Witam po ponad półrocznej przerwie... Nie bijcie, dobra?;)
Rozdział VI
Weekend Severus przywitał zdecydowanie mniej radośnie niźli reszta mieszkańców Hogwartu. Obudził się z migreną tak potężną, że musiał minąć kwadrans, zanim w ogóle otworzył oczy. Zrazu podziękował Slytherinowi za umiejscowienie ślizgońskich dormitoriów w lochach. Na samą myśl o przebudzeniu się w Wieży Gryffindoru, gdzie ostre światło wlewa się przez okno i bije po oczach zaspanego człowieka, dostawał mdłości.
Lata spędzone w Hogwarcie pozwoliły mu przyzwyczaić się do półmroku i chłodu panujących w lochach, a nawet je polubić. Powiedzmy sobie szczerze: Severus nigdy nie był typem sympatyzującym z tęczowymi sceneriami. Słoneczko mówiące „dzień dobry" zza okna? Kolorowe (a ściślej mówiąc: inne niż czarne) szaty? Nie, nie i jeszcze raz nie. Severus Snape nie nosił innych szat niż czarne, a słońca wystrzegał się jak zarazy. Gdyby miał wyobrazić sobie siebie na plaży, stanąłby mu przed oczami obraz nadzwyczaj komiczny: mężczyzna w pełnym stroju, czarnym, bo jakby inaczej, z parasolką nad głową i okularami na grubo posmarowanym kremem przeciwsłonecznym nosie. Grzęznący po kostki w piachu i stroniący od uśmiechniętych od ucha do ucha ludzi w strojach kąpielowych.
Bo taki właśnie był Severus Snape.
- Wstawaj, spóźnisz się na śniadanie!
Z kolei Verus Smith miał współlokatorów, którzy troszczyli się o jego dietę. Bynajmniej nie z powodu ogromnej sympatii, jaką do niego żywili, co to to nie. Po prostu profesor Slughorn wykazał się niebywałą spostrzegawczością, zauważając, że wygląd Severusa w ciągu zaledwie miesiąca pogorszył się diametralnie. Chłopak schudł, a jego blada cera zszarzała. Dodatkowo Snape prawie w ogóle nie sypiał, noce spędzając na wertowaniu ksiąg, co odzwierciedlało się w wielkich fioletowych sińcach pod oczami.
Slughorn tak się zmartwił stanem jednego ze swoich najzdolniejszych uczniów („Verusie, chłopcze, wykończysz się mi tu zaraz, a niedługo halloweenowa impreza Klubu Ślimaka!"), że zlecił wszystkim Ślizgonom opiekę nad „dumą Domu Salazara". A że pierwszym problemem przychodzącym na myśl na widok Severusa było niedożywienie, skupili się oni na przypominaniu po dwadzieścia razy dziennie o posiłkach.
Snape oczywiście miał po dziurki w nosie ich nieszczerej troski. Zresztą szczerej też miałby. Do licha, całe to zamieszanie wokół niego nie powinno nawet mieć miejsca! Chciał nie rzucać się w oczy, przeżyć te kilka tygodni bezproblemowo i niepostrzeżenie.
Jakby zapomniał, że jego życzenia nigdy nie miały zwyczaju się spełniać. Wręcz przeciwnie; niemalże każda prośba przynosiła odwrotny skutek.
Odświeżonemu i najedzonemu Severusowi pozostawała tego dnia tylko jedna rzecz do zrobienia. Musiał jakoś przekazać Granger wiadomość. Gdyby ktoś powiedział mu wcześniej, że okaże się to niezmiernie trudnym do wykonania zadaniem, Snape prychnąłby rozbawiony. Teraz jednak, gdy dochodziło popołudnie, a wiadomość wciąż spoczywała w kieszeni jego szaty, nie było mu wesoło.
Plan miał taki: zaraz po śniadaniu niepostrzeżenie podrzuca Granger liścik, a przez resztę dnia odsypia miniony miesiąc.
Pierwotny plan zakładał nawet, że Hermiona wiadomość otrzyma już podczas śniadania, jednak sowiarnia okazała się nieczynna ze względu na jakąś epidemię szerzącą się ostatnimi czasy wśród ptactwa.
Wtedy jeszcze Severus był całkiem spokojny. Wzruszył ramionami i zazgrzytał zębami na widok zawieszki „NIECZYNNE", to wszystko. Także obyło się bez przekleństw i rwania włosów z głowy. A przynajmniej do próby znalezienia Granger.
Tak, ta mała smarkula, kiedy była potrzebna, potrafiła zniknąć jak kamfora. Oczywiście gdyby Severus akurat za skarby świata nie chciał oglądać jej zadartego nosa, nagle wypadłaby na korytarz z naręczem książek i pewnie jeszcze potknęłaby się o własne nogi, rozrzucając tym samym wszystkie niesione w rękach tomiszcza, z czego jedno, niech go piorun trzaśnie, najgrubsze, spadłoby prosto na severusowy mały palec u nogi.
Bo właśnie tak horrendalny był jego fart.
W każdym razie ubrany i umyty Severus, nie znalazłszy szczęścia w sowiarni, zszedł do Wielkiej Sali, gdzie spodziewał się nie tylko ujrzeć pannę Granger i w jakiś dyskretny sposób podrzucić jej liścik, ale również uciszyć grające marsza kiszki. Przekraczając próg Wielkiej Sali, powędrował spojrzeniem do pewnej części stołu Gryffindoru, gdzie rok w rok podczas każdego posiłku zobaczyć można było czarne kołtuny, rudą (inaczej weasleyową) grzywę oraz ciemnobrązową szopę. Jego niepomierne zdumienie na widok trzech pustych miejsc zostało uciszone przez burczenie w brzuchu. Severus marszcząc brwi i rozglądając się na wszystkie strony w poszukiwaniu panny Wiem-To-Wszystko, skierował się w stronę stołu Ślizgonów. Z pustym żołądkiem źle mu się pracowało.
W zawrotnym tempie (chciał jak najszybciej opuścić ślizgońską śmietankę towarzyską) pochłonął podwójną porcję jajecznicy, trzy tosty i hektolitr kawy, po czym, jeszcze tylko raz dokładnie zbadawszy wzrokiem każdy wolny centymetr kwadratowy Wielkiej Sali, udał się do królestwa Hermiony Granger.
Nie w smak były mu te eskapady, ale nie miał wyjścia, musiał znaleźć dziewczynę i upewnić się, że przeczyta wiadomość.
Wpadł do biblioteki jak burza i na „dzień dobry" otrzymał ostre spojrzenie madame Pince.
- Przepraszam, czy widziała pani…
Kobieta przerwała mu, przytykając palec wskazujący do swoich ust i rugając go wzrokiem. Severus westchnął. Jakże ciężko być uczniem.
Przeklinając swój los w myślach, przeszedł szybkim krokiem (bieganie było zabronione) całą bibliotekę. Gdy skończył, sapał i marzył o szklance whisky. Obejście pomieszczenia zajęło mu dwadzieścia minut, a po Granger nie było nawet śladu.
- W czymś ci pomóc? – spytała madame Pince.
Snape spojrzał na nią z wściekłością i niedowierzaniem. Teraz? Teraz?! Teraz to możesz sobie wsadzić swoją pomoc!
Zazgrzytał zębami i mamrocząc przekleństwa pod nosem, ruszył w stronę wyjścia. Zatrzymało go karcące spojrzenie madame Pince.
Severus przymknął powieki i rozmasował skronie. Sięgnął po pierwszą lepsza książkę stojącą na półce.
- Chciałbym to wypożyczyć.
- Doskonały wybór.
Poświęciwszy kolejne piętnaście cennych minut na zakładanie karty bibliotecznej („Smith… Smith… Nie wiem, jak to się stało, ale nie mam twojej karty!"), wyszedł z królestwa nieobecnej tam panny Granger z grymasem wściekłości na twarzy i Podręcznikiem psychologii hipogryfów pod pachą.
Wyszedł i stanął w miejscu, uświadamiając sobie, że nie wie, gdzie kontynuować swoje poszukiwania. Och, ile dałby teraz za tę przeklętą Mapę Huncwotów, o której krążyło tyle legend! Kiedyś w chwili złości stwierdził, że gdyby dostał ów mapę w swoje ręce, podarłby ją na drobne kawałeczki, po czym spalił je, a popioły rozsypał… nie pamiętał już gdzie. Był to na pewno jakiś akwen, zdaje się, że nawet jezioro Loch Ness, ale nie miał pewności.
Skleroza w tak młodym wieku! – zadźwięczał mu głos Dumbledore'a w głowie. Snape prychnął w odpowiedzi.
Loch Ness czy kałuża na chodniku, nieważne. Grunt, że teraz za Mapę Huncwotów Severus oddałby wszystko. A już w szczególności bezużyteczny poradnik o psychologii hipogryfów. Kto czyta takie rzeczy?
Prychnął po raz enty.
Myśl, Severusie. Myśl!
Olśnienie spłynęło na niego wraz z falą ulgi, ale również złości na samego siebie. Jak mógł być tak głupi? Pokręcił głową, nie wierząc w porażkę szarych komórek.
Gdzie może się podziewać Granger? Cóż, zważając na to, że jest Gryfonką, bardzo prawdopodobnym się wydaje, że przebywa hmm… W WIEŻY GRYFFINDORU!
Snape sprzedał sobie mentalnego Cruciatusa i pognał czym prędzej do Wieży Gryffindoru. Po drodze bardzo mile zagaił jakiegoś pierwszorocznego Gryfona i –niestety zostając zmuszonym do zastosowania kilku ślizgońskich sztuczek – pozyskał hasło. Jak zwykle bzdurne. Nie wiedzieć czemu, tylko Slytherin nie błaznował, gdy chodziło o hasła. Tak jak inne domy ograniczały się zazwyczaj do nazw słodyczy bądź bezsensownych powiedzonek nawiązujących do rzeczy jadalnych, tak Slytherin stosował hasła łacińskie, które były ściśle związane z cechami podopiecznych Domu Węża.
Oczywiście nie zawsze Gryffindor chował się za czekoladowymi żabami czy cukierkami-lukierkami. Czasami potrafił zaskoczyć jakąś finezyjną łacińską nazwą. Jednak nie tym razem.
- Sklątka w rosole – wyrzucił z siebie Snape, stanąwszy przed obliczem Grubej Damy.
Wślizgnął się do gryfońskiego pokoju wspólnego, rozglądając nerwowo. Będąc na miejscu, zaczął tracić wiarę w swój plan. Co go, na Jaja Merlina, podkusiło, żeby zaciągać się aż tu? Ślizgon w Wieży Gryffindoru to nawet bardziej niż podejrzane! I jak niby miałby jeszcze dostać się niepostrzeżenie do Granger?!
Oblizał spieczone usta. Jeszcze nie było za późno, jeszcze mógł się wycofać.
Stał w cieniu i z ulgą spostrzegł, że nikt nie zwraca na niego uwagi. Wyciągnął szyję, rozglądając się uważniej po pomieszczeniu.
Pokój wspólny Gryffindoru w najmniejszym stopniu nie przypominał ślizgońskich lochów. Był taki… ciepły. Podłogę niemal w całości pokrywały dywany, ściany udekorowane zostały przeróżnymi klamotami, od obrazów i zegarów, po złotego pantofla przyczepionego podeszwą do kamiennej powierzchni. W pomieszczeniu pełno było kanap, foteli, stołów, stoliczków, półek, półeczek, lamp, lampek… Jednym słowem bibelotów. Centralną część pokoju wspólnego stanowił kominek, w którym tlił się ogień.
Severusowi zaczęło się robić nienaturalnie gorąco i momentalnie zatęsknił za chłodem lochów. Trzeba podkreślić: funkcjonalnie urządzonych lochów. Pierwszy lepszy Gryfon zapewne stwierdziłby, że są zwyczajnie obskurne. Panna Wiem-To-Wszystko stuprocentowo użyłaby słowa „drakońskie". W innym wypadku Snape gotów był odtańczyć lambadę w wesołej kompanii Gilderoya Lockharta.
Potrząsnął głową, przywracając swoje myśli do porządku. Zaczynał czuć, że zmęczenie spowodowane niedosypianiem bardzo, ale to bardzo źle na niego wpływa. Wystarczyło spojrzeć na to, gdzie się właśnie znajduje, by wywnioskować, że z klepką Mistrza Eliksirów jest coś nie tak.
Westchnął. W pokoju wspólnym Hermiony Granger nie było. Jej zidiociałych przyjaciół również brakło. Severus rozmasował skronie. Zawsze mogła siedzieć w swoim dormitorium.
No ale przecież nie będzie tam właził, nie jest jakimś zboczeńcem! Zresztą nie miał pewności, czy teraz, kiedy jego wiek uległ zmianie, byłby w stanie przejść przez zaklęcia ochronne. Nie obowiązywały go jako nauczyciela zakazy dotyczące „niewpuszczania nie-dziewcząt na teren żeńskich dormitoriów", jednak coś mu podpowiadało, że z szesnastoletnim ciałem nie wliczał się do grona pedagogicznego.
Ponownie westchnął. Bycie nastolatkiem go wykańczało.
Otarł gromadzące się na czole kropelki potu i postanowił się zaczaić. Następnym uczniem przechodzącym przez portret Grubej Damy musiała być dziewczyna, musiała!
Severus odliczał mijające minuty z niejakim zdenerwowaniem. Im dłużej przebywał w Wieży Gryffindoru, tym większe było prawdopodobieństwo, że ktoś go zauważy.
W końcu doczekał się jakiegoś szmeru obok. Wyciągnął ręce, wciągnął siłą do pokoju wspólnego niewielką postać i przyciągnął do siebie; krzyk zdusił zakrywając usta dłonią.
- Cii… - wyszeptał, z zadowoleniem zauważając swoją ogromną przewagę fizyczną nad postacią, której szamotanina nie sprawiała mu najmniejszego problemu. – Słuchaj, nic ci się nie stanie. Musisz mi tylko w czymś pomóc.
Postać znieruchomiała.
- Dobrze. Na razie cię nie wypuszczę, ale nie bój się, dobrze? – Usłyszał ciche „yhym" i kontynuował. – Obejdziesz żeńskie dormitorium i sprawdzisz, czy nie ma tam pewnej osoby, dobrze? – Znowu potwierdzenie. – Dam ci na to trzy minuty. Przed upływem tego czasu masz tu do mnie zejść i dać znać, czy osoba jest czy nie w swoim dormitorium, dobrze?
Severus odetchnął. Chwała, że stali w cieniu. Gdyby ktokolwiek go teraz zobaczył, miałby nie lada kłopoty. Snape czy Smith, wszystko jedno. Albo posądzą go o pedofilię, albo o znęcanie. Chociaż z dwojga złego lepiej być dręczycielem.
- Słuchaj uważnie: teraz cię puszczę. Jeśli jednak wydasz z siebie najcichszy choćby dźwięk, jeśli spróbujesz szukać pomocy, pożałujesz. Zrozumiano? – Czuł, jak postać w jego ramionach kiwa głową. – W takim razie sprawdź, czy Hermiona Granger jest w swoim dormitorium. I pamiętaj, jeśli spróbujesz choćby pisnąć…
Puścił postać, a ta czym prędzej wyskoczyła z cienia i pognała na schody prowadzące do żeńskich dormitoriów. Uśmiechnął się z ulgą, widząc, że ów postać to dziewczynka. Zapewne pierwszoroczna.
Nie minęła minuta, kiedy złotowłosa dziewczynka, blada jak ściana, zbiegła po stopniach. Podeszła do niego niczym prawdziwy profesjonalista – nie oglądając się podejrzanie na boki.
Może jest jeszcze nadzieja dla Gryffindoru, pomyślał Snape.
W tamtej chwili znajdował się on w idealnej, strategicznej pozycji. Stał niewidoczny w cieniu, jednocześnie mając na oku wszystkich.
- Jest? – zapytał szeptem. Gdyby Hermiona znajdowała się w swoich kwaterach, Severus zwyczajnie wysłałby jeszcze raz złotowłosą Gryfonkę do żeńskich dormitoriów, tym razem jednak z przesyłką.
Czarownica jednak pokręciła smutno głową.
- Mogę odejść? – zapytała nieśmiało szeptem.
- Idź.
Severus zakląwszy w myślach, ulotnił się z pokoju wspólnego Gryffindoru.
Z przerażeniem zauważył, że zbliża się godzina czternasta. Nawet nie spostrzegł, gdy jego długie palce zanurzyły się w czarnych włosach i zaczęły zwyczajnie je szarpać.
Musiał się przespać. Tak, zdecydowanie potrzebował snu. Jemu się nie chciało spać, on snu potrzebował.
Ale postanowił sobie coś. A Severus Snape postanowień nie łamie. Dlatego mimo okropnego zmęczenia jeszcze raz obleciał bibliotekę i zajrzał do Wielkiej Sali. Dodatkowo przeszedł się do samej chatki Hagrida, gdzie przez okno miał nadzieję ujrzeć Trójcę. Niestety w chatce Hagrida znajdował się jedynie Hagrid i ten jego śliniący się zwierz, który zawsze na widok Severusa zaczynał szaleńczo merdać ogonem i jeszcze bardziej – o ile to w ogóle możliwe – się ślinić.
Mistrzowi Eliksirów do głowy przyszło jeszcze jedno rozwiązanie, które jednak praktycznie natychmiast skreślił. Ów rozwiązanie zakładało, że gryfońska elita wybrała się do Hogsmeade. No ale Severus dzień wcześniej dokładnie sprawdził listę McGonagall, a na niej nie figurowały nazwiska przeuroczych Gryfiątek, którym wielokrotnie miał ochotę ukręcić łby.
Na wszelki wypadek jeszcze potruchtał do gabinetu McGonagall, by dowiedzieć się o ewentualnych korektach w liście. Tam otrzymał jednak informację, że wszyscy Gryfoni zdążyli wrócić już z Hogsmeade.
- Gówno mamuta, szlag by wziął te cholerne…
- Ostatnimi czasy panna Granger dużo czasu spędzała w Skrzydle Szpitalnym z panem Potterem, który, jak wiesz, znalazł się w dość nieprzyjemnym stanie po twoich…
Jednak Severus przestał słuchać po słowach „Skrzydło Szpitalne". Z gabinetu McGonagall wypadł jak szalony.
W Skrzydle Szpitalnym nie znalazł jednak tego, czego szukał. Znalazł natomiast wstrząśniętą Poppy Pomfrey. Wstrząśniętą zdaje się z jego powodu.
- Jak ty wyglądasz, chłopcze! Słodki Merlinie, nie mdlej mi tylko! Powtarzam dyrektorowi od lat, od lat, że z nauką wiąże się ogromny stres, na który nie jesteście przygotowani! Oto, co się dzieje z dziećmi od tego wszystkiego! SUMy, OWU… ECH! Co ja się z wami mam! Jak nie ten quidditch i wszystkie kości połamane, to…
- Quidditch?! – Severus poderwał się z leżanki, na której wcześniej siłą ułożyła go pielęgniarka.
- Nie ruszaj się!
Quidditch. Jak mógł być taki głupi. Na przełomie września i października zawsze ruszały treningi.
- Nie ruszaj się, dziecko! Zaraz…
Severusa zamroczyło i upadłby, gdyby nie silne ramię pielęgniarki.
- … zemdlejesz. Właśnie to chciałam powiedzieć. Musisz dbać o siebie, chłopcze. Wykończysz się.
- Ale ja muszę…
- Prócz dbania o siebie, niczego nie musisz – ucięła dyskusję madame Pomfrey, układając Snape'a z powrotem na kozetce.
- Nie rozumiesz, muszę dostarczyć komuś list!
Pielęgniarki z oburzeniem kontemplowała dłonie, które zacisnęły się na kołnierzyku jej fartucha. Severus jakby oprzytomniał i puścił kobietę.
Potrzebował snu. Zdecydowanie.
- Do kogo ten list? – zapytała poważnie madame Pomfrey.
Zmierzył ją wzrokiem.
- Do… dziewczyny.
Kobieta prychnęła.
- Wy młodzi i te wasze idiotyczne zaloty. – Westchnęła i niespodziewanie uśmiechnęła się. – Poczekaj tu chwilę.
Zniknęła gdzieś za parawanem. Wróciła po zaledwie chwili, niosąc na rękach puchacza. Severus rozdziawił usta zdziwiony.
- No już, na co czekasz?
Potrząsnął głową i wyciągnął pogiętą kopertę z kieszeni. Sięgnął też po różdżkę, którą ostrożnie wykaligrafował „Hermiona Granger". Pomfrey wyjęła kopertę z jego rąk i nawet na nią nie patrząc, przywiązała do nóżki puchacza.
- Myślałem, że panuje epidemia – powiedział słabo, gdy puchacz opuścił Skrzydło Szpitalne.
- Sowa szkolnej pielęgniarki była pierwsza w kolejności do leczenia. – Kobieta uśmiechnęła się. – A teraz wypij to. – W dłoni trzymała szklankę jakiegoś zielonawego naparu. – I śpij. Długo.
Hermiona po raz kolejny spróbowała się ogrzać zaklęciem. Zbliżał się wieczór, a ona nie potrafiła racjonalnie sobie wytłumaczyć, czemu zawsze jest obecna na treningach quidditcha. Nawet go nie lubiła!
Miała ochotę krzyknąć: „Długo jeszcze?!", ale tego nie zrobiła. Chłopcy stwierdziliby, że marudzi. A Hermiona Granger z pewnością marudą nie była. Wręcz przeciwnie. W końcu jakoś wytrzymała tyle lat w towarzystwie Rona i Harry'ego. Czy marudziła przez ten cały czas?
Oni z pewnością przytaknęliby ochoczo. Prychnęła.
Gdy już miała wrócić do lektury Miesięcznika Doświadczonego Chemika (kiedy usłyszała tytuł padający z ust Verusa Smitha, cała się zagotowała; nie mogła okazać się gorsza od tego bufona, więc poszperała w bibliotece i znalazła jakieś stare wydanie), coś zahuczało nad jej głową. Uniosła ją, a wtem na jej kolana spadła kremowa koperta.
Zmarszczyła brwi na widok swojego nazwiska.
Przepraszam za wszelkie błędy, ale pisałam ten rozdział cały dzień i tak się napaliłam na publikację, a nad głową wisi mi test z matmy i... i... Mam nadzieję, że mi je wybaczycie, bo po prostu strasznie chciałam już to coś wstawić (i pokazać, że moje wszystkie obietnice o nieporzuceniu opowiadania były prawdziwe):)
VI rozdział zabiegany, Severus zmęczony i sfrustrowany... Chyba wzorowałam go ciut na sobie piszącej;D
Mam ogromną nadzieję, że się mimo wszystkiego, co złe (mam też nadzieję, że tego, co złe dużo nie było;D), rozdział i w ogóle opowiadanie podobają się:)
Jeju, jestem jakaś taka pobudzona wyjątkowo - chyba jednak za bardzo się cieszę, że W KOŃCU przełamałam tę barierę czy co to tam było (no wiecie, to coś, co uniemożliwia napisanie chociaż jednego zdania, mimo iż wielokrotnie się do tego podchodziło).
Jejciu, jej, dobra, koniec. Pozdrawiam wszystkich serdecznie!
