Pogrążeni w dyskusji nie zauważyli nawet jak korytarz się wyludnił, w końcu nikt bez szczególnej przyczyny nie zamierzał tu siedzieć. Na dodatek zaczęły się zajęcia, więc mało kto kręcił się w pobliżu. Castiel nigdy nie przypuszczał, że jeszcze kiedykolwiek będzie w ogóle miał okazję by porozmawiać z Deanem, a nawet jeśli tak się stanie to z pewnością nie sądził, że będą mogli rozmawiać jak za dawnych lat. W końcu można było uznać, że czasy, gdy tak dobrze się dogadywali już dawno minęły i należy jednak o nich zapomnieć. Dean jednak przypomniał mu, że niektórych wspomnień lepiej nie zapominać. Warto bowiem pamiętać to, co było dobre a odsunąć w niepamięć to co sprawiło ból. Ludzie byli jednak istotami, które często zachowywały się odwrotnie. Zbyt często rozpamiętuje się przykre wydarzenia, jakby miało się nadzieje, że dzięki temu coś zmienimy. Nie da się jednak zmienić przeszłości.
Dean uśmiechnął się ciepło. Nawet po tylu latach i wszelkich nieprzyjemnych wydarzeniach, które zniszczyły ich relacje nadal potrafił świetnie dogadać się z Castielem. Dobrze było, choć na chwilę zapomnieć o tym co ich skłóciło, o tym jakim kretynem był dawniej Winchester czego nadal żałował. Potrafił jednak uczyć się na błędach i wiedział, że nigdy więcej nie zachowałby się w taki sposób jak wtedy, gdy był dzieckiem. Nie potrzebował już od nikogo poklasku i akceptacji. Jedynie czego teraz chciał to odzyskać dawnego przyjaciela, żeby mogli zawsze rozmawiać tak jak dziś im się to udało.
Po chwili jednak Castiel dostrzegł, że wokół zrobiło się jakoś ciszej i uświadomił sobie, że właśnie zagadał się i nie poszedł na zajęcia
-Niech to szlag… Muszę iść –powiedział szybko przerywając ich rozmowę i skierował się w stronę wyjścia. Nie mógł sobie pozwolić by tak bez powodu opuszczać wykłady, nie chciał niczego tracić i zdecydowanie wolał się uczyć ze swoich własnych notatek niż pożyczonych od kogoś.
-Cas a nie mógłbyś już sobie odpuścić tych zajęć? Naprawdę nic się nie stanie –stwierdził Dean spoglądając na nim –Nie musisz być aż taki pilny.
-A to coś złego? –zapytał Castiel odwracając się ponownie w stronę Winchestera, jednak pozytywny nastrój sprzed chwili jakby nagle uleciał. Dean w tym momencie kopnął się mentalnie. Zdecydowanie zbyt mało raz powtarzał sobie w myślach, by w żaden sposób nie dawać do zrozumienia, iż uważał, że nauka i determinacja w jej zdobywaniu były czymś nieodpowiednim. Wiedział, że Castiel może być na tym punkcie nieco przewrażliwiony.
-Nie. Nie uważam by było to coś złego… W sumie to całkiem godne podziwu, jednak sądzę, że czasem można odpuścić by się nie wykończyć -powiedział Dean starając się nieco załagodzić te drobne spięcie. Wyraz twarzy Castiela był jednak całkowicie nieprzenikniony. Winchester nie znosił tego, nigdy bowiem przez to nie wiedział co druga osoba myśli, a już Castiel w ukrywaniu emocji był chyba mistrzem.
-Przepraszam –dodał po chwili Dean nie mogąc znieść tej nagłej ciszy i przenikliwego spojrzenia Castiela –W sumie to przeze mnie opuściłeś zajęcia.
-Dean, nie musisz mnie za wszystko przepraszać, a już na pewno nie za to. Sam jestem sobie winien, w końcu to ja tu przyszedłem zajmując ci czas. Poza tym może i masz rację… Nic się nie stanie jeśli czasem odpuszczę.
Trzeba było przyznać, że te słowa zaskoczyły Deana. Mógłby spodziewać się naprawdę wszystkiego, ale nie tego, iż Novak przyzna, że nic się nie stanie jeśli opuści zajęcia. W końcu Castiel był ucieleśnieniem studenta idealnego: pilny, ambitny i skory do pochłaniania wiedzy. Jednak jak wiadomo ideały nie istniały.
-Nie chcę byś potem mówił, że to ja sprowadzam cię na złą drogę –mruknął Dean, gdy otrząsnął się z zaskoczenia. W końcu bowiem to przez jego słowa Castiel odpuścił sobie udział w wykładach.
-Nie mam kilku lat bym nie był świadom swoich decyzji i nie umiał przyjąć konsekwencji. Poza tym naprawdę nie trzeba mnie traktować tak jakbym miał się zaraz rozsypać.
-Chyba po prostu boję się, że znowu coś spieprzę…
Castiel spoglądał na niego uważnie. Teraz to on był bowiem zaskoczony. Wiedział, że Dean naprawdę bardzo się zmienił od czasu, gdy widzieli się kilka lat temu. Nie chodziło o wygląd, lecz o charakter. Pod maską pewnej siebie osoby Dean skrywał naprawdę czułą naturę i z pewnością dla bliskich sobie osób chciał jak najlepiej.
-O to się nie musisz martwić. Nawet jeśli się tak stanie to umiem się już obronić –zapewnił po chwili Castiel. Z pewnością nie chciał by Dean cały czas się przy nim pilnował, w końcu wiecznie tak się nie da i z pewnością byłoby to meczące dla obu stron. Winchester jednak nawet pomimo tych zapewnień wiedział, że drugi raz na ten sam błąd pozwolić sobie nie może. Nie miał zamiaru ponownie „zgubić" Castiela jak to miało miejsce w jego śnie. Nie chciał by jakakolwiek burza spowodowała, że ich drogi ponownie się rozejdą.
-No cóż, skoro zignorowałem sobie zajęcia to chyba powinienem wrócić do domu –dodał po chwili Novak, jednak jakoś nie śpieszyło mu się do tego, gdy dostrzegł przez okno pogodę na zewnątrz. Lejąca się z nieba ściana wody z pewnością nie zachęcała do opuszczania budynku.
-Może cię podwieźć Cas? –zaproponował Dean
-Nie chciałbym zajmować ci więcej czasu. Chyba zamówię taksówkę.
-Przestań. Po co będziesz wydawał kasę, skoro proponuję ci darmowy transport. Chodź i nawet nie próbuj się wymigiwać –uśmiechnął się lekko kierując się do wyjścia z budynku. Był przekonany, że zostawienie kogokolwiek na pastwę losu w taką pogodę byłoby naprawdę podłe, z pewnością, więc nie zamierzał tego robić.
Castiel zaś ruszył za nim nie sprzeciwiając się więcej. Jeszcze do niedawna wolałby unikać jakiegokolwiek kontaktu z Deanem. Jednak nie chciał dłużej tego ciągnąć. Uznał, że najlepszą terapią jest konfrontacja ze swoim problemem. Co prawda może i człowiek powinien uczyć się na błędach jednak w tym przypadku Castiel musiałby po prostu już nigdy więcej nikomu nie zaufać. Sądził jednak, że każdemu należy się druga szansa i potrafił to zaakceptować.
Osłaniając się jak mogli przed deszczem szybko dobiegli do stojącej na parkingu Impali i wsiedli do środka. Ciężkie krople uderzały o karoserię samochodu wywołując dość irracjonalnie niepokojący dźwięk. Dean więc chcąc go zagłuszyć włączył jedną ze swoich kaset z klasycznym rockiem mając nadzieję, że Castielowi nie będzie to przeszkadzać. Ten na szczęście jednak nie zgłosił jakiegokolwiek sprzeciwu. Podał jedynie adres pod którym mieszkał i mogli ruszyć.
Dean zdecydowanie nie lubił prowadzić samochodu podczas deszczu. Widoczność była bardzo ograniczona, szczególnie, że wycieraczki nie nadążały ze zbieraniem wody. Na dodatek było dość ślisko. Trzeba więc było zachować szczególną ostrożność i nie popisywać się swoimi zdolnościami za kierownicą. Pomimo jednak tego jak bardzo nie lubił robić z kierowcę w taką pogodę to jednak nie zamierzał odmawiać Castielowi podwiezienia, nawet jeśli miał przez to nadrobić sporo drogi. Dom w którym mieszkał Castiel był bowiem w zupełnie odwrotnym kierunku niż mieszkanie Deana.
-Mieszkasz sam? –zapytał Winchester by przerwać panującą pomiędzy nimi ciszę
-Nie. Obecnie mieszkam w domu Gabriela… Pamiętasz jeszcze moich starszych braci?
-Tak, pamiętam, szczególnie właśnie Gabriela. Nadal lubi sprawiać ludziom psikusy jak dawniej?
- Gabe ma taki sposób bycia, niewiele się zmienił –zaśmiał się cicho Castiel. Wiedział o tym, że jego braciszek był takim dużym dzieckiem, choć kiedy trzeba było potrafił zachować powagę. Poza tym był prawnikiem, a taki zawód wymagał od niego odpowiedzialności – A jak tam Sam? Jak mu się powodzi?
-To cholernie zdolny dzieciak. Co chwila zdobywa jakieś nagrody za naukę –odpowiedział z dumą Dean. Naprawdę był bowiem dumny ze swojego młodszego braciszka, zawsze bowiem życzył Samowi jak najlepiej i chciał by mu się powodziło.
Castiel na te słowa skinął tylko lekko głową nic jednak więcej nie dodając. Nie był bowiem wygadaną osobą, która zawsze znajdzie jakiś temat do dyskusji. Nie potrafił opowiadać długich historii i zdecydowanie wolał, by to ktoś inny mówił, on zaś mógłby jedynie słuchać. Dean zaś zazwyczaj był dość pewny siebie i wygadany, jednak tym razem było inaczej. Nie wiedział czemu czuł się niepewnie, choć wiedział, że te odczucia nie miały jakichkolwiek podstaw. Castiel w końcu zapewnił go, że nie jest z porcelany i nie trzeba było uważać na każde słowo, jednak Dean nie był do końca przekonany. Zapanowała więc pomiędzy nimi znów cisza i Dean nie czuł się z tym zbyt dobrze. Miał bowiem zdecydowanie dość obojętności i milczenia pomiędzy nimi
-A więc zdecydowałeś się zostać lekarzem… -zaczął szukając możliwości by zacząć dyskusję.
-Owszem –Castiel skinął lekko głową na potwierdzenie –Sądzę, że to odpowiedni dla mnie zawód. A ty jak widzisz swoją przyszłość?
W przeciwieństwie do Casa czy Sama, Dean nie miał jakichś wielkich marzeń, które pragnąłby zrealizować. Nie chciał być lekarzem, który ratowałby ludzkie życia, ani prawnikiem, od którego często zależała wolność drugiego człowieka. Jemu do szczęścia wystarczy po prostu zwykła praca w jakimś warsztacie samochodowym, gdzie będzie mógł robić to co lubił. Z pewnością bycie mechanikiem nie było zawodem, którym można było się chwalić przed znajomymi, ale jemu to nie przeszkadzało
-Zostanę mechanikiem –odpowiedział po chwili spoglądając kątem oka na przyglądającego mu się Castiela –Chcę robić w życiu to co naprawdę mnie interesuje a nie to czego oczekują ode mnie inni.
-To dobre podejście –stwierdził Castiel. On również nie żałował swojego wyboru. Chciał bowiem pomagać innym, nawet jeśli brzmiało to sztampowo. Poza tym czuł, że dzięki temu sam będzie mógł się poczuć osobą bardziej wartościową, mającą w życiu jakiś cel, do którego warto podążać.
-A od czego chcesz być lekarzem Cas? Masz już wybraną specjalizację czy coś w tym stylu? –zapytał ponownie Dean
-Myślałem o kardiologii…
-Kardiolog? To ten od serca?
-Zgadza się.
-A więc będziesz leczył złamane serduszka?
-Sądzę, że tym raczej zajmuje się psycholog, w ostateczności psychiatra.
-Tylko żartowałem Cas, nie bierz wszystkiego na serio.
-Och, rozumiem…
Nie było tajemnicą, że poczucie humoru u Castiela nie było zbyt rozwinięte. Często nie rozumiał wielu odniesień, które powinny go śmieszyć, choć naprawdę starał się nadążać za wszystkimi współczesnymi trendami. Chyba po prosu nie miał do tego talentu. Dean jednak się tym zupełnie nie przejmował, znał bowiem to zacofanie Casa jeszcze z czasów dzieciństwa. Widocznie w tej kwestii niewiele się zmieniło i musiał nawet przyznać, że to nierozgarnięcie było jedną z cech charakterystycznych u Castiela.
Dalej jechali już jednak w ciszy. Dean nie próbował ponownie zagadywać swojego pasażera, szczególnie, że ten nie był zbyt rozgadaną osobą. Castiel bowiem skierował spojrzenie na okno i obserwował spływające po szybie strużki wody. Jemu nie przeszkadzała cisza, nie lubił bowiem zmuszać się do rozmów, gdy nie było to konieczne. Po kilku minutach zaprzestał obserwacji „wyścigów kropel" i rozejrzał się wokół jakby chcąc się rozeznać gdzie dokładnie się znajdowali.
-Tutaj mieszkam –powiedział po chwili wskazując na jeden z domów. Dean chętnie by się przyjrzał domowi, w którym mieszkał Castiel jednak deszcz skutecznie to utrudniał. Winchester wjechał, więc tylko na podjazd i zatrzymał auto.
-Dziękuję za podwiezienie –powiedział Castiel chwytając za klamkę. Zawahał się jednak przez chwilę zastanawiając się czy wypadałoby zaprosić Deana do środka. W sumie to, że zaczęli znowu ze sobą rozmawiać nie oznaczało, że ponownie byli dobrymi przyjaciółmi.
-Będę się zbierał, muszę odebrać Sama ze szkoły. W końcu w taką pogodę nie będzie wracał na pieszo –stwierdził Dean jakby czytając Castielowi w myślach i rozwiązując jego dylemat –Poza tym nie chcę wdawać się w konflikt z twoim bratem
-Dlaczego niby miałbyś to robić? Gabriel coś zrobił? –zapytał Castiel przechylając głowę na bok niczym szczeniak. Dean nigdy głośno by nie przyznał, że ten gest był całkiem uroczy.
-Wiesz, wtedy gdy zachowałem się jak ostatni idiota Gabriel złapał mnie, gdy byłem bez swojej obstawy i zagroził, że jeśli jeszcze raz się do ciebie zbliżę to mi spuści taki łomot, że mnie rodzona matka nie pozna –wyjaśnił Dean, choć nie lubił wracać wspomnieniami do tamtych wydarzeń. Nigdy chyba nie będzie w stanie wybaczyć sobie tamtych żałosnych wybryków.
-Naprawdę ci tak powiedział? –Castiel zaśmiał się cicho i Dean stwierdził, że ten dźwięk wywołał w nim przyjazne ciepło. Nie pamiętał bowiem kiedy ostatnio słyszał by Castiel się śmiał. Bez względu jednak na to Dean zdecydowanie chciał słyszeć to częściej –W sumie to całkiem miłe z jego strony.
-Nigdy bym nie przypuszczał, że on potrafi być taki przerażający.
-Rzadko mu się to zdarza. Zazwyczaj jest leniwym pożeraczem słodyczy –stwierdził Castiel uśmiechając się lekko. Dobrze było wiedzieć, że pomimo wszystko jego rodzeństwo się o niego martwiło a Gabe jednak nie jest aż taki podły jak mogłoby się na początku wydawać. Rodzina była z pewnością bardzo ważna i powinna się wspierać –Nie będę zajmował jednak więcej twojego czasu i wracam do siebie.
-Miło było znów z tobą pogadać –rzucił Dean zanim Castiel zdążył otworzyć drzwi, na co ten odpowiedział mu tylko uśmiechem, po czym wysiadł z samochodu i szybko przebiegł w kierunku drzwi do domu, by zniknąć w jego wnętrzu.
Dean tylko odprowadził go spojrzeniem, po czym ruszył w drogę powrotną by zabrać Sama ze szkoły. Pogoda bowiem nadal nie ustępowała i ciągle strumienie wody lały się z nieba. Nie zamierzał się więc szczególnie śpieszyć by nie kusić złośliwego losu. Choć musiał jednak przyznać, że dziś pomimo wszystko szczęście się do niego uśmiechnęło. W końcu przed tym wszystkim nie raz już zdążył zwątpić w swój plan a jednak jak się okazało był on naprawdę skuteczny. Dean nigdy bowiem nie przypuszczał, że pójdzie tak dobrze i czuł się dzięki temu znacznie lżej. Zupełnie jakby ktoś zdjął z jego barków spory ciężar. W końcu ciągle miał sobie za złe to jak zachował się, gdy był dzieciakiem. Nie sądziły by tak naprawdę mógł się tłumaczyć zwykłą głupotą. Po prostu był na tyle podły, że kosztem Castiela chciał przypodobać się swoim starszym kolegom. Jednak dziś mógł poczuć się jakby tamte przykre wydarzenia zupełnie nie miały miejsca i to sprawiało, że humor mu dopisywał i nawet pogoda nie mogła tego zepsuć.
Castiel wszedł do mieszkania i skierował się od razu do swojego pokoju by przebrać się w suche ubranie. W końcu nawet pomimo tego, że Dean podwiózł go niemalże pod same drzwi, to wystarczył tylko ten kawałek drogi by zmoknąć. Dopiero wtedy też zwrócił uwagę na swój telefon, który spoczywał w kieszeni kurtki. Jako, że zawsze na zajęciach miał wyciszony dźwięk to nie słyszał, że ktokolwiek próbował się z nim skontaktować. Teraz jednak dostrzegł, że Baltazar próbował się z nim połączyć. Castiel westchnął cicho domyślając się, że chodziło o jego nieobecność na zajęciach, w końcu nie było to coś normalnego, więc jego przyjaciel miał prawo być zaniepokojony. Tak więc gdy tylko założył na siebie suche ciuchy postanowił oddzwonić by dać znać, że jeszcze żyje i kosmici go nie porwali.
-Cassie, gdzieś ty się do cholery podziewał –przywitał go głośno Baltazar
-Spokojnie, wszystko w porządku…
-Nie jest w porządku. Już myślałem, że coś ci się stało. W końcu nigdy nie opuszczałeś zajęć od tak.
-Po prostu musiałem z kimś pogadać.
-Musiało to być coś niesamowicie ważnego, skoro ten ktoś zdołał odciągnąć ciebie od nauki. Nawet mnie się to rzadko kiedy udaje.
Castiel westchnął cicho. Raczej nie nazwałby dyskusji o kreskówce sprzed lat czymś ważnym a jednak pomimo tego rozmowa na ten temat skutecznie go zaabsorbowała. W końcu w ogóle zapomniał o otaczającym go świecie. Może tego właśnie potrzebował, by ktoś odciągnął go, choć na chwilę od książek i nauki.
-Czasem można odpuścić, nic się raczej nie stanie –stwierdził Castiel uśmiechając się lekko do siebie.
-Nie wierzę w to co słyszę… Kim jesteś i co zrobiłeś z moim przyjacielem? –zapytał Baltazar teatralnie dramatycznym tonem
-Proszę, nie rób ze mnie aż takiego kujona. Nadal jestem sobą, ale nie trzeba robić sensacji z byle czego. Jeśli to cię pocieszy to nie planuje opuszczać więcej zajęć, jeśli nie będzie to naprawdę konieczne.
-No ja mam nadzieję, w końcu od kogoś trzeba brać notatki
-Wiesz co… Nie gadam dłużej z tobą. Foch –zaśmiał się cicho i od razu się rozłączył.
Położył się na łóżku i odłożył telefon na bok. Zamiast niego wziął laptopa z szafki. Po uruchomieniu sprzętu skierował się na facebooka. Miał tam również swoje konto, dzięki któremu udało mu się utrzymać jakikolwiek kontakt z Jo. Co prawda rzadko kiedy rozmawiał tam ze znajomymi, nie dodawał też postów od siebie, gdyż nie sądził by kogokolwiek interesowało to co robił. Używał portalu głównie do obserwowania co działo się u innych ludzi i przeglądaniu najnowszych wydarzeń. Teraz miało być podobnie. Chciał jednak zobaczyć profil Deana, wiele bowiem można było się dzięki temu dowiedzieć. Castiel zaś chciał bliżej poznać współczesnego Winchestera. Doskonale wiedział o tym, że ten bardzo się zmienił przez te wszystkie lata i Castiel tak naprawdę nic już o nim nie wiedział. Najbardziej zastanawiało go to czy powinien ponownie zaufać. W końcu ludzie powinni uczyć się na błędach a Novak zdecydowanie nie chciał znowu popełnić tego samego błędu. Chciał więc dowiedzieć się kim teraz był Dean. Dlatego właśnie zainteresował się jego profilem na portalu społecznościowym. Westchnął jednak z niezadowoleniem, gdy dostrzegł, że Dean miał zablokowane wszelkie informacje dla osób, których nie miał w znajomych. Ten sposób jednak nie pomógł Castielowi dowiedzieć się czegoś więcej. Przez chwilę wahał się jednak czy nie zaprosić Winchestera do grona znajomych, ale szybko zrezygnował. Będzie musiał poszukać innego sposobu by się czegoś dowiedzieć.
Sam skończył dziś lekcje wcześniej niż myślał. Spojrzał na zegarek i westchnął cicho. Dean miał jeszcze zajęcia, więc nie należało mu przeszkadzać. Wiedział co prawda, że gdyby zadzwonił do brata z prośbą o podwiezienie go do domu to Dean z pewnością by to zrobił, niekiedy bowiem był aż nazbyt opiekuńczy. Sam jednak nie chciał odrywać kogokolwiek od obowiązków. Musiał teraz zadecydować czy powinien poczekać na Deana czy raczej spróbować samodzielnie dotrzeć do domu. Obok szkoły do której uczęszczał był przystanek autobusowy, więc wystarczy, że tam dotrze. Miał nadzieję, że jak szybko przebiegnie to nie zmoknie zbytnio. Poza tym miał parasol, więc chociaż trochę osłoni się przed deszczem. Pogoda bowiem nie zamierzała ustępować, dawno nie było takiej ulewy.
Westchnął cicho i skierował się do drzwi. Postanowił, że nie będzie czekał na brata. Jakoś da sobie radę, w końcu nie był dzieckiem a z nieba nie lał się kwas, więc nic mu nie będzie. Na zewnątrz zaś natychmiast uderzyło w niego chłodne, wilgotne powietrze. Rozłożył parasolkę i ruszył w kierunku przystanku. Niestety dotarcie tam nie było tak proste jak mu się na początku wydawało. Silny wiatr skutecznie utrudniał chodzenie a na dodatek wykręcał parasolkę na drugą stronę. Dlatego też już po chwili Sam był cały mokry. Nie zamierzał jednak się tym przejmować i dalej szedł w kierunku przystanku. Niestety los postanowił jeszcze bardziej uprzykrzyć mu życie i Winchester został ochlapany błotem przez przejeżdżający ulicą samochód. To już wystarczyło by Sam się wkurzył. Nie zastanawiając się nad tym co robi chwycił leżący na chodniku kawałek cementu i cisnął nim w samochód, będący sprawcą tego, że Sam był teraz nie dość, że mokry to jeszcze ubrudzony błotem. Chwilę potem jednak Winchester pożałował tego co zrobił, gdy dostrzegł, że auto wykręciło i teraz zmierzało z powrotem w jego kierunku. Chyba kierowca zorientował się, że coś uderzyło w jego samochód i nie zamierzał tego zignorować. Sam nie chciał mieć żadnych problemów, szczególnie, że nie miał pojęcia kto jest wewnątrz samochodu. Może siedzieli tam jacyś gangsterzy, którzy zaraz spuszczą mu łomot. Powinien był się zastanowić zanim rzucił czymkolwiek w cudzy samochód. Choć z drugiej strony jego reakcja była jak najbardziej zasadna. Niech ten kretyn na przyszłość uważa jak jeździ.
Auto jechało teraz ulicą zaraz obok Sama zrównując prędkość do tempa kroku chłopaka. Po chwili szyba z przodu się opuściła i Sam w końcu mógł dostrzec kierowcę, choć nie było to takie proste przez ten deszcz.
-Hej, dzieciaku, co to miało być? –krzyknął do niego kierowca wyraźnie zirytowany –Wiesz ile kosztował ten samochód? Uwierz mi, że nie chcesz pokrywać kosztów możliwej naprawy.
-Naprawdę mnie to nie interesuje. Na przyszłość proszę by jeździł pan ostrożniej i nie ochlapywał niewinnych przechodniów –stwierdził Sam, choć naprawdę nie miał ochoty wdawać się w jakiekolwiek kłótnie. Obejrzał się za siebie licząc na to, że może akurat będzie jechał jakikolwiek autobus i po prostu będzie mógł stąd jak najszybciej odjechać.
-I tak już byłeś cały mokry, więc nie sądzę by trochę wody z kałuży zrobiło ci większą różnicę.
W tym momencie w Samie się naprawdę zagotowało. Nie dość, że koleś w aucie miał pretensje o coś na co sobie zasłużył to jeszcze był cholernie bezczelny. Winchester teraz naprawdę żałował, że jednak nie miał pod ręką cegły.
-Proszę się cieszyć, że bardziej nie uszkodziłem tego samochodu –warknął zirytowany patrząc wyzywająco w stronę kierowcy. Zaraz potem odetchnął z ulgą widząc nadjeżdżający autobus. Będzie mógł się uwolnić od tego idioty. Tak więc gdy tylko autobus zatrzymał się na przystanku Sam szybko wskoczył do środka nie oglądając się za siebie. Miał nadzieję, że kierowca nie będzie go śledził, bo to już byłoby niepokojące. Na szczęście ten odpuścił i odjechał w swoim kierunku, co Sam przyjął z wyraźną ulgą. Teraz chciał już jedynie wrócić do domu i się wysuszyć. Następnym razem zaś nie będzie miał wyrzutów sumienia i gdy zwolnią go wcześniej z zajęć w taką pogodę będzie od razu dzwonił do brata. Przynajmniej wtedy nie natknie się na żadnego palanta.
Dean był już obok szkoły, do której uczęszczał Sam, gdy otrzymał wiadomość właśnie od brata, który jak się okazało był już w domu. Dean syknął cicho pod nosem niezadowolony z faktu, że Sam postanowił w taką pogodę wracać do domu na własną rękę. Teraz jednak nie miał innego wyboru jak w końcu wrócić do mieszkania i nie wyściubiać z niego nosa, aż w końcu przestanie lać. Ledwo bowiem dało się cokolwiek zobaczyć przez tę ścianę wody a wiatr bujał drzewami i latarniami. Dean zapisał sobie w pamięci by nie parkować Impali w pobliżu drzew. Nie chciał bowiem by jakiś konar spadł na jego dziecinkę. Na szczęście ze znalezieniem odpowiedniego miejsca parkingowego nie było większego problemu i już po kilku minutach Winchester wszedł do ciepłego i suchego mieszkania.
-Sammy, żyjesz?! –zawołał od progu. Chciał się upewnić, że jego brat dotarł do domu w całości
-Ta, żyję –odpowiedział Sam wychodząc z łazienki z ręcznikiem na głowie, którym suszył swoje zdecydowanie zbyt długie włosy. Dean nie raz mówił mu, że należało podcinać zbyt długie kosmyki jednak Sam nie chciał go słuchać.
-Widzę, że jednak humor coś niezbyt dobry. Coś się stało?
-Och, nic szczególnego –Sam machnął lekceważąco dłonią, po czym skierował się w stronę kanapy stojącej przed telewizorem i usadowił się na niej–Wkurzył mnie tylko pewien kretyn.
-Chcesz bym z tym kimś pogadał czy coś? –zapytał Dean siadając koło brata.
-Nie Dean, nawet nie wiem kto to dokładnie był –westchnął cicho. Naprawdę nie wiedział z kim miał do czynienia. Choć samochód miał raczej z tych drogich, więc zdecydowanie lepiej, że jednak Sam nie uszkodził bardziej tego auta –Widzę, że tobie zaś dzień się udał.
-Co? Nie… Dzień jak co dzień –stwierdził Dean z uśmiechem wzruszając lekko ramionami. Razem z bratem zawsze potrafili nawzajem rozpoznać swój nastrój. Doskonale więc wiedzieli, kiedy pojawił się jakiś problem albo kiedy udało się odnieść sukces.
-Ta, uważaj bo uwierzę. Pewnie znowu poderwałeś jakąś dziewczynę.
-Nie, nie chodzi o dziewczynę…
-O faceta?
-Sam!
-Dobra, dobra, tylko żartuję –zaśmiał się Sam spoglądając na brata –Nie każ mi dłużej zgadywać.
-W sumie gdyby się tak nad tym zastanowić to jednak chodzi o faceta…
-Że co?
-O czym ty ciągle myślisz zboczeńcu? –Dean pokręcił głową rozbawiony –Pamiętasz może Castiela? Tego chłopaka, z którym przyjaźniłem się w dzieciństwie?
-Ten, wobec którego zachowałeś się jak ostatni palant? Tak, pamiętam.
-Uch, to nie było miłe…
-Bo nie miało być –stwierdził Sam nie do końca wiedząc do czego niby zmierza ta rozmowa. Prawdą było, że kiedy Dean i Cas się przyjaźnili to Sam ledwo odrósł od ziemi. Pamiętał jednak Castiela, gdyż ten był dla niego zawsze naprawdę miły. Razem bowiem byli najmłodszym rodzeństwem, więc można było powiedzieć, że już w tak wczesnym wieku doskonale się rozumieli –Ale o co tak naprawdę chodzi? Chyba nie zebrało ci się nagle na wspominki i nie masz zamiaru mi się wyżalać.
-Nie, oczywiście, że nie. Po prostu znowu widziałem Casa. Spotkaliśmy się za zajęciach…
-I dopiero teraz mi o tym mówisz? Pewnie Cas był zachwycony, gdy cię zobaczył –stwierdził ironicznie Sam. Nie zamierzał być łagodny, choć doskonale wiedział, że przez lata jego brat znacząco się zmienił.
-Fakt, szczęśliwy nie był… Ale porozmawialiśmy ze sobą i jest już znacznie lepiej, przynajmniej tak mi się wydaje.
-I to stąd ten dobry humor?
-Chyba tak. Po prostu liczę na to, że uda mi się naprostować niektóre sprawy.
-No cóż, mam nadzieję, że ci się uda –skinął głową Sam. Miał nadzieję, że Dean znowu niczego nie spieprzy, w końcu Castiel z pewnością nie będzie na tyle wyrozumiały by dawać kilka szans tej samej osobie, w końcu nikt nie był aż tak naiwny. Dean i tak miał naprawdę powody do radości, że jednak Cas w ogóle chciał z nim gadać. Prawdą było, że Sam również chętnie pogadałby z dawnym przyjacielem swojego brata, chociażby po to by dowiedzieć się czy Dean znowu nie pakuje się w coś naprawdę głupiego. Może i Sam był młodszym bratem, ale czasem to właśnie on musiał pilnować wielu spraw, szczególnie, że Dean często najpierw działał a dopiero potem myślał. Lepiej więc będzie mieć na wszystko oko. Wiedział bowiem doskonale, że niekiedy historia lubiła się powtarzać.
Castiel siedział na łóżku opierając się plecami o ścianę i trzymał laptop na kolanach oglądając jakieś odmóżdżające filmiki w internecie. Wbrew temu co wiele osób sądziło Castiel wcale nie siedział nad książkami 24 godziny na dobę. Owszem, był sumienną i pracowitą osobą, jednak lubił zajmować się również czynnościami nie związanymi z pogłębianiem wiedzy. W końcu ileż można było zajmować się jedynie obowiązkami? Każdy z czasem miałby dość. Zdążył obejrzeć zaledwie kilka filmików, gdy usłyszał dźwięk otwieranych drzwi i głos Gabriela:
-Cas, jesteś już w domu?!
Castiel westchnął cicho i podniósł się z miejsca. Zazwyczaj Gabriel nie przejmował się tym czy ktokolwiek był w domu a skoro teraz o to pytał to znaczy, że musiał się komuś wygadać. To nieszczęście spadło właśnie na Castiela, który miał nadzieję, że nie zostanie znowu uraczony historyjką o kolejnej cudnej protokólantce, która nie reagowała na zaloty jego brata idioty.
-Jestem, jestem… Co się stało? –zapytał Castiel wchodząc do kuchni, gdzie Gabriel przetrząsał lodówkę w poszukiwaniu mlecznych batoników, które jak sam sądził na pewno zostawiał tutaj wczoraj wieczorem.
-Nie widziałeś gdzieś moich batonów, tych z mlecznym nadzieniem?
-Z tego co wiem zjadłeś je wczoraj przed snem –odpowiedział spokojnie Castiel przyzwyczajony do takich sytuacji. Jego brat potrafił wyjeść wszystkie swoje zapasy słodkości a potem szukać winnych, że niby to ktoś inny wszystko pożarł. Castiel miał czasem wrażenie, że jego brat prędzej przyjmie do wiadomości istnienie łakomych krasnoludków niż to, że sam był niczym czarna dziura pochłaniająca wszystko co słodkie.
-Nie, to niemożliwe… Gdzieś tu muszą być –westchnął Gabriel przekładając wszystkie produkty w lodówce.
-Rozumiem, że chciałeś mnie jedynie poinformować o zaginięciu twoich słodyczy.
-Nie. Tak naprawdę to nie uwierzysz, jakiego wkurzającego dzieciaka dziś spotkałem.
-Ukradł ci żelki czy może to ty jemu je ukradłeś a on poskarżył rodzicom?
-Ależ ty jesteś zabawny…
-Wiem uczyłem się od ciebie, a więc co te złe dziecko ci zrobiło?
-Rzucił kamieniem w moje auto. Ma szczęście, że niczego nie uszkodził.
-Tak bez powodu rzucił tym kamieniem?
-No może nie koniecznie bez powodu…
-Tak myślałem.
Nie było to niczym nowym i Castiel nawet nie zamierzał się szczególnie przejąć „nieszczęściem" brata. Gabriel miał zdolność irytowania innych ludzi w swoim otoczeniu, więc nie powinien być już zdziwiony, że ktoś zareagował niezbyt pozytywnie. Castiel sam się niekiedy zastanawiał jak on wytrzymuje pod jednym dachem z kimś takim jak Gabriel. Chyba po prostu przywykł już do wybryków brata i nie robiły one na nim większego wrażenia. Bardziej zawsze przejmował się losem tych ludzi, którzy ucierpieli przez zachowanie tego idioty. Castiel miał, więc nadzieję, że nic się nie stało temu dzieciakowi, o którym opowiadał Gabriel.
-Mówiłem ci już, że jesteś okropnym młodszym bratem? –zapytał Gabriel spoglądając z wyrzutem na Castiela. Zastanawiał się dlaczego nikt nie rozumiał, że on również był poszkodowany. Jego mały braciszek powinien się przejąć jego losem a nie tak po prostu to zlekceważyć.
-Tak, słyszałem to już kilka razy –oznajmił Castiel ze stoickim spokojem, po czym przeszedł koło brata by sięgnąć sok z lodówki i nalać go sobie do szklanki –Poza tym dodam, że dziś twoja kolej na gotowanie obiadu.
-Naprawdę powinienem cię wyrzucić z domu, bo do niczego się nie przydajesz.
-W porządku. Mam jeszcze dwóch innych starszych braci do których mogę iść. Wtedy jednak sam będziesz zajmował się sprzątaniem, praniem i resztą domowych czynności.
-Naprawdę jesteś okropny. Co się stało z moim małym, słodkim Castielem?
-Dorósł.
Castiel uśmiechnął się lekko, zostawiając brata samego. Dawniej może i dawał się wykorzystywać starszym braciom, jednak te czasy już dawno się skończyły. Co prawda gotowanie w wykonaniu Gabriela nigdy nie kończyło się dobrze. Wiedział więc, że dziś na obiad będzie pizza albo jakaś chińszczyzna. No cóż, z pewnością było to lepsze niż jakiś niezidentyfikowany twór, który zaserwował Gabriel w zeszłym tygodniu. Castiel był niemalże pewien, że mógłby użyć tego dania jako trutkę na mszyce w ogródku.
-Cas, jaką chcesz pizzę?! –usłyszał ponownie głos Gabriela i uśmiechnął się lekko do siebie. Przynajmniej tym razem przy obiedzie nie trzeba będzie się obawiać o swoje życie. Mógł więc zdecydowanie uznać ten dzień za udany, szczególnie, że przestało padać. Miał nadzieję, że niedługo zza chmur wyjdzie słońce.
