urodziny.
Slughorn westchnął, a jego policzki nieco się zarumieniły.
- Nie mogę dokładnie stwierdzić, co popchnęło mnie do wypicia Felix Felicis właśnie tego dnia. Być może czułem jakiś zabroniony pociąg do Toma, może pewna część mnie miała nadzieję, że tego dnia coś może się między nami wydarzyć...
Riddle spuścić głowę na biurko i jęknął cicho.
- Kiedy poprosiłem go, żeby pojechał ze mną do Londynu, aby świętować jego urodziny, Tom był taki zaskoczony - powiedział Slughorn ściszonym głosem. - Ale zgodził się chętnie. Siedemnaste urodziny to najważniejszy kamień milowy w życiu młodego czarodzieja i śmiem twierdzić, że nie chciał spędzić tego dnia w samotności. Śmiał się, gdy wręczyłem mu modny mugolski garnitur i oboje z uśmiechem patrzyliśmy na nasze odbicia w lustrze. Musicie wiedzieć, że mugolskie ubrania były wtedy dość eleganckie i sądzę, że wyglądaliśmy całkiem uroczyście w szarych wełnianych garniturach, ciemnych lakierkach i miękkich kapeluszach. Tom narzekał, że nigdy nie widział ta ubranych mugoli, ale powiedziałem mu, że odwiedzimy wiele ciekawych części Londynu, których nigdy wcześniej nie widział. Chciałem go zabrać na wystawny obiad, a później na najnowszą sztukę do teatru. Przynajmniej tak zaplanowałem. Nie byłem na mugolskim przedstawieniu od lat i naprawdę na to czekałem.
Slughorn przerwał na chwilę i westchnął.
- Niestety, nie byłem na bieżąco z wydarzeniami z mugolskiego świata i okazało się, że teatry są zamknięte. Trwała wojna i mugolski Londyn stał się ponury i posępny. Najgorsze naloty już ustały, ale wszystkie teatry były nadal zamknięte, a jedzenie wydawano w racjach. No cóż, prawie wszystkie teatry były zamknięte. Ku mojej radości okazało się, że jeden nadal działał...
Nauczyciel uśmiechnął się lekko na to wspomnienie.
- Nazywano go Windmill Theatre. Oczywiście bilety były wyprzedane, ale trochę magii może zdziałać cuda... To nie był, hmm, zupełnie zwykły teatr. Och, nic wulgarnego... Wszystko było gustownie wykonane i pomysłowe, artystyczne. Ale do dziś pamiętam jak się zaczerwieniliśmy, kiedy aktorki, ubrane tylko w zwiewne woale, weszły na scenę... Siedzieliśmy w jednym z pierwszych rzędów i po występie jedna z młodych panien podeszła do nas i rozmawialiśmy przez chwilę. Kiedy dowiedziała się, że Tom ma urodziny, nalegała, by pozwolił się jej pocałować. To był jego pierwszy pocałunek – dostrzegłem to z łatwością, ale myślę, że mu się podobało. Oczywiście potem serdecznie się z tego śmialiśmy i Tom obiecał nigdy nikomu nie powiedzieć, że nauczyciel zabrał go do takiego miejsca.
W klasie rozległy się stłumione chichoty.
- Później zjedliśmy uroczystą kolację - kontynuował Slughorn - we francuskiej restauracji, którą właśnie otwarto w Covent Garden. Została nazwana Mon Plaisir - przyjemność po mojej stronie... Lokal był prowadzony przez dwóch francuskich czarodziejów, którym udawało się zawstydzić każdego przybywającego urzędnika sprawdzającego ich uprawnienia i to, czy wydzielają odpowiednie racje żywnościowe. Na Merlina, jakie pyszności dla nas przygotowali! Tom zbladł na widok escargots - tak, ślimaki są jadalne, panie Weasley - ale udało mi się go namówić do spróbowania. Tom spojrzał niepewnie na czarne półksiężyce serwowane w muszlach. Ich smak jest zaskakująco delikatny - można wyczuć czosnek i masło i pietruszkę, oczywiście, ale escargots smakuje jak nic innego na świecie. Delikatna nuta grzybów i morza oraz sól i piżmo i coś innego, coś zupełnie nie do opisania... Och, pamiętam radość oglądania twarzy Toma, gdy skosztował ten znakomity przysmak po raz pierwszy! Był mile zaskoczony smakiem, tak jak podejrzewałem. I to ja byłem tym, który pokazał mu tyle niezwykłych rzeczy tej nocy; pokazałem mu rzeczy, o których nawet nie śnił: delikatną wiosenną zupę ze szczawiem, puszystego białego homara, no i oczywiście szampana… Szampan uderzyłem do głowy i jemu i mnie. Zapomnieliśmy, że jesteśmy nauczycielem i uczniem. Byliśmy dwójką przyjaciół, którzy delektowali się wspólnym posiłkiem, a potem szli razem przez ciemne opustoszałe ulice. Padał śnieg, a płatki zatrzymywały się na ciemnych lokach Toma. Nagle spojrzałem na jego piękną zarumienioną twarz i słuchając jego śmiechu pomyślałem, że nigdy wcześniej nie czułem się tak szczęśliwy.
Nauczyciel znów się uśmiechnął, bardziej do siebie niż do słuchaczy.
- Przez chwilę zastanawiałem się, czy powinienem go pocałować. Ale w tym momencie podszedł do nas surowo wyglądający mugolski policjant. Dostrzegł nas - śmiejących się na pustej zimnej ulicy - i słusznie domyślił się, że jesteśmy nieco pijani. Poprosił nas o dowody tożsamości i zmarszczył brwi, kiedy w odpowiedzi tylko się śmialiśmy. No cóż, byliśmy tylko dwoma młodymi i dość wstawionymi czarodziejami z niezłymi umiejętnościami, więc wkrótce biedny policjant śpiewał wraz z nami pijackie piosenki w centrum Londynu. Okazało się, że był Irlandczykiem, mógł się poszczycić głębokim barytonem i miał naprawdę bogaty repertuar sprośnych śpiewek.
Slughorn cmoknął lekko.
- Wreszcie zrobiło się nam trochę zimno, więc rozstaliśmy się z policjantem nadal śpiewającym na tle ponurego wojennego Londynu, podczas gdy my aportowaliśmy się z powrotem do Hogsmeade. Nadal śmialiśmy się z naszych przygód, wracając do szkoły. Niebo było pełne gwiazd, a ich słabe światło padało na ciemne loki Toma i biały śnieg, a śmiech zamarł mi w piersiach. Gdy dotarliśmy do bram szkoły, Tom odwrócił się do mnie i uścisnął mi dłoń. „Dziękuję, profesorze. To był najwspanialszy wieczór w moim życiu." Było tak wiele rzeczy, które chciałem mu powiedzieć. Chciałam mu powiedzieć, że jest piękny. Chciałem go poprosić, żeby przyszedł do mojego pokoju tej nocy. Ale w końcu nie powiedziałem nic. Być może wiedziałam w głębi serca, że to, co chciałem powiedzieć, mogło wszystko zrujnować, więc po prostu patrzyłem na niego jak odchodził do swojej sypialni. Jego kroki były nadal trochę niepewne z powodu szampana. Odwrócił się i uśmiechnął do mnie i myślę, że będę pamiętać ten uśmiech przez resztę życia...
W klasie przez chwilę panowała zupełna cisza. Następnie Hermiona powiedziała cicho:
- To było... całkiem miłe wspomnienie, panie profesorze.
Slughorn przez moment stał w bezruchu, jakby jego myśli nadal pozostały w przeszłości.
- Tak... Tak, to jest piękne wspomnienie...
- A co z tym drugim dniem, profesorze? - Lavender była wyraźnie zaciekawiona.
- Drugi dzień? - Przez moment oczy Slughorna wydawały się dziwnie wilgotne, a potem powiedział cicho: - Drugi dzień... To był dzień mojego pierwszego pocałunku... Tak, w pięćdziesiątym siódmym roku życia! Och, to musi się wam wydawać absurdalne, że ja nie... Musicie wiedzieć, że nigdy nie byłem szczególnie uroczy, przystojny czy mądry, i nikt tak naprawdę nie postrzegał mnie w ten sposób. Ja sam też nigdy nie chciałem pocałować nikogo poza Tomem, a na to byłem zbyt dużym dżentelmenem. Albo zbyt wielkim tchórzem – sam nie wiem...
Nauczyciel opadł na fotel za biurkiem.
- Ale potem, pewnego pięknego wiosennego dnia wiele lat później stało się coś nie do pomyślenia. Ktoś mnie pocałował! - Głos Slughnorna był niepewny. - Ona była... Och, była najurokliwszą młodą damą, jaką znałem. Była jedną z moich uczennic, była najlepsza z eliksirów...
- Co? - Harry wyprostował się. - Nie, nie może mieć pan na myśli... Proszę pana, nie musi nam pan tego opowiadać...
- Była tak strasznie ładna - szepnął Slughorn. - Z tymi rudymi włosy i jasnymi zielonymi oczami... Miała chłopaka, oczywiście, jednego z najpopularniejszych graczy quidditcha. Ale któregoś dnia - w dniu, gdy wypiłem moją drugą fiolkę Felix Felicis, tak naprawdę z nudów - spotkałem ją płaczącą w klasie. Właśnie zobaczyła jak jej chłopak całuje się z pewną barmanką w Hogsmeade i strasznie się o to pokłócili. Była taka zdenerwowana, biedactwo! Pomogłem jej osuszyć łzy i powiedziała mi, co się stało. Jej chłopak zapewniał, że pocałunek nic nie znaczył, ale ona nie mogła tego zrozumieć. „Jak pocałunek może nic nie znaczyć?", szlochała na moim ramieniu: „Przecież pocałunki zawsze coś oznaczają". Potem spojrzała na mnie i powiedziała: „Profesorze, jest pan mężczyzną. Czy kiedykolwiek pocałował pan osobę, która nic dla pana nie znaczyła?" Spłoszyłem się. „Moja droga", zaprotestowałem, „Nie jestem chyba osobą, którą należy pytać o zdanie w takich kwestiach". Ale ona nalegała, bo była pewna, że człowiek w moim wieku musi być w stanie powiedzieć jej więcej o tajemnicach męskiego umysłu... W końcu, w końcu powiedziałem jej prawdę: "Moja droga, nie powinnaś szukać u mnie odpowiedzi. Widzisz, ja nigdy nikogo nie całowałem." Spojrzała na mnie zaskoczona. „Nigdy?", szepnęła. "Nigdy", powiedziałem cicho. „Jestem... urodzonym kawalerem... Te rzeczy... pocałunki... nie są dla wszystkich." Jej zielone oczy zabłyszczały. „To nie w porządku", powiedziała zdecydowanym głosem. „Nikt nie powinien iść przez życie bez pocałunku. A szczególnie nie pan, profesorze. Jest pan taki miły...". A potem... a potem mnie pocałowała... - Slughorn zamknął oczy. - Jej pocałunek był tak nagły i słodki i niewinny, że prawie zapłakałem. Oczywiście potem trochę się zarumieniła, ale powiedziała: „No i już! Został pan pocałowany". Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Stałem tam, oszołomiony. Potem ona uśmiechnęła się, pogłaskała mnie delikatnie po policzku i odeszła. Dwa dni później pogodziła się ze swoim chłopakiem, a nawet wyszła za niego kilka lat później. Pocałowała mnie z życzliwości, to jasne, ale to znaczyło dla mnie więcej niż wszystko inne na świecie...
…
- Nadal uważasz, że eliksir prawdy to był dobry pomysł? - szepnął Harry do Toma, kiedy wyszli na korytarz po lekcjach. Riddle zaśmiał się i uścisnął jego rękę. - Cóż, jeśli to cena wiedzy o tym, jak naprawdę zakończyło się proroctwo, to jakoś zniosę myśl, że Horacy nadal żałuje, że mnie wtedy nie pocałował. Minęło już tyle lat...
- Ale moja mama...
- Spróbuj o tym nie myśleć, Harry. Pożyczysz mi swoją pelerynę-niewidkę, dobrze? Nadszedł czas, żeby złożyć Dumbledore'owi kolejną wizytę.
…
- Harry! Nareszcie jesteś! - Dyrektor przywitał Harry'ego ciepłym uśmiechem. - Gotów, by dowiedzieć się więcej o przeszłości? Chcę, byśmy odwiedzili dzisiaj pewne szczególne wspomnienie związane z Voldemortem...
- Dlaczego, panie profesorze? - Chłopak usiadł na krawędzi krzesła i spojrzał na starego nauczyciela. - Dlaczego muszę poznać przeszłość Voldemorta?
Dyrektor wahał się przez chwilę, a następnie słowa popłynęły z jego ust:
- Dlaczego? Bo chcę, żebyś powoli doszedł do wniosku, że jesteś horkruksem, Harry, i odkrył, że cząstka duszy Czarnego Pana mieszka w tobie. Po przyjęciu tej prawdy zrozumiesz, dlaczego konieczne jest, abyś się poświęcił, mój drogi. Będziesz musiał umrzeć, aby ocalić świat przed Lordem Voldemortem.
- Co, do cholery?! - portret Fineasa Nigellusa Blacka spojrzał na Dumbledore'a ze ściany. - Czy straciłeś już nawet te resztki zdrowego rozsądku, które ci pozostały? Jesteś dyrektorem Hogwartu, na miłość Salazara! Urząd ten daje ci wiele praw i przywilejów, ale kary śmierci nie ma pośród nich!
- Ma rację, absolutną rację - mruknął jeden z portretów, a kilka innych przytaknęło.
- Bądźcie cicho! Wszyscy! - Dumbledore machnął groźnie różdżką w kierunku portretów. - Nie rozumiesz, w jakich czasach przyszło nam żyć, Fineasie. To mroczny czas i musimy ponieść ofiary, by pokonać Czarnego Pana.
Czarodziej w staromodnej falbaniastej koszuli pokręcił głową:
- Czy to prawda? Powiedz mi, jakie ofiary ty poniosłeś, Albusie.
Dumbledore skupił wzrok na portrecie.
- Mam ci powiedzieć o mojej ofierze, Everard? Chętnie! Poniosłem więcej ofiar niż możesz sobie wyobrazić! Pamiętasz czarnoksiężnika imieniem Grindewald?
- Tego, którego pan pokonał w 1945? - zapytał delikatnie Gryfon.
- Tak, Harry. - Dumbledore stał przez chwilę w milczeniu, a potem szepnął: - Nikt nigdy nie wiedział, ile to mnie kosztowało.
- Co ma pan na myśli?
Czy dziwny blask niebieskich oczu dyrektora był spowodowany... łzami?
- Gellert Grindelwald - szepnął Dumbledore – znaczył kiedyś dla mnie więcej niż ktokolwiek na świecie. Nadal tak jest. Ale on zwrócił się do ciemnej strony i pojedynek z nim był moim obowiązkiem, mimo wszystkich uczuć, jakimi go darzyłem. Kochałam go, tak, ale nigdy mu o tym nie powiedziałem. Kiedy pewnego razu on wyznał mi, co czuje, zrobiłem to, co musiałem – skłamałem. Spojrzałem mu w oczy i powiedziałem, że go nie kocham, że nigdy nie mógłbym go pokochać. To była najbardziej bolesna rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłem, ale tak musiało się stać. Moim obowiązkiem było emocjonalnie się od niego odsunąć, tak jak moim obowiązkiem było pokonanie go i dopilnowanie, żeby pozostał zamknięty w Nurmengardzie za swoje zbrodnie. Nie odwiedzam go, chociaż nadal za nim tęsknię. Jak widzisz, Everardzie, ja także poniosłem ofiary dla większego dobra...
Czarownica w zielonych szatach odezwała się ostro:
- Okłamałeś osobę, którą kochałeś, Albusie - czy to jest to samo, co proszenie Harry'ego, by oddał swoje życie?
- Nie rozumiesz, Phyllido? - Głos Dumbledore'a drżał. - Świat czarodziejów jest zagrożony przez Voldemorta, a Harry jest tym, który został przeznaczony do jego pokonania.
- Jeśli już mówimy o przeznaczeniu... - Harry czuł, że Tom poruszył się nieznacznie za jego plecami. – Co dokładnie mówi proroctwo? To o mnie i Voldemorcie?
Niebieskie oczy Dumbledore'a gwałtownie się rozszerzyły
- Jak już powiedziałem… - Wydawało się, że dyrektor walczy rozpaczliwie ze słowami, ale w końcu stwierdził: - Ale to, co mówiłem, nie była prawdą, Harry. Zmodyfikowałem proroctwo, aby prawda była bardziej... zrozumiała. Musisz zabić Lorda Voldemorta, a on musi zabić ciebie. Z jakiegoś powodu proroctwo Sybilli nie jest całkowicie jasne w tej części, więc nieco skorygowałem końcówkę.
- A jak brzmiała przepowiednia w oryginale? - Harry spojrzał na starego czarodzieja wyczekująco.
Dumbledore westchnął.
- Sybilla oczywiście wszystko pomieszała. Może była pijana, jak zwykle. Pierwsza część proroctwa mówiła o tym, że będziesz miał moc, jakiej Czarny Pan nie zna, ale potem trochę się to pogmatwało...
- Co ma pan na myśli?
Dumbledore pokręcił powoli głową.
- Przepowiednia mówiła, że... Czarny Pan naznaczy go jako równego sobie, ale on będzie miał moc, jakiej Czarny Pan nie zna... I żaden nie może żyć bez drugiego... Nonsens, to jasne. Sybilla musiała coś źle zrozumieć...
- Wiedziałem! - Tom wyskoczył nagle spod peleryny, a jego twarz była czerwona ze złości. - Oczywiście, że to, co mówi proroctwo, jest prawdą. Jak śmiesz zmieniać słowa przepowiedni, żeby dopasować ją do swoich pokręconych planów?
- Pan Malfoy? - Dumbledore zamrugał zdziwiony. - Na Merlina, co ty tu robisz? Co tu się dzieje?
Tom wskazał różdżką na dyrektora.
- Avada...
- Nie! - Harry odepchnął różdżkę na bok. - Nie chcę, żebyś go zabijał, Tom.
- Tom? - Dumbledore był teraz śmiertelnie blady. - Co… O co tu chodzi, Harry? Dlaczego nazywasz go „Tom"? - Nagle jego niebieskie oczy stały się pełne zrozumienia - Nie jesteś Draco Malfoyem. Jesteś...
- Obliviate! - Tom leniwie machnął różdżką w kierunku dyrektora, a ten stał się nagle dziwnie spokojny i nieobecny.
Riddle wskazał różdżką na każdy z portretów z kolei i powtórzył zaklęcie.
- Proszę! - Ostatni portret, Fineas Nigellus Black, spojrzał błagalnie na Toma. - Jeśli masz choć trochę miłosierdzia w duszy, chłopcze, proszę, nie pozbawiaj mnie tego pięknego wspomnienia. Proszę, pozwól mi pamiętać, jak Dumbledore wyznaje swe kłamstwa. Nie możesz mi tego zabrać...
- Przykro nam, Fineasie - Tom uśmiechnął się do portretu. - To nic osobistego. Po prostu nie można być zbyt ostrożnym, kiedy sprawa dotyczy Dumbledore'a. Obliviate!
