Po rozmowie z Hidanem, tak jak mu obiecałem – wróciłem na ostatnią lekcję. Wszedłem do klasy i z przepraszającym uśmiechem, usiadłem pomiędzy Kibą, a Sasorim. Tego drugiego nawet nie zaszczyciłem spojrzeniem. Lekcja przebiegła dość spokojnie, bez krępujących pytań, czy wszystko okej i dlaczego mam zapuchnięte oczy. Raz, gdy rozejrzałem się z nudów po klasie, przyuważyłem, że Akasuna przygląda mi się z jakąś dziwną troską czającą się w jego oczach. Kąciki ust podniosły mi się w lekkim uśmiechu i lekceważąc to, wróciłem do skupiania się na słowach nauczycielki. Postanowiłem, że będę unikać tego rudowłosego zadufanego w sobie palanta, który pierw chce mnie zgwałcić, a potem olewa w nieprzyjemny sposób. Poradzę sobie bez niego, a moje życie będzie wyglądać tak, jak wyglądało zanim go spotkałem.
Po lekcjach, tradycyjnie wyszedłem z kotem na spacer, a potem odrobiłem lekcje i zasnąłem oglądając telewizję.
Kolejne dni mijały dość spokojnie, do szkoły dojeżdżałem z Hidanem, Akasunę olewałem, a on miał mnie głęboko. Lekcje były tak samo nudne, jak zawsze, czyli nic się nie zmieniło. Sasori był dla mnie powietrzem, więc moje życie toczyło się normalnym rytmem. Z jednym, maluczkim wyjątkiem. Po lekcjach zostawałem do późna, by ćwiczyć mój wokal. Brzmiałem gorzej, niż waleń w okresie godowym, ale cóż. W dniu koncertu będę musiał wyjść i zawyć, niczym wilk do księżyca, by zdobyć trochę kasy dla szkoły. Bezsensu, ale mus to mus. Mijały dni, tygodnie, a grudniowy koncert zbliżał się wielkimi krokami. Tylko, dlaczego do cholery Sasori nie odezwał się do mnie przez DWA miesiące?! No prawie dwa… ALE TO I TAK DUŻO! Został tydzień do koncertu, a ja chodziłem jak na szpilkach. Nie chodziło o stres, chodziło o Akasunę, który wreszcie się odezwał… do Hidana. Stali gdzieś, co przerwę i „wesoło" plotkowali. Raczej Hidan plotkował. Też bym chciał sobie z kimś pogadać, ale niestety… mnie nawet na lekcjach nie ma. Kiby i młodego Uchihy również. Z Sali muzycznej urządziliśmy sobie drugi dom, w jednej z szafek ulokowaliśmy słodycze, napoje, czasem zamawialiśmy pizzę. Dyrektorka nie była z tego faktu zbytnio zadowolona i wyraźnie nam zabroniła takich wygłupów. Zaczęliśmy zamawiać chińszczyznę. Brat Itachiego okazał się nawet ciekawą osobą, choć czasem działał mi na nerwy, więc w aktach „zemsty" dogryzałem mu jak mogłem. Przestałem, gdy oberwałem gitarą za to, że podmieniłem mu podkład i tekst na piosenkę o wróżkach i jednorożcach. Kiba do teraz się z tego śmieje.
Do domu wracałem zazwyczaj, gdy było już ciemno, więc darowałem sobie spacery z kotem. Pogoda także nie była zbyt ciekawa. Mieliśmy późną jesień, więc wieczorami odczuwalne były przymrozki. Na szczęście śnieg jeszcze nie raczył spaść.
Weekend – przerwa od szkoły, śpiewania, „Mastera" Hidana i obrażonego Sasoriego. Wreszcie będę mógł gdzieś wyjść i odpocząć. Dostałem zaproszenie na małą imprezkę w rezydencji Uchihów, które przyjąłem z wielkim bananem na twarzy. Od trzech tygodni nie widziałem się z Itachim, więc to będzie jedyna dobra okazja by z nim pogadać. Musiałem się mu wyżalić, pochwalić i po prostu… wypytać się go o to, co się dzieje w Akatsuki. Imprezka zaczynała się o siedemnastej, a ja potrzebowałem dwóch godzin na wyszykowanie się. Jestem, cholera jasna, geniuszem. Obudziłem się dopiero o piętnastej trzydzieści. Z furią biegałem po domu, próbując zrobić kilka rzeczy na raz. Między innymi suszyłem włosy wyłączoną suszarką, prasując rzeczy, pocierając je o ścianę w salonie. Zajebiście inteligentne, co nie?

Wracając. Przyszykowany i spóźniony wpadłem do domu braci Uchicha. Szczerze mówiąc myślałem, że będzie wyglądał nieco, inaczej. Wszystko było wielkie, urządzone w bogatym, aczkolwiek klasycznym japońskim stylu. Na licznych półkach było ustawione mnóstwo ceramicznych figurek a na ścianach wisiały piękne obrazy jakiś włoskich malarzy. Stałem tak onieśmielony cudownością tego domu, gdy nagle poczułem jak jakiś wielki ciężar zwisa mi na ramionach. Gdy już zrzuciłem z siebie to cielsko zobaczyłem, że to we własnej osobie… Tobi! Że też tego człowieka wpuścili! Przecież przy najbliżej okazji spali tę chałupę albo powiesi się na żyrandolu! Bez sensu. Ale oczywiście mnie się nie słucha i w konsekwencji ten głupi pajac szczerzył się do mnie z podłogi, ale tylko na chwilę, bo nagle spoważniał i pognał w nieznanym mi kierunku. A tak szczerze to sądziłem, że przyjdzie mniej osób, a tu było pół szkoły! Widziałem tego gościa Naruto, a oprócz niego Sakurę, Ino, Kibę, Shikamaru i kilku idiotów z mojej klasy, a także paru starszaków. Ujrzałem również Hidana paradującego z czyimś stanikiem na głowie, a nawet kuzynostwo Akasuna. Anya, gdy tylko mnie zobaczyła zaczęła przeraźliwie piszczeć i biec w moją stronę krzycząc:
- DEI! TAK DAWNO CIE NIE WIDZIAŁAM! – i zaczęła zadawać mi pytania ze stref erotycznych, więc to pomińmy. Po pełnym przesłuchaniu (ja na prawdę nie wiem, co to znaczy „lewatywa") odeszła ciągnąc za sobą jak zwykle znudzonego Sasoriego, który nawet nie raczył się na mnie spojrzeć. Ale miałem to gdzieś. Trzeba było znaleźć…
… O tu jest.
Tak, moi drodzy, Hidan aktualnie był zajęty robieniem striptizu do piosenki „Bass down low" Dev. Nie żebym zaprzeczał - jest, na co popatrzeć, ale zbytnio mnie to mnie to nie kręciło. W przeciwieństwie do dziewczyn, które orgazmowały i rzucały swoją bielizną w stronę stołu, na którym znajdował się Master. Potem widziałem go odchodzącego do kibla z jakąś dziewczyną, która wyglądem niesamowicie przypominała Anyę. Podejrzliwe… Więc na jego towarzystwo nie mogłem liczyć. Usiadłem przy beczce z piwem i zabrałem się za pierwszy kufel.

Kilka kufli później...

No dobra. Kilkanaście.

Narracja Skorpiona - mode on!

Anya gdzieś zniknęła, Hidan gdzieś zniknął, Itachi nawet się nie pokazał. Zostałem sam, o czym tylko marzyłem, gdy przekroczyłem próg tego domu.
Siedziałem gdzieś z boku, przypatrując się wystrojowi domu jednego z członków Akatsuki. Trzeba przyznać, że Itachi nieźle się tu urządził. Jednakże nie było wiele elementów do obejrzenia, dlatego ta czynność niezwykle szybko mi się znudziła. Więc wzrok przeniosłem na tańczących i pijących nastolatków. Próbowałem gdzieś wyhaczyć blond czuprynę, jednak nigdzie takowej nie było.
Niby grała głośna muzyka, a w salonie było gwarno, bez Deidary ta impreza zdawała się strasznie cicha… Był, był… nagle znikł. Nie podobało mi się to, ponieważ zazwyczaj takie zniknięcia są jak cisza przed burzą. Czyżby owa burza miała zaraz nadejść?
Nadeszła…
Z kuchni dobiegł nas przeraźliwy pisk, a potem huk, jakby ktoś uderzył głową w rondel, albo… rondlem w głowę. Wszyscy utkwili wzrok w tamtym miejscu. Po chwili ukazał nam się piszczący i uciekający kuzyn Itachiego, Tobi. Co go tak, do jasnej panewki, przestraszyło?
- MISJA NA MARSA! – oho, już wiem co. Z pomieszczenia obok wyszedł nie kto inny, jak Deidara. Na początku imprezy widziałem go w czarnych rurkach i granatowej koszuli, jednak teraz… jego „ubiór" bił wszystkie kostiumy clownów na głowę. Przyodziany był w kilka rolek bandaży, które okalały jego ciało od bioder, do ramion. W rękach trzymał patelnię i metalową łychę, na głowie zaś miał „przeuroczą czapaję", wykonaną z folii aluminiowej, garnka i dwóch puszek po jakimś niezidentyfikowanym napoju. Był ewidentnie pijany. Skąd ten domysł? Bo nawet trzeźwy Deidara nie wymyśliłby tak idiotycznego pomysłu, choć miałem okazję kilka razy spotkać się z jego bujną wyobraźnią. Pokiwałem głową z dezaprobatą i wykonałem gest przypominający facepalma i minę typu „O ja pierdolę". Na nic innego nie było mnie stać, a to świetnie opisywało zaistniałą sytuację. Stwierdziłem, że pijanym blondynem się nie będę przejmował, więc odwróciłem się tyłem i zacząłem sączyć drinka. To był błąd.
- Ahoj, ty ufoku jeden! Jestem tu, by siać szczęście i pokój, dlatego uściskam cię! – dobiegł mnie jego głośny bełkot, a potem zbytnio nie pamiętam, co się stało, bo strasznie pociemniało mi w oczach. Czułem tylko, jak coś podnosi mi koszulkę, a potem wsadza pod nią głowę. Po chwili oprzytomniałem, ponieważ garnek owinięty folią ameliniową [:D] strasznie drapał mnie w brzuch. Spojrzałem zdziwiony w dół. Po chwili wyciągnąłem uśmiechniętego od ucha do ucha niebieskiegookiego. Trzymałem go za kark, bo inaczej się nie dało. Uniosłem go kilka centymetrów nad ziemią, co mu chyba nie przeszkadzało. Dalej szczerzył się jak głupi do sera, wpatrując się we mnie jak w obrazek. Zauważyłem nieopodal Hidana wijącego się ze śmiechu. Wciąż zaciskając palce na karku Deia, zaniosłem go tak „wesoło" dyndającego do mojego przyjaciela. Odstawiłem go na ziemię, dopiero przy szarowłosym.
- Masz. Pilnuj go, a ja idę się przejść. – mruknąłem i oddaliłem się od tej dwójki.
Narracja Skorpiona - mode off.

Narracja Mastera - mode on

Co. Tu. Się. Kurwa. Dzieje?! Tego już nie można nazwać imprezą. Toż to Armagedon jest! Bo jeżeli siedzisz obok kolesia owiniętego w folie aluminiową, co pięć minut drącym się „MISJA NA MARSA!" to naprawdę nie wiem, co o tym sądzić. I gdzie jest gospodarz?! No, bo serio, jeżeli ja urządzałbym mega bibę to bym się, chociaż pokazał. A może nie chce zostać obrzygany czy cóś? W sumie to teraz zaczyna się etap filozofowania, w którym nigdy nie chciałem brać udziału. Jedyne, co robiłem to siedziałem na dupie obok jakiegoś świra. A no i oczywiście słuchałem odbywającej się nieopodal dyskusję o rodzeniu się ślimaków. Świetnie. Nawet pokazała się ta dupeczka ze szkoły. Oczywiście ją olałem nie lubię się spoufalać. Taa, stałe związki nie są dla mnie, tyle się angażować, przynosić kwiaty i znosić ciągłe fochy. Nara to nie dla mnie! Na przykład przed chwilą odbyłem „akt miłości" z panną Akasuna. Tak nawet kuzynka wielkiego przedwiecznego Sasoriego poleciała na mój urok. Bo to ja Master Hidan~! Nawet nie wiem gdzie ona teraz jest. Ostatnio widziałem ją, gdy szła po jakiegoś browara… Boże a co jeżeli ten świr z garnkiem na głowie coś jej zrobił? Jeżeli teraz leży gdzieś ranna, konająca i wzywająca pomocy? UGH! Co ja się tak przejmuję jakąś laską!? Nieważne. Ważniejsze jest to, że właśnie zaginął Deidara.
Tak moi drodzy przebudzając się z moich barwnych aczkolwiek mało pożytecznych przemyśleń zauważyłem znikającą w tłumie blond czuprynę. To bardzo zły znak, bo po pijanym Deidarze można się naprawdę wszystkiego spodziewać. Już nieudana próba zrobienia laski Sasoriemu to jak na Blondi niezły wyczyn. Szybko wstałem, ale natychmiast tego pożałowałem. Promile dawały o sobie znać i zaczęło kręcić mi się w głowie. Chwytając się jakieś półki uratowałem się od runięcia w dół i połamania sobie niektórych kości przy okazji. Po otrząśnięciu się szybko zacząłem przeszukiwać teren. Cholera by to nigdzie go nie było! Sprawdziłem, wszystkie możliwe kible, sypialnie i pokoje. Schował się gdzieś czy jak? Nie no po pijaku umiejętności kamuflażu spadają, więc gdzie on był?Miotałem się bez ładu i składu po tej wielkiej hajzie, gdy nagle poczułem uścisk czyjejś ręki. No nie powiem zrobiło mi się tak ciepło i przyjemnie a gdy się odwróciłem zrobiło się jeszcze lepiej. Nie dlatego, że zobaczyłem naszego astronautę. Jedyne, co na razie widziałem to te piękne orzechowe oczy i cud czer…
CO KURWA?!
Powtarzam się. Nieważne.
- Był w składziku na miotły. – Odezwała się Anya rzucając na mnie cielsko Dei'a.
- O Boże tylko tam nie sprawdziłem. – Poklepałem się po głowie w dowodzie mojej głupoty. Tak uroczo się zaśmiała. – Zaliczył zgona?
- I to jakiego. Jutro to on nie wstanie z łóżka. Taki kac! – Aha. Zajebiście, czyli kolejny dzień upłynie na ściszaniu słońca i podawaniu hektolitrów wody biednemu Blondaskowi. A już myślałem, że może pójde do… Nieważne.
- Świetnie. Najlepsze jest to, że trzeba go odwieźć, bo zaraz ktoś go weźmie za laskę i wiesz! – Wymusiłem perwersyjny uśmiech. – Znaczy. Ja już go odwożę. Um. Cześć. – powiedziałem i zarzuciłem sobie na plecy trupa w postaci Deidary. Gdy już podchodziłem do mojego męskiego Karminowego Potwora usłyszałem wołanie.
- Hidan! Czekaj! – Podbiegła zdyszana Anya. – Mogę jechać z tobą?
- Oh. Tak! Wsiadaj. – Otworzyłem jej drzwi od miejsca pasażera. Deidarę rozłożyłem na tylnych siedzeniach. – Byłaś kiedyś u niego?
- Pewnie! Nawet prawie zabiłam mu kota. – Zachichotała. Droga upłynęła w ciszy i spokoju. Oj, wiem, że byłem lekko wesoły, ale to zaledwie kilkaset metrów. Co się mogło stać? No w sumie teraz nic się nie stało, ale oczywiście już nigdy nie zasiądę pijany za kółkiem. Podchodząc do drzwi dotarło do nas, iż nie posiadamy kluczy. Na szczęście szybkie przeszukiwanie kieszenie blondyna dało efekt – po kilku chwilach byliśmy w środku. Ulokowałem Deidarę w łóżku, a sam zasiadłem na kanapie obok przysypiającej Anyi. Siedziałem przez chwilę póki nie poczułem, że coś się na mnie gramoli. Później coś ulokowało się na mnie i spało w najlepsze. Cóż… postanowiłem zrobić to samo.