Stiles leżał na swoim łóżku i wgapiał się tępo w sufit. Josh nadal spał i może on też powinien, ale obudził się po zaledwie kilku godzinach od powrotu z klubu i nie mógł się zmusić do położenia się ponownie. Rozmawiali z Peterem bardzo długo. Przypuszczał, że tego jednego wieczoru użyli w swojej obecności więcej słów niż przez wszystkie dotychczasowe spotkania. Peter opowiedział mu o ludziach, którzy ich otaczali. O części ich preferencji, o których wiedział lub widział na własne oczy.
Wskazówki były cenne i zamierzał je wykorzystać. I normalnie pomyślałby, że Peter zgrywa na siłę jakiegoś jego obrońcę czy opiekuna, ale sama rozmowa przebiegała tak naturalnie, jakby Hale po prostu chciał nawiązać kontakt z kimś, z kim dzieliła go przeszłość. A w tym mieście znajdowali się tylko oni dwaj.
Możliwe, że zaczynała mu doskwierać samotność. Albo zdał sobie sprawę, że powrotu do Beacon Hills nie miał. Nie po tym, co wydarzyło się między nimi.
Stiles mógł się dla niego stać ostatnim strzępkiem domu, który pozostał w jego pamięci, co częściowo naprawdę brzmiało smutno, nawet w jego głowie. Tęsknił za ojcem. Za Scottem i nawet za dupkiem Derekiem.
I prawie uznał, że to jakaś telepatia, bo jego telefon za-wibrował.
Peter prosił, abym przesłał ci jego numer. Podobno ma jakiś interes – napisał mu Derek.
Zaraz pod spodem widniała ikonka przesyłanego kontaktu.
Stiles zawahał się. To było za proste. Wczorajszego wieczoru niemal czekał, aż Peter spyta jak Ava czy nie chce wziąć z nim udziału w scenie. Widział jak mężczyzna go obserwował. Stiles wiedział, kiedy był chciany. Peter jednak ani jednym słowem nie wspomniał o tym, że chciałby. Prócz żartów taka oferta nie została złożona.
A jednak ten numer telefonu oznaczał, że ich kontakt miał wejść w ogóle na inny poziom. Kiedy zmieniał telefon podczas przenosin do Nowego Jorku nie zachował na swojej komórce wszystkiego. Wykasował kontakt Petera specjalnie. Nie wiedzieli nawet czy Hale pozostał w Stanach i wyglądało na to, że Peter nie zamierza wracać.
Teraz jednak wszystko się zmieniło.
Zapisał numer i nerwowo zaczął bębnić o framugę łóżka.
Prosił, żebyś zadzwonił jak najszybciej. - Na jego wyświetlaczu pojawiła się kolejna wiadomość od Dereka.
Cholerne wilkołaki, oczywiście były rannymi ptaszkami, czego nie mógł powiedzieć o sobie.
Cokolwiek, by to nie było – bądź ostrożny – dodał Derek, i to wydało mu się już całkiem zabawne.
Nie martw się, koleś – odpisał, ponieważ jeżeli uwielbiał coś robić, to wkurzać wielkiego alfę o poranku.
Nie mów do mnie 'koleś' – pojawiło się na ekranie niemal od razu.
Wstawał z łóżka z ogromnym uśmiechem na ustach.
Studencka komunalna kuchnia w soboty rano była tak intymnym i prywatnym miejscem jakie tylko sobie mógł wymarzyć do rozmów. Ich piętro wydawało się wymarłe. Studenci wyczerpani egzaminami postanowili przetestować swoją odporność na brak snu kolejną imprezą i tym razem zdawali się pokonani przez alkohol i najprawdopodobniej inne używki.
Stiles wybrał numer Petera z pewnym wahaniem, zastanawiając się czy w ogóle ma ochotę na takie gierki po prawie nieprzespanej nocy.
- Hale – odezwał się wilkołak już po pierwszym sygnale.
- Derek wysłał mi twój numer – poinformował go, zamiast się przywitać.
- Tak, oczywiście. Witaj, Stiles. Jak czujesz się tego pięknego poranka? – spytał Peter i brzmiał zaskakująco świeżo.
Dlatego Stiles nie cierpiał wilkołaków. Mógł sobie wyobrazić Petera w idealnie skrojonej koszulce z dekoltem w serek i kubkiem latte w dłoni. On sam podciągał rozciągnięte spodnie od piżamy, które zjeżdżały mu z bioder, a na głowie miał ptasie gniazdo. Powinien zapewne cieszyć się, że to nie była wiosna, bo jaskółki uwiłyby sobie tam domek. Albo, co gorsza – bociany.
- Peter – mruknął, ale przekształciło się to w warknięcie.
- Jesteś sam? – spytał mężczyzna.
Stiles przewrócił oczami.
- I mam na sobie szare spodnie od piżamy – odparł sucho.
Peter parsknął.
- A, więc to taki telefon? – zaczął Hale i zacmokał do słuchawki.
Stiles mógł sobie wyobrazić krzywy uśmieszek na jego twarzy.
- Będziemy musieli to przełożyć, ale z chęcią z tobą poświntuszę w wolnym czasie – poinformował go Peter. – Wspominałem ci o mojej firmie. Wiem, że egzaminy się skończyły. Czy miałbyś czas poszukać informacji o gnomach?
Stiles zamarł, ponieważ nie tego się spodziewał.
- Gnomach? – powtórzył z niedowierzaniem.
- Gnomach. Sposobach ich zabicia lub schwytania i obezwładnienia. Informacjach, dlaczego mogłyby chcieć zaatakować jakąś małą, spokojną mieścinę – wyjaśnił Peter. – To wszystko potrzebne jest mi na cito, ale pieniądze, o których wspomnę na pewno cię zainteresują.
- Pieniądze? – powtórzył Stiles, dalej nie bardzo nadążając.
- Spałeś w ogóle dzisiaj? – spytał Peter, brzmiąc nagle na zirytowanego. – Powinieneś się wysypiać, szczególnie, gdy noce spędzasz w klubach takich jak ten – skarcił go i Stiles poczuł, że mimowolnie zaczyna się prostować.
- Spałem – powiedział krótko, a potem chrząknął. – Na kiedy chcesz te informacje.
- Na wczoraj. Wczoraj odbył się atak – poinformował go Peter. – Czy masz w akademiku komputer?
- Oczywiście, że mam komputer. Skąd w ogóle pomysł, że… - oburzył się Stiles.
- Prowadzasz się z Derekiem. A czy on wygląda na takiego z komputerem? – spytał Peter.
Tutaj Stiles musiał przyznać mu rację.
- Nie jestem Derek. Mam komputer. I umiem go używać - dodał, zanim Hale zaczął się znowu czepiać.
Nagle było jak za starych, dobrych czasów, a w jego żyłach krew zatętniła odrobinę szybciej.
- Będziesz miał te informacje na wczoraj – obiecał Peterowi i rozłączył się.
Park znajdujący się niedaleko jego akademika nie był duży. W sobotnie przedpołudnie niewielu spacerowiczów kręciło się po ścieżkach, dlatego Stiles bardzo szybko zlokalizował Petera stojącego przed całkiem okazałą fontanną. Mężczyzna wyglądał inaczej niż w klubie. Może takie wrażenie niosło wyjątkowo jasne ubranie, które miał na sobie i przeciwsłoneczne okulary.
- Jak zawsze punktualny – odparł mężczyzna, odwracając się do niego. – Nie wiedziałem, że tutaj jest taka piękna fontanna.
- Założę się, że całkiem niedawno kąpali się w niej jacyś pijani studenci – odparł Stiles.
Peter prychnął, a potem wciągnął więcej powietrza do płuc.
- Zaskakująco nie. Najwyraźniej omijacie to miejsce. Nie czuję alkoholu i nastoletnich chłopców – zakpił wilkołak.
- Hej! Nie jestem już nastoletnim chłopem – zaprotestował
- Już nabrało nagle tak ogromnego znaczenia – Peter dalej ironizował.
Mężczyzna zdjął okulary z twarzy i spojrzał sugestywnie na trzymaną przez niego teczkę.
- Mogę? – spytał Hale.
- Usystematyzowane – odparł Stiles krótko i czekał, aż Peter przejrzy informacje.
Ku jego zaskoczeniu Hale przeleciał tekst wzrokiem i wyjął komórkę z kieszeni.
- Zabija je światło słoneczne. Musicie je zwabić poza las i poczekać na wschód słońca – rzucił do słuchawki Peter. – Pieniądze na moje konto tak jak się umawialiśmy – dodał i rozłączył się.
Stiles wpatrywał się w niego, nie wiedząc za bardzo, co powinien zrobić. Peter jednak oddał mu teczkę, a potem wyciągnął z wewnętrznej kieszeni swojej kurtki szarą kopertkę, która wylądowała w rękach ogłupiałego Stilesa.
- Niektóre rzeczy wymagają natychmiastowego załatwienia sprawy. Wataha musi się przygotować do nocnej akcji – wyjaśnił mu mężczyzna. – W kopercie jest twoja zapłata. Tym razem z bonusem, ale jeśli zgodzisz się świadczyć dla mojej firmy podobne usługi w formie stałej, możemy pomyśleć o faktycznej umowie…
Stiles otworzył usta, ale żaden dźwięk się z nich nie wydostał. Ze swoim stypendium radził sobie całkiem nieźle. Pracował w każde wakacje i czasami dorabiał w weekendy. Jego ojciec dorzucał tyle ile mógł. Pewnie gdyby nie pieniądze po dziadkach, miałby nie mały problem, ale jego rodzice zostawili spadek właśnie po to, aby nie musiał martwić się o studia. Nie potrzebował pracy, ale jednocześnie wyszukiwanie informacji nie było takie trudne.
Ciekawie zajrzał do środka i zamarł. Wiedział, że koperta miała swój ciężar, ale sądził, że Peter dla żartu wypakował ją jednodolarówkami.
- Siedemset pięćdziesiąt. Zabiję księgową, jeśli wyliczyła coś źle – oznajmił mu mężczyzna, widząc jego zdziwienie. – Informacje są wiele warte. Tym razem to jednak bonus. Gnomy zabiły dwie osoby. Gonił nas czas – dodał.
Stiles to w pełni rozumiał.
- Jak długo prowadzisz ten interes? – spytał z wyraźnym zainteresowaniem, którego nie zamierzał ukrywać.
Peter wzruszył ramionami.
- Jakiś czas. Dostatecznie duży, aby ludzie wiedzieli, że zdobędę dla nich to, co będzie im konieczne – odparł enigmatycznie mężczyzna. – Oficjalnie to firma prowadzi sklep z ziołami. Aczkolwiek wiesz, że sprawy watah wychodzą mocno poza zwykłe dostarczanie tojadu do opatrywania ran… - urwał.
Stiles mógł tylko kiwnąć głową.
- Co musiałbym robić? – spytał krótko.
- Wyszukiwanie informacji. Nic więcej. Nie będziesz w polu walki. Nikt nie wyczuje nawet twojego zapachu na dokumentach, które mi przekażesz. Zostaną przepisane, ale najlepiej, gdybyś mi je przysłał następnym razem w formie elektronicznej. Przeważnie dostarczamy informacji o innych watahach oraz rytuałach różnego typu. Najczęściej ochronnych. Nie ma tego zbyt wiele w ciągu miesiąca, ale nie zawsze mam czas robić to sam – poinformował go Peter.
Stiles przygryzł wnętrze policzka. To wszystko wyglądało o wiele zbyt pięknie.
- Czy alfa rezydującej tutaj watahy wie, że odbierasz ich emisariuszowi robotę? – zainteresował się.
Nie miał ochoty wdać się w jakieś nie do końca zrozumiałe przez niego rozgrywki. Peter jednak zaśmiał się krótko.
- To oni mnie po raz pierwszy zakontraktowali – poinformował go wilkołak. – Wchodzisz w to? – spytał ciekawie.
Stiles nie musiał się długo zastanawiać.
- Tak, ale jeśli cokolwiek wyda mi się podejrzane, wypadam. Muszę mieć też czas na naukę, więc chcę mieć prawo odmowy w kwestii czasu realizacji… - zaczął.
- Oczywiście – wszedł mu w słowo Peter. – Najpierw nauka – dodał i wyciągnął w jego stronę dłoń, jakby to miało być jakieś potwierdzenie zawarcia ich umowy.
Stiles zawahał się tym razem.
- Czy to nie będzie kolidowało z klubem? – spytał, nie chcąc pozostawiać niedomówień.
Między brwiami Petera pojawiła się lekka zmarszczka.
- Boisz się, że zostaniesz przeze mnie zdominowany? – prychnął wilkołak.
Stiles przewrócił oczami.
- Dupek – wyrwało mu się.
- Widzisz – oznajmił mu Peter. – Całkiem dobrze radzisz sobie z oddzielaniem tego, co tu i tam.
- Zastanawiam się czy ty nie będziesz miał problemu – odparł Stiles.
- Tak, jakbyś mi na to pozwolił – zakpił Hale, uśmiechając się krzywo. – Skoro stawiasz mi opór w miejscu, gdzie oczekuję tylko szacunku…
- Nie obrażam cię – wszedł mu w słowo Stiles.
- I to jest różnica między słodkim i interesującym buntem, a ewidentnym brakiem szacunku – zauważył Peter.
Stiles przewrócił oczami.
- Słodkim buntem? Słodkim buntem. Sądzisz, że…
- Niczego nie sądzę – przerwał mu Peter, mrużąc oczy. – Za to wiem, że kiedy do klubu takiego jak ten wchodzi ktoś nieposłuszny, przynajmniej połowa Dominantów tam obecnych będzie marzyła, aby mieć okazję zobaczyć jak łamie się kogoś takiego – poinformował go.
Stiles zamrugał, oddychając nagle ciężej. Możliwe, że to słońce stojące już całkiem wysoko na niebie było sprawcą nagłego gorąca, które w niego uderzyło, ale jakoś w to wątpił. Sugestywne spojrzenie Petera powiedziało mu również, że wilkołak wyczuł nie tak subtelną zmianę w jego ciele.
Nie był podniecony, ale na pewno stał na dobrej drodze do tego.
Nie bardzo wiedział, co odpowiedzieć. Wydawało mu się, że nagle jest bardzo naiwny, skoro sądził, że stanie się mniej interesujący przez swój brak ogłady i doświadczenia.
- Myślałem, że nie rozmawiamy o klubie poza klubem – odparł Stiles.
- Sam zacząłeś ten temat – poinformował go lekkim tonem Peter.
Mężczyzna sprawiał wrażenie ubawionego całą sytuacją i Stiles mu się nie dziwił. Może czerpał dziwną satysfakcję z tego, że w jednym jedynym temacie miał więcej informacji niż Stiles? On miał jeszcze sporo danych do zebrania. I żaden komputer czy księgi nie mogły mu w tym pomóc.
- Nie rób takiej miny – podjął nagle Peter. – Stawia cię to w dość ciekawym położeniu. Na pewno nie będziesz mógł narzekać na niepopularność – poinformował go mężczyzna i tym razem to brzmiało na zwykłe stwierdzenie faktu.
- Jak możesz mówić tak lekko o seksie? – zdziwił się Stiles.
- A, kto tu mówi o seksie? – Wilkołak odpowiedział pytaniem na pytanie, cmokając ustami. – Wiem z dobrych źródeł, że sporo osób chce cię zobaczyć związanego, po prostu unieruchomionego. Ruszasz się tak bardzo, że to całkiem oczywiste. Inni chcą sprawdzić jak długo będziesz w stanie pozostać cicho, gdy dostaniesz kilka klapsów.
Stiles polizał suche nagle wargi. Jego serce biło znowu odrobinę szybciej.
- Więc, to nie jest seks – stwierdził po prostu, chcąc cokolwiek powiedzieć, bo Peter zamilkł, a wilkołak milczący niepokoił go tylko bardziej.
- To mógłby być seks, ale wbrew obiegowej opinii nie sypiamy, co tydzień z innym partnerem – oznajmił mu Peter. – Żeby coś przyniosło ci satysfakcję i tej drugiej osobie również, musicie się znać. Wiedzieć o sobie pewne rzeczy. Musisz się wiele nauczyć i wiele osób będzie ci przychylna pomóc. Pokazać szersze horyzonty. Prędzej czy później, jednak będziesz szukał jednej, konkretnej osoby, z którą się będziesz dzielił tą częścią siebie.
To brzmiało dziwnie, biorąc pod uwagę to, co widział przez ostatnie kilka tygodni. A jednocześnie jakoś sensownie. Peter nie wydawał się z nikim związany. Nie miał stałego uległego, którego karmiłby z ręki, ale najwyraźniej wracał do tych samych osób. Pat i Adama. Może byli też inni. Dziwnie czuł się z tą świadomością.
Peter przyglądał mu się dłuższą chwilę, a potem znowu wyciągnął w jego stronę swoją dłoń.
- Mamy umowę? – spytał mężczyzna.
- Chcę to na papierze – uprzedził go Stiles, ściskając jego rękę ze zdecydowaniem.
- Nie marzyłbym o niczym innym – odparł wilkołak, uśmiechając się do niego krzywo.
