Lassiter nic nie widział, ale wciąż mógł wyczuć, gdy ktoś na niego spoglądał, a to właśnie robił Gus i Juliet. Cieszył się, że nie musi teraz znosić tego widoku.
- Co mu powiedziałeś? – spytał Jules. W jej głosi słychać było rozczarowanie.
- Nic.
- Wiem, że go nie lubisz, ale Shawn martwił się o ciebie.
- Daj temu spokój. – poprosił Lassie, udając znudzenie.
- Jak chcesz.
Juliet wyszła wściekła, zostawiając równie wściekłego Gusa sam na sam z Lassiterem.
- Wiem o was, Lassiter. – zaczął, na razie spokojnie. – Shawn cię kocha. Myślał, że nie żyjesz. Nigdy nie widziałem go tak przerażonego i zrozpaczonego, a byłem przy nim, gdy odeszła jego matka. – Lassie milczał, głos Gusa zyskiwał na sile, nie mógł już pohamować gniewu. – Nie mam pojęcia, jak on może cię kochać, gdy tak go traktujesz.
- Skończyłeś? – zapytał Lassiter, ostrożnie wstając z krzesła. Ten niewielki ruch wystarczył, by Gus się cofnął.
- Tak.
- Więc wyjdź stąd.
Gus nie usłuchał od razu, spoglądał jeszcze chwilę na Lassitera, który choć miał zasłonięte oczy, sprawiał wrażenie, jakby też mógł go widzieć równie wyraźnie.
- Jesteś dupkiem. – powiedział Gus. – Gdyby nie to, że jesteś ranny, uderzyłbym cię.
Lassiter odczekał, dopóki nie przestał słyszeć kroków Gusa. Dopiero wtedy zawołał Juliet, która nie odeszła daleko. Wciąż była na niego zła, ale jednak była jego partnerką i nie potrafiła go zostawić, gdy była mu potrzebna.
- O'Hara?
- Tak?
- Gdy skończą mnie badać, zawieziesz mnie do domu Henry'ego? – poprosił, znów siadając na krześle. Gdy stał, miał wrażenie, że zaraz się przewróci.
- Chcesz przeprosić Shawna? – spytała z nadzieją. – Skąd wiesz, że tam właśnie pojechał?
- Są tylko trzy miejsca, w których czuje się bezpiecznie. Gdy wybiegł, Gus był tutaj, a Henry jest w domu cały czas.
- To dwa miejsca, co z trzecim?
- Przed chwilą mu powiedziałem, że nie ma tam czego szukać.
Jules pomogła mu wejść na ganek Henry'ego, a potem zostawiła go tam, tak jak ją prosił. Życzyła mu powodzenia i wróciła do wozu. Został sam i tak chciał przez to przejść.
Wtedy w szpitalu nie zamierzał zranić Shawna. Był po prostu wściekły, stracił wzrok na niewiadomo jak długo, być może na zawsze. Bez wzroku, nie mógłby pracować w policji, straciłby to, o co się tak bardzo starał tyle lat. Shawn nie powiedział nic złego, to on nad sobą nie panował. Nie powinien tak na niego naskakiwać, ale tymczasowe oślepienie w połączeniu ze strachem, że Shawn może z nim być tylko dla oczu, zrobiły swoje. Naprawdę się bał, że tylko o nie chodzi. Nie chciał tego. Chciał by ktoś był z nim dla niego samego, nie tylko części. Dlatego tak zależało mu na przeproszeniu Shawna, który był na to gotowy. On, w przeciwieństwie do Victorii, nie czynił mu pretensji o jego pracę. Pracowali razem, byli niemalże partnerami. Mogło im się razem udać, pod warunkiem, że przeprosiny zostaną przyjęte. Lassiter modlił się o to.
Zapukał do drzwi i odczekał chwilę. Otworzył mu Henry, nawet bez wzroku mógł to stwierdzić, bo znowu poczuł to samo spojrzenie, które zafundował mu Gus. Tylko że to było jeszcze gorsze.
- Chcę porozmawiać z Shawnem.
Henry złapał go za ramię i bez słowa wciągnął do domu. Zamknął za nimi drzwi i dopiero wtedy się odezwał.
- Nie mam pojęcia, co zaszło między tobą a Shawnem, nie chciał mi powiedzieć, ale jeśli raz przyjdzie tu taki załamany po rozmowie z tobą, to nie skończy się to dla ciebie dobrze. Wyraziłem się jasno?
Lassie przytaknął, tylko na tyle było go teraz stać.
- Jest w salonie.
Henry znowu poprowadził go trzymając za ramię, a potem zostawił. Lassiter czuł na sobie spojrzenie Shawna, ale nie był w stanie powiedzieć, w którym miejscu w salonie się znajduje.
- Lassie.
O ile się nie mylił, to głos Shawna dobiegł z prawej strony. Odwrócił się, wyciągając rękę, która natychmiast natrafiła na przeszkodę.
- Co tu robisz, Lassie? – zapytał Shawn. Stał tuż przed Lassiterem, obaj mogli poczuć ciepło swoich ciał.
- Przyszedłem porozmawiać.
- Padniesz na kolana?
- Nie licz na to.
- Masz rację, to ja powinienem to zrobić.
- Co? Dlaczego ty? Nic nie zrobiłeś.
- Zachowałem się egoistycznie. Przepraszam. Nie zależy mi tylko na twoich oczach...
- Shawn, zamknij się. – uciszył go Lassiter. – To ja powinienem przepraszać. Nie powinienem był cię wyrzucać i podnosić na ciebie głosu, ale byłem wściekły po stracie wzroku, nadal jestem, a ty przypomniałeś mi, jak ważne są dla ciebie moje oczy.
- Twoje oczy nie są dla mnie tak ważne jak ty, Carlton.
- Wiem.
- Miałeś prawo być wściekły.
- Ale nie miałem prawa cię tak traktować.
Shawn machnął ręką.
- Daj spokój, już mi przeszło. Byłem zestresowany i trochę za bardzo wziąłem to do siebie. Gorsze rzeczy od ciebie słyszałem.
- Nie, gdy byliśmy ze sobą.
- Słuszna uwaga. Ale serio, nic mi już nie jest. Pozbierałem się w sobie i jestem gotów, by się tobą opiekować.
- Opiekować? – zapytał zdziwiony.
- Chyba nie oczekiwałeś, nie zostawię cię samego, gdy nie widzisz?
- Cóż...
- Zły, Lassie, zły, jak można tak myśleć. – zganił go, klepiąc lekko po ramieniu. – Myślałem, że znasz mnie lepiej. A teraz chodź!
Shawn pociągnął Lassiego w stronę wyjścia.
- Gdzie?
- Trzeba ci kupić białą laskę. I jakieś stylowe okulary przeciwsłoneczne. I psa przewodnika. I Ferrari.
- Te trzy rzeczy jeszcze rozumiem, ale co do mojej ślepoty ma samochód?
- Duh, Lassie, będziesz jak Al. Pacino! Myślisz, że dasz radę nauczyć się jeździć na słuch?
- Nawet o tym nie myśl.
- Na początku poćwiczymy na rowerze.
- Nie.
- Chcesz od razu samochód? Albo mój motocykl?
- Przestań zanim pożałuję, że po ciebie przyszedłem.
Shawn zatrzymał się, odwrócił i uśmiechnął do Lassitera.
- To się nigdy nie stanie, Lassie. – powiedział i pocałował detektywa. – Nigdy. Pogódź się z tym.
Lassiter już się z tym pogodził. Kochał Shawna, a Shawn kochał jego.
