Rozdział 5
„Są ludzie, których uprzejmość gorsza jest od bezczelności."
Tego dnia Harry wstał dość wcześnie, radząc sobie pomału z zawiązaniem krawata i zapięciem koszuli. Ron jeszcze głośno chrapał, więc wywnioskował, że jeszcze nie czas, żeby iść na śniadanie. Usiadł na łóżku, zastanawiając się czy Hermiona rozmawiała z dyrektorem. Przerwało mu pukanie do drzwi. Uniósł głowę, mówiąc głośno „proszę". Ktoś wszedł do środka, stąpając cicho i lekko.
- To pan, dyrektorze? – zapytał Harry, nie będąc pewnym czy to on. Nie nauczył się jeszcze rozpoznawać osób po sposobie chodzenia, ani w jakiej odległości ktoś się znajduje z ruchów powietrza. Minęło kilka dni i choć nie radził sobie do tej pory zbyt dobrze, miał nadzieje, że wszystko się polepszy, a on będzie potrafił żyć normalnie.
Nie słysząc odpowiedzi, zaczął się denerwować. Kroki zbliżały się coraz bliżej, a on nie wiedział, kto znajdował się w jego dormitorium. Mógł być to nawet sam Voldemort, a on by nie spostrzegł. W ostateczności mógł krzyknąć, budząc Rona i pozostałych, ale na razie postanowił poczekać. W końcu jego wróg od tak nie dostałby się do Hogwartu.
- Potter, Potter. Taki nieporadny, taki bezbronny – powiedział dobrze znany Harry'emu głos.
- Malfoy? – Czarnowłosy wydawał się zdziwiony obecnością Ślizgona w pokoju. Odsunął się do tyłu na swoim łóżku, nie będąc pewnym, w jakiej odległości od niego znajduje się chłopak. – Co ty tu robisz? Jak się tu dostałeś?
- Och, nie przejmuj się tym, to było takie proste. Wasze hasło „odwaga Gryffindoru", naprawdę? Nie wiem, kto je wymyśla, ale radziłbym, żeby było to coś trudniejszego. Wiesz, w razie następnego razu, gdybym chciał się tu dostać – odparł, a Harry usłyszał w jego głosie szyderczą nutę.
- Po co przyszedłeś? – zapytał, nie czując się komfortowo w całej tej sytuacji. Jego szkolny rywal stał w jego prywatnym miejscu, mógł zobaczyć wszystkie rzeczy, jakie posiadał Gryfon. Nie chciał tego.
- Hm, zastanówmy się przez chwilę – powiedział, biorąc krzesło i siadając naprzeciwko Harry'ego. – Może dlatego, że dziwnie zachowujesz się na lekcjach? Może dlatego, że cię nie lubię i jeśli to jest coś upokarzającego, to chcę się dowiedzieć? A może dlatego, że Pansy wczoraj przez ciebie ryczała? – Wywrócił oczyma, mówiąc ostatnią propozycję. – Nie to raczej nie to. Nie obchodzi mnie Parkinson – westchnął dramatycznie.
- Wyjdź stąd, nic się ode mnie nie dowiesz - odparł chłodno, kierując spojrzenie w stronę, z której słyszał głos Malfoya. – Co cię to w ogóle obchodzi? To nie twoja sprawa. Lepiej stąd idź, zanim obudzę Rona i pozostałych. – Zastanawiał się, dlaczego blondyn jest taki ciekawski. Był wredny, to wiadomo, ale żeby tak bardzo interesowało go życie Pottera? To było nierealne, chociaż czasem wykorzystywał pewne fakty z życia Harry'ego do swoich głupich żartów. Czarnowłosy był podenerwowany jego obecnością, nie wiedząc, co może mu się nagle wymsknąć. „Najlepiej milczeć" pomyślał, ale miał świadomość, że i tak będzie mu odpowiadał.
- Ojej, Potter. Nie obudzisz swoich kochanych przyjaciół, jak na razie. – Uśmiechnął się, przechylając głowę w prawą stronę. – Podałem im eliksir nasenny, nieprędko wstaną.
- Co? – Zdezorientowany chłopiec, otworzył usta, tworząc literkę „o". – Jak mogłeś?
- Nie bądź taki zszokowany, Potter. Myślałeś, że tu przyjdę i co? Oni się obudzą i narobią rabanu. W ogóle mnie nie znasz – odparł Malfoy, a bezczelny uśmieszek pojawił się na jego twarzy. – Nie mam tyle czasu, więc może przejdźmy do rzeczy. Nudzi mnie powoli ta pogawędka. – Skrzywił się nieznacznie, wstając z krzesła.
Harry, słysząc szuranie po dywanie, nie miał pojęcia co robi blondyn. Trzymał wzrok na swoich kolanach i nasłuchiwał. Po chwili łóżko po drugiej stronie się ugięło, a zimna dłoń chwyciła jego rękę. Przestraszył się niezmiernie i jego pierwszym odruchem było odskoczenie w bok. Powstał jednak mały problem, ponieważ łóżko było jednoosobowe. W jednej chwili siedział, w drugiej leżał na ziemi, uderzając głową o podłogę. Skrzywił się z bólu, starając się podnieść. Chwycił się za tył czaszki, próbując rozmasować tamto miejsce.
- Cholera, Malfoy! Co ty wyprawiasz?! – krzyknął. – Złaź z mojego łóżka, natychmiast.
- Na Merlina, Potter, jesteś tak niezdarny – zaśmiał się blondyn. Podniósł się z łóżka i przemaszerował dookoła, żeby sięgnąć ramię Gryfona. – Wstawaj – powiedział, pomagając mu wstać.
W głowie Harry'ego panował mętlik. Co ten głupi Ślizgon sobie wyobrażał? Przyszedł, jak gdyby nigdy nic do Wieży Gryffindoru, miał czelność uśpić jego kolegów, a teraz pomagał mu wstać. Czarnowłosy zastanawiał się, co mu odbiło. To nie było normalne zachowanie.
Kiedy Harry stanął na nogi, Malfoy natychmiast go puścił. Powrócił na krzesło, obserwując swojego wroga. Wybraniec usiadł na łóżku, mrugając powiekami.
- Hm, więc teraz uprzejmie powiesz mi o co chodzi z tym chodzeniem z Weasleyem za rączkę, z tym uważaniem na ciebie – odparł Ślizgon, wwiercając swój lodowaty wzrok w drugiego chłopaka. – Radzę ci się pośpieszyć.
- Nie chcę, żebyś cokolwiek o mnie wiedział – odpowiedział twardo Potter. Przyrzekł sobie, że nikogo więcej nie poinformuje o swoim niefortunnym stanie. Czuł, jak jego serce bije szybciej niż zazwyczaj. Wiedział, że jego wróg był zdolny do wszystkiego, żeby coś z niego wyciągnąć. Sytuacja nie przedstawiała się dla niego korzystnie. Przyjaciele nie przyszliby mu z pomocą, a stąd raczej nikt go by go nie usłyszał. Poza tym, blondyn pewnie rzucił zaklęcie wyciszające na całe dormitorium. On niewidomy, miał jedynie różdżkę. Jak miał w niego trafić, gdyby ten zaatakował? Musiał zdać się tylko na swój słuch.
- Potter, nie denerwuj mnie – mruknął niezwykle spokojnie. – I tak się dowiem. Poprosiłem wczoraj Dumbledore'a o to, żeby zamienił nasze pary. Jestem pewny, że Neville Longbottom będzie zadowolony z towarzystwa Parkinson. Tymczasem ty będziesz odrabiał lekcje ze mną. – Uśmiechnął się lekko, obserwując reakcję Harry'ego. – Co to za mina, Potter? Wiem przecież, iż niezmiernie się z tego cieszysz – zaszydził.
Harry zacisnął dłonie w pięści, gotując się ze złości. Jak ta szumowina miała śmiałość, żeby to zrobić? Nie wierzył w to, że dyrektor zgodził się na ten układ. Przecież miał świadomość, że on i Malfoy to najgorsi wrogowie szkolni. Westchnął głośno, nadal nie chcąc mówić mu niczego. Nie był pewny tego, czy Ślizgon aby na pewno nie blefuje. Co jeśli powie mu wszystko, a ta zamiana par okaże się nieprawdą? Wtedy blondyn będzie mógł otwarcie się śmiać z jego naiwności. Na to Wybraniec się nie godził.
- Skąd mam wiedzieć, że to co mówisz jest prawdą? – zapytał i uniósł głowę lekko w górę.
- Posądzasz mnie o to, że kłamię? – prychnął Draco w odpowiedzi. – Poza tym, domyślam się już co ci jest. Sądzę, że ludziom z mojego domu spodoba się to, że… - zawiesił głos na chwilę, a Harry, słysząc to zadrżał i przeszły go ciarki – straciłeś wzrok – dokończył.
Czarnowłosy myślał, że jego życie nie może się bardziej pogorszyć. Jak bardzo się mylił. Skąd Malfoy o tym wiedział? Czuł jak zimne powietrze wkrada się przez otwarte okno, sprawiając gęsią skórkę na jego karku. Westchnął cicho, nie wiedząc, w jaki sposób mu na to odpowiedzieć. Jego ręce pozostawały zaciśnięte na jego udach, spuścił głowę i zacisnął mocno szczęki, wywołując ból. Zamknął oczy, wyobrażając sobie sytuacje, które mogłyby się teraz wydarzyć. Wziął głęboki oddech, myśląc o tym, że jego wróg może teraz dowolnie sobie z niego szydzić.
- Po co przyszedłeś, skoro wiesz? I jak się domyśliłeś? – zapytał cicho, a jego głos był lekki, prawie niedosłyszalny, niczym nieznacząca kropla rosy po burzy spadająca z liścia trawy na mokrą ziemię.
- Nie trudno było to zrobić – odpowiedział głośno. - Chodziłeś za rękę z Granger lub Weasleyem, nie umiałeś sobie sam nakładać jedzenia, Snape nie kazał ci pracować na eliksirach, na opiece nad magicznymi stworzeniami stałeś z boku, w dodatku wpatrywałeś się we mnie przez piętnaście minut. Naprawdę uważałeś, że nikt się niczego nie domyśla? – zaśmiał się Malfoy, sądząc to za kompletnie niemożliwe. – Przyszedłem tylko po to, żeby się upewnić. Nie miałem absolutnej pewności co do mojej teorii. No i proszę, cudownie.
Harry zakrył twarz rękoma, wzdychając jeszcze raz. Nie był pewien, co ma zrobić w tej sytuacji.
- Dlaczego to cię tak interesuje? I dlaczego zamieniłeś pary? Nie chciałem tego – odparł trochę głośniej niż wcześniej. Wydawało się, że jego słowa stworzyły jeszcze cięższą atmosferę niż przedtem. Chociaż nic się nie zmieniło, było mu trudniej oddychać. Pomimo tego, że jesień dopiero się rozpoczęła, odczuwał wszystko jakby była zima. Chłód skradał się po jego plecach, przyprawiając go o regularne dreszcze. To nie był strach, sam nie potrafił określić tego uczucia.
- Mogę to wykorzystać przeciwko tobie. – Uśmiech na jego twarzy poszerzył się jeszcze bardziej. – Zamieniłem pary dlatego, że może być trochę zabawy przy tym, nie sądzisz? – Wstał z krzesła, przeciągając się. – Moje życie było ostatnio takie nudne – mruknął z kaprysem. - Idę już, nie mam więcej czasu. Nasze dzisiejsze odrabianie lekcji dostarczy nam dzisiaj trochę rozrywki, zapewniam cię, Potter.
Harry usłyszał tylko szuranie butów i zamykające się drzwi. Odetchnął z ulgą, że Ślizgon wreszcie sobie poszedł. Już wolał być w parze z Pansy niż z tą okropną fretką. Ruszył do okna, żeby je zamknąć. W pokoju zrobiło się wystarczająco zimno. Zastanawiał się przy tym, w jaki sposób ma obudzić kolegów. Nie musiał jednak długo czekać, ponieważ już po chwili usłyszał głos Rona.
- Już na nogach? – powiedział rudowłosy, widząc Harry'ego stojącego przy parapecie, przeciągnął się na swoim łóżku.
Potter nie zdążył odpowiedzieć, kiedy drzwi się otworzyły. W pierwszym momencie przestraszył się, że Malfoy wrócił, ale potem usłyszał miły głos Dumbledore'a i te uczucie wyparowało z niego w mgnieniu oka. Nie mógł powiedzieć o wizycie Dracona przy kolegach. Nie wiedział właściwie dlaczego, ale czuł, że nie powinien tego robić.
- Harry! Mam dla ciebie bardzo dobrą wiadomość. – Uśmiech pojawił się na twarzy starca, tworząc malutkie zmarszczki przy jego niebieskich, dobrodusznych oczach. – Panna Granger była u mnie wczoraj i mówiła o tych bransoletkach dla niewidomych. Cudowny pomysł! Anteny sterujące nimi są już zamontowane. Poprosiłem profesora Flitwicka, żeby rzucił zaklęcia zabezpieczając je tak, aby magia ich nie dosięgała – oznajmił i klasnął w dłonie. – Mam dla ciebie taką bransoletkę. Może wydawać się ciężka, ale to lepsze niż nic. – Podszedł do niego i chwycił jego rękę. Po chwili na jego nadgarstku znajdowała się czarna bransoletka, podobna do zegarka. Dyrektor odsunął się na parę kroków, obserwując Wybrańca.
- Harry, to świetnie! – krzyknął głośno Ron, otwierając szeroko oczy i wstając na nogi.
Czarnowłosy był zaskoczony wiadomością Dumbledore'a. Nie chciał laski dla niewidomych, więc coś takiego to dla niego spełnienie marzeń. Nie myślał jednak, że zamontowanie tego wszystkiego, a przede wszystkim załatwienie bransoletki będzie trwało w tak krótkim czasie. Jeszcze poprzedniego dnia nie miał pojęcia czy to wszystko zadziała, a teraz cieszył się tym, że będzie mógł chodzić samodzielnie, bez pomocy innych.
Mimo tego szczęścia, wróciły myśli o Draconie i uznał, że to jest większy problem. Musiał zapytać o to dyrektora i nie było innej okazji, niż teraz. Grzecznie zaproponował Dumbledore'owi rozmowę w cztery oczy, a on przytaknął. Ron popatrzył na niego dziwnym wzrokiem, jakby go obwiniał o to, że nie chce mówić przy nim. Zapomniał jednak, że w dormitorium znajdowali się też ich inni koledzy, którzy właśnie budzili się ze snu. Harry nie chciał, żeby oni wiedzieli o wszystkim, to nie były ich sprawy.
Kiedy wyszli na korytarz (Harry teraz samodzielnie, unikając różnych przeszkód), odezwał się od razu:
- Dlaczego zgodził się pan na to, żebym bym w parze z Malfoyem? – W jego głosie wyczuwalne było tyle pretensji, ale dyrektor nawet się nie skrzywił.
- Wczoraj widziałem, że nie dogadywałeś się z panną Parkinson, więc uznałem, że pan Malfoy będzie bardziej odpowiedni. Sam się zaoferował, więc ma do tego chęci. Na pewno pomoże ci we wszystkim, Harry. Nie musisz się obawiać – powiedział to tak lekko, jakby rozmawiali o pogodzie.
W czarnowłosym wszystko się zagotowało ze złości. Nie chciał tego słuchać.
- On będzie mi dokuczał! Wie pan przecież, że się nie dogadujemy – odparł, starając się zachować spokój, ale nie wychodziło mu to. Był oburzony zachowaniem dyrektora. Zawsze wiedział, co dla Harry'ego najlepsze, a teraz połączył go w parę z Malfoyem. Potter uznawał, że to o wiele za dużo.
- Och, czy ty przypadkiem nie przesadzasz? To będzie dla ciebie dobre, Harry, uwierz mi – odpowiedział spokojnie, głosem doświadczonego człowieka. – Czy kiedykolwiek się na mnie zawiodłeś? Polepszysz kontakty ze Ślizgonami, to może się okazać zbawienne dla całej szkoły. Przecież wszyscy biorą z ciebie przykład. – Uśmiechnął się lekko.
- Nie, nie zawiodłem się nigdy na panu – westchnął, spuszczając głowę. Nie chciał odpuszczać, ale może warto było sprawdzić, jak to wyjdzie. – Dobrze, spróbuję – mruknął i pokiwał głową – ale jeśli nie wyjdzie, to pozwoli mi pan z kimś innym odrabiać zadania.
- Oczywiście, niech tak będzie. Cieszę się, że doszliśmy do porozumienia. Postępujesz mądrze – stwierdził dyrektor, klepiąc Harry'ego po ramieniu ostatni raz i odchodząc w dół po schodach.
Wybraniec został na korytarzu sam, z opuszczonymi barkami i drżącymi dłońmi. Nie pozwolę sobą pomiatać i dopiekę Malfoyowi – przyrzekł sobie, nim wszedł do dormitorium, aby poczekać na Rona.
