VI

- Pani komandor, proszę otworzyć. - usłyszałam niski głos dobiegający za drzwiami.

Nie miałam siły wstać z łóżka. Głowa bolała mnie niemiłosiernie.

Zamrugałam kilkakrotnie, aby przyzwyczaić wzrok do otoczenia i ciemności panującej w pomieszczeniu.

Szlag.

Przewróciłam butelkę, która roztrzaskała się na podłodze z głośnym hukiem, powodując, że dudnienie w drzwi się nasiliło.

Nie chciałam nikogo widzieć w mej samotnii. Moje problemy, moja odpowiedzialność.

Dalej będę rozpamiętywać Ashley, która zginęła przez mój pieprzony rozkaz.

Na myśl o niej poczułam wilgoć pod powiekami. Słone łzy powoli zdobiły szlak na mej poranionej twarzy.

Byłam taka bezsilna, samotna...

Nie jestem dowódcą. Jutro wycofam się z tego cholernego ratowania świata. Anderson musi znaleźć kogoś innego, kogoś, kto nie pozwoli na śmierć własnych żołnierzy.

Pogrążona w myślach nie usłyszałam jak drzwi do kajuty otworzyły się z charakterystycznym dźwiękiem. Do pomieszczenia wkroczyła postać. Nie musiałam jej rozpoznać, wiedziałam, kto zakłócił mój spokój.

- Alenko, mówiłam, że chcę zostać sama. - warknęłam na intruza.

Sama przed sobą nie odpowiedziałabym dlaczego właśnie jego uratowałam. Nie potrafiłam z nim o tym porozmawiać. Nie mogłam. Słowa nie zdołały wyjść z moich ust.

Koniec końców i tak chciałam z tym skończyć.

Zamknęłam oczy, nie zważając na Kaidana stojącego nadal nieopodal drzwi.

Nie chcę go widzieć.

Pewnie zrozumie, że potrzebuję samotności. I butelek alkoholu.

Bliskość była dla mnie niczym ogień, który wżera się w mą skórę.

Cholera.

Nie zrozumiał.

Kiedy pierwsza z łez zaczęła mimowolnie zdobić mój policzek, poczułam ogarniającą mnie bezsilność.

Nie reagowałam na otoczenie, zanim szorstka, męska dłoń nie dotknęła moich włosów w tak intymnym geście. Szloch pełen niepohamowanej rozpaczy wydobył się z mych ust.

- Cii...- pogłaskał mnie po twarzy.

Jego dotyk był kojący, niczym kołysanka, którą dawno temu śpiewali mi rodzice.

Tylko obok niego mogłam zdjąć maskę zabójczego wojownika, dowódcy Normandii i bohaterki, mającej uratować galaktykę.

Dlaczego Rada wybrała niestabilnie emocjonalną osobę, dla której śmierć przyjaciela jest najstraszliwszą karą?

Wolałabym umrzeć.

Kiedy poddałam się okrutnym wizjom, szorstka dłoń nadal dotykała moich włosów.

Mimo tego, że między mną i Kaidanem nie została wypowiedziana żadna deklaracja uczuć, to niestety pragnęłam go. Jednak nie przyznawałam się do tego, nawet sama przed sobą.

- Jane...wszystko będzie dobrze. Zobaczysz. - jeszcze nigdy nie powiedział do mnie po imieniu.

Wzdrygnęłam się.

- Nic nie jest w porządku! - wykrzyczałam przez łzy. - Ashley zginęła, bo była to moja cholerna decyzja. Nie mogłam jej uratować! Joker nie... Normandia... nie! - jąkałam się ignorując słony posmak i zaczerwienione oczy.

W mroku kajuty nie zobaczyłam żadnej reakcji Kaidana. Po prostu patrzył się na mnie.

- Powinnam być dowódcą, który nie ulega emocjom. Który jest silny i nie upija się w samotności. Dlatego muszę już... - przytulił mnie do siebie i trzymał w objęciach, dopóki moje serce nie zaczęło normalnie pracować, a łzy doszczętnie wyschły na czerwonej od płaczu twarzy.

Siedziałem wtulona w niego jak małe dziecko szukające pocieszenia w ramionach matki.

- Nie musisz nic mówić. Wiem dlaczego podjęłaś taką decyzję. - powiedział szeptem, czule. - Nie zgadzam się z tym, ale jestem wdzięczny za to, że po mnie wróciłaś.

- Kaidan, to była jedyna słuszna decyzja, aby... - nie dokończyłam, bo zostałam zagłuszona delikatnym pocałunkiem w czoło.

Byłam przekonana, że na długo pozostanie mi w pamięci -rozdzierający serce- widok umierającej Ashley, kiedy ewakuowaliśmy się Normandią. Jej słowa, które zadały mi tyle bólu i uczyniły mnie najbardziej bezsilną kobietą na świecie.

"Rozumiem, pani komandor. Nie mam żalu."

- Nie mogłem tego powiedzieć na spotkaniu załogi, ale od samego początku wiem czym się matwisz. - dodał cicho.

Wiedział o moim problemie. Był świadom tego, że decyzja, którą podjęłam odciśnie piętno w moim życiu.

Natłok myśli nie pozwolił mi dostatecznie zareagować. Męska dłoń znów objęła moją twarz, a druga przycisnęła mnie do muskularnego ciała mężczyzny.

Niechciane łzy popłynęły po mym policzku.

Kaidan trzymał mnie w ramionach. I to mi wystarczało.

Ale czy było warto?