Od atuorki: Kolejne podziękowania dla wspaniałej .o
Przez pierwszy tydzień smoki omijały chłopaka szerokim łukiem, pomimo zapewnień czarnego gada o przyjaznym nastawieniu gościa. Sytuacja zmieniła się trochę po pewnym wydarzeniu, a mianowicie po lekcji językowej.
Tego dnia Szczerbatek i Czkawka oblecieli niemal całą wyspę. Nastolatka bardzo interesowała jej wiecznie zamglona część, ale Nocna Furia uparcie odmawiała choćby zerknięcia w tamtym kierunku. Wiking wiedział, że to tam nocami latały wszystkie smoki zdolne do walki i bardzo chciał zrozumieć dlaczego. Czarny gad wylądował na płaskowyżu Smoczej Skały, gdzie często spotykały się smoki. Czkawka podejrzewał, że przyciągały je tu ciepłe promienie zachodzącego słońca. Niemal wszystkie gady uwielbiały tę porę dnia. Wyjątkiem był Szczerbatek, który bardziej lubił świt. Nocna Furia ułożyła się na swoim ulubionym kamieniu, a Czkawka usiadł nieopodal i przyglądał się z zainteresowaniem bawiącym się smoczątkom. Po chwili do odpoczywających przyjaciół podleciał zielony Śmiertelnik Zębacz, który był jednym z niewielu smoków nadal rozmawiających ze Szczerbatkiem i rozpoczęła się dyskusja. Chłopak przysłuchiwał się uważnie, ale rozróżnienie dźwięków i połączenie ich z jakimiś słowami było niemal niemożliwe. Po jakimś czasie kolega czarnego gada odleciał, a Czkawka, korzystając z okazji, poprosił swojego smoka o powiedzenie słowa: „przepraszam". Ten popatrzył na niego zdziwiony, ale spełnił prośbę. Jednak prawdziwym szokiem było patrzenie na człowieka próbującego powtórzyć to słowo w smoczym języku. Dziwne zachowanie gościa ściągnęło większość smoków. Czkawka jednak nie zwracał uwagi na tłum i uparcie zmuszał swoje gardło do współpracy, aż w końcu gady zrozumiały co mówi.
− Udało mi się? Rozumiesz? − zapytał zachwycony wiking. Szczerbatek uśmiechnął się po swojemu i kiwnął chłopakowi głową. − Jea! Super!
Od tamtej pory Nocna Furia cierpliwie uczyła swojego ludzkiego przyjaciela, który łapał dość szybko i z każdego zapamiętanego słowa cieszył się jak pisklę ze swoich pierwszych lotów. Większość smoków uznała próby poznania ich języka za wyraz szacunku i patrzyła na przybysza trochę łaskawszym okiem.
Czkawka już czwarty miesiąc przebywał na wyspie, którą nazwał Wyspą Smoczych Snów. Dnie mijały mu na zabawach ze Szczerbatkiem i obserwowaniu wszystkich mieszkańców leża. Po tym, jak Nocna Furia wybrała się na długi lot bez niego i musiał cały dzień siedzieć w jaskini, zrobił sobie drabinkę ze sznura, który przyniósł z łodzi − mógł więc swobodnie poruszać się po okolicy. Smoki nadal były względem niego raczej nieufne i w większości wolały go po prostu unikać, ale zaakceptowały go jako dodatek do ich społeczności. Czkawka rozumiał już prawie wszystko, co mówiły, chociaż nadal uczył się wymowy tego dziwnego języka. Przez te cztery miesiące urósł trochę i zmężniał. Przestał obcinać (wiecznie potargane przez wiatr) włosy. Jednak najbardziej rzucającą się w oczy zmianę stanowiły trzy, nadal zaczerwienione, blizny przecinające prawy policzek. To właśnie wydarzenie, które doprowadziło do ich powstania, dało wikingowi ostateczną akceptację ze strony smoków oraz stanowiło jego motywację do rozpoczęcia ćwiczeń, między innymi łucznictwa i biegów.
Stało się to trzy miesiące wcześniej, podczas jednej z pierwszych samodzielnych eskapad Czkawki. Szczerbatek leżał rozleniwiony i ani mu się śniło ruszać z nagrzanego przez słońce kamienia. Wiking nie nalegał zbytnio, bo wiedział, że przyjaciel jest zmęczony po kolejnej nocnej wyprawie. Chłopak nie wiedział dokładnie dlaczego, ale był niemal pewny, że smoki nadal napadały na Berk. Nie zgadzała się tylko jedna ważna rzecz – żaden z nich nie przynosił jedzenia, a pierwsze, co robiły po powrocie, to rzucały się na ryby. Jednak to nie zagadka nocnych eskapad tak gnębiła Czkawkę. Nastolatek po prostu się nudził. Widząc, że Nocna Furia raczej nie ma zamiaru nic robić, postanowił sam pozwiedzać wyspę. Był tu już miesiąc, a smoki go znały, więc uznał, iż nie grozi mu żadne niebezpieczeństwo.
Szybko zszedł po drabince sznurowej i ruszył przez las w stronę klifów. Egzotyczne ptaki śpiewały, przemykając między gałęziami. Gdzieniegdzie błyskały kity wiewiórek. Raz pod nogami Czkawki przepełznął duży wąż w brązowe łaty. Wszędzie było pełno zieleni. Chłopakowi najbardziej podobały się niesamowicie kolorowe kwiaty − rosły na pniach drzew, żeby być bliżej słońca. Czasem przez gęste gałęzie przedzierał się wiaterek, który przyjemnie chłodził. Niestety, ta sielanka została przerwana przez niespodziewany ryk jakiegoś młodego smoka.
Brunet ze zdziwieniem uświadomił sobie, że malec najwyraźniej wzywa pomocy. Niewiele myśląc, zaczął przedzierać się jak najszybciej w stronę odgłosów. Spokoju nie dawała mu tylko jedna rzecz, a mianowicie wyobrażenie tego, co mogło przerazić smoka. Biegiem wpadł na sporą polanę, a to, co zobaczył, sprawiło, że serce stanęło mu w gardle. Wielkiej czarnej panterze właśnie udało się przygwoździć do ziemi małego Koszmara Ponocnika. Czkawka szybko wyszarpnął nóż zza paska i rzucił się na kota. Celował w szyję, ale ostrze zsunęło się po grubym futrze zwierzęcia i tylko paskudnie rozcięło mu łapę. Drapieżnik, zaskoczony bólem, wypuścił małego smoka. Rozejrzał się dziko dookoła, a jego spojrzenie spoczęło na chłopaku.
Pantera obnażyła kły i skoczyła. Nastolatkowi ledwo udało się zrobić unik. Rzucił się biegiem w stronę lasu, mając nadzieję, że w gąszczu trudniej będzie go dopaść. Niestety, nie wziął pod uwagę tego, iż jego ucieczka również stanie się trudniejsza. Słyszał za sobą ciężki oddech dzikiego kota, niezagłuszany nawet przez serce, które Czkawce aż tłukło się w piersi, jakby chciało uciekać na własną rękę. Chłopak mocniej ścisnął nóż. Podjął decyzję. Jeśli ma zginąć, to nie w ten sposób. Nie uciekając. Zatrzymał się i odwrócił gwałtownie, trzymając skromną broń w wyprostowanych rękach, na wysokości twarzy. Czas na chwilę stanął w miejscu. Czkawka w zwolnionym tempie widział, jak wielki kot leci w powietrzu, biorąc zamach łapą. Potem był oślepiający ból, który omal nie pozbawił chłopaka świadomości. Wylądował na ziemi przygnieciony bezwładnym ciałem pantery. Oszołomiony leżał bez ruchu, z trudem chwytając płytkie oddechy.
Dopiero po chwili dotarło do niego, że mu się udało. Drapieżnik nadział się na nóż, a jego pazury tylko zadrasnęły Czkawkę. Ten, nadal będąc w lekkim szoku, wydostał się spod martwego ciała. Na czworakach podszedł do najbliższego drzewa i oparł się o nie plecami. Dotknął niepewnie prawej strony twarzy. Pierwsze rozcięcie znajdowało się mniej więcej cal od kącika ust, a dwa kolejne przecinały policzek i kończyły się na linii żuchwy. Na szczęście dla Czkawki okazały się niezbyt głębokie.
Ciszę przerwało nagle niepewne mrauknięcie. Chłopak spojrzał w tamtym kierunku i pomimo bólu uśmiechnął się, widząc małego smoka, któremu najwyraźniej nic się nie stało. Koszmar Ponocnik przechylił główkę, patrząc na człowieka, a następnie na martwego kota i zanim wiking zareagował, zniknął między liśćmi. Nastolatek westchnął i zamknął oczy, ponownie opierając głowę o drzewo. Nie miał siły na powrót do Smoczej Skały. Zresztą pewnie i tak by nie trafił, bo nie wiedział, gdzie się znajdował. Adrenalina go opuściła i nawet nie zauważył, kiedy zapadł w sen. Obudziło go dopiero pełne niepokoju poszturchiwanie Szczerbatka.
– Co...? – zapytał Czkawka. – Skąd się tu wziąłeś?
– Młody mnie przyprowadził – zawarczała Nocna Furia. – Wracajmy do domu. Wstaniesz?
Brunet kiwnął głową i wsiadł na grzbiet przyjaciela. W leżu smoki powitały go krótkimi ukłonami. Chłopak zamrugał zaskoczony.
– Wszyscy wiedzą – wyjaśnił krótko czarny gad, wyczuwając niepewność jeźdźca, i wylądował w jaskini.
Wiking wyjął bandaż z torby i sprawnie opatrzył ranę.
– Myślisz, że smoki się pogniewają, jeśli zrobię sobie jakąś broń? Dzisiejsza sytuacja uświadomiła mi kilka rzeczy... – zapytał nastolatek, układając się do snu u boku przyjaciela.
– Porozmawiam ze Stormcutterem. Śpij – odpowiedział Szczerbatek.
Do podziemi Smoczej Skały Czkawka dostał się w dość nietypowy sposób. Kilka dni po przygodzie z panterą, Pomiot Burzy, za niechętnym pozwoleniem Stormcuttera, zabrał tam chłopaka. Wiking bardzo się ucieszył, kiedy czarny smok powiedział mu, że na wyspie jest miejsce, gdzie gady zbierają różne ludzkie rzeczy. Nocna Furia, widząc entuzjazm swojego przyjaciela, postanowiła zrobić mu mały dowcip.
Gad zabrał ich na drugą stronę płaskowyżu, która była usiana dość szerokimi półkami skalnymi o różnych kolorach. Rosły tam niezwykłe górskie rośliny. Młodemu wikingowi bardzo podobało się to miejsce i był pewien, że nie raz i nie dwa przyjdzie tu, żeby porysować, ale teraz dopadło go zniecierpliwienie. Czarny smok zaraz po lądowaniu powiedział mu, żeby poszukał wejścia, a sam ułożył się na skałach i wygrzewał w popołudniowym słońcu. Czkawka obejrzał dokładnie wszystkie ściany i zajrzał pod każdy kamień, ale nie znalazł nic, co choć trochę przypominałoby wejście do tajemniczej jaskini.
Tymczasem Szczerbatek w myślach śmiał się do łez, obserwując wysiłki człowieka. Wiedział, że to czysta złośliwość, ale był bardzo ciekawy, jak daleko sięgają cierpliwość i zapał chłopaka, dlatego specjalnie ułożył się na wlocie wąskiego tunelu, którego kazał mu szukać.
– Szczerbatku! Przecież tu nic nie ma! – wykrzyknął lekko zirytowany nastolatek.
Dwie godziny... Ha! Wygrałem zakład. Doprawdy. Stormcutter, nawet jeśli nienawidzi ludzi, mógłby docenić upór Czkawki – pomyślał zadowolony smok, po czym wstał i przeciągnął się.
– Więc może to nie ta półka – powiedział chłopakowi, któremu opadła szczęka.
– Ty tak serio?!
– Oczywiście. Rzadko tu bywam – ziewnął Szczerbatek. – Chodź, polecimy na tą wyższą.
Czkawka przez chwilę tylko gapił się na przyjaciela z niedowierzaniem. W końcu z westchnieniem podszedł do niego. Już miał wsiąść na jego grzbiet, kiedy smok odskoczył lekko w bok. Brunet, krzywiąc się z irytacją, zrobił krok do przodu i nagle wpadł do tunelu. Słysząc krzyk człowieka, Nocna Furia zaśmiała się po swojemu i poderwała do lotu.
– Aaaaa! – Wrzask wikinga urwał się gwałtownie, kiedy ten wylądował na stercie skór. Nastolatek rozglądał się oszołomiony. Widok był niesamowity. Jaskinia świeciła. Dosłownie. Na ścianach znajdowało się mnóstwo kryształów, które odbijały wielokrotnie od siebie nawzajem wiązki światła, wpadające przez kilka wąziutkich tuneli na jednej ze ścian. Grota była dość duża i niemal cała wypełniona przeróżnymi przedmiotami. Czkawka widział stosy broni, książek, skór, naczyń, a nawet złota i klejnotów. Lekko oszołomiony wstał i podszedł do zbioru ksiąg. Otworzył pierwszą z brzegu i z zachwytem zauważył, że potrafi odczytać runy, którymi była zapisana.
– I kolejny zakład wygrany... – zamruczał Szczerbatek, podchodząc do człowieka.
– Jak się tu dostałeś? Przecież nie zmieściłbyś się w tunelu, do którego przez ciebie wpadłem, jest za wąski. I o jakim zakładzie mówisz? – zapytał Czkawka.
– Normalnie – odmruknęła Nocna Furia. – Tam w kącie jest jeden z tuneli Szeptozgonów.
– To dlaczego nie weszliśmy tamtędy od razu? – burknął lekko zirytowany chłopak. – Naprawdę musiałeś robić sobie ze mnie żarty?
– Oj, nie złość się. Ty chciałeś wiedzieć, jak szybko mogę latać, a ja, gdzie ma granice twój upór – uśmiechnął się smok. – Poza tym wejście do szybu, którym tu wleciałem, jest pod wodą. A ty nie lubisz kąpieli...
– Owszem, nie lubię pływać w lodowatej wodzie w ubraniu – prychnął zielonooki. – A ty tylko takie kąpiele mi urządzasz. Zresztą, nieważne. Co za zakłady robiłeś?
– Pierwszy o to, że będziesz szukał wejścia dłużej niż godzinę, bez narzekania, a drugi był o to, gdzie podejdziesz najpierw. Stormcutter obstawiał broń albo klejnoty, a ja książki albo narzędzia – odmruknął Szczerbatek. – No, nie gniewaj się już – dodał po chwili, widząc nadal nachmurzoną minę przyjaciela, i zaczął lizać go po twarzy.
– Dobrze. Dobrze! Wybaczam ci, tylko przestań! – wykrzyknął Czkawka, ze śmiechem odpychając delikatnie pysk Nocnej Furii. – Skąd to wszystko się tu wzięło? – zapytał, strzepując z siebie ślinę.
– Ze statków, które rozbiły się na skałach po zachodniej stronie wyspy – wyjaśnił krótko czarny smok.
– Tam, gdzie jest ta dziwna mgła? Właściwie czemu tam nie latamy? – dopytał natychmiast nastolatek, mając cichą nadzieję, że smok się zapomni i w końcu odpowie mu na dręczące pytania.
– Ile razy mam powtarzać, że nie mogę ci tego wyjaśnić? Chodź, lepiej wybierz sobie broń – mruknął smok, wyraźnie posmutniały po wzmiance o dziwnym miejscu na wyspie.
Chłopak uśmiechnął się przepraszająco do przyjaciela i podrapał go po głowie.
– Mogę zabrać też jakieś książki i narzędzia? – zapytał ostrożnie.
– Oczywiście. Weź sobie wszystko, co ci się przyda. Tam były torby – zawarczał gad i ruszył we wskazanym przez siebie kierunku.
Czkawka wziął ze sobą łuk refleksyjny, długi nóż, małą kuszę, trochę ubrań, narzędzi, dwie książki o ziołach i trzy o sztuce leczenia oraz gruby notatnik. Torba była ciężka, a szyb stromy, więc chłopak z niechęcią wybrał kąpiel w oceanie na grzbiecie przyjaciela.
Od tamtej pory minęły już trzy miesiące. Czkawka zapisał pół swojego zeszytu rysunkami i notatkami o umiejętnościach i zwyczajach wszystkich rodzajów smoków ze Smoczej Skały. Potrafił mniej lub bardziej celnie strzelać z łuku i kuszy. Grota Szczerbatka została przez niego napełniona przeróżnymi projektami protez dla ułomnych smoków oraz maszyn i broni, woreczkami z suszonymi ziołami, narzędziami oraz ogromem innych rzeczy. Smoki zupełnie się przyzwyczaiły do nowego lokatora i patrzyły na jego poczynania z pewnym rozbawieniem. Czkawki wszędzie było pełno. Co rusz Szczerbatek musiał wyciągać go z jakichś kłopotów. Odbijał to sobie, robiąc żarty człowiekowi, co zapoczątkowało sezon psot. Nawet Stormcutter uśmiechnął się, widząc Nocną Furię pomalowaną w tęczowe paski, co było zemstą Czkawki za wrzucenie do oceanu. Szczerbatek miał pecha, że akurat wtedy chłopak bawił się w robienie wodoodpornych barwników.
