Dni mijały szybko i nieuchronnie zbliżał się koniec wakacji. Pomijając kilka niejasnych wypowiedzi niejakiego Lorda Voldemorta cytowanych w "Proroku Codziennym" już w tylu różnych wersjach, że trudno było ustalić, która jest prawdziwa, nic nie zwiastowało nadchodzących wydarzeń, które w najbliższych latach miały odmienić życie wielu czarodziejów. Także życie w ceglanym domku przy Church Street w Llangefni toczyło się normalnym rytmem.
Rhonda i Humphrey McKinnonowie wrócili ze ślubu Bellatrix wcześnie. Przybrana babcia Aurory wciąż była zła na swoją najstarszą córkę - Druellę, o to, że ta nie raczyła pojawić się na ceremonii ślubnej Danieli, a gdy w dodatku zobaczyła, jaki los Druella Black zgotowała swojemu dziecku, ich relacje jeszcze się pogorszyły. Rhonda od powrotu ze ślubu przeżywała strasznie, że Bella wyraźnie nie wyglądała na szczęśliwą, a gdy jej mąż pozwolił sobie rzucić uwagę, że Bellatrix nigdy nie jest zadowolona, wyzwała go od bezmózgich elfów i bezużytecznych gumochłonów, po czym kazała mu się wynosić skąd przyszedł.
Mieszkanie z Rhondą McKinnon miało jedną niewątpliwą zaletę: wszystkie posiłki były przygotowane na czas, a dom lśnił czystością. Z braku innych zajęć babcia wyprała i wyprasowała wszystkie ubrania jakie znalazła, a kufer Aurory został spakowany cały tydzień wcześniej niż to było konieczne. Teraz tylko co jakiś czas trzeba było sprawdzać, czy nie dopakowała się do niego Izyda.
Gdy po raz pierwszy Aurora ją tam znalazła pomyślała, że to kolejny głupi dowcip Jamesa. Szybko jednak okazało się, że sowa pakuje się tam z własnej i nieprzymuszonej woli. Kłopoty z Izydą zaczęły się w dniu, gdy Daniela wróciła do domu z koszykiem do transportowania kotów dla Biji. Widocznie tego dnia do sowy pana Sinistry dotarło, że to nie ona pojedzie do Hogwartu z Aurorą, a znienawidzony przez nią kot. I nic nie pomagało tłumaczenie, że i tak będzie w Szkole Magii częstym gościem. W końcu jej obowiązki przejęła Jurata, a cała rodzina postanowiła spokojnie czekać, aż zły humor Izydzie przejdzie.
Nadszedł ostatni tydzień sierpnia, a Aurora ze zdumieniem stwierdziła, że Daniela jest prawie w tak samo złym nastroju, jak sowa jej męża. W końcu domownicy, nie wyłączając Rhondy, podobnie jak w przypadku Izydy, postanowili dać jej czas na ochłonięcie i zaczęli omijać ją szerokim łukiem. Dopiero w piątkowy wieczór, podczas kłótni Paula Sinistry z Danielą, który przez przypadek wszedł jej w drogę, okazało się, że jej zły humor nie jest tym razem związany ani z pogłoskami o Voldemorcie, ani z rychłym wyjazdem Aurory, ani ze zbliżającym się początkiem roku artystycznego. Macocha wywrzeszczała ojcu, że na urodziny Dominika swój przyjazd zapowiedział jej były mąż. Po tym dość szokującym wyznaniu pan Sinistra przestał się wściekać, stanął jak wryty, a że Daniela nie raczyła już nic więcej powiedzieć, stwierdził, że musi iść na nocny dyżur i zniknął w ciemności nocy, chociaż dopiero niedawno wrócił z pracy. Aurora wsunęła się do kuchni w momencie gdy zdezorientowana Daniela opadła na krzesło i ukryła twarz w dłoniach:
- Cholera! - Usłyszała dziewczynka.
Podeszła do macochy i położyła jej rączkę na ramieniu:
- Będzie dobrze. Zobaczysz.
Daniela szybko odwróciła się i mocno przycisnęła do siebie Aurorę. Zupełnie tym zaskoczona, młoda czarownica przylgnęła do macochy, a chwilę później wydało jej się, że kobieta płacze.
Poranek w dniu urodzin Dominika nie był dla nikogo łatwy. Danieli raz po raz coś wypadało z rąk, aż w końcu po potrzaskaniu przez nią całej porcelanowej zastawy i nie najlepiej rzucanym zaklęciu "Reparo", Rhonda wyprosiła ją z kuchni.
James i Dominik roznosili dom, ścigając się na miotłach, a uciekający przed nimi Bija wpakował się pod nogi planującej właśnie zejść na dół Aurorze. Aurora przewróciła się i spadła z najwyższego stopnia, aż na sam dół schodów mocno gruchocząc sobie przy tym kości. Daniela, zbierając pasierbicę z podłogi, dała upust narastającym w niej emocją wyzywając chłopców za skandaliczne zachowanie, używając przy tym słów mocno niecenzuralnych. Później wezwała ze Świętego Munga Paula Sinistrę, aby doprowadził córkę do porządku.
Ojciec znalazł się w domu natychmiast, ale także w niezbyt dobrym humorze, wręcz przygnębiony.
- Co się znowu stało? - Zapytała wciąż wściekła Daniela, gdy pan Sinistra pochylił się nad córką, nie racząc obdarzyć żony nawet jednym spojrzeniem.
- Nic - odpowiedział ojciec chyba niezbyt szczerze.
Daniela chyba też to odczuła:
- Paul, ja na prawdę nie jestem w dobrym nastroju...
Pan Sinistra w końcu na nią spojrzał i najwidoczniej uznał, że lepiej nie wszczynać teraz awantury, a Daniela w swoim uporze i tak, w końcu wyciągnęłaby z niego to, czego chciała się dowiedzieć. I na pewno nie przebierałaby przy tym w środkach.
- Przywieźli dzisiaj pacjenta. Wszystko wskazuje na to, że został potraktowany klątwą Cruciatus - wyrzucił z siebie szybko i na powrót zajął się córką.
Daniela z przerażeniem malującym się na twarzy, opadła na pobliski fotel. Aurora szybko zasłoniła sobie usta dłonią i natychmiast tego pożałowała, bo mocno zabolało.
- Nie ruszaj się przez chwilę - pouczył ją ojciec, podając jej jakiś eliksir. Dziewczynka dobrze wiedziała, bo James już zdążył jej o tym opowiedzieć, że klątwa Cruciatus jest jednym z trzech Zaklęć Niewybaczalnych, których użycie przeciw jakiejkolwiek istocie karane jest dożywotnim pobytem w Azkabanie - strasznym więzieniu dla czarodziejów. Z tego co kuzyn mówił, wywnioskowała, że to zaklęcie akurat powoduje, że ofiara odczuwa okropny ból przypominający wbijanie rozżarzonych noży w ciało, a nie było używane od czasów potęgi czarnoksiężnika Grindelwalda.
- Wiedziałam - szepnęła macocha i założyła ręce na piersiach, opierając się o oparcie fotela.
- Daniela, daj spokój - powiedział rozdrażniony Paul Sinistra. - Mam teraz ważniejsze problemy na głowie.
- Jak się czujesz? - Daniela zwróciła się do Aurory, jakby nie dotarła do niej uwaga męża.
- Przeżyję - odpowiedziała dziewczynka, starając się uśmiechnąć, akurat w momencie, gdy ojciec smarował ją maścią likwidującą siniaki.
Rozległ się dzwonek do drzwi. Daniela zerwała się jak oparzona i poszła otworzyć, mijając w progu Rhondę, która postanowiła sprawdzić jak czuje się Aurora. Babcia nie zdążyła jednak nawet otworzyć ust, gdy zobaczyła, kto przyjechał.
- Oł! - wydusiła bardzo niezadowolona, patrząc na kogoś spode łba.
Później szybko odwróciła się na pięcie i usłyszeli jak wchodzi po schodach. Po chwili w pokoju pojawił się uśmiechnięty Humphrey McKinnon.
- A mamusi nadal nie przeszło - lekko podsumował Paul Sinistra.
- Jedna sylaba, cios w samo serce - zaśmiał się dziadek. - Jak się czujesz, moja perełko? Podobno miałaś jakiś wypadek...
- Spięcie z grawitacją. - Aurora ze zdumieniem stwierdziła, że noga, która prawdopodobnie była złamana przestaje boleć. - Ale już dobrze.
- Masz szczęście, że twój tata to taki zdolny uzdrowiciel. Nie każdy potrafi wyczyniać takie cuda... Pamiętam, jak byłem nastolatkiem i...
- No tak, tej historii Aurora jeszcze nie słyszała. - W progu pojawiła się Daniela. - Idę się przebrać. Niedługo przyjadą... inni goście.
Macocha wyszła, a dziadek rzucił pytające spojrzenie Paulowi Sinistrze.
- Gilderoy Lockhart przyjeżdża - odpowiedział.
- I wszystko jasne - roześmiał się pan McKinnon.
Aurora została poskładana do kupy, a po wypiciu kolejnego paskudnego eliksiru nawet przestały ją boleć poobijane części ciała. James i Dominik zorientowali się, że Daniela zamknęła się w sypialni, więc odważyli się opuścić swój pokój i zejść na dół.
Wkrótce w Llangefni pojawili się także państwo Potterowie oraz Eric Sinistra, drugi dziadek Aurory. Ojciec, wspomagany przez Jamesa oprowadził ich po nowym domu. Głównym powodem tej wycieczki było to, że Rhonda McKinnon nie zdążyła jeszcze przygotować wszystkich rzeczy na przyjęcie.
W momencie, gdy babcia obwiązywała fartuszkiem Aurorę, aby ta pomogła jej w gotowaniu, dotarła także sowa od brata dziadka Humphrey'a, że z powodu jakiegoś zamieszania w Ministerstwie Magii, o którym opowie przy najbliższej okazji, on i jego rodzina nie dadzą rady dotrzeć na przyjęcie. Ku ogromnej radości Dominika do listu dołączony był prezent - Profesjonalny Zestaw Małego Twórcy Eliksirów, który sześciolatek od dawna chciał dostać, i mnóstwo słodyczy. Czekoladowymi żabami oczywiście natychmiast zaopiekował się James.
W końcu z sypialni wyszła Daniela i mało brakowało, a Aurora by jej nie poznała. Nie dość, że była ubrana w bardzo elegancką czarną sukienkę z głębokim dekoltem, to ozdobiła ją długim sznurem pereł, a na nogi założyła buty na bardzo wysokim obcasie. Także makijaż zrobiła dużo mocniejszy niż zwykle - teraz wszyscy dowiedzieli się, po co pożyczyła wczoraj od matki czerwoną szminkę, a włosy ułożyła w misterne loki.
- I to wszystko tylko po to, aby wkurzyć jednego faceta - podsumował Paul Sinistra, wyraźnie pod wrażeniem, podając żonie rękę, aby pomóc jej zejść ze schodów.
- W dodatku faceta, którego jeszcze nie ma - roześmiał się Humphrey McKinnon. - Pamiętam, jak urodził się Dominik...
- Tato! - uciszyła go szybko Daniela.
Wszyscy trzej mężczyźni wybuchnęli śmiechem.
- Coś przede mną ukrywasz... - wykrztusił Paul Sinistra kręcąc głową. - To co? Może usiądziemy do stołu? Dominik, zaniosłeś już prezenty do swojego pokoju?
Dominik szybko skinął głową i wyciągnął rączki wyraźnie domagając się podniesienia go do góry. Paul Sinistra wziął go na barana i wraz z innymi gośćmi ruszył w stronę przygotowanego w ogrodzie stołu.
Aurora z Danielą już miały pójść za nimi, gdy rozległ się dzwonek do drzwi. Macocha lekko drgnęła i poszła otworzyć.
- Jak zawsze spóźniony - powiedziała na dzień dobry.
Lekko przesunęła się na bok, aby wpuścić przybyłych i oczom Aurory ukazał się wysoki, blondwłosy mężczyzna o krótkiej bródce, prowadzący przed sobą bardzo podobnego do siebie, na oko kilka lat starszego od Aurory, chłopca.
- Aurora, kochanie, to mój były mąż Gilderoy - przedstawiła mężczyznę Daniela. - A to jego syn. Też Gilderoy.
- Jak oryginalnie! - Dziewczynka sama była zaskoczona, że to zdanie wypłynęło z jej ust.
Mężczyzna zmierzył ją dziwnym spojrzeniem:
- Ten cięty języczek to masz po macosze, co? Mam nadzieję, że nie przejdą na ciebie inne jej wady. Szkoda by było.
- Daniela, może zaprosisz gości do stołu zanim wszystko wystygnie? - Na szczęście w drzwiach do ogrodu pojawiła się głowa Paula Sinistry i Daniela nie zdążyła odpowiedzieć. - Nie żebym miał wyrażać własne zdanie, ale Rhonda tak twierdzi.
- Pozwolicie, że nie będę was sobie przedstawiać - odcięła się natychmiast macocha. - Czułabym się dość niezręcznie.
- Paul Sinistra - ojciec natychmiast ruszył w stronę pana Lockharta z wyciągniętą ręką.
- A więc mam przyjemność z tym nieszczęśnikiem, który mnie zastąpił. Gilderoy Lockhart, miło mi. To jest mój syn z pierwszego małżeństwa. - Blondwłosy chłopiec także uścisnął rękę pana Sinistry. - Pana córkę już miałem okazję poznać. Bardzo sympatyczna panienka. Liczę, że uda mi się z panem trochę dziś porozmawiać. W końcu mamy tyle wspólnych tematów.
- Miejmy nadzieję, że nie - kwaśno podsumowała Daniela, gdy pan Lockhart wybuchnął śmiechem i ruszyła w stronę ogrodu prowadząc przed sobą Aurorę.
- Trzymaj się z daleka od jego syna - szepnęła jej do ucha, gdy znalazły się w takiej odległości, że mężczyźni nie mogli ich usłyszeć.
Niestety, życzenie Danieli nie zostało spełnione. Jedyne wolne miejsce, jakie zostało dla pana Lockharta znajdowało się dokładnie naprzeciwko Paula Sinistry. Dla kobiety pocieszające mogło być to, że Aurora też nie była zadowolona, bo obok niej został posadzony przez ojca młody Gilderoy, który bez przerwy gadał, zaś z drugiej strony miała Dominika, który wymachiwał nogami pod stołem i nieustannie ją kopał. O ile młodszemu braciszkowi była w stanie wszystko wybaczyć, Gilderoy'a miała ochotę zatkać pierwszą rzeczą, która wpadnie jej w ręce. No, ale przecież nie robi się scen przy stole urodzinowym.
Mimo dość feralnego usadzenia gości, większość obiadu upłynęła w spokoju. Wszystko jednak zaczęło się komplikować, gdy wybuchło krótkie spięcie między babcią Rhondą i dziadkiem Humphrey'em. Choć poszło tylko o użycie przez dziadka noża przy jedzeniu łososia, to ten nieistotny szczegół wywołał między małżonkami ostrą wymianę zdań. W końcu pomiędzy McKinnonów posadzony został Eric Sinistra i kryzys został zażegnany. Niestety, Aurora już widziała, że tego wieczoru bez ekscesów się nie obejdzie. A na kolejne nie trzeba było długo czekać. Siedząca obok męża, Daniela natychmiast wysyczała do pana Lockharta kilka celnie dobranych uwag, gdy ten odważył się zauważyć, że na miejscu Erica Sinistry bałby się o własne życie, jeśli między jego byłymi teściami dojdzie do jeszcze jednego spięcia. Zanim jednak pan Lockhart zdążył jej odpowiedzieć jak należy, babcia Dorea zerwała się ze swojego miejsca i zaproponowała Danieli, aby zebrać brudne talerze i przynieść deser.
- Słyszałem, że długo przebywałeś poza Wielką Brytanią - zapytał ojciec pana Lockharta, gdy kobiety wyszły, a po długim milczeniu poszczególni goście znów zaczęli ze sobą rozmawiać.
- W istocie. Reżyserowałem spektakle w Niemczech, w Hiszpanii, w Argentynie i jeszcze w kilku innych państwach. Wspaniała praca. A ile pięknych kobiet przy tym poznałem - dodał konspiracyjnie pan Lockhart.
Paul Sinistra odchylił się na krześle wyraźnie starając się sprawdzić, czy Daniela przypadkiem nie wraca. Upewniwszy się, że nie ma jej w pobliżu usiadł normalnie i znów odezwał się do pana Lockharta:
- Czyli nadrabiasz zaległości... rodzinne i dalej ruszasz w świat. Chyba ci trochę zazdroszczę.
- Niestety, na razie nie ma czego. W tym roku zostaję w kraju. W grudniu, jak tylko uda mi się urządzić w nowym mieszkaniu, zaczynam tutaj próby "Snu nocy letniej"...
BRZDĘK! Niesiona przez Danielę miska z sałatką owocową rozbiła się o płytki patio.
- U nas? - Macocha nie zwróciła najmniejszej uwagi na to co zrobiła.
- A niby gdzie? Viola, moja pierwsza żona - dodał pan Lockhart, patrząc na Paula Sinistrę - chyba by mnie wypatroszyła, gdybym odważył się pokazać u niej w operze. Z resztą, teatr daje większe możliwości.
- Gilderoy, ja ci oczy wydrapię... Ja...
Aurorze wystarczyło jedno spojrzenie na macochę, aby wiedzieć, że jest wściekła.
- To może pójdziemy się pobawić? - Zaproponowała szybko.
- Ale tak bez deseru? - James spojrzał na nią błagalnie.
- Uwierz mi, tak będzie lepiej - powiedziała szybko dziewczynka i pociągnęła kuzyna za sobą.
Razem z Dominikiem i Gilderoyem wyszli po schodach na piętro i Aurora zatrzymała się z ręką na klamce do pokoju brata, w którym od przyjazdu Rhondy sypiał także James.
- Eee... Jesteście pewni, że to dobry pomysł? - Zapytała, patrząc wymownie na Gilderoya.
- A co? Myślisz, że nasze książątko nie widziało nigdy bałaganu? Daj spokój...
James pchnął drzwi i ich oczom ukazał się pokój dokładnie w takim stanie, w jakim go sobie dziewczynka wyobrażała. Jak wszędzie gdzie mieszkał kuzyn, tak i tu, panował "artystyczny nieład".
- Podoba ci się? - James spojrzał wyzywająco na młodego Lockharta, który stojąc w progu oceniał wzrokiem stan sypialni brata. - I niby jak ja mam do ciebie mówić?
- Gilderoy.
- Chyba kpisz... Nazwę cię... Dobra, dobra... - urwał chłopiec, napotkawszy wzrok Aurory.
- Będę do ciebie mówił Gild. Twoi rodzice nie mieli pomysłu na imię? Taka kinder niespodzianka, tak?
- Nawet twoja kuzynka ujęła to taktowniej - odpowiedział Lockhart, decydując się w końcu wejść do pokoju.
Z obrzydzeniem odrzucił wiszącą na oparciu skarpetkę i usiadł na krześle przy biurku.
- James, ja już się boję, jak będzie wyglądało twoje dormitorium w Hogwarcie - powiedziała Aurora, siadając na brzegu łóżka, na którym rozwalił się James.
- O, o to się nie martw - odezwał się Gilderoy tonem znawcy. - W szkole w sypialniach sprzątają skrzaty domowe. Zawsze wszystko się poskłada...
- Chciałbym mieć skrzata - odezwał się dotąd zajęty rozpakowywaniem prezentów Dominik.
- Przecież babcia Rhonda i dziadek Humphrey mają i... - zauważyła Aurora.
- I jest stary i nic nie robi - wtrącił chłopczyk, przyglądając się majtkom w pionowe jasnozielone i szkarłatne pasy. - I na dodatek śmierdzi.
- Dominik, jak możesz...
- Kibicujesz Katapultom? - Zainteresował się nagle Gilderoy, również przyglądając się prezentowi brata. - Tata woli Chluby.
- Tak, a Dominika na pewno bardzo interesuje, kogo woli twój przemądrzały ojciec - wtrącił sarkastycznie James.
- To też jego ojciec - obruszył się nastolatek.
- Tak, i dlatego on musi lubić to samo - kuzyn aż usiadł na łóżku. - Dominik na szczęście jest normalny.
- Coś sugerujesz? - Gilderoy zawzięcie zaczął przeszukiwać kieszenie. - No nie, mama zabrała mi różdżkę.
- Pewnie ma bardziej poukładane w głowie niż ty - powiedział James.
- Przecież poza szkołą nie wolno ci używać czarów - powiedziała w tym samym momencie wystraszona Aurora. Sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli.
- Dopóki w domu są dorośli czarodzieje można - odpowiedział obrażony Gilderoy. - Ministerstwo nie może sprawdzić, kto rzucił zaklęcie. Ooo, super - nagle coś oderwało jego uwagę od Jamesa - Zestaw Młodego Twórcy Eliksirów. Zawsze to chciałem mieć, ale mama twierdzi, że to mogłoby być niebezpieczne...
- I trudno jej się dziwić. W twoich rękach... - mruknął od niechcenia kuzyn.
- A ty niby jakiej drużynie kibicujesz? - Gilderoy zaczął wykładać na podłogę różne części zestawu.
- Nietoperzom - powiedział z dumą James, wskazując na swoją czarną koszulkę z czerwonym gackiem na piersi. - Ślepy jesteś? Moja prababcia u nich grała jako szukająca. Mam autografy wszystkich graczy z lat dwudziestych. Są najlepsi, mistrzostwo ligi zdobywali już dwadzieścia razy!
- Phi - obruszył się Gilderoy. - Chluby zdobyły trofeum dwa razy w ciągu ostatnich dziesięciu lat...
- Tak, ale od dwóch lat jakoś im nie idzie - roześmiał się James. - I jak teraz zabraknie im jeszcze McCormac, to w tym roku w ogóle nie będą się liczyć.
Na szczęście w tym samym momencie drzwi do pokoju chłopców otworzyły się i stanęła w nich babcia Dorea.
- Deser czeka. Możecie już zejść na dół - powiedziała spokojnie, ignorując naburmuszone miny Jamesa i Gilderoya. - Daniela już się uspokoiła.
- Już idziemy - odpowiedziała szybko Aurora.
W zejściu do ogrodu widziała ostatnią nadzieję na zażegnanie wiszącej w powietrzu kłótni.
- Co tak siedzicie? - zaśmiała się. - Jest tort bezowy.
Babcia Dorea uśmiechnęła się i szybko opuściła pokój. James zerwał się na równe nogi:
- Bezowy? Dlaczego od razu nie powiedziałaś?! Idziemy! Gild, zbieraj się, byle szybko!
James wybiegł z pokoju i, jak to miał w zwyczaju natychmiast zjechał po poręczy na dół. Gilderoy zatrzymał się u szczytu schodów z miną, jakby się nad czymś głęboko zastanawiał. Aurora poczuła, że ktoś szarpie ją za rękaw.
- Nie daj mu zjechać, proszę cię - wydusił z siebie Dominik, gdy siostra w końcu na niego spojrzała.
- Ale...
Aurora nie zdążyła nic więcej powiedzieć. Rozległ się czyjś wysoki pisk i trzask tłuczonego szkła, a później nastąpiła seria wybuchów. Przez chwilę dziewczynka stała zdezorientowana nie wiedząc, co się dzieje. Gdy minutę później minął jej pierwszy szok pociągnęła za rękę przerażonego Dominika i niesiona złymi przeczuciami zbiegła na dół.
To co zobaczyła, przekraczało jej najśmielsze wyobrażenia. W całym pokoju unosił się szarawy dym, a tu i ówdzie dostrzegała porozrzucane części swojego szkolnego wyposażenia w różnym stopniu zniszczenia. Gilderoy siedział na szczątkach czegoś, co jeszcze niedawno było jej w pełni spakowanym kufrem. Wszystko wskazywało na to, że chłopak spadł z poręczy prosto w jego środek. Sądząc zaś po pokrywającej większość jego nogi mazi, strącił po drodze wywar, który Paul Sinistra sporządził dla Aurory kilka godzin wcześniej. Wywar ów w połączeniu ze składnikami na lekcję eliksirów w Hogwarcie, wpakowanymi do kufra dziewczynki, musiał zaowocować tymi spektakularnymi wybuchami, które mieli okazję "podziwiać" przed chwilą.
Z ogrodu zaczęli nadbiegać dorośli, z różnym stopniem strachu malującym się na bladych twarzach. Rhonda McKinnon trzymała się za serce, Eric Sinistra podtrzymywał Doreę Potter, a Daniela natychmiast rzuciła się w stronę Aurory i Dominika, aby upewnić się czy nic im się nie stało. James za to, właśnie próbował wyrwać się z objęć swojej matki.
- Z nami wszystko w porządku - powiedziała Aurora, patrząc Danieli w oczy. - My byliśmy na górze...
- Ty!... - macocha natychmiast zwróciła się do swojego ex męża.
- Daniela, nie teraz - przerwał jej Paul Sinistra, szybkim krokiem idąc w stronę młodego Gilderoya. - Nic ci się nie stało? Możesz wstać? - zwrócił się do chłopca.
Ten jednak nie był w stanie odpowiedzieć.
- Co mu jest? - zapytał pan Lockhart, wymijając Danielę. - Viola mnie zabije, jeśli nie odstawię go do domu całego i zdrowego.
- Nic mu nie będzie - powiedział uspokajająco pan Sinistra. - Zaraz doprowadzimy go do porządku. Kenneth, możesz mi pomóc zanieść go na kanapę?
Wujek Potter natychmiast odsunął się od swojej żony i podszedł do szwagra.
- Może zabiorę Beatrice i Jamesa do domu? - Rzucił za nimi dziadek Charlus, któremu nagle zaczęło się spieszyć (na pewno na myśl o sprzątaniu tego bałaganu). - Chłopak musi jutro wcześnie wstać. No i po co mają przeszkadzać?
Tymczasem Daniela ogarniała wzrokiem zdemolowany salon:
- Mógłbyś lepiej wychować swojego syna - warknęła w końcu do pana Lockharta.
- Którego? - odciął się krótko.
- To już jest bezczelność... - Oczy macochy po raz kolejny tego dnia zaczęły miotać piorunami. Najwyraźniej były mąż tak na nią działał. Nic dziwnego, że się rozstali, pomyślała Aurora.
- Córeczko, możesz mi przynieść z sypialni moją torbę? - Dobiegł ją głos ojca.
Dziewczynka rada, że ma powód, aby zejść z "linii ognia" pobiegła na górę. Gdy wróciła w salonie zaczęło się już usuwanie szkód. Paul Sinistra i Kenneth Potter byli bardzo zajęci mieszaniem jakiś składników i nacieraniem czymś wciąż zszokowanego Gilderoya. Babcia Rhonda usiłowała doczyścić i pozszywać porozrzucane wszędzie szaty szkolne Aurory, a babcia Dorea składała jej podręczniki, układając strony według kolejności i rzucając na nie jakieś sprytne zaklęcie, które sprawiało, że wyglądały jakby nikt nigdy ich nie zniszczył. Zbierający szczątki teleskopu i fiolek Dominik poinformował Aurorę, że dziadkowie Humphrey i Eric właśnie wyruszyli na ulicę Pokątną, aby odkupić jej to, czego naprawić w żaden sposób się nie da, z mocnym postanowieniem, że wyciągną z łóżek właścicieli sklepów, jeśli będzie to konieczne, a i dziadek Charlus ma do nich dołączyć, jak tylko bezpiecznie odprowadzi do domu ciocię Beatrice i Jamesa. Za to z kuchni dochodziły odgłosy wskazujące na to, że Daniela nie puściła płazem panu Lockhartowi ostatnich uwag na temat wychowania dzieci.
- Dlaczego ty się ciągle upierasz, aby utrudniać mi życie? - Zapytała Daniela podniesionym, ale w miarę spokojnym głosem.
- Ja ci utrudniam? Ała! - Pan Lockhart najwyraźniej uderzył ręką w kuchenny blat. - To przez ciebie musiałem zostawić Violę!
- Tak i to moja wina, że nie chciała do ciebie wrócić po tym jak zostawiłeś mnie! - Warknęła macocha. - Z resztą, gdybyś mi nie zrobił dziecka nie musiałabym za ciebie wychodzić...
- Raczej gdybyś ty choć trochę uważała, ja nie musiałbym się rozwodzić. I nie wmawiaj mi, że to ja ciebie zostawiłem! Sama chciałaś odejść...
- Wiesz - przerwała mu Daniela - skoro masz o mnie tak niskie mniemanie, to nie trzeba było iść do łóżka z pierwszą lepszą.
Macocha wyszła z kuchni wpadając prosto na Aurorę.
- Daniela... - w progu pojawił się pan Lockhart z miną zbitego psa.
- Swoją drogą, może kolejne dziecko wychowasz lepiej! - Daniela rzuciła w niego aktualnym egzemplarzem "Proroka Codziennego", który akurat wpadł jej w ręce. - Czytałam dzisiaj, że tym razem zrobiłeś dziecko Catrionie McCormac. Teraz pociągają cię zawodniczki quidditcha?
- Zastanów się... Przecież to stek bzdur... Z resztą wymieniają mnie jako jednego z trzech prawdopodobnych ojców - pan Lockhart z rozbawieniem przerzucał strony gazety. - Zobacz, w jakim doborowym towarzystwie się znalazłem. Tuż obok samego szefa Departamentu Przestrzegania Prawa, Alpharda Blacka i...
- A daj ty mi w końcu święty spokój - wycedziła Daniela przez zaciśnięte zęby. - Sypiaj sobie z kim chcesz i w jakim towarzystwie chcesz. Byle z daleka ode mnie.
Po tej kąśliwej uwadze Daniela zagoniła Dominika i Aurorę do łazienki i jak nigdy dopilnowała, aby porządnie wyszorowali zęby i uszy. Później, zapewne po to, aby za wcześnie nie schodzić na dół, pomogła Aurorze wymyć i wysuszyć włosy, choć dziewczynka od dawna radziła sobie z tym sama. Efekt jej zabiegów był jednak taki, że gdy ponownie zeszła na dół, z Aurorą owiniętą w ciepły szlafrok i właściwie gotową do snu, pan Lockhart akurat wychodził, wyprowadzając całkiem dobrze wyglądającego już syna.
- No to do zobaczenia w grudniu... Moja droga - rzucił ponad ramieniem Paula Sinistry do Danieli.
Ojciec zgrabnie zamaskował wybuch śmiechu, a pan Lockhart z Gilderoyem zdążył się deportować za granicą ogrodu Sinistrów, zanim macocha zdążyła pożegnać się z nim równie "serdecznie".
- To może w końcu wypijemy toast za zdrowie Dominika? - Zaproponował szybko ojciec, widząc minę swojej żony, a obie babcie wybuchnęły śmiechem na dźwięk jego niewinnego tonu.
