Rozdział 6

- Internacjonalny mecz w nożną? - Jurij uniósł brew do góry, spoglądając na brata bliźniaka bez cienia zainteresowania. - Czy ci idioci nie mają nic innego do roboty niż wydurniać się w obcisłych szortach? - odłożył na bok książkę, po czym odruchowo poprawił pościel.

- Mówisz tak, bo nie strzeliłeś bramki w szkole podstawowej i obraziłeś się na cały zespół, w tym na mnie. - Nikita skrzyżował ręce na piersi. - Zamierzasz tu siedzieć cały dzień? – zlustrował go znudzonym wzrokiem.

- Oczywiście, że nie. Jeżeli będą się nawzajem zabijać to z chęcią pójdę.

- To ma być mecz integracyjny.

- A połączenie pięści z policzkiem nie jest przypadkiem integracją?

- Jurij!

- No co?

- Tam będzie człowiek, który ma zapewne dużo wspólnego z Petrem - syknął ostrzegawczo drugi Tolstoj.

Jego brat podniósł głowę i odruchowo zacisnął palce na kołdrze.

- Skąd to wiesz? – zapytał badawczo, a jego ton obniżył się mocno.

- Jest synem właściciela hotelu, a co więcej – studiował z An, a to akurat tutaj mieliśmy dostarczyć okup. To nie może być przypadek, bo tylko w Newcastle jest blisko dwadzieścia kurortów! – blondyn uderzył pięścią o otwartą dłoń. – Na dodatek poznałem kogoś, kto nam pomoże, przez przypadek zobaczył walizkę.

- Nikita – syknął Jurij. – Zamilcz.

- Ale będzie trzymał język za zębami, myślę, że mu ufam. Jest bystry jak woda w ścieku, lecz uważam, że bardzo lojalny. Mamy już mnóstwo tropów, a wszystko prowadzi do rodzeństwa, które występuje tu co drugi dzień, wieczorami.

- Nikita…

- Śpiewali piosenkę, którą Petro pokazywał mi, kiedy się spotkaliśmy w dniu jego zniknięcia! To naprawdę nie może być przypadek, to oni go porwali!

- Nikita, zamknij się! – nie wytrzymał w końcu okularnik. Jego brat umilkł i zacisnął wargi w cienką kreskę.

Brązowooki uderzył dłonią o materac, robiąc kilka głębokich wdechów.

- Mówiłem ci, żebyś dał sobie spokój! – kontynuował - Nie rozumiesz, że twoje węszenie pogorszy tylko sprawę?! Jeżeli porywacz cię rozgryzie to nie będzie czego znajdywać! - zerwał się z łóżka, po czym chwycił bliźniaka za przód koszulki. - Daj sobie spokój, chyba nie chcesz stracić go na zawsze!

- Wiesz, że szantażyści nigdy nie dotrzymują słowa! - mężczyzna złapał jego dłoń, usiłując odczepić ją od swojego ubrania.

- Dorośnij! Nie rozumiesz, że-

- O to chodzi, że ja rozumiem! To ty sprawiasz wrażenie, że nie martwisz się o Petra! Ani o nikogo, pieprzony egoisto!

Następnym, co zobaczył Nikita była drobna dłoń, a zaraz po owym widoku poczuł palący ból w prawym policzku. Ze zdziwieniem dotknął bolącego miejsca, spoglądając w przepełnione wściekłością czekoladowe oczy.

- Nigdy nie waż się tak mówić - wysyczał Jurij, pocierając mrowiące palce. - Jeżeli piśniesz jeszcze słówko, że nie obchodzi mnie życie Petra, twoje, mamy czy Anji...! - urwał na chwilę, a jego twarz wykrzywiła się nienaturalnie. - To możesz się od razu ze mną żegnać. Zresztą, jakby cię to w ogóle poruszyło.

- Teraz to ty przeginasz. – Nikita potarł delikatnie twarz. Chyba będzie siniak. – Nie chcę się kłócić, okej?!

- Litości, twoja dziecinna zabawa w detektywa może doprowadzić do śmierci nas wszystkich. – okularnik ponownie usiadł na łóżku, kładąc ręce na kolanach. Wyglądało na to, że już się trochę uspokoił, ale mimo wszystko miał pod oczami niezdrowe wypieki. – Nie zaznajamiaj się tu z nikim, jesteś czasami zbyt ufny.

- Czasami warto komuś po prostu uwierzyć.

- A on wbije ci nóż w kark.

- To naprawdę nie ta…

- Daj mi walizkę.

Fioletowooki struchlał. Otworzył lekko usta, a dłonie drgnęły mu nerwowo. Nie uszło to uwadze jego brata.

- Nikita. Daj mi walizkę - powtórzył, już nieco spokojniej. - Gdzie jest?

- Jurij, słuchaj…

- Daj. Mi. Walizkę.

Nawet nie dał rady powstrzymać prawdy, sypiącej się z jego ust, wraz z wypowiadanymi kolejno słowami. Wiedział za to, że nigdy przenigdy nie widział u Jurija tak przerażonego i bezradnego wyrazu twarzy.

Naburmuszony blondyn szybkim krokiem wyszedł z hotelu, trzymając w kieszeniach dłonie zaciśnięte w pięści. Prawie zbiegł ze schodów, podążając w kierunku boiska i kortu tenisowego. Zebrał się tam spory tłumek, w końcu międzynarodowy mecz trójkowych drużyn nie zdarzał się tu codziennie. Już z daleka wypatrzył ogniście rude włosy znajomego Chorwata.

- Hej, Alan - burknął niewyraźnie.

- Hej, Nikita! - pracownik pomachał mu żywo, przerywając na chwilę skłony. - Gdzieś ty się podziewał i co taki zmartwiony?

- Pokłóciłem się z Jurijem - westchnął, nawet na niego nie patrząc.

- Z kim? - zdziwił się rudowłosy, przekrzywiając lekko głowę.

- Moim bliźniakiem. - Rosjanin wskazał podbródkiem na sylwetkę koło Anji, która usiadła już na trybunach. - Przyjechał niedawno.

- O co poszło? - boy schylił się i poprawił podkolanówki.

- Chciał przejąć walizkę.

- O cholera...

- Strasznie się zirytował. Myślałem, że mnie zabije, kazał mi się wynosić. A wcześniej dał mi w twarz. Wciąż prosiłem, by nie mówił Anji, ale nie wiem, czy posłuchał. Zapewne nie, więc pozamiatane.

- Nie przejmuj się, na pewno jest zdenerwowany sytuacją. - Alan ponownie zawiązał korki.

- Możliwe...

- A-ha.

- Powinienem przystopować...

- A-ha.

- Jestem po prostu naiwny...

- A-ha.

- Czy ja cię denerwuję?

- Co? Nie, skąd!

- Spławiasz mnie!

- Nikita, jesteś przewrażliwiony. - Chorwat usiadł na ławce, rozprostowując nogi. - Wyluzuj i oglądaj mecz. Masz po prostu gorszy dzień...

- Może masz rację - westchnął blondyn, siadając obok. Oparł łokcie o kolana i ukrył twarz w dłoniach.

Nie mógł wymazać z pamięci drżących warg Jurija po usłyszeniu wiadomości i zaginionej walizce. Widział, że jego brat był zrozpaczony, ale oczywiście po krótkiej chwili jego oczy zwęziły się i krzyknął tak głośno, że zapewne wszystkie ptaki jak najszybciej opuściły miasto. Ze zdenerwowania chciał rzucić w niego lampką, ale powstrzymał się w ostatniej chwili i tylko kazał mu się wynosić. Rzecz jasna zrobił to bezzwłocznie.

- Byłem dzisiaj z Raúlem w domu tych muzyków.

- Prosić o autograf?

- Ta piosenka, którą śpiewał chłopak była napisana przez Petra.

- Że co? - Marković spojrzał na niego, zszokowany. - Sugerujesz, że...?

- To oni, na pewno. Wrócimy tam po meczu i zadamy im kilka pytań.

- Pójdę z wami - zadecydował szybko rudzielec.- Nieważne, że Ameba cię odprowadzał, jeżeli są niebezpieczni to zamierzam cię pilnować.

- To bardzo miłe z twojej strony, ale sam sobie poradzę.

- I co z tego?

- Czy ty jesteś zazd-

- Alan, chodź już! - usłyszeli nagle głos Luki. - Bo Andy'emu nogi od skakania w miejscu odpadną!

- Wybacz, muszę iść! - wypalił szybko mężczyzna, podnosząc z ławki. - Kibicuj!

- Będę...

Boy obejrzał się jeszcze za Rosjaninem, a następnie dołączył do swojego brata i kolegi, który faktycznie wciąż podskakiwał.

- Jak sytuacja? - spytał barmana, który uniósł palec wskazujący do góry.

- Simon, Chris i Nathan grają najpierw z Tsvetanem, Amelią i Pierrem. No wiesz, tym drugim recepcjonistą. Ptaszki będą zapewne oddawać sobie nawzajem piłkę.

- Potem my z Tâmem, Raúlem i tym młodzikiem od kuchni - dodał szybko Andreas.

- Dokładnie. Dalej spotykają się wygrani z obu meczów.

- Skoro jeden trwa dwadzieścia minut to po dziesięciu jest przerwa?

- Pewnie tak.

Po chwili głos spikera z głośników oznajmił, że pierwszy mecz rozegra się za dziesięć minut pomiędzy Austriakami, Nathanem, Christophem oraz Simonem Wolf a Bułgarami, Tsvetanem i Amelią Sokolov oraz Francuzem, Pierrotem Daquin. Zapowiadało się dość ciekawie, głównie ze względu na udział właścicieli w rozgrywkach. Tsvetan zapewnił, że jego siostra potrafi grać, a im pozostawało tylko uwierzyć.

Drużyna dwóch Chorwatów i Norwega usiadła na ławce, niedaleko od ławki czwartego zespołu. Võ pomachał im radośnie, a Raúl tylko prychnął. Młody Amerykanin obok zajęty był puszczaniem oczka Pierrowi. Najwyraźniej mieli dobre relacje…

Rosjanin natomiast z małymi trudnościami przeszedł na trybuny i stanął obok Anji.

- Kituś, wszystko w porządku? – zapytała kobieta, na chwilę przerywając grzebanie w swoim wielgachnym telefonie. – Jesteś blady.

- Nie nazywaj mnie Kituś. – odburknął blondyn, siadając obok siostry na ławce. Rzucił krótkie spojrzenie na swojego bliźniaka, który pustym wzrokiem obserwował sześcioro zawodników, wchodzących na boisko. Znaczyło to tylko jedno – nie powiedział. Cała trójka siedziała w niezręcznej ciszy, aż w końcu brunetka opuściła ich, tłumacząc się nagłą ochotą na fistaszki. Jej bracia byli na nie uczuleni. Obaj zostali sami w dość niezręcznej sytuacji.

- Słuchaj. Nie chciałem, by tak wyszło, okej? – zaczął niepewnie Nikita. – Poszedłem na chwilę na dół, a kiedy wróciłem, pokój był zdemolowany, a walizka zniknęła!

Cisza.

- Drzwi były zamknięte, nie wiem jak to się stało!
To samo.

- Błagam, odezwij się chociaż!

Nic.

- Proszę!

- Jesteśmy w miejscu publicznym. – syknął wreszcie Jurij. – Nie odpowiem ci teraz na pieprzenie o twojej naiwności.

- Przynajmniej powie…

- Oglądaj. Chyba po to tu jesteśmy.

Tolstoj umilkł i przegryzł wargę. Gardło zabolało go jeszcze mocniej.

- Dziękuję, że nie powiedziałeś Anji. – odparł tylko, po czym wbił wzrok w boisko. Starcie miało niebawem się zacząć…

Wedle oczekiwań Alana – mecz wygrali Austriacy wynikiem 5:1. Honorową bramkę wbiła Amelia, której Tsvetan jak raz pozwolił zejść ze stanowiska bramkarza. Strzelił sobie w stopę, przynajmniej zdaniem Luki, głośno komentującego każdą akcję rozgrywki. Simon i Chris naprawdę dobrze dogadywali się w polu, co tylko pogrążyło Bułgarów i Francuza. Następny mecz należał do nich. Już na wstępie spojrzenia rudowłosego i Raúla przecięły się.

- Võ Minh Tâm, George Green i Raúl Figueira kontra Andreas Larsen oraz Luka i Alan Marković! – obwieścił głos spikera, kiedy cała szóstka wyszła na boisko.

- Zgnieciemy ich? – upewnił się Luka, obserwując jak Andy zmierza w stronę bramki.

- Zgnieciemy ich! – odparł żywo jego brat. Zwrócił głowę w stronę trybun i uśmiechnął się szeroko, gdy napotkał sylwetkę Nikity.

Rosjanin pomachał mu otwartą dłonią, a obok niego Marković dostrzegł uderzająco podobnego blondyna. Z daleka nie widział koloru jego oczu, ale był stanie wywnioskować, że towarzysz Tolstoja nie mógł poszczycić się imponującym wzrostem. Odmachał fioletowookiemu, a następnie odwrócił się w stronę rywala na środku boiska. Wedle oczekiwań.

- Zmiażdżę się, rude indywiduum. – warknął nieprzyjemnie Argentyńczyk, zaciskając mocno zęby.

- Nie. To ja cię zmiażdżę, amebo.

- Iii… Gramy!

Dźwięk gwizdka przeszył ich uszy, a piłka poszła w grę.