W drodze do Hogwartu
— Co to takiego? Słyszycie? — zapytał nagle Ron. Zamilkliśmy, nasłuchując. Skądś wydobywał się cichy gwizd. Po chwili Ron stwierdził, że dźwięk wydobywał się z kufra Harry'ego, chwilę w nim pogrzebał i wyciągnął coś, co przypominało miniaturowego szklanego bąka do zabawy.
— Czy to jest fałszoskop? — zapytała zaintrygowana Hermiona. Wstała, żeby się lepiej przyjrzeć.
— Taak… ale wiesz… nic nadzwyczajnego, bardzo tani — odpowiedział Ron. — Zaczął wirować, kiedy przywiązywałem go Errolowi do nóżki, żeby wysłać Harry'emu.
— A robiłeś wówczas coś nieuczciwego?
— Skąd! No… chyba nie powinienem użyć do tego Errola. Wiesz, że nie najlepiej znosi długie dystanse… Ale niby jak miałem przesłać Harry'emu prezent?
— Wsadź go z powrotem do kufra — powiedział Harry, gdy fałszoskop zagwizdał przeraźliwie — bo on może się obudzić.
Wszyscy spojrzeliśmy na profesora Lupina. Ron wsadził fałszoskop do pary wyjątkowo ohydnych skarpetek, co stłumiło gwizd, a potem zamknął wieko kufra.
Ron zaproponował, że w Hogsmeade można oddać go do sprawdzenia, po czym zaczęli z Hermioną i Latiką rozmawiać, co ciekawego jest w wiosce. Harry przysłuchiwał się rozmowie, ale nie powiedział ani słowa.
— Fajnie by było urwać się ze szkoły i zwiedzić to Hogsmeade, co?
— Pewnie tak — powiedział Harry, wzdychając ciężko. — Będziecie mi musieli opowiedzieć, jak sami zobaczycie.
— Bo co? — zapytał Ron.
— Bo ja nie mogę. Dursleyowie nie podpisali mi pozwolenia, a Knot też nie chciał.
Latika przyglądała się mu z zainteresowaniem. Trójka nie zwracała na nią uwagi. Właściwie na mnie też nie.
— Nie masz pozwolenia? Ale przecież… Daj spokój, Harry… McGonagall na pewno da ci glejt…
Harry roześmiał się ponuro.
— …możemy też skorzystać z pomocy Freda i George'a, znają każde tajne wyjście ze szkoły…
— Ron! — przerwała mu ostro Hermiona. — Przecież Harry nie może opuścić potajemnie szkoły, dopóki Black jest na wolności…
— No właśnie, to samo powiedziałaby McGonagall, gdybym ją poprosił o pozwolenie — powiedział z goryczą Harry.
Latika spojrzała na mnie pytająco, ale pokręciłam głową. Milczałyśmy. Właściwie powinnam była im przerwać, ale zaintrygowało mnie, że Latika nie zdziwiła się na wzmiankę o Blacku. Właściwie denerwowało mnie, że wszyscy nazywali go Blackiem, ale z drugiej strony nie powinnam się dziwić. W końcu wszyscy myśleli, że to z jego winy nie żyją Potterowie, więc nazywać go Potterem byłoby trochę nie na miejscu.
— Ale gdyby był z nami, Black by się nie ośmielił…
— Och, Ron, przestań wygadywać głupstwa — prychnęła Hermiona. — Black zamordował już tuzin ludzi, i to w biały dzień, na ruchliwej ulicy. Czy ty naprawdę myślisz, że jak nas zobaczy, to się przestraszy i zrezygnuje z zaatakowania Harry'ego?
Byłam pewna, że na pewno by nie zrezygnował, tylko kto inny byłby celem ataku.
Podczas dyskusji Hermiona bawiła się rzemykami koszyka i Krzywołap wyskoczył prosto na kolana Rona. Parszywek w jego kieszeni zadrżał, a on sam ze złością zrzucił kota z kolan.
— Ron, jak śmiesz! — zezłościła się Hermiona. Ron chciał coś odpowiedzieć, ale profesor Lupin się poruszył. Zamarliśmy, obserwując go z napięciem, ale ten tylko zmienił pozycję i dalej spał.
Po chwili milczenia odezwała się Latika.
— A więc wiesz — zwróciła się do Harry'ego. — Że Black podobno ciebie szuka.
Harry skinął głową.
— A ty skąd o tym wiesz? — zapytał Ron.
— Przypadkowo usłyszałam, jak tata rozmawiał o tym z kolegą z pracy — wzruszyła ramionami.
— Kto jeszcze wie? — zapytała Hermiona.
— Nie wiem. Ja nikomu o tym nie mówiłam. Ale chyba nie ma się czym martwić. Znaczy się… Hogwart ma zwiększoną ochronę, pewnie złapią go prędzej czy później.
Miałam nadzieję, że zmienią w końcu temat. Ku mojej radości pojawiła się czarownica z wózkiem.
Hermiona próbowała obudzić profesora Lupina, ale czarownica powiedziała, że jak się obudzi, to ją znajdzie z przodu, przy lokomotywie. Przez chwilę go obserwowaliśmy, jak śpi i zajadaliśmy się kociołkowymi pieguskami.
.
Podróż mijała spokojnie, ale po południu mieliśmy nieprzyjemne odwiedziny. W drzwiach przedziału stanęła dziewczyna, którą widziałam na peronie. Latika przestała się uśmiechać, gdy tylko ją zobaczyła.
— Czego chcesz? — mruknęła.
— Zapomniałaś zabrać kanapek przygotowanych przez mamę! — powiedziała Claudia ze sztucznym uśmiechem na twarzy, podając siostrze paczkę. Mogłam się jej przyjrzeć i zdumiało mnie, że dziewczyny różnił tylko kolor włosów, poza tym były identyczne.
— Chciałaś powiedzieć: przez skrzata domowego — zauważyła Latika, odbierając paczkę.
— Nie przedstawisz mnie swoim znajomym? — zapytała Claudia, otwierając szeroko oczy. Uśmiechnęła się do nas, widocznie chcąc wywrzeć na nas jak najlepsze wrażenie. Niestety wydawała się tak sztuczna, jak wredne dziewczyny z młodzieżowych filmów albo książek, które pochłaniała Lindsay. — Jestem Claudia, siostra Latiki. Podejrzewałam, że powiedziała już wam, że przeniosłyśmy się z Francji.
Skinęliśmy głową, a Hermiona przestawiła nas po kolei. Chociaż Claudia starała się nie pokazać, jak bardzo cieszy się, że poznała mnie i Harry'ego, każde z nas zauważyło błysk radości w jej oczach. Trochę mnie to przeraziło.
W drzwiach pojawiły się kolejne osoby.
— No proszę, kogo tu mamy — powiedział Draco do Vincenta i Gregory'ego. — Nasze papużki-nierozłączki, Pękala i Mądrala.
Chłopcy się roześmiali, a Claudia rzuciła mu wściekłe spojrzenie.
— Weasley, słyszałem, że tego lata twój ojciec w końcu przyniósł do domu trochę złota. Czy twoja matka przeżyła taki szok?
Ron zerwał się tak gwałtownie, że strącił koszyk Krzywołapa. Stanęłam, żeby powstrzymać go przed rzuceniem się na blondyna. Harry zrobił to samo. W tym momencie profesor Lupin zachrapał przez sen.
— A to kto? — zapytał Draco, cofając się o krok.
— Nowy nauczyciel — odpowiedziałam. — Mówiłeś coś, Malfoy? — Dodałam, wkładając w wypowiedzenie jego nazwiska jak najwięcej negatywnych uczuć, które do niego czułam: złość, urazę, rozczarowanie. Draco tylko zmrużył oczy.
— Spadamy — mruknął do Vincenta i Gregory'ego. — No chodź! — powiedział do Claudii, która nadal stała na środku i nie wiedziała, co zrobić. W końcu posłała nam coś w rodzaju przepraszającego uśmiechu i poszła za nimi.
— W tym roku nie zamierzam znosić obelg Malfoya — oświadczył Ron. — Nie żartuję. Jeśli jeszcze raz obrazi moją rodzinę, złapię go za ten przylizany łeb i…
Machnął groźnie ręką w powietrzu.
— Ron — szepnęła Hermiona, wskazując na profesora Lupina — uważaj…
Zapadła cisza.
— Dla Claudii to musi być szok — mruknęła złośliwie Latika. Spojrzeliśmy na nią zaskoczeni. — Od tygodni planuje, że zaprzyjaźni się z cudowną, wspaniałą, utalentowaną Isabellą Potter — starała się naśladować zachwyt siostry. — Była pewna, że Draco jej to ułatwi, w zeszłe wakacje się widzieliśmy i wspomniał, że się przyjaźnicie — dodała i spojrzała na mnie. — Okłamał nas?
— Nie — odpowiedziałam. — Wtedy jeszcze się przyjaźniliśmy. Najwyraźniej zapomniał wam teraz wspomnieć, że to minęło. — Dodałam z ironią.
— Co się stało, że przestaliście? — zapytała od razu, ale szybko się zreflektowała. Zaczerwieniła się i przeprosiła.
— Nie przepraszaj — powiedziałam szybko. — Poszło o to, że nie potrafił dotrzymać tajemnicy.
Latika o nic więcej nie pytała i temat się urwał. Po chwili zaczęliśmy opowiadać jej, jak wygląda Hogwart, a ona opowiadała nam o Beauxbatons.
.
Czas mijał. Za oknami robiło się coraz ciemniej, a deszcz, który towarzyszył nam od południa, zacinał coraz mocniej. Profesor Lupin nadal spał.
— Chyba już dojeżdżamy — powiedział Ron, starając się dojrzeć cokolwiek przez okno.
Zaledwie to powiedział, pociąg zaczął zwalniać.
— No, nareszcie — Ron wstał i podszedł ostrożnie do okna. — Konam z głodu. Chciałbym już być na uczcie…
— Trochę za wcześnie — powiedziała Hermiona, patrząc na zegarek.
— Więc dlaczego stajemy?
Pociąg zwalniał coraz bardziej, aż w końcu zatrzymał się tak raptownie, że bagaże pospadały z półek. Harry wyjrzał przez drzwi, a ja spojrzałam na pogrążonego we śnie Lupina. Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, pogasły światła. Było tak ciemno, że nie byłam w stanie zobaczyć własnych rąk.
— Co jest grane? — zapytał Ron.
— Auu! — krzyknęła Hermiona. — Ron, to moja stopa!
— Może coś się zepsuło?
— Nie mam pojęcia…
Stanęłam na siedzeniu, po omacku szukając mojego kufra. Potrzebowałam różdżki, dlaczego nie trzymałam jej przy sobie, tylko schowałam? Potrzebowaliśmy światła, a ja nadal nie opanowałam rzucania najprostszych zaklęć bez różdżki. Może dlatego, że skupiałam się na nauce innych umiejętności?
— Coś się porusza — powiedział Ron. — Chyba ktoś wsiada…
Udało mi się otworzyć kufer, byłam pewna, że to był mój. Wyczuwałam znajome przedmioty, ale nadal nie trafiłam palcami na moją różdżkę.
Drzwi przedziału się otworzyły.
— Przepraszam… może wiecie, co się dzieje? — Usłyszałam głos Neville'a. Wywołało się małe zamieszanie, bo Neville usiadł na kocie. W końcu Hermiona oświadczyła, że pójdzie do maszynisty zapytać, co to wszystko znaczy, ale w drzwiach natknęła się na Ginny.
— Cholerna różdżka — mruknęłam z wściekłością. Nadal nie mogłam jej znaleźć, a za mną było coraz większe zamieszanie.
— Spokój! — zabrzmiał ochrypły głos. Wszyscy zamilkli, a ja znieruchomiałam.
Rozległ się cichy trzask i przedział wypełniło słabe, rozdygotane światło. Profesor Lupin trzymał w dłoni garść płomyków. Zanim powiedział, że mamy się nie ruszać z miejsc, pomyślałam, że muszę się tego nauczyć.
Drzwi do przedziału rozsunęły się powoli. Drżący blask płomieni oświetlił wysoką postać w ciemnej pelerynie. Jeszcze zanim wzięła długi, świszczący oddech, rozpoznałam dementora. Zachwiałam się. Zrobiło mi się bardzo zimno i ostrożnie, dygocąc na całym ciele, usiadłam. Każde z nas było w kiepskim stanie, ale nagle Harry cały zesztywniał, upadł na podłogę i zaczął się trząść, jakby dostał jakiegoś ataku. Przeraziło mnie to, ale nie wiedziałam, jak mogłabym mu pomóc. Bałam się, że jeśli ruszę się choćby o cal, sama zemdleję.
Na szczęście profesor Lupin nie wahał się ani chwili i podszedł do dementora. Wyciągnął różdżkę i powiedział:
— Nikt tu nie ukrywa Blacka pod płaszczem. Odejdź.
Dementor nie ruszał się z miejsca. Nauczyciel mruknął i coś srebrnego wystrzeliło z jego różdżki, a strażnik Azkabanu się odwrócił i zniknął. Od razu poczułam się lepiej, mogłam się poruszać. Podpełzam do Harry'ego i starałam się go ocucić.
— Harry! Harry! Co ci jest? — Dopiero po kilku minutach doszedł do siebie. W międzyczasie zapaliły się światła, pociąg ruszył i dopiero gdy mknęliśmy z dużą prędkością, Harry otworzył oczy.
— Dobrze się czujesz? — zapytał nerwowo Ron.
— Taak — odpowiedział Harry, zerkając na drzwi. — Co się stało? Gdzie jest ten… to coś? Kto tak krzyczał?
— Nikt nie krzyczał — powiedział Ron, jeszcze bardziej wystraszony. Spojrzeliśmy na siebie przerażeni. Co się działo z Harrym?
Wspólnymi siłami wciągnęliśmy go z powrotem na siedzenie. W tym czasie Hermiona zajmowała się skuloną Ginny, która szlochała w kącie.
— Ale przecież słyszałem krzyki… — powiedział Harry. Był bardzo blady i spocony.
W tej samej chwili, gdy pomyślałam, że przydałaby się czekolada, usłyszałam głośne chrupnięcie. Wszyscy podskoczyliśmy. Z ulgą spojrzałam, że profesor Lupin właśnie łamał na kawałki dużą tabliczkę czekolady.
— Proszę — rzekł do Harry'ego, podając mu duży kawałek. — Zjedz. To ci dobrze zrobi.
Harry wziął czekoladę, ale nie włożył jej do ust.
— Co to było? — zapytał Lupina, który po kolei podawał nam po kawałku czekolady.
— Dementor — odpowiedział Lupin. — Jeden z dementorów z Azkabanu.
Gdy profesor wyszedł, by porozmawiać z maszynistą, jako jedyna włożyłam czekoladę do ust. Po chwili poczułam falę ciepła rozchodzącą się po moim ciele. Strzepałam okruszki z ubrania i przypadkowo dotknęłam mojego naszyjnika. Zirytowana zamknęłam oczy. Przecież zawsze miałam przy sobie jednorożca, którego dostałam od Hagrida i który mógł mi służyć jako różdżka. Jak mogłam o nim zapomnieć?
Ron i Hermiona opowiadali Harry'emu, co się działo w przedziale, a ja z uwagą spojrzałam na Ginny.
— Zjedz to, poczujesz się lepiej — powiedziałam do dziewczyny. Niepewnie ugryzła kawałek, ale musiało podziałać, bo po chwili zjadła resztę i posłała mi nieśmiały uśmiech. Podałam jej chusteczkę, by mogła zetrzeć łzy z twarzy.
— To nie jest zatruta czekolada, możecie mi wierzyć — usłyszałam profesora Lupina, który właśnie wrócił. — Za dziesięć minut będziemy w Hogwarcie. No jak, Harry, lepiej się czujesz?
— Doskonale — mruknął zakłopotany.
Przyglądałam się Lupinowi z zainteresowaniem. Odwzajemnił moje spojrzenie, ale nic nie powiedział. Do końca podróży milczeliśmy, jedynie odpowiadając na pytania profesora, że czujemy się już dobrze i obiecując mu, że podczas uczty na pewno zjemy coś czekoladowego.
W końcu dojechaliśmy. Po wyjściu z pociągu pomachaliśmy Hagridowi, ale na peronie było tyle ludzi, że nie byliśmy w stanie podejść do niego, by porozmawiać. Poszliśmy prosto do drogi, przy której stało mnóstwo powozów, ciągniętych przez testrale. Miałam ochotę go pogłaskać, ale Harry nadal wyglądał na osłabionego, więc bez zwlekania usiadłam w powozie. Po chwili ruszyliśmy, a Ron i Hermiona nadal zerkali na Harry'ego, jakby się bali, że znowu zemdleje. Wiedziałam, że nic takiego nie nastąpi, ale nadal kiepsko wyglądał.
W końcu dotarliśmy do zamku. Wyskoczyliśmy z dyliżansu i niestety pierwsze, co usłyszałam to szyderczy głos:
— Potter, podobno zemdlałeś? Neville mnie nie nabujał? Naprawdę zemdlałeś?
Draco stanął przed Harrym, blokując mu drogę do drzwi. Uśmiechał się drwiąco.
— Odwal się, Malfoy — powiedział Ron przez zaciśnięte zęby.
— Ty też zasłabłeś, Weasley? — zapytał głośno Malfoy. — Też się przestraszyłeś tego starego dementora?
—Jakiś problem? — zabrzmiał łagodny głos. To profesor Lupin wysiadł z następnego dyliżansu.
Draco spojrzał z politowaniem na jego połataną szatę i podniszczoną walizkę.
— Och, nie… ee… panie… profesorze — powiedział ironicznym tonem, po czym zrobił głupią minę, skinął na Vincenta i Gregory'ego i ruszył ku zamkowi.
Szliśmy w tłumie uczniów w kierunku Wielkiej Sali. Byłam głodna i nie mogłam się doczekać uczty. Gdy byliśmy jeszcze w sali wejściowej, usłyszałam donośny głos profesor McGonagall:
— Potter! Granger! Do mnie!
Odwróciłam się, zaskoczona. Zaczęłam przeciskać się przez tłum, Harry, Hermiona oraz Ron podążali za mną.
— Nie miej takiej przerażonej miny, Potter… — zwróciła się do Harry'ego. — Chcę tylko zamienić z wami słówko w moim gabinecie — wyjaśniła. — Isabella, możesz iść na ucztę, Weasley, ciebie nie wzywałam.
Przez chwilę stałam z Ronem, gapiąc się, jak profesor McGonagall prowadzi Harry'ego i Hermionę przez salę wejściową, a później marmurowymi schodami na górę.
— Chodź — powiedziałam po chwili, ciągnąc Rona za szatę. — Zaraz rozpocznie się uczta.
Dołączyliśmy do kilkunastu uczniów, którzy jako ostatni przyjechali do Hogwartu i weszliśmy do Wielkiej Sali. Odszukaliśmy wzrokiem bliźniaków, którzy zarezerwowali dla nas miejsca. Fred z szerokim uśmiechem wskazał mi miejsce między nim a Paulem, a Ronowi miejsce naprzeciwko niego. Gdy chłopak usiadł, zostało tam miejsce dla dwóch osób.
— A gdzie Harry i Hermiona? — zapytał Fred.
— U McGonagall — odpowiedziałam. — Nie wiem, o co chodzi — dodałam od razu.
Milczeliśmy, obserwując stół nauczycielski i czekając na rozpoczęcie uczty.
Redakcja & korekta: as_ifwhat
