6.

Severus był wściekły. Jak oni mogli wziąć Lupina – Lupina! – na jego miejsce? I jak ten zawszony wilkołak mógł twierdzić, że „doszli do porozumienia"? Po jego trupie! Albo po trupie Lupina! Zza zakrętu wypadł jakiś dzieciak, odbił się od niego i wylądował na ziemi.

– Ej! Uważa… – Gdy chłopak zauważył kto przed nim stoi i jaki jest wściekły, pobladł i łzy stanęły mu w oczach. – Ja… Przepraszam! Przepraszam! Nie chciałem!

– Zmiataj stąd – warknął i jego humor nieco się poprawił, gdy tamten pobiegł tak szybko, że prawie zgubił buty.

Skierował się do Biblioteki, by w dziale Eliksirów poszukać informacji dotyczących tego, co mógł spieprzyć Potter. Bo, że to była jego wina, było bezsprzeczne. Zagłębił się w jedną z ksiąg i drgnął, gdy ktoś położył mu dłoń na ramieniu. Odruchowo wyciągnął różdżkę i zdziwił się, gdy odkrył, że celuje w białą brodę dyrektora.

– Profesorze Dumbledore.

– Severusie, musimy porozmawiać w sprawie Remusa. Chodź za mną.

Odruchowo zacisnął szczęki i pięści. Zaczyna się. Kolejny wykład starego durnia o tym, jacy to oni są nieskazitelni, a on ma zbyt wybujałą wyobraźnię. Po chwili znaleźli się w gabinecie pełnym portretów byłych dyrektorów, którzy na jego widok chichotali.

– Usiądź, drogi chłopcze. Herbatki?

– Nie, dziękuję.

Dumbledore nalał sobie herbaty i wziął ciasteczko, po czym spojrzał na niego poważnie.

– Co do incydentu w sali Eliksirów…

– Lupin już nakablował?

– Nie. Wręcz przeciwnie. Stwierdził, że nie wie, o co mi chodzi. Jednak wieści szybko się rozchodzą i słyszałem od kilku czwartoklasistów, że zmieniłeś Remusa w bulwę, a potem ją pociąłeś i wrzuciłeś do kociołka. – Severus prychnął pogardliwie, po czym złapał się za usta i chciał już przepraszać, gdy starszy czarodziej podniósł dłoń. – Spokojnie. Jestem przyzwyczajony do twoich wybuchów, ale staraj się opanować. Remus jest cały i zdrowy, więc oczywiście w to nie uwierzyłem. Wiem dokładnie co się stało i chciałbym o tym porozmawiać.

– Z całym szacunkiem, profesorze, ale to nie ma sensu. Nigdy mi pan nie wierzył i nie sądzę, by to się zmieniło.

– Wręcz przeciwnie. Remus, a także Syriusz, gdy jeszcze żył, przyznali się do tego, że faktycznie byli wobec ciebie okrutni. Jest mi wstyd i muszę cię za to przeprosić.

– Teraz to tak trochę po czasie.

– Wiem i jest mi przykro. Remusowi również. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że naprawdę się pogodziliście i, jeśli mogę to tak nazwać, wytworzyliście pewną więź przyjaźni. – Uśmiechnął się widząc jego niedowierzanie. – Byłeś jego drużbą na ślubie i nawet postarałeś się nie zepsuć uroczystości. Do tego średnio raz na miesiąc spotykacie się na drinka. Jeśli mi nie wierzysz…

Podał mu zdjęcie, na którym roześmiany od ucha do ucha i ubrany w uroczyste szaty Lupin obejmował ramieniem równie eleganckiego Severusa, który przewracał oczami. Tuż przed nimi stała niska czarownica o wściekle różowych włosach w białej, ślubnej szacie.

– A to kto?

– Nimfadora Tonks.

– Córka Andromedy?

– Tak.

– Ten kolor włosów raczej nie jest naturalny.

– Nie. Droga Tonks jest metamorfomagiem.

Uśmiechnął się paskudnie na wspomnienie słów Andromedy. „Metamorfomadzy… Wszystkich bym wytępiła. Nigdy nie wiesz, czy rozmawiasz ze swoją przyjaciółką, czy też kimś, kto się pod nią podszywa.". Musiała przeżyć załamanie, gdy okazało się, że jej córka jest jednym z nich.

– Nie rozumiem, jak mogliśmy dojść do… porozumienia.

– Po pewnym czasie i wielu nieprzyjemnych przeżyciach ludzie się zmieniają. Remus stracił trójkę najlepszych przyjaciół i przeprosił cię. Sądzę, że twoja złość zmalała i zrozumiałeś, że są gorsze rzeczy, niż stanie i przyglądanie się, jak młodzi chłopcy żartują sobie z innego.

– Żartują? Żartują! Czy przez te sześć lat słyszał pan cokolwiek z tego, co mówiłem? To było prześladowanie i czysta przemoc! Tego typu rzeczy powinny być zabronione!

Severus patrzył na siedzącego przed nim mężczyznę z niedowierzaniem pomieszanym ze złością. Jak jemu łatwo było mówić te wszystkie słowa! To nie on przez rok słuchał niewybrednych dowcipów po tym, jak Potter i Black ściągnęli mu bieliznę na oczach całej szkoły!

– Mam nadzieję, że trochę się opanujesz i spróbujesz porozmawiać z Remusem. Jeśli to za wiele, to i tak wymagam od ciebie spokoju, a przynajmniej braku otwartej wrogości na lekcjach Eliksirów.

– Nie zamierzam na nie chodzić – oświadczył twardo, a na spojrzenie pełne zdziwienia odpowiedział: – Jakby nie patrzeć, owutemy już mam za sobą. Muszę poczekać, aż przywrócicie mnie do poprzedniej formy i po sprawie. Nie muszę znosić Lupina.

Dyrektor posmutniał i kiedy się odezwał, było słychać w jego głosie żal.

– Jest pewien problem… Nie wiemy co się stało z tym eliksirem. Może się okazać, że będziesz musiał po prostu jeszcze raz dorosnąć.

Pustka. W głowie Severusa, po raz pierwszy w życiu, była pustka.

– Że co proszę?

– Pan Malfoy wyczyścił salę Eliksirów i nie mamy nawet kropli tego, co cię zmieniło. Możemy jedynie się domyślać, ale żadna z prób, które przeprowadziłem, nie ma takiego efektu.

Powinien czuć się… Jak? Zły? Wystraszony? Ale nie. Był spokojny. Przecież i tak miał w planach dorosnąć, a jeśli będzie to drugi raz, to przecież tak, jakby nic się nie stało. Poprzednie życie zostaje wymazane. Nagle coś zrozumiał.

– Jeśli nie przywrócicie mi poprzedniej formy, to co z Voldemortem?

– To już nie twój problem.

Tym razem Dumbledore był stanowczy i Severus od wielu lat potrafił już rozpoznać gdzie go nie chcą. Skinął głową i po spytaniu, czy to wszystko, wyszedł. On i Lupin kolegami? Przyjaciółmi? Pfff, dobre sobie! Jeśli to ma być jego nowy start, to na pewno nie będzie go zaczynał od pogodzenia się z tym wilkołakiem. Najwyżej na lekcjach będzie zaciskał zęby i tyle.

Jak zawsze, gdy był smutny lub wściekły i nie chciał wdawać się w konflikt, ruszył do działu Historii Magii. Za jego czasów nikt nigdy tam nie wchodził i – jako że Binns wciąż uczył – nie należało się spodziewać nagłego zainteresowania przedmiotem. Usiadł oparty o jeden z regałów i z zadowoleniem zauważył, że musi mocno podkurczać nogi, żeby się zmieścić. Gdy był w pierwszej klasie, mógł swobodnie wyciągać nogi i jeszcze było miejsce. Niestety, Potter i spółka szybko odkryli jego kryjówkę.

Przymknął oczy i rozkoszował się światem, który zastał. Nie ma Blacka, Pottera, Augusta Snape'a… Żyć, nie umierać. Uśmiechnął się lekko i odetchnął głęboko. Jedynym problemem był teraz Lupin. Nie. Problemów było więcej. Voldemort, który pewnie zechce go ponownie przekabacić na swoją stronę. Potter i Weasley, którzy na pewno nie mieli w planach nic dobrego. Malfoy, którego intencje wciąż były nieznane. Granger, która zajmowała zdecydowanie za wiele miejsca w jego myślach. McGonagall, która niby była jego przyjaciółką, ale zapewne wszystko przekazuje Dumbledore'owi.

Wyciągnął do tyłu rękę i wziął pierwszą lepszą książkę. „Ustrój miasta wróżek przez wieki". Może być. Otworzył i zaczął czytać. Był już dobrze w połowie książki, która okazała się znacznie ciekawsza niż wskazywałby na to tytuł, gdy usłyszał kroki. Poderwał głowę i wyciągnął różdżkę spodziewając się ataku. Ze zdziwieniem zauważył, że celuje prosto w Granger, która wpatruje się w niego z miną, która mogła wyrażać tylko jedno: „Co ty tu, do diabła, robisz?". Szybko się opanowała i skinęła mu głową.

Snape. Co tu robisz?

– Zastanówmy się… Siedzę w Bibliotece, mam otwartą książkę… Sądzę, że wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na robienie swetra na drutach. A ty, czegoś tu szukasz?

– Szydełka – warknęła, ale po chwili zamrugała i zmieniła ton. – Przepraszam. Chciałam powiedzieć: książki i spokoju.

– Jakiejś konkretnej?

– „Ustrój miasta wróżek przez wieki".

– Wypożyczona.

– Jak to? Wczoraj sprawdzałam i… Och – powiedziała widząc książkę na jego kolanach. – Bardzo jest ci potrzebna?

– Raczej. Dość fascynująca.

– Prawda? – Szerzej otworzyła oczy i uśmiechnęła się tak, że aż musiał zmrużyć oczy. Szybko przeszła dzielącą ich przestrzeń i usiadła opierając się o drugi regał. – Nie mogę się nadziwić jak tak małe stworzenia mogły dojść do systemu demokratycznego na tysiące lat przed ludźmi! A ich gospodarka! Czytałeś już rozdział o…

– Nie przypominam sobie, bym zapraszał cię do dyskusji. – Uciął jej monolog ostrym tonem i przez chwilę poczuł się źle widząc, że oklapła, a ogień w jej oczach całkowicie zgasł.

– Och… No, tak… Zapomniałam z kim rozmawiam. – Wstała, otrzepała szatę i obróciła się na pięcie.

– Granger!

Gdy spojrzała na niego, wyraz urażenia szybko zmienił się w radość, bo książka znalazła się w jej rękach.

– Dziękuję!

– Strasznie łatwo cię zadowolić – mruknął, ale nie przejęła się tym, tylko szybko wyszła. Nawet nie zdążył odetchnąć, gdy zajrzała do niego ta Ślizgonka z twarzą mopsa. Uśmiech, którym go obdarzyła był wymuszony. Czegoś chciała.

– Tak?

– Jestem Pansy Parkinson.

Prawie się skrzywił. Znał jej ojca. Kretyn.

– I co z tego?

– Dalej jesteś po stronie Śmierciożerców, prawda?

Cóż, przynajmniej nie owijała w bawełnę. Mając na uwadze rady Malfoya, skinął głową.

– Tak.

– W ten weekend, w Hogsmeade, jest spotkanie. Dostałam rozkaz, by cię przyprowadzić. Spodoba ci się.

– Skąd ta pewność?

Usiadła koło niego, ale nie podobało mu się, że była tak blisko, więc nieco się odsunął.

– Wcześniej ci się podobało. Więc jeśli ci się nie zmieniło, to dalej będziesz zadowolony.

– To wszystko?

Zrobiła minkę „jesteś okrutny, a ja taka mała i biedna", ale nie ruszyło go to. Narcyza była w tym znacznie lepsza, ale nawet ona nie potrafiła go zmusić do reakcji. Parkinson poddała się z ciężkim westchnieniem i podniosła się.

– Jeśli mogę ci coś poradzić, to lepiej trzymaj się jak najdalej od szlamy.

– Której? Zauważyłem, że jest ich trochę.

Zaśmiała się, jakby był to wyśmienity dowcip. Nie podobała mu się. Była strasznie fałszywa i wydawało jej się, że jest Merlin-wie-kim. Cóż, z nim jej się nie uda.

– Chodzi o Granger. Podobno nie jest nawet warta przelecenia, jeśli Zabini mówi prawdę. Choć szczerze mówiąc, nie wydaje mi się, że udało mu się zaciągnąć ją do łóżka. – Puściła mu oko w ten typowo kobiecy, zapraszający do flirtu sposób. – Jeśli będziesz potrzebował dziewczyny, to po prostu daj znać. Wielokrotnie mi odmawiałeś, tłumacząc się, że jesteś nauczycielem, ale teraz to nie jest aktualne, prawda? Poza tym – mam od niej lepszą figurę.

Szczerze wątpił, by jego odmowa miała coś wspólnego z pozycją, którą zajmował. Musiałoby stać się coś naprawdę wielkiego, by aż tak zmienił mu się gust. Jednak zrozumiał, że dziewczyna jest samicą alfa w Slytherinie, więc nie wypadało robić sobie z niej wroga.

– Jeśli będę czegoś potrzebował, to dam znać.

– Słodko. To trzymaj się, przystojniaku!

Gdy tylko zniknęła skrzywił się tak, że aż go zabolały mięśnie. Długo będzie musiał to znosić? Oby nie. Parkinson była skrajnie irytująca i – niestety – uznała, że on będzie jej następnym podbojem. Cóż. Po jego trupie. I oby nie było to dosłownie.

Westchnął i podniósł się. Miał zamiar dojść do Wielkiej Sali, ale nigdy tam nie dotarł. Nagle stanął oko w oko ze szczeniakiem Pottera i Weasleyem. Sięgnął po różdżkę, ale zapomniał, że położył ją na ziemi koło siebie. Idiota. W tych nowych czasach poczuł się zbyt bezpiecznie. Był teraz bezbronny, a nie należało liczyć, że ci dwaj wezmą to pod uwagę. Wbrew temu co się mówiło o Gryffindorze, Gryfoni byli zaprzeczeniem słowa „honor". Cóż, jak zginąć, to ze stylem.

– Potter, Weasley.

Ciemnowłosy uśmiechnął się wrednie i zaczął się bawić różdżką.

– Wiesz, Snape… Nie wiem czy wiesz, ale to ty odpowiadasz za to, że nie mam rodziców.

– Nie będę udawał, że mi przykro z tego powodu, jeśli o to ci chodzi.

Weasley prychnął. Ach… Typ bodyguarda. Zupełnie jak Black.

– Harry, on nie czai. Pewnie jest z siebie cholernie zadowolony.

– Tak. Jeśli już musicie wiedzieć, to tak.

Obaj zacisnęli zęby i pięści, a on uniósł brew i jeden kącik ust. Wiedział, że w ten sposób wygląda, jakby z nich szydził, co zresztą było dokładnie tym, co zamierzał zrobić. Tak łatwo było ich wyprowadzić z równowagi, że aż było to przyjemne. Miał zamiar powiedzieć im kilka słów do słuchu, ale już nie zdążył. Trafili go klątwą, którą aż za dobrze znał. Cóż… Będzie musiał poczekać, aż ktoś go zaniesie do Skrzydła Szpitalnego i tam pani Pomfrey mu pomoże. Zrobiło mu się niedobrze na tę myśl. Nie znosił tej części.