Wei nie sypiał zbyt dobrze w mieszkaniu, które jakimś cudem udało im się z Sang Ji wynająć. W maleńkiej sypialni ciągle coś mu przeszkadzało. Jeżeli zamknął okiennice było mu za duszno, przy otwartym oknie za bardzo było słychać cykanie świerszczy i nocne szmery uśpionego miasta. Za bardzo przywykł do spania pod ziemią.
Tej nocy też nie mógł zasnąć. Dochodziła północ. Wiedział, że będzie tego rano żałował, ale odrzucił cienką kołdrę i wciągnął na siebie cywilne łachy i schował do kieszeni trochę gotówki. Potem naskrobał na jakiejś kartce, że idzie na spacer – na wypadek, gdyby Sang Ji obudził się rano i spanikował – i wyszedł na zewnątrz. Chłodne jesienne powietrze natychmiast otrzeźwiło go z resztek zmęczenia. Nie myśląc o tym, co robi, zaczął iść w stronę przejścia do Niższego Pierścienia. Naszła go ochota, żeby się napić.
Królowa Pustyni wyglądała tak samo jak zawsze i przeraźliwie cuchnęła, też tak jak zawsze. O takiej skandalicznej porze niewielu było tam gości, głównie zaspana i rozanielona klientela burdelu, który – tak jak i sama mordownia – należał do Brodacza.
Jeżeli w ogóle można powiedzieć o kimkolwiek z Niższego, że jest ustawiony, to chyba tylko o Brodaczu. Nikt do końca nie wiedział, skąd się wziął i kiedy dokładnie się pojawił, ale szybko zacisnął swoje silne jak imadła łapska na wszystkich dochodowych biznesach półświatka. Alkohol był jego. Żebracy i kieszonkowcy byli jego. Dziwki też były jego. W każdej innej sytuacji Wei natychmiast doniósłby Staremu o tym kwitnącym imperium, ale nie zauważył, żeby ludziom gorzej się działo. Obdartusy miały siłę biegać, od wina nie umierało jakoś więcej ludzi niż zazwyczaj, a panienki wyglądały na zdrowe i zadbane. Jeżeli Brodacz wprowadził jakieś zmiany, to chyba tylko na lepsze. Nie było sensu angażować w to Dai Li. Poza tym, gdyby doniósł, byłby skończony na starych śmieciach. Nikt by mu więcej nic nie powiedział. A cholera wie, kto zająłby miejsce Brodacza. Może jakiś prawdziwy bydlak.
Przy jednym z długich stołów zobaczył faceta z czerwonym od picia, grubym karkiem i burzą siwiejących kudłów. Na jego kolanach siedziała okrakiem młodziutka dziewczyna, może szesnastoletnia, i rytmicznie poruszała biodrami. Nie widział twarzy klienta, tylko jego wielkie łapy zaciśnięte kurczowo na brzegu stołu. Nad jego ramieniem napotkał za to nieobecny wzrok pijanej na umór małolaty. Policzki miała mokre od łez, które lały się ciurkiem z jej przeszklonych oczu. To nie była panna od Brodacza. Za młoda i zbyt przerażona. Zachciało mu się rzygać.
Chwiejnym krokiem doszedł do baru i poprosił stojącego tam faceta o wino ryżowe. Nigdy wcześniej go tam nie widział. Z reguły mały Ngai obsługiwał klientów.
– Nic z tym nie zrobisz? – spytał, kiedy tamten postawił przed nim wypełniony po brzegi kufel. – Tamta parka raczej nie przyciąga klienteli. Do żadnego z twoich biznesów.
Mężczyzna uniósł jedną czarną jak smoła brew.
– A co tobie do tego, Dai Li? – spytał półgłosem. – Nie masz ważniejszych problemów?
– Może i mam. Ale teraz chciałbym się napić, a oni wydają mało zachęcające odgłosy. Myślałem, że burdel jest kawałek dalej.
Brodacz zachichotał smętnie, a jego gęsta broda zatrzęsła się delikatnie.
– To nie moja dziewczyna – odpowiedział po chwili, poważniejąc. – Ani moja krewna. Nie mogę jej zabronić robienia głupot. Dorośnie, to sama się nauczy.
– Nie wygląda na zachwyconą tym, co robi. Na dość biedną, by musieć się puszczać, też zresztą nie.
– To nie dla pieniędzy.
– To po jaką cholerę? Przecież nie z miłości. Facet mógłby być jej ojcem.
Wei upił łyk cholernie mocnego wina. Brodacz pogładził się lekko po imponującym zaroście i spojrzał agentowi prosto w oczy.
– Dla ochrony – odpowiedział, jeszcze bardziej zniżając głos. – Boi się, że skończy jak te trzy, które już są martwe. A ten facet obiecał, że będzie pilnował jej i jej młodszej siostry.
Wei przełknął ślinę. Nagle zaschło mu w gardle.
– Ty wiesz o tych trzech? I ludzie też już wiedzą?
– Oczywiście, że wiem, tumanku. Dwie pierwsze były moje. A ludzie nie są przecież głupi. Plotki rozchodzą się szybciej, niż wam się wydaje.
Resztę wina dopił duszkiem, chociaż wiedział, że pewnie będzie przez to wracał do domu zygzakiem. Wychodząc, rzucił obok pustego kufla garść monet. Znacznie większą niż zwykła zapłata za napój. Należało się Brodaczowi, sporo się od niego dowiedział. Znacznie więcej, niżby chciał.
Ciekawe tylko, gdzie się podziewał Ngai. Wei miał nadzieję, że chłopak nie stracił tej roboty. Za dużo czasu zajęło mu wybłaganie jej dla niego.
Wracając do domu możliwie jak najkrótszą drogą, starał się jeszcze raz przeanalizować wszystko, co wiedzieli o sprawie. Nie było tego zbyt wiele. Mieli trzy dziewczyny ubrane jak lalki z terakoty, dwie dziwki i jedną kwiaciarkę. Poderżnięte gardła i wieczorowy makijaż pasowały do siebie jak pięść do nosa. Wszystkie mieszkały w Niższym, wszystkie były młode i pewnie dość ładne. Nawet alkohol nie sprawił, że ta sprawa nabrała sensu, więc jak niby miał ją rozwiązać na trzeźwo?
Moja nowa lalka ma piękne włosy, gęste i miękkie, choć zbyt krótkie, by je zapleść albo upiąć. Ale czasu było tak mało, by cokolwiek znaleźć. Znachorka zamknęła się w swoim maleńkim domku, nikogo nie wpuszcza i nigdzie nie wychodzi. Nie sposób było ją pozyskać, chociaż to powinna być ona. Ona miała być ukoronowaniem mojej serii. Ale nowy materiał był mi potrzebny jak najszybciej, bo ulice znów wyblakły i zbrzydły. Zwłaszcza teraz, kiedy dziewczyna się nie pokazuje.
Pokrywam włosy mojej lalki pomadą i zaczesuję je do tyłu. Zbieram kosmyki na karku i wpinam w nie świeże kwiaty jaśminu. Głowa opada bezwładnie na pierś okrytą jedwabiem barwy słońca. Suknia źle się układa; moja nowa lalka jest za szeroka w ramionach i stanowczo brakuje jej krągłości.
Co poradzę? Nic lepszego nie było pod ręką.
Ale to nic. Nic nie szkodzi. Po prostu nałożę trochę więcej różu na policzki. I tak muszę to zrobić, żeby zasłonić te wszystkie okropne ślady po trądziku i ospie, którymi upstrzona jest jego śliczna buzia.
Nie udało mi się znaleźć lepszej lalki. Ale przynajmniej chłopiec nie płakał. Ugryzł mnie kilka razy, szarpał się trochę, ale nie uronił nawet jednej łzy. Nie będzie miał takich okropnie szklistych oczu, jak pozostałe. Nie trzeba będzie zamykać mu powiek, żeby ukryć ich okropną szpetotę.
Muszę rozgrzewać puder w palcach zanim go nałożę; zimna skóra opornie przyjmuje wszelkie zabiegi. Materiał za długo czekał w kąpieli, za bardzo ostygł. Zastanawiam się, jak muszę wyglądać, kiedy tak precyzyjnie nanoszę kolorowy kosmetyk na pozbawioną ciepła skórę. Może jak malarz albo rzeźbiarz? Ciekawie byłoby wyjść na chwilę ze swojej skóry i popatrzeć na siebie przy pracy. Mam wrażenie, że byłby to fascynujący widok.
Jeszcze tylko ostatni szczegół; zawieszam na jego szyi wisior, który ode mnie dostał. Śliczny drobiazg. Ciemny, prawie czarny kamień cudownie podkreśla jego brązowe oczy. Całe szczęście, że mogę zostawić je otwarte. Lekko rozchylam suknię tuż przy szyi, żeby wyeksponować równe cięcie na skórze. Rana już nie krwawi, ale wciąż odcina się wyraźnie od jego bladego ciała. Kilka brunatnych plamek jakimś cudem znalazło się na jasnym materiale sukni. To moja wina, nie udało mi się go umyć dość dokładnie. Ale nic nie szkodzi. Ułożę dłonie mojej lalki tak, żeby niczego nie było widać. W końcu muszę jak najszybciej wracać do domu. Nie ma już czasu na żadne poprawki!
Czuję, że na moją twarz wypełza uśmiech zadowolenia. Mam przed sobą prawdziwe dzieło sztuki. Żadna z moich lalek nie wyglądała tak dobrze jak ta. Żadna nie robiła tak oszałamiającego wrażenia. Zaułek wygląda pięknie ze swoją nową kolorową dekoracją.
Ale o ileż lepiej by się prezentował, gdyby dodać tu trochę błękitu!
