6.

Pandora uwielbiała moment, w którym do Wielkiej Sali wlatywały sowy. Co prawda podczas lunchu nigdy nie było ich tak wiele, jak w porze śniadania, ale nawet teraz mogła podziwiać, jak pełne gracji ptaki krążą w powietrzu, szukając adresatów listów, paczek czy gazet, by następnie zanurkować w dół i, z wprawą najwybitniejszych lotników, wylądować na odpowiednich stołach. Choć pochodziła z rodziny czystej krwi, a w Hogwarcie mieszkała już piąty rok, ten spektakl wciąż przyciągał jej uwagę i nieodmiennie ją zachwycał.
Od kilkunastu tygodni czekała na niego już nie tylko ze względu na swoją zwyczajną fascynację. Za każdym razem, kiedy usłyszała szum skrzydeł lub też ciche pohukiwanie, unosiła szybko głowę, z bijącym sercem szukając wzrokiem niewielkiej, ale charakterystycznej sóweczki kaktusowej, która zawsze robiła dokoła siebie masę rabanu. Z każdym dniem zdawała sobie sprawę, że wyczekuje jej z coraz większym podnieceniem, jej pojawienie się sprawia jej niesamowitą radość, zaś jej brak wywołuje poczucie pustki i zawodu. Tak było i teraz – pojedyncze ptaki, które odwiedziły Wielką Salę, odnalazły już poszukiwanych ludzi i przestrzeń nad głowami uczniów znów była pusta. Dziewczyna westchnęła smutno i pochyliła się nad talerzem, który stał przed nią.

Teraz, gdy próbowała sięgnąć pamięcią, nie umiała precyzyjnie określić momentu, w którym zaczęła wyczekiwać na listy od tajemniczego Enigmusa. Kiedy w pierwszym tygodniu września, podczas śniadania, po raz pierwszy wylądowała przed nią brązowo-szara sówka, była przekonana, że to pomyłka. Zwierzątko było jej kompletnie obce, jednak kiedy próbowała je spłoszyć, maleństwo podskakiwało tylko bliżej talerza, usłużnie wyciągając nóżkę, do której przywiązany był zwitek pergaminu. Zaskoczona dziewczyna odwiązała liścik, ale nawet wtedy ptak jej nie opuścił – siedział i uparcie wpatrywał się w nią złotymi oczami, jakby mówił: „no dalej, przeczytaj! Myślisz, że po co się tyle trudziłem?". Jeszcze trzy razy spytała najbliżej siedzących, czy przypadkiem sowa się nie pomyliła, choć wydawało jej się, ze zwierzę patrzy na nią oskarżycielsko i ma jej tę niewiarę bardzo za złe, zanim w końcu rozwiązała niebieską tasiemkę, którą pergamin był obwiązany.

Duże, wyraźne pismo nie przywiodło jej na myśl nikogo znajomego, było jej zupełnie obce, co tym bardziej ją zdziwiło. To nie wyglądało na żadną akcję reklamową, nie było to również zaproszenie na pokazy nowej linii szat wieczorowych – swoją drogą, Pandora nienawidziła, gdy matka podawała jej dane w swoich ukochanych sklepach i wielokrotnie błagała ją, by tego nie robiła po tym, jak któregoś dnia dostała chyba z dziesięć tego typu zaproszeń. Tekst układał się jakoś dziwnie, był postrzępiony, poszczególne linijki nierówne, niektóre kończyły się w połowie strony, inne nawet wcześniej. Dziewczyna pierwszy raz widziała coś takiego i czuła podekscytowanie, gdy wodziła wzrokiem po kolejnych literach, które układały się w słowa, a te w zdania, których sens powoli do niej docierał.

Oko moje jak malarz cię sportretowało,

Przenosząc wiernie twoją urodę na płótno

Serca; w ramę ujęło obraz moje ciało,

Dusza mu perspektywę dała absolutną.

Jeśli chcesz się zachwycić wizerunkiem własnym,

Musisz mnie wpierw przeniknąć: ów portret uroczy

W galerii mojej piersi zawisł, dokąd jasnym

Promieniem niechaj wpadną słoneczne twe oczy.

Oczy oczom przysługę oddają wzajemną:

Moje stworzyły portret – twoje w ścianie ciała

Przebijają dwa okna, by galerię ciemną

Zalać blaskiem którego nigdy nie zaznała.

Lecz oczy moje, chociaż z nich para geniuszy,

Sportretują, co widzą – nie zajrzą w głąb duszy.

Błagam o chwilę uwagi i kilka słów, choćby naskrobanych pod ławką, na kolanie. Sowa będzie czekać tak długo, aż odpowiesz lub ją przegonisz, lecz wiedz, że to drugie wbije sztylet w me serce.

Enigmus

Przeczytała treść liściku trzy razy. Nie rozumiała do końca, co kryło się za napisanymi słowami, ale dotykały one jej duszy – nie mogła oderwać od nich wzroku, czuła się porażona ich pięknem, tym, jak układały się w idealną kompozycję, jak poszczególne wyrazy doskonale się rymowały i jakie emocje z nich biły. Równocześnie czuła się onieśmielona taką wiadomością i błaganiem o odpowiedź. Aż do wieczora zastanawiała się, czy w ogóle na nią odpowiedzieć. Ze zdziwieniem odkryła, że sówka faktycznie czeka – na latała za nią, ale pojawiała się przy każdym kolejnym posiłku, a wieczorem usiadła na parapecie wieży Ravenclawu, najwyraźniej doskonale wiedząc, w którym dormitorium śpi Pandora. Taki cichy prześladowca pewnie przeraziłby dziewczynę, gdyby nie należał do królestwa zwierząt… I cóż, nie był tak uroczy. Cudaczny, niewielki a równocześnie mający coś niezwykle poważnego w oczach sprawił, że Krukonka zapragnęła się nim zaopiekować. Kiedy odpisywała na list, on grzecznie czekał na jej szafce nocnej.

- Czy twój pan wyśle cię do mnie z powrotem? – zapytała Pandora, stawiając swój podpis pod krótką odpowiedzią, w której dziękowała za tak piękne słowa, pytała o ich pochodzenie i znaczenie, a także zaznaczyła, że pragnie wiedzieć, kim jest jej tajemniczy rozmówca. Sowa przekrzywiła głowę, jakby odpowiadała „a skąd mam wiedzieć, jestem ptakiem". – No tak, masz rację.

Puszczając ją w noc nie spodziewała się, że wróci po dwóch dniach. Tym razem uprzejmie poczęstowała zwierzę kawałkiem tostu, kiedy sama rozwiązywała list, znów owinięty niebieską tasiemką. Czuła już nie tylko zdumienie, ale przede wszystkim ciekawość.

Jak w chmurkę wsiąka barwa słonecznego błysku,
Którą cienie wieczora nie bez trudu znoszą,
Tak twój uśmiech anielski najczystszą rozkoszą
Napawa chmurne myśli i duszę w ucisku;
A po twoim spojrzeniu pozostaje żywa
Boska światłość i długo w sercu się rozpływa.

Nie śmiem mówić, kim jestem, niech wystarczy Ci miano, które sam sobie nadałem – Enigmus. To, co Ci wysyłam, to poezja – klucz, którym otwiera się drzwi ludzkiej duszy. Podoba Ci się? Chciałbym zobaczyć, jak czytasz kolejne wiersze… Powiedz proszę, jakie wrażenie w Tobie wywołują, jakie uczucia budzą? Pytasz o znaczenie moich słów – będą one znaczyć to, co uznasz za słuszne, tak właśnie jest z poezją. Liryka jest niczym skomplikowana muzyka – każdy odbiera ją inaczej, każdy dostrzega w niej co innego. Opowiedz mi, jak Ty ją widzisz, proszę.
Wiem, że sama jesteś artystką, więc na pewno pojmiesz piękno i subtelność wierszy, choć może sama jeszcze nie zdajesz sobie z tego sprawy. Widziałem Twoje rysunki, są przepiękne. Byłbym najszczęśliwszy, gdybyś zechciała coś dla mnie narysować.

Enigmus

Jej zaciekawienie sięgało szczytu – absolutnie nie spodziewała się takich odpowiedzi. Pierwszy raz miała do czynienia z kimś, kto kryje swoją tożsamość, kto zasłania się… Jak to nazwał? Ach, poezją! Samo to słowo wywoływało u niej dreszcze, jakby zawierało w sobie coś nieprzyzwoitego, a równocześnie niesamowicie kuszącego. Tak nawiązała korespondencyjną znajomość z tajemniczym Enigmusem – opowiadała mu, jak rozumie wysyłane przez niego wiersze i, zgodnie z jego prośbą, dołączała narysowane przez siebie szkice. Z listu na list pisała mu coraz więcej o sobie, a on odwzajemniał się tym samym. Wciąż nie chciał jej zdradzić swojego nazwiska, ale przyznał, że skończył już szkołę i teraz zajmuje się pracą. Mimo jej usilnych namawiań, dalej nie powiedział, skąd ją zna i dlaczego właściwie do niej napisał. Do każdej wiadomości (które także z jego strony stawały się coraz dłuższe) dołączał nowy wiersz – z czasem przestały one jedynie opiewać jej urodę, a zaczęły dotykać też innych spraw, jak szczerość, przyjaźń czy tęsknota. Regularne wiadomości stały się ich rytuałem – w każdy poniedziałek i czwartek dziewczyna wypatrywała Dickensa (dalej nie rozumiała tego imienia, choć w pewnym sensie pasowało jej do nieco zakręconej sowy), a on nie spóźniał się choćby o dzień. Z tygodnia na tydzień Pandora czuła coraz mocniejszą więź z mężczyzną, którego nigdy nie widziała i – do czego ciężko było jej się przyznać – zaczynała marzyć o spotkaniu z nim.

Czasem jednak ją denerwował, jak tym ostatnim razem, blisko dwa tygodnie temu. Wciąż i wciąż ignorował jej bardziej osobiste pytania, co coraz bardziej wyprowadzało ją z równowagi – czuła, że nie traktuje jej poważnie, jakby uważał, rozmawia z nim tylko dlatego, że jest tajemniczy. Ją zaś cała ta mistyfikacja tylko irytowała, z każdym listem coraz bardziej. Otwierała się przed nim i czuła, że i on przekazuje jej w swoich wierszach i słowach swoje myśli i uczucia, a równocześnie wciąż wycofywał się, gdy pytała o jego pracę czy dom. Tamtego dnia, gdy kolejny raz nie otrzymała odpowiedzi na swoje pytanie, a zamiast tego wymijającą opowieść o kwitnących w szklarni różach, nie wytrzymała i napisała:

Nie rozumiem, dlaczego nie chcesz być ze mną szczery. Sprawia mi przykrość, gdy mnie zbywasz. Chcesz dotrzeć do mojej duszy, ale zazdrośnie strzeżesz swojej. Co ukrywasz, Enigmusie?

Pandora

Od tamtej pory nie dostała już ani jednej wiadomości. Kiedy minął pierwszy tydzień, zaczęły ją dręczyć wyrzuty sumienia, a teraz z każdym dniem było jej coraz ciężej. Tęskniła za jego humorem i pogodnym spojrzeniem na świat, za jego opowieściami o rzeczce, w której łowił pijawki i kijanki i w końcu za jego wierszami, które – choć tak różne w stylu i treści – zawsze sprawiały, że przechodziły ją dreszcze i czuła się dopuszczona do tajemnicy, którą znali tylko oni dwoje. Próbowała zająć się czymkolwiek – w końcu był to rok SUMów, miała dużo nauki, bo nauczyciele postanowili przygotować swoich uczniów jak najlepiej do zbliżających się wielkimi krokami egzaminów – ale nie potrafiła się skupić. Jej myśli wciąż biegły w stronę Enigmusa i nic nie dawało jej ukojenia. Nawet rysowanie nie sprawiało już tyle przyjemności, bo od razu przypominały jej się wszystkie prace, które mu wysłała.

- Pandoro? – Z zamyślenia wyrwał ją cichy, znajomy głos. Uniosła głowę i posłała smutny uśmiech wysokiemu Puchonowi, który pochylał się nad nią z zatroskaną miną.
- Cześć Philipie – przywitała się, po czym przesunęła na ławce, aby zrobić mu miejsce i by mógł usiąść obok niej. – Co u ciebie? Nie wyglądasz dobrze.
- Mógłby dokładnie to samo powiedzieć o tobie… Coś cię martwi?

Westchnęła, a jej uśmiech stał się odrobinę szerszy i jakby bardziej radosny. Nie udawała – sama obecność starszego o dwa lata kolegi poprawiała jej nastrój, a jego zainteresowanie sprawiało, że czuła ciepło w sercu.

- Wiesz, chyba uraziłam swojego korespondencyjnego przyjaciela – odpowiedziała, siląc się na lekki ton, ale nawet ona usłyszała żal, który pobrzmiewał w jej głosie. – Teraz trochę mi przykro, że tak ostro zareagowałam na jego dziwactwa. Może po prostu boi się nawiązywać przyjaźnie? Może jest nieśmiały?

- Od początku ci mówiłem, że to dziwaczny facet – mruknął Philip, bez pytania częstując się jej sokiem dyniowym. Przeczesał dłonią ciemne włosy, które opadały mu na czoło i kark falami. Jego okrągła twarz budziła zaufanie, choć Pandora nie pokusiłaby się o nazwanie go „poczciwym" – kwadratowe oprawki okularów dodawały mu powagi i surowości, podobnie jak przenikliwe spojrzenie intensywnie brązowych oczu. – Kto normalny wysyła listy do obcej dziewczyny, nie przedstawia się, śledzi ją…
- Teraz chyba odrobinę przesadzasz – przerwała mu ze śmiechem dziewczyna. – Nie przypominam sobie, by Enigmus kiedykolwiek mnie śledził!

- Bo przecież się nie ujawnił! – Puchon wzniósł oczy do nieba, przy okazji podkradając z talerza koleżanki herbatnik. – Ale wiedział o tobie stanowczo za dużo, nie sądzisz? Chociażby to, że rysujesz. Naprawdę cię to nie zdziwiło?

- Musieliśmy się kiedyś spotkać. – Pandora wzruszyła ramionami. – Może tak naprawdę kłamał i uczy się w Hogwarcie? Albo skończył szkołę dopiero w tamtym roku?

- Co tylko potwierdza moją teorię, że musiał cię śledzić! – Triumf w głosie Philipa był tak wyraźny, że Krukonka mogła już tylko pokręcić głową i uśmiechnąć się. Nie chciała kłócić się z chłopakiem – wiedziała, że jego upór i tak sprawi, że nie odpuści, a ona wolała być tą mądrzejszą, która ustąpi w bezsensownym sporze o nic.

- Tak czy siak… Nie odzywa się już do mnie i chyba mogę uznać, że nasza znajomość się skończyła.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu – Philip chrupał ciastka, wsuwając je jedno za drugim, zaś Pandora powoli piła sok dyniowy.

- Co tym razem masz do opisania? – odezwała się w końcu dziewczyna, nawet nie patrząc na siedzącego obok Puchona. Ten zaś zrobił skruszoną minę.

- Skąd wiesz? – zapytał, a w jego głosie dało się słyszeć wstyd. Krukonka rzuciła mu pełne czułości i pobłażania spojrzenie.

- Philipie Scamander, zawsze, kiedy tak mnie nachodzisz w trakcie lunchu, masz coś do przygotowania na opiekę nad magicznymi stworzeniami. Absolutnie za każdym razem próbujesz mnie podejść i niby to przypadkiem poprosić, aby wykonała to zadanie za ciebie.

Chłopak zaczerwienił się i wymamrotał pod nosem coś, co brzmiało jak „wcale nie" i „jestem beznadziejny".

- Nie jesteś – przerwała jego użalanie się Pandora. – Ale zupełnie nie rozumiem, po co wybrałeś opiekę na poziomie owutemów, skoro już w trzeciej klasie zdałeś sobie sprawę, że zupełnie cię ona nie interesuje.
- Wiesz, że to nie takie proste – odpowiedział jej brunet, zaciskając przy tym pięści we wściekłym geście. – Słuchaj, jeżeli nie chcesz mi pomóc, to sam to ogarnę. Albo poproszę Teda, na pewno posiedzi ze mną w bibliotece. – Gwałtownie podniósł się z miejsca, jednak nie zdążył odejść, bo dziewczyna zdecydowanie pociągnęła go za szatę. Niechętnie ponownie usiadł.

- Proszę, nie złość się. – Głos blondynki miał kojący ton, jakby zwracała się do rozzłoszczonego dziecka. – Oczywiście, że ci pomogę, nie ma problemu. Po prostu boli mnie, że się męczysz. – Uśmiechnęła się do niego i dotknęła jego dłoni w uspokajającym geście. – Opowiedz mi proszę, co takiego masz przygotować?

- Opisać pokrótce stworzenia nienadające się do hodowli… Z uzasadnieniem. – Philip miał tak zbolałą minę, jakby ktoś kazał mu przerzucać gumochłony bez rękawic.
- Cóż, to nie powinno zająć mi wiele czasu. Na za tydzień? – W odpowiedzi dziewczyna usłyszała jedynie niewyraźne mamrotanie. – Nie, błagam. Powiedz, że nie zostawiłeś sobie tego na ostatnią chwilę.
- Myślał, że da sobie radę – dobiegł ich zza pleców rozbawiony, męski głos. Edward Tonks położył rękę na ramieniu przyjaciela i wyszczerzył zęby w stronę Pandory, kiedy ta odwróciła się już do niego. – Naprawdę, starał się. Ale sama wiesz, jak go fascynują te wszystkie chimery i kwintopedy…

Philip jęknął głucho i oparł czoło o stół. Wyglądał jak wyjątkowo nieszczęśliwa i zrezygnowana kupka nieszczęść. Blond Krukonce zrobiło się go szczerze żal. Niepewnie pogładziła chłopaka po włosach, po czym delikatnie pociągnęła za zwijające się nad kołnierzykiem loczki. Od wielu już lat to był ich zwyczaj – takie ostrożne pociągnięcie nie miało sprawić bólu, a wyrwać z żałości, przywrócić do rzeczywistości. Chłopak często robił tak, kiedy jego koleżanka za bardzo odlatywała w świat ze swoich marzeń, ona zaś używała tego, jako sposobu na przywołanie go do porządku, gdy za bardzo pogrążał się w smutku.

- Na jutro? – upewniła się. – No nic, dam radę. Ale tym razem będzie bez rysunków, nie zdążę tego przygotować, przepraszam.
- Ubóstwiam cię – wyrzucił z siebie Philip, kiedy już się podniósł i spojrzał na Pandorę z najwyższym uwielbieniem. – Naprawdę, proś mnie o co zechcesz, wszystko dla ciebie zrobię. Wybawicielko moja!

- Zachowujesz się, jakbyś miał jej się za chwilę oświadczyć – zaśmiał się Ted. Mrugnął do dziewczyny, po czym pociągnął przyjaciela za ramię. – Tak w ogóle, to musimy już iść. Philip obiecał, że pójdzie ze mną na pierwsze w tym roku spotkanie klubu szachowego. Chyba nie chcesz tego przegapić, stary? – Piwne oczy błyszczały mu podnieceniem, a cała twarz aż promieniała. Najwyraźniej od dawna wyczekiwał na ten dzień.
- Nie za późno na rozpoczęcie sezonu?
- A weź mi nic nie mów! – żachnął się Puchon. – To wszystko przez to, że Eveline skończyła szkołę i trzeba było wybrać nowego kapitana.
- Nie mieliście tego robić w czerwcu? – zapytała Pandora, unosząc jasne brwi. Kompletnie zignorowała Philipa, która posłał jej błagalne spojrzenie – domyślała się, że słyszał już tę opowieść milion razy, jednak sama naprawdę była zainteresowana tą sprawą. Przez myśl przemknęło jej, że skoro jeszcze sekundę temu przysięgał, że zrobi dla niej wszystko, to równie dobrze może teraz się przemęczyć.

- Jasne, że mieliśmy! – Ted aż poczerwieniał z irytacji. – Ale durne sępy rzuciły się na to stanowisko, jakby od tego zależało ich życie! Wszyscy się kłócili, Travers zagroził, że odejdzie, ogólnie dramat powiem ci. – Pokręcił głową z dezaprobatą, najwyraźniej w głowie od nowa przeżywając wszystkie te awantury.
- Uuu… - mruknęła współczująco dziewczyna. – Ale w końcu wybraliście kogoś nowego?
- Ta… - Westchnął i potarł ręką kark. Już dawno zauważyła, że często tak robił, gdy się denerwował lub czuł niepewnie. – Kojarzysz Andromedę Black?

Philip parsknął śmiechem, przy okazji opluwając stół okruszkami. Najwyraźniej samo to pytanie było dla niego zabawne.
- Jej da się nie znać? – zapytał kpiąco. – Mam na myśli… Da się nie znać którejkolwiek z sióstr Black? Trochę się rzucają w oczy. – Przy ostatnim zdaniu wskazał brodą Narcyzę, która właśnie wchodziła do Wielkiej Sali i kierowała się w stronę stołu Slytherinu. Nie można było odmówić mu racji – wysoka blondynka, nawet po tylu latach, podczas których wszyscy zdążyli się do niej przyzwyczaić, wciąż przyciągała uwagę.

- Nigdy nie rozmawiałam z Andromedą – odpowiedziała Pandora, posyłając Philipowi zimne spojrzenie – ale mamy z Narcyzą kilka wspólnych zajęć, dziś pracowałyśmy razem i uważam, że to ciekawa dziewczyna. Wydaje mi się, że ocenianie ich tylko na podstawie tego, co się słyszy o ich rodzinie…
- Pandoro, pamiętasz Bellatrix? – Obaj Puchoni skrzywili się, kiedy Scamander wypowiedział to imię.
- Naprawdę nie wierzę, że się tak zachowujecie! – Dziewczyna podniosła głos, co nieczęsto jej się zdarzało. Teraz jednak te uprzedzenia wywoływały w niej odrazę. Oczywiście, że słyszała plotki o Blackach, ale to nie miało dla niej żadnego znaczenia. – Ludzi ocenia się po ich własnych czynach, a nie po tym, co robią ich bliscy. To naprawdę okropne, że skreślacie Andromedę tylko dlatego, że nosi takie, a nie inne, nazwisko! I zabawne, że akurat ty – spojrzała ciężko na Philipa – tak się zachowujesz! Przypominam ci, że od kilku lat piszę za ciebie wszystkie eseje i sprawozdania z zajęć! Skoro taki jesteś podobny do ojca, to powinieneś mieć choć gram jego talentu, a Merlin mi świadkiem, że nie masz nawet tego!

Kończąc zdanie już krzyczała, jednak zupełnie nie zwracała na to uwagi, podobnie jak na zdumione spojrzenia, którymi obrzucali ją siedzący najbliżej Krukoni. Po swojej przemowie wstała, zabrała z blatu gazetkę Magicznego Sklepu Wysyłkowego, którą obiecała przekazać Narcyzie i żwawym krokiem oddaliła się w stronę stołu Slytherinu. Wydawało jej się, że chłopcy wymienili jeszcze zdumione spojrzenia – najwyraźniej nie spodziewali się takiego wybuchu – a Ted powiedział pod nosem, że przecież nie wspomniał niczego złego o Andromedzie, ale nie miała zamiaru dłużej z nimi rozmawiać. Philip zbulwersował ją do głębi, a ukrywanie takich uczuć nie leżało w jej naturze. Gardziła ocenianiem po pozorach, gardziła też obecną sytuacją polityczną, kiedy to czarodzieje skakali sobie do gardeł tylko z powodu pochodzenia, czy też przekonań. Sama absolutnie nie była zainteresowana śmiesznym kultem czystości krwi, ale wiedziała, że wiele rodów czarodziejskich traktuje ten temat jako swoistą świętość. Kim była, by ich oceniać?

Miała wrażenie, że coś dręczy Narcyzę, ponieważ ta nie zauważyła nawet, kiedy Pandora stanęła tuż obok niej. Dopiero, gdy dziewczyna chrząknęła głośno i popukała ją dodatkowo w ramię, Ślizgonka uniosła głowę.
- Och, to ty… - powiedziała. Uśmiechnęła się, jednak był to uśmiech wymuszony i blady – najwyraźniej myślami była daleko.
- Przepraszam, że ci przeszkadzam. Chciałam tylko dać ci tę gazetkę… - Krukonka wyciągnęła zwiniętą w zgrabny rulonik reklamówkę sklepu. – Gdybyś nie wiedziała, co najlepiej zamówić, albo w jakiej ilości, to zawsze mogę ci doradzić.
- Dziękuję. – Tym razem jej głos nabrał ciepłego tonu, a uśmiech był szczery. – Możliwe, że skorzystam z twojej propozycji… Nigdy nie korzystałam z takich rzeczy i nie jestem pewna, czy będę wiedziała jak to wszystko działa. – Odgarnęła z twarzy kosmyk włosów, który wysunął się ze splecionego luźno warkocza. Dziewczęta patrzyły na siebie chwilę w milczeniu, najwyraźniej nie wiedząc, jak zakończyć konwersację. W końcu Narcyza odezwała się ponownie. – Em… Wszystko u ciebie w porządku?

- Co? Och, tak. – Pandora zdążyła już przez ten moment wrócić myślami do ostatniego wiersza, który wysłał jej Enigmus. Sama nie wiedziała, jak to się działo, że potrafiła tak szybko „przełączać się" między tematami, ale uważała to za swój wielki dar. Nie była pamiętliwa i rzadko kiedy jakakolwiek sytuacja złościła ją na dłużej, niż kilka minut. Teraz też sprzeczka, która przecież odbyła się zaledwie chwilę temu, przeszła już do przeszłości. – No nic, będę się już zbierać. Chciałabym jeszcze skończyć dzisiaj rysunek, a to trochę pracy…

- Oczywiście. Dziękuję ci jeszcze raz.

Zaraz po wyjściu z Wielkiej Sali Pandora zdała sobie sprawę, że brakuje jej podręcznika do numerologii. Spanikowana szybko przekalkulowała sobie w głowie, co opłaca jej się bardziej – biec do dormitorium i ryzykować spóźnienie, czy pojawić się na zajęciach punktualnie, ale nieprzygotowana. Uznała, że profesor Vector zamorduje ją gołymi rękami, jeśli pojawi się na jej zajęciach bez książki, w której przecież znajdowała się masa tablic z opisami poszczególnych konfiguracji liczbowych. Czas, który osiągnęła biegnąć aż do piątego piętra, powinien zostać jakoś zmierzony, ponieważ na pewno pobiła po drodze jakiś rekord – kto wie, czy nie olimpijski. Zwolniła dopiero na schodach, prowadzących bezpośrednio do wieży Ravenclawu – było tu wąsko i stromo, wolała więc nie ryzykować upadku, a ponadto wiele osób opuszczało akurat dormitorium i gdyby na kogoś wpadła, to oboje mogli się toczyć aż do samego dołu.

Kiedy w końcu stanęła przed solidnie wyglądającymi, drewnianymi drzwiami, czuła, jak wali jej serce. Co prawda była przyzwyczajona do wspinania się codziennie (a czasem i kilka razy w ciągu jednego dnia) na wieżę, ale nigdy nie robiła tego w takim tempie i teraz uda paliły ją żywym ogniem. Nie miała jednak czasu na rozczulanie się nad sobą. Starając się oddychać głęboko, zastukała do drzwi ciężką kołatką w kształcie orła z rozpostartymi skrzydłami.

- Co występuje raz w minucie, dwa razy w momencie i ani razu w godzinie? – Melodyjny głos popłynął z otwartego, orlego dzioba. Pandora spojrzała na kołatkę z nienawiścią – zawsze, ale to absolutnie zawsze, musiała trafić na jakąś głupią, nową zagadkę. Do tego wykuty z metalu ptak był nieugięty – nie dało się go ubłagać, przekupić – w sumie czym można by było przekupić kołatkę? – czy też zastraszyć. Jedynym sposobem na dostanie się do domu, było odpowiedzenie na pytanie.
- M? – odpowiedziała dziewczyna niepewnie, po tym, jak straciła kilkadziesiąt cennych sekund na przemyślenie odpowiedzi.
- Mmmm, zgadza się – odpowiedziała jej kołatka, po czym drzwi po prostu się otworzyły. Krukonka żachnęła się w myślach – przedmiot ten znany był wśród mieszkańców jej domu z niezbyt udanych żartów, które zazwyczaj dało się przeżyć, ale w sytuacjach, kiedy człowiek się spieszył lub był zdenerwowany, irytowały niemożliwie.

O tej porze nikt nie siedział w wygodnych, obitych brązowym materiałem fotelach, nikt też nie przeglądał zawartości licznych biblioteczek, poustawianych pod ścianą. Pokój Wspólny wyglądał przez to nienaturalnie, ale Pandora nie miała czasu napawać się tą zmianą – przebiegła jedynie szybko po upstrzonym gwiazdami dywanie i wpadła na schody, wiodące do dormitorium. Cieszyła się bardzo, że z każdym rokiem musiała się krócej wspinać, bowiem w jej domu panowała zasada, że im niżej położone było dormitorium, tym wyższej klasie przysługiwało. Teraz więc względnie szybko dostała się do swojego. Od razu po wejściu uderzył w nią powiew zimnego powietrza – któraś z dziewczyn zostawiła otwarte na oścież okno. Ogarnęła wzrokiem trzy łóżka, które stały równolegle do siebie po jednej stronie pokoju, po czym podbiegła do tego środkowego – co roku zajmowała właśnie to. Oczywiście, podręcznik leżał na materacu przykrytym kołdrą – musiała go niechcący nakryć, kiedy rano zbierała się do wyjścia i wrzucała rzeczy do torby. Zerknęła na zegarek – do zajęć zostały jej trzy minuty i nie było szans, żeby zdążyła na czas, jednak miała nadzieję, że trasa w dół pójdzie jej szybciej.

Dopiero teraz, po tym, jak zarzuciła torbę na ramię, podeszła do okna, by je zamknąć – kto wie, czy po południu nie zacznie padać, a wtedy wiatr mógłby zawiać wszystko do środka i miałyby tu małą powódź. O mały włos nie nadepnęłaby na zwitek pergaminu przewiązany błękitną wstążką, leżący zaraz pod oknem. Zmarszczyła brwi i uklękła, by wziąć go do ręki. Serce zabiło jej mocniej – może Dickens się spóźnił, może chciał ją odnaleźć w dormitorium, a ponieważ już jej nie było, zostawił wiadomość? W tamtej chwili zapomniała o numerologii i gniewie profesor Vector – wpatrywała się w pergamin, wodziła palcami po tasiemce i raz po raz łapała ją, po czym puszczała, nie mogąc się zdecydować, czy powinna otworzyć list.

W końcu nie wytrzymała – z ciekawości, ale też nadziei, która przeniknęła ją do głębi. Drążącymi dłońmi rozwinęła rulonik i aż wstrzymała oddech na widok tak dobrze znanego jej charakteru pisma. Na kolana wypadły jej trzy fioletowe hiacynty, wciąż jeszcze świeże.

Przebacz mi, proszę. Nie chcę Cię okłamywać, nie chcę zwodzić. Pragnę, byś mnie poznała naprawdę, imię nie ma tu znaczenia. Wszystko, co Ci piszę, jest szczere i prawdziwe. Wiem, że nie przywykłaś do takiego zachowania – jesteś tak świeża i piękna, otwarta na świat i wszystkie wyzwania, jakie Cię spotykają. Ja jeszcze chyba nie odnalazłem do końca siebie. Czuję, że mi się to uda z Twoją pomocą. Proszę Cię o wybaczenie i jeszcze odrobinę cierpliwości.

Twój Enigmus

Odetchnęła głęboko, odkładając list na ziemię. Nie gniewał się na nią, ba! To on ją błagał o wybaczenie! Być może powinna zerwać tę znajomość, uznać ją za zbyt dziwną czy niebezpieczną, tak, jak radził jej dziś Philip, a jednak… Te dwa tygodnie bez jego wiadomości uzmysłowiły jej, że bardzo się przywiązała do Enigmusa. Kimkolwiek był, rozumiał ją jak nikt inny. Doceniał jej pomysły i przemyślenia. Odpisywał na każdy, najdłuższy nawet list. Kiedy opowiadała mu o swoich marzeniach, związanych z tworzeniem zaklęć i eliksirów, nie wyśmiewał jej, jak robili to jej rodzice, wciąż przekonani, że córka przejmie po nich sklep z magiczną biżuterią. Przesunęła bezwiednie palcem po jego podpisie, a następnie podniosła do nosa słodko pachnące hiacynty. Nawet w ten sposób ją przepraszał, pamiętając, że zna doskonale mowę kwiatów…

W tamtym momencie dotarło do niej, że nie jest w stanie zerwać tej znajomości, nieważne, jak dziwna się wydawała. Tak, poczeka, nie będzie naciskać. Wierzyła, że któregoś dnia pozna Enigmusa osobiście, ale postanowiła, że do tego czasu będzie cierpliwa. Na dobrą sprawę, dlaczego miałaby się spieszyć? Był świetnym przyjacielem, czy potrzebne jej było do szczęścia jego imię?