Rozdział szósty – Y a pas d'raison pour qu'tu n'pleures pas
Petunia rozpoczęła dziewiątą klasę z mieszanymi uczuciami. Zbiorcza szkoła podstawowa i jej nowe liceum mieściły się w zupełnie innym miasteczku, do którego musiała codziennie dojeżdżać pociągiem. Szybko znienawidziła zarówno daleką, rutynową podróż, jak i nowe miejsce. Dziewczyny z najstarszych klas drwiły z jej znoszonych ubrań, a podczas zbiórek chłopcy ciągnęli ją za warkocze. Nauczyciele traktowali ją z góry i miała wrażenie, że wymagają od niej dużo więcej wyłącznie z racji pochodzenia. Petunia starała się nad sobą panować i choć czasem charakter brał nad nią górę, wypracowała sobie nową mantrę: bądź zimną, niedostępną księżniczką. Zimną, niedostępną księżniczką. Zimną…
Od września ojciec regularnie wyjeżdżał na angaże i nie wracał całymi tygodniami, a że jego wypłaty przychodziły z opóźnieniem, matka musiała znów pójść do pracy, by jakoś związać koniec z końcem. Petunia nienawidziła tego, że obowiązki domowe Lily, a teraz i matki, spadły na jej czternastoletnią głowę. Jednak pomimo wszystko robiła, co tylko mogła, by sprostać nowym zadaniom, bo nie zwykła się poddawać w obliczu wyzwania. Szczyciła się tym, że ubrania wciąż miała czyste i schludne, a włosy starannie uczesane, zupełnie jak za czasów, gdy Linda doglądała swoich córek czujnym okiem. Petunia sprzątała i gotowała, pomagała przy praniu i prasowaniu, nauczyła się nawet szyć i cerować, ale gdy po tym wszystkim i po starannym odrobieniu lekcji jej głowa ledwo tylko dotykała poduszki, za chwilę znów musiała się zrywać, by złapać poranny pociąg. Najstarsza panna Evans szczerze i z pasją nienawidziła tego, jak odmieniło się jej życie. Święcie wierzyła, że gdyby jej młodsza siostra nie spędzała leniwych dni dziesiątki tysięcy mil na północ, wszystko potoczyłoby się inaczej.
Chociaż Lily przebywała w tajemniczym zamku gdzieś na samym końcu świata, Petunia nieświadomie wciąż stąpała w jej cieniu. Wykręcała się na lewą stronę, byleby tylko rodzice ją zauważyli, więc dobrała sobie najtrudniejsze przedmioty, jakie mogła. Zwieńczeniem tej absurdalnej piramidy był język francuski, z którym męczyła się najbardziej. Nigdy nie miała talentu do nauki — nie była swoją siostrą, której błyskotliwa inteligencja wystarczała, żeby dostać piątki z każdego egzaminu i zadziwiać nauczycieli elokwencją. Petunii większość rzeczy przychodziła z trudem, ale posiadała jeden talent, którego nieprzeciętna pula genetyczna Lily nie wzięła pod uwagę: Petunia potrafiła ciężko pracować. Była uparta i nie zdawała sobie nawet sprawy, jak bardzo ta ognista determinacja upodabnia ją do siostry. Być może obydwie zdołałyby to zauważyć, gdyby choć na chwilę zerknęły dalej, niż czubek własnego nosa. Najstarsza Evansówna potrafiła spędzać całe godziny wgapiając się w formuły chemiczne, wzory matematyczne i skomplikowane tabele nieregularnych francuskich czasowników. Czytała i wkuwała tak długo, aż wszystko zrozumiała, a jeżeli nie rozumiała, to przynajmniej uczyła się na pamięć.
Ku zaskoczeniu Petunii, nie była tak znów całkiem sama na tym ziemskim padole. W końcu otrzymała pomoc, chociaż z najbardziej nieoczekiwanego źródła: inicjatywę w sprawie jej lingwistycznej edukacji przejęła babcia. Najwidoczniej przy okazji którejś z wizyt jej syn wygadał się na okoliczność nieradzenia sobie najstarszej córki z przedmiotem, a starsza pani jak zwykle postanowiła się wtrącić. Petunia przejęła zatem jeszcze jedne (i cudze) obowiązki i odwiedzała babcię dwa razy w tygodniu. Już od momentu przekroczenia progu obejmował ją ścisły rozkaz porozumiewania się wyłącznie po francusku:
– Moja droga, gdzie dzisiaj pójdziemy? – zapytała powoli Margaret, poprawiając przed lustrem stójkę płaszcza.
Petunia wzruszyła ramionami, za co zaraz została zgromiona spojrzeniem, więc wydukała coś o parku.
– Bardzo dobrze. – Starsza pani wydała się być zadowolona z miernej odpowiedzi, co bardzo zdumiało jej wnuczkę. Nie przywykła, by ktoś ją chwalił.
Kiedy wyszły na chłodne, grudniowe powietrze, Petunia owinęła się ciaśniej szalikiem. Była na siebie zła. Minął już drugi miesiąc odkąd przyjeżdżała do babci i miała wrażenie, że jej francuski z poziomu „zero" przeniósł się na „minus jeden". Gdy poskarżyła się na ten temat za pomocą łamanego słownictwa i jeszcze gorszej gramatyki, Margaret odrzuciła głowę w tył i zaśmiała się perliście. Skręciły w lewo przy Alexandra's Street i skierowały się w stronę zabytkowego kościoła z poszarzałego kamienia.
– Moja droga, nie od razu Rzym zbudowano!
Nawet jeśli Petunia nie miała pojęcia, że to popularne powiedzenie pochodzi właśnie z francuskiego, po cichu uznała, że po francusku brzmi z pewnością dużo lepiej. Wyjęła z kieszeni zmięty zeszycik i ołówek, po czym pieczołowicie zanotowała przysłowie. Margaret obserwowała ją czujnie i wskazała palcem na czasownik.
– Apostrof przed „est", moja droga, nie po.
Petunia poczerwieniała mimo woli, ponieważ bardzo nie lubiła się mylić. Szły dalej przed siebie, a pogawędka na czas wędrówki była właściwie monologiem, dopóki panna Evans nie zdobyła się na kolejne pytanie. Tym razem zadała je całkiem poprawnie:
– A skąd ty znasz francuski?
Babcia spojrzała na nią poważnie i poprawiła mufkę.
– Niemiecki był językiem wojny, więc ja wolałam nauczyć się języka rewolucji.
Petunia zmarszczyła nos, nie do końca rozumiejąc.
– Vive la résistance! – Margaret poklepała ją po policzku, a zaraz potem zręcznie skierowała rozmowę na inne tematy.
– Powiedz no – zapytał Avery, który zdawał się zaczaić na Severusa z premedytacją przed wejściem do Pokoju Wspólnego – kim jest Petunia Evans?
Severus zacisnął lekko palce na pasku szkolnej torby i była to jedyna reakcja na wspomniane imię, nad którą zapanować nie mógł.
– Nie mam pojęcia – skłamał gładko, nie pozwalając, by jakikolwiek mięsień drgnął na jego twarzy.
Postąpił krok w stronę kamiennej ściany, ale starszy Ślizgon zastąpił mu drogę, uśmiechając się przebiegle.
– Alecto usłyszała, jak rozmawiasz o niej z tą swoją… przyjaciółką. W szkole jest jeszcze jakaś szlama, o której nie wiem?
Severus przymknął oczy nieco dłużej, niż wymagało tego zwykłe mrugnięcie, po czym westchnął ciężko i wbił w Avery'ego zirytowane spojrzenie. Niezwykle natrętna bliźniaczka Amycusa mogła się spodziewać, że wystawi jej solidny rachunek za to wścibstwo. W pierwszej kolejności dopilnuje, by w zleconym mu przez nią eseju na eliksiry znalazło się mnóstwo błędów. Uniósł jedną ciemną brew, dając do zrozumienia, że i tak nic Avery'emu nie powie i cała sytuacja zaczyna go już nieco drażnić.
– Jak chcesz.
Avery w końcu ustąpił, a Severus wypowiedział hasło.
– I tak się dowiem! – krzyknął za nim jeszcze, co młodszy Ślizgon postanowił kompletnie zignorować.
Przy okazji gruntownego sprzątania sypialni, Petunia odkryła pod łóżkiem dwa porzucone pióra Lily. Jedno z nich było nadłamane na końcu, ale drugie – czarne i z tylko nieznacznie pozieleniałą stalówką – zdawało się być w miarę sprawne. W pierwszym odruchu chciała je wyrzucić, ale ciekawość wzięła nad nią górę. Nigdy wcześniej nie udało jej się nawet dotknąć czegoś, co pochodziło z tamtego świata. Ostrożnie oczyściła pióro z kurzu i przyniosła do biurka, na którym leżało parę czystych kartek papieru. Petunia drżącą ręką zamoczyła stalówkę w kałamarzu, po czym napisała na samym środku kartki jedyną rzecz, jaka przyszła jej do głowy:
Petunia Caroline Evans
Odłożyła pióro, przyglądając się z odległości swojemu ostremu, szpiczastemu pismu. Po chwili wahania wykaligrafowała pod spodem jeszcze jedno słowo:
mugolka
Kiedy powaga tego słowa dobrze w nią wsiąkła, znów poczuła złość i pogardę, tym razem już nie wobec świata, do którego nie należała, a wobec siebie – za to, że tak usilnie próbowała przynależeć. Po co szarpać nerwy, jeżeli Lily i tak nie zauważy, że coś jest nie tak? Nigdy nie zauważała, zawsze sprowadzała wszystko do swojej osoby. A czy ktoś przejmował się tym, co czuła Petunia? Nie, oczywiście, że nie. Dlatego każda jej kpina, każdy grymas i każda wbita szpilka miały być zemstą – jej małą, osobistą zemstą za własną, niesprawiedliwą zwyczajność. Bez wahania wrzuciła pióra do worka ze śmieciami, a zaraz za nimi zgniecioną w kulę kartkę.
W tym roku Lily nie przyjechała na święta, co niezbyt zasmuciło jej siostrę. Lato zbliżało się jednak wielkimi krokami i Petunia nie śmiała nawet marzyć, by Dumbledore pozwolił komukolwiek zostać w zamku na wakacje. Ojciec nadal nie wracał z Londynu, miał przyjechać dopiero po południu razem z Lily, a matka wzięła dodatkowy dyżur, zatem sprzątanie domu przed wizytą Jej Królewskiej Mości znów spadło na barki najstarszej córki. Nie miała nic przeciwko temu, wręcz w pewien pokrętny sposób zaczynała to lubić. Układanie wszystkiego po swojemu i utrzymywanie porządku dawało jej swego rodzaju poczucie władzy. Otrzymała pieczę nie tylko nad pokojem, ale i całym domem, więc czuła dumę, że udało jej się zachować taki sam ład, jak za czasów, gdy matka nie musiała pracować.
Gdy umyła wszystkie podłogi, przebrała się w czystą sukienkę i zgarnęła do kieszeni pięciofuntowy banknot oraz listę zakupów, które Linda zostawiła dla niej rano. Petunia szła przed siebie główną ulicą, próbując się zmusić, by podśpiewywać coś pod nosem i chociaż udawać, że cieszy się na przyjazd siostry. Nie wychodziło jej to specjalnie, więc w końcu dała sobie spokój.
Zatopiona w swoich myślach, nawet nie zauważyła, że prawie na kogoś wpadła. Postać w czerni odwróciła się dokładnie w momencie, w którym Petunia wyszła zza rogu. Wciągnęła ze świstem powietrze, na co stojąca przed nią kobieta cofnęła się o krok. Panna Evans poznała ją od razu – te same zimne, czarne oczy i przyklapnięte włosy – choć nos pani Snape był zdecydowanie mniejszy i delikatnie zaokrąglony na czubku, co nadawało jej bladej twarzy o wiele ładniejszy wygląd od syna.
– A. To ty – powiedziała Eileen Snape, patrząc gdzieś przed siebie.
Jej głos był dokładnie takim, jakiego Petunia się spodziewała – szorstki i pełen pretensji. Już miała ją wyminąć, gdy nagle szczupła ręka pani Snape wystrzeliła w jej stronę, a chude palce zacisnęły się boleśnie na ramieniu.
– Au! – syknęła Petunia, próbując się wyrwać, choć bezskutecznie.
– Jesteś jedną z sióstr Evans. – Czarne oczy Eileen zdawały się przewiercać ją na wylot, a pełen wyższości uśmieszek wyglądał bardzo znajomo.
– Puść mnie!
– Nie – odparła spokojnie, schylając się do Petunii tylko nieznacznie, ponieważ były niemal równe wzrostem.
Tak bezpośrednia odmowa zaskoczyła dziewczynę, która pod wpływem intensywnego spojrzenia pani Snape nagle przestała się wyrywać. Naraz, niezrozumiałym dla niej sposobem, przed oczami Petunii zaczęły się pojawiać obrazy i sytuacje z przeszłości, których już nigdy więcej nie miała ochoty oglądać. Nie wiedziała, co się dzieje i czemu nagle wspomnienia zalewają ją falami. Była coraz bardziej wystraszona, ale jednocześnie nie mogła się ruszyć. W końcu Eileen ją puściła i wytarła dłoń o czarną sukienkę, zupełnie jakby mogła się od Petunii czymś zarazić.
– Nie przepada za tobą. Ale za to za twoją siostrą…
Petunia uniosła brwi, mrugając chwilę bezmyślnie. Duszne, lepkie powietrze skleiło jej włosy na karku i sprawiało, że było jej coraz trudniej oddychać. Choć być może to po prostu aura, jaką roztaczała Eileen Snape.
– Nie przesadzaj – rozkazała krótko kobieta, łapiąc ją za podbródek i oglądając jej twarz z każdej strony.
Petunia ze złością odtrąciła jej rękę i odepchnęła ją na bok. Miała pewność, że wstrętna wiedźma właśnie użyła na niej czarów i miała ochotę się z nią za to policzyć. Niestety, była świadoma faktu, że tylko niepełnoletni czarodzieje nie mieli prawa korzystać z magii poza szkołą i domyślała się, że zakaz ten nie obowiązuje dorosłych. Zwłaszcza takich, którzy nie bali się zaczepiać obcych na ulicy i to w biały dzień… Szanse na wygraną były zatem po drugiej stronie i Petunia nie mogła nic na to poradzić.
– Zostaw mnie w spokoju, wariatko – warknęła, wymijając przedziwną kobietę stanowczo.
– Czekaj! – zawołała za nią, ale Petunia nie miała zamiaru się zatrzymać i jeszcze przyspieszyła kroku.
Pani Snape dogoniła ją jednak bez trudu i zastąpiła jej drogę. Tym razem w czarnych oczach iskrzyła desperacja.
– Musisz mi pomóc. On nie może wrócić do domu, przynajmniej nie teraz.
– Nie teraz?
Petunia odstawiła swój wiklinowy koszyk na chodnik i skrzyżowała ręce na piersi.
– O czym ty gadasz? – zapytała. – Czemu niby nie?
Eileen cmoknęła cicho i przymknęła oczy. Poprawiła nerwowo wysoki kołnierz zabudowanej sukienki i pokręciła głową.
– Bo nie. I już. Dopilnuj, żeby nie wracał do domu.
– Ja? To chyba twój obowiązek, żeby go pilnować.
Wzrok pani Snape stał się bezradny i Petunia straciła wszelki zapał do tego, by z nią walczyć. Szkoda. Lubiła wygrywać, a poddawanie się walkowerem nie smakowało już tak dobrze, więc złożyła broń. Skrzywiła się drwiąco, ale zaraz potem wpadł jej do głowy pomysł uzyskania czegoś z tego nierównego układu. Uśmiechnęła się jeszcze bardziej przebiegle.
– Czego chcesz w zamian? – zgadła natychmiast Eileen.
Był to ciekawy prospekt. Tak naprawdę nie miała zamiaru jej pomagać – domyślała się, dlaczego Eileen mogłaby chcieć chronić swojego syna. Petunia nie była jednak nieświadomą gąską, jak Lily; słyszała plotki o Tobiaszu Snape'ie i jego ciężkiej ręce. Poznała Severusa i domyślała się, że normalne dziecko z porządnego domu nie zachowuje się w ten sposób. Pomimo wszystko nie zamierzała natomiast robić nikomu przysług – nie była jakąś organizacją charytatywną na rzecz wyrzutków ze Spinner's End!
Petunia nie była tak głupia, za jaką pani Snape ją miała i domyśliła się, że czarownica w jakiś sposób manipuluje wspomnieniami, dlatego postanowiła uzyskać z tego wszystkiego coś dla siebie. Uniosła podbródek z dumą i oznajmiła chłodno:
– Pokaż mi Hogwart.
Przez moment Eileen zdawała się nie wiedzieć o co chodzi, ale nie zajęło jej długo, by zrozumieć.
– Chcę zobaczyć – nalegała Petunia, zaciskając wilgotną dłoń na rączce koszyka. Eileen nadal milczała i gdy dziewczyna już myślała, że nici z umowy, czarownica złapała ją znowu za ramiona. Tym razem całkowicie obce obrazy spłynęły do głowy Petunii. Najpierw zobaczyła zamek z zewnątrz, razem ze wszystkimi połyskującymi oknami i wysokimi wieżami. Potem pojawiło się spowite mrokiem jezioro i dziesiątki łódek sunących po jego tafli, Wielka Sala, unoszące się pod sufitem świece i białobrody czarodziej wznoszący toast. Następnie przed oczami Petunii przemknęła nastoletnia Eileen Prince zdobywająca najlepsze oceny, przedziwnie ubrani nauczyciele, sypialnie Ravenclaw utrzymane w tonacji indygo oraz wygrany w pocie czoła puchar turnieju szachowego. Kiedy czarownica w końcu ją puściła, Petunia wzięła głęboki oddech i zamrugała kilka razy, jak gdyby nie mogąc przyzwyczaić oczu do światła. Patrzyły na siebie badawczo przez jakiś czas, by w końcu skinąć sobie głowami na znak porozumienia i rozejść się każda w swoją stronę.
Tak jak się tego spodziewała, gdy przytargała zakupy do domu, w kuchni zastała nie tylko Lily, ale i jej tłustowłosego przyjaciela. Szeptali o czymś konspiracyjnie między sobą, ale natychmiast umilkli, kiedy tylko postawiła ciężki koszyk na stole. Ojciec siedział w fotelu, schowany za gazetą, zza której nawet się nie wychylił, by się z nią przywitać.
– Petunio! – Lily uśmiechnęła się sztucznie, na co jej starsza siostra zareagowała zniesmaczonym grymasem.
Młodsza panna Evans od jakiegoś czasu przestała już nawet udawać, że przejmuje się rozluźnieniem ich więzi. Zastąpiła słodki charakter sarkazmem, a ten nowy, płomienny, był tylko podsycany przez fakt przebywania z dala od nadopiekuńczych rodziców. Petunia miała pewność, że Lily jest w szkole rozpieszczana w równym stopniu, co w domu.
Rozpakowała ze stoickim spokojem zakupy, a gdy jej siostra w końcu zmęczyła się oczekiwaniem na odpowiedź, wyburczała pod nosem, że zaraz wraca i wymaszerowała z kuchni. Petunia obserwowała kątem oka, jak ogniste włosy powiewają za nią ze wzburzeniem. Kiedy trzasnęły drzwi łazienki, odwróciła się w stronę Snape'a. Po raz drugi tego dnia zimne niebieskie oczy spotkały czarne. Tym razem jednak żadne z nich nie miało zamiaru ustąpić drugiemu. W jakiś sposób ten wewnętrzny ogień i upór Snape'a podobał się Petunii o wiele bardziej od słabowitego charakteru jego matki.
– Masz ochotę na herbatę? – wycedziła nagle nieprzyjemnie, acz cywilizowanie, splatając ręce na piersi.
Pamiętała o swojej osobliwej obietnicy, chociaż najchętniej pozbyłaby się oślizgłego typka raz na zawsze. Oknem. Zdumiony jej propozycją Severus przez moment rozważał czy faktycznie miała na myśli herbatę, czy może była to zawoalowana groźba oblania go wrzątkiem.
– Poproszę – burknął w końcu.
Spędzili tak w pełnym niechęci milczeniu następnych kilka minut, podczas których woda w garnku zdawała się gotować o wiele wolniej, niż zwykle. Gdy tylko Petunia odwróciła się, by zalać dwa kubki herbaty, Snape wbił analityczne spojrzenie w jej kark. Była tak inna od swojej siostry. Przebywając w towarzystwie Lily czuł się prawdziwie wyróżniony, podczas gdy Petunia… Petunia potrafiła bardzo skutecznie sprawić, że czuł się jak gówno wygrzebane z najdalszych czeluści błotnistej rzeki w Cokeworth.
