Po wejściu do posiadłości od razu skierował się na piętro, gdzie wcześniej ukochanego zostawił, w pokoju go jednak nie znalazł. Zaczął go szukać po kolejnych pomieszczeniach, nawołując jego imię, denerwował się trochę przy tym. Nie cierpiał, kiedy Rod mu znikał z oczu, kiedy później nie mógł go znaleźć. Przez chwilę teraz nawet myślał, że Rod się celowo ukrywa, może jednak się lękał, chociaż nie miał ku temu powodu.
Przeszedł przez wszystkie pomieszczenia, jakie znał, także przez ogród. Stanął na środku korytarza i zawołał głośno jeszcze raz. Nic. Cisza. Już miał zrezygnowany wracać do pokoju dziennego, kiedy usłyszał ciche stuknięcie z drugiej strony korytarza. Dotychczas wiedział, że te pomieszczenia są pozamykane, zawsze tam jest też zgaszone światło. Strefa martwa. Nie znał tych miejsc, Rod też go zawsze prosił, by tam nie zaglądał, a on, mimo ciekawości, szanował tę decyzję. Teraz najwyraźniej musiał ją złamać.
Trzy pary drzwi, Ludwig trafił od razu na te właściwe. Pomieszczenia tego Mie można się było jednak spodziewać, było… zadziwiające. Pięć dużych kufrów, dwa regały, jedna duża szafa, to całe umeblowanie tego pokoju z białymi ścianami i parkietem na podłodze. Widział na regałach jednak nie książki, a maskotki, metalowe opakowania, specyficzne figurki. Na jednym z nich leżał także prawdziwy miecz. Do Ludwiga po kilku chwilach raptem, że to pokój wspomnień i on właśni naruszył strefę prywatności Rodericha.
Acz ten nie wydawał się tym kompletnie przejmować. Siedział na zakurzonej podłodze przy otwartym kufrze, jak nie on, w rękach obracał drewnianego ludzika, którego sznurki i krzyż do sterowania leżały nieopodal. Stara marionetka ucharakteryzowana na jakiegoś chłopca w bawarskich spodenkach i z kapelusikiem. Rod nie spojrzał w jego stronę, patrzył wciąż na zabawkę, acz wzrokiem pustym, prawie że czarnym. Dorosły mężczyzna w towarzystwie antycznych zabawek, jak niepasujący element wystroju.
- Czemu musiałeś wrócić Ty… Czemu nie ten, który mnie opuścił..?
Głos miał słaby, gardło chyba nieco podrażnione. Ludwigowi zatrzęsły się ręce, bo chociaż w emocji w tonie nie słyszał, to słowa były nazbyt jawne, Roderich nie chciał go tutaj. Blondyn przełknął ciężko ślinę, by odblokować sobie gardło i może zrzucić nieco stresu.
- Rod… Bez niego będziesz silniejszy.
Starał się mówić spokojnie i przekonywująco, jednak nie osiągał zbyt wysokich rezultatów. Mężczyzna o purpurowych oczach spojrzał na buzię marionetki, powoli pokręcił jej główką tak, by zaprzeczyła. Oparł rękę z nią o kolano, patrząc w podłogę. Działał strasznie flegmatycznie, jakby ktoś go podmienił, jakby ten wspaniały kraj został nagle... zniszczony od środka.
- Nie… To on był moją siłą.
Ludwig zebrał się w sobie i podszedł, przycupnął tuż obok niego. Rod nawet nie zareagował, siedział całkowicie zgaszony. Niemiec by pomyślał, że zachowuje się jak winne dziecko, ale przeczył temu właśnie wzrok jego ukochanego, wzrok pełen zawodu, żalu. Miał lekko napuchnięte oczy, musiał wylać już wiele łez. Ludwigowi czuł się winny, że doprowadził swojego wybranka do takiego stanu, szukał też słów otuchy, które mogłyby go podnieść na duchu, by to jakoś zrekompensować. Nie zdążył jednak nic powiedzieć, nim Rod znowu się odezwał.
- Czemu, Ludwig…. Czemu nacja nie może umrzeć..?
„Abyś nie odszedł ode mnie przez tego durnia." – odpowiedział najpierw w myśli, nie powiedział tego na głos. Musiał też wziąć głębszy oddech, aby być w ogóle zdolnym do mówienia.
- Bo dzięki niej żyją miliony ludzi, również tych, którymi się każdego dnia możemy zachwycać. Jesteśmy potrzebni.
Oczy Rodericha nie ruszyły się ani na trochę, sama jego osoba przypominała zastygły posąg, jedyną różnicą był widoczny, głęboki oddech. Nie było odpowiedzi, mężczyzna umilkł, być może nawet go nie usłyszał. Ludwig nie mógł jednak tej ciszy znieść, musiał przecież interweniować.
- Posłuchaj, to… ja wiem, trudne. Proszę. Jesteś silną osobą, musisz to w sobie znaleźć.
Czuł, że mówi kompletnie bez sensu, ale nie umiał obecnie znaleźć żadnych lepszych słów, które mógłby mu przekazać. Jak na złość jednak Rod wciąż nie odpowiadał, wciąż nie reagował. Za to znowu zaczął się bawić pacynką, jakby spodziewał się, że ona zaraz wstanie i zacznie dla niego tańczyć, a tak się nie stało.
Ostatecznie młody Beilschmidt odważył się na nieco istotniejszą deklarację.
- Wróć ze mną do Berlina.
Powoli coś wkradło się do tych ciemnych oczu, sam Rod ostrożnie też podniósł głowę i uraczył go zdumionym, choć wciąż nieprzyjaznym spojrzeniem. Ludwigowi zrobiło się chłodniej, poczuł się jakby zbudził dzikie zwierzę.
- Odebrałeś mi pełną niezależność, odebrałeś mi ukochanego… teraz chcesz targnąć na moją wolność?!
- Co ty…
Niemiec poderwał się i wycofał, kiedy tylko Rod powoli podniósł się na nogi. Zabawka spadła głucho na podłogę, sam ciemnowłosy chyba jej nie zauważył, wlepiając coraz to bardziej nienawistne spojrzenie prosto w blondyna.
- To nie tak, Rod!
- Czy ja nie kazałem Ci wyjść? – muzyk zacisnął pięści – Po coś tu wrócił!?
- Proszę Cię…
Furia zapanowała znów nad tym niższym z dwojga mężczyzn, ten większy i silniejszy zaś starał się ze wszystkich sił także się jej nie poddać, gdyż mogłoby się to skończyć tragicznie. Blondyn przyjął jednak pozycję obronną, Rod podszedł powoli, wciąż przepalając mu duszę samym spojrzeniem.
- To JA cię proszę, to jest MÓJ dom! – huknął, nagle otwierając pięści i z całej siły popychając Niemca do drzwi, aż ten się zatoczył – I NIKT nie ma prawa w nim rządzić poza MNĄ, o ile mu na to nie POZWOLĘ!
Kolejny cios już Ludwig przyjął, szybko łapiąc go za nadgarstki. Roderich wrzasnął, szarpiąc się daremnie z tego uścisku, a Niemiec jedynie mógł stać i czekać, choć coraz kolejne krzyki bolały go równie mocno. Chciał płakać, chciał uciekać, chciałby cofnąć czas i nie dopuścić nigdy do spotkania kuzyna i Maxa. Spojrzał na Roda, kiedy poczuł, że napięcie w jednej sekundzie ustało. Rod zaś też przestał się rzucać, jego twarz jednak wykrzywiał grymas cierpienia, a po policzkach popłynęły mu pierwsze z kolejnej fali łez. Całkiem popadł w płacz, stał i zanosił się kolejnymi spazmami. Wyglądał tragicznie. Ten najcenniejszy klejnot wydawał się teraz leżeć w deszczowej kałuży w niezwykle pochmurny dzień... Powoli Ludwig uwolnił dłonie Roda i sam go objął, choć ten początkowo go odpychał, ostatecznie przestał w ogólne na niego reagować. Nie odwzajemnił uścisku, nie odrzucał go, stał i chował tylko twarz w dłonie, przez które czasem przeciekały łzy. A blondyn czekał, słuchał jego nierównego oddechu i dzielnie znosił każde drżenie tego delikatnego, szczupłego, ale jakże cudownego ciała.
- Dlaczego… - Rod nagle szepnął, a Ludwig spojrzał znów na niego uważnie – Dlaczego to musiało się tak skończyć…
Oparł delikatne dłonie o tors blondyna, patrząc pusto w podłogę. Jego oddech wciąż był nierówny, pojedyncze spazmy wciąż nim targały, jednak powoli zaczynał się uspokajać. Blondyn wciąż czekał, bał się go nawet pogłaskać, trzymał go tylko w szczelnym uścisku, nie pozwalając odejść. Starał się być dla Roda oparciem, choć sam wewnętrznie czuł rozdarcie, widząc ukochanego w takim stanie. Cierpiał, bo wiedział, że nie mógł zrobić nic, co by mu ulżyło. Przecież chciał dla niego tylko szczęścia…
Wreszcie Ludwig ujął kuzyna za podbródek i ostrożnie podniósł jego twarzyczkę.
- Wróć ze mną do Berlina. – powtórzył spokojnie – Proszę…
Rod miał przekrwione, załzawione oczy i zdawał się znów wystraszony, ale tym razem nie wykrzywiła go złość. Zdawał się powoli obojętnieć.
- Dlaczego Ci na tym zależy..?
Ludwig musiał się chwilę zastanowić dobrze nad odpowiedzią, aby go znowu nie spłoszyć, aby nie dać mu kolejnego powodu do buntu. Tak, zależało mu, to prawda. Był cały wachlarz powodów, dla których chciałby mieć go tuż obok siebie, widzieć każdego dnia w pełni zdrowia i cieszyć się każdym jego utworem. Ale większości z nich nie mógł powiedzieć teraz, nie… nie czuł, żeby to był dobry moment. Później będą musieli o tym porozmawiać.
- Nie będę się martwił. Poza tym… powinieneś mieć wsparcie teraz.
Niemiec był pewny, że Rod o tym doskonale wiedział, teraz też było to widać w jego oczach. Ale coś sprawiało, że ciemnowłosy się buntował, jeżył się na ten pomysł. Potrząsnął głową, Ludwig cofnął przez to dłoń od twarzy ukochanego i obserwował, jak ciemne oczy okularnika pochmurnieją, jak ostatnie spazmy znikają, ustępując stalowemu spojrzeniu wściekłości.
- Chcesz mnie kontrolować. – warknął oschle i nagle go odepchnął, samemu odchodząc od Niemca.
Blondyn obserwował przez chwilę ciszy, jak jego kuzyn podchodzi znowu do nieszczęsnego chłopca z bliżej nieokreślonego materiału, jak ujmuje go delikatnie i wkłada do kufra, następnie przycupnąwszy przy nim, przeglądając jego zawartość.
- Nie będę zaprzeczał… - odparł Ludwig po chwili zastanowienia – Chcę Cię chronić, Rod.
Słowa zawisły w powietrzu, ciemnowłosy wydawał się nieporuszony, jakby one w ogóle do niego nie dotarły. Stare już drewno pojemnika na wspomnienia delikatnie zaskrzypiało, kiedy mężczyzna oparł się dłonią o nie, wzdychając cicho ponad całym zgromadzonym tam dobytkiem. Może i wyglądał teraz odrobinę lepiej, ale jego cudną twarz wciąż znaczyły zasychające już ślady łez, cienie pod wilgotnymi, choć wciąż cudnymi oczyma, jak i lekko napuchnięte, teraz niezbyt różowe usta. Klejnot, który został stłuczony. Ludwig nie miał pojęcia, co zrobić, by przywrócić mu radość.
- Nie potrzebuję ochroniarza. – słowa te padły nagle, tak jak gwałtownym i nagłym było zamknięcie kufra, aż resztka kurzu podniosła się w powietrze. Kilka sekund minęło, nim umysł Ludwiga wyszedł z zaskoczenia.
- Uważam, że potrzebujesz.
- I przed kim miałbyś mnie chronić?
Rod zdążył się wyprostować i spojrzeć na swego oponenta, spojrzał chłodno i z wyższością, chociaż też lekko się trząsł. Był słaby, wręcz wyczerpany, emocje być może targały nim w środku, a on nie chciał tego pokazać. Ludwig bardzo chciałby móc zajrzeć w sam środek tej burzy, zrozumieć chociaż część, a tak mógł tylko obserwować z boku i domyślać się, co czaiło się za tymi ciemnymi oczyma.
- Przed tobą samym. – odparł po kolejnej chwili zastanowienia, ale nie czuł, żeby to była dyplomatyczna odpowiedź. Te słowa były po prostu szczere, pozbawione grzecznej otoczki, czy też strachu przed wywołaniem kolejnej fali gniewu.
Być może też właśnie dlatego Rod bardziej się zdziwił, niżeli zdenerwował, przez chwilę stał nieruchomo, wyrażając czyste zaskoczenie. Ostatecznie prychnął jednak i bez słowa wyminął Niemca, krocząc w kierunku swojej sypialni, ponownie, tam też wszedł i zamknął za sobą drzwi. Ludwig zrozumiał, że powinien Rodericha pozostawić na tę chwilę samego. Szanował to. Nawet jeśli jemu samemu to nie odpowiadało.
