Witam! Dziękuję za komentarz, ponieważ to on zmobilizował mnie do zamieszczenia tego rozdziału. Także ukończenie Dragon Age: Inkwizycja, które sprawiło, że moja miłość do Thedas tylko urosła jeszcze bardziej, a nie wiedziałam, że jest to w ogóle możliwe! Jak zwykle zachęcam do zostawiania swych uwag i życzę miłej lektury ;)
- Livia?
Biegła.
Trawa była miękka, soczyście zielona i pokryta chłodną rosą. Była rozkoszna. Bose stopy zatapiały się w niej jak w najdroższym perskim dywanie, ale uczucie było dużo przyjemniejsze, coś jak głaskanie gładkiego łba halli, pieszczenie jej delikatnych nozdrzy, przytulanie do niej swojego policzka...
Dostrzegła błyszczące, pięknie poskręcane rogi, wystające zza ciemnozielonych krzewów, pokrytych krwistoczerwonymi kwiatkami. Złociste promienie wschodzącego słońca przedzierały się przez gęste korony drzew. Pyłki i kurz tańczyły obnażone ich blaskiem, śnieżnobiała sierść zwierzęcia skrzyła się srebrzystymi refleksami. Kopyta niespiesznie stąpały po podszyciu.
Biegła.
Połacie niedeptanej nigdy trawy przecinał strumyk, szumiał wesoło, zakręcał kilka razy, aż w końcu znikał nagle gdzieś za linią horyzontu. Młode halle, fenki i małe, ćwierkające wesoło ptaszki, chłodziły się w jego wodach. Ona również zamoczyła stopy i rozkoszowała się przez chwilę przesuwającymi się po nich lodowatymi falami, obmywała je z ziemi. Rzeczka była tak czysta, że widziała każdy pojedynczy kamyk jaki rysował się pod jej taflą...
Dostrzegła dziwny błysk na dnie, mrugał do niej spomiędzy kamieni. Kucnęła z nogami w wodzie, mocząc sobie brzeg swojej cienkiej, białej sukienki i zanurzyła rękę. Palcami wymacała tajemniczy przedmiot i podniosła się wyciągając dłoń w stronę smugi światła, by lepiej przyjrzeć się znalezisku. Był to piękny srebrny kolczyk, z ciężkim, szmaragdowym kamieniem, który błyszczał w słońcu jak drogocenny, królewski klejnot. Miała wrażenie, że jest jej znajomy, ale nie potrafiła przypomnieć sobie gdzie wcześniej go widziała. Patrzyła przez pewien czas, jak światło przesuwa się po jego powierzchni, jak wydobywa nowe, niedostrzegalne na pierwszy rzut oka kolory.
-Livia!
Głos wydawał się równie znajomy co błyskotka. Odwróciła gwałtownie głowę i doznała wrażenia, że w oddali mignęły rozwiane w pędzie blond włosy. Wpatrywała się intensywnie w gęstwinę, była w stanie gotowości, każdy mięsień czekał na sygnał do działania, wzrok i słuch miała wytężone, a znajome uczucie przyspieszonego tętna wywołało uśmiech na jej twarzy. Zapragnęła mieć swoje sztylety i już trzymała je w dłoniach. Nie zdziwiła się ani trochę, zamontowała je jak zwykle na plecach i podeszła do halli, która piła wodę kilka kroków dalej. Położyła dłoń na jej szyi i zadała w myślach ciche pytanie. Zwierzę w odpowiedzi przerwało wykonywaną czynność i z majestatem ugięło kolana, by ułatwić jej wejście na swój grzbiet. Wyprostowała się, ociekające stopy zwisały luźno przy bokach, ręce owinęła wokół smukłej szyi i wyszeptała rozkaz.
Jechała galopem, dudnienie kopyt było miarowe i prawie niesłyszalne, tłumione przez gęstą trawę. Wiatr otulał jej ciało, przynosił świeże, przyjemne zapachy i ciepło słońca. Oprócz tego, że rozkoszowała się jazdą szukała też kolejnego niespodziewanego ruchu, jakiejś innej obecności w tym opustoszałym, zdawałoby się, lesie.
- LIVIA!
Spadła z halli, w pełnym galopie, z głośnym hukiem. Gruchnęła o ziemię i poczuła ból.
BÓL.
Był tym bardziej dotkliwy, że pojawił się nagle, wdarł się niespodziewanie i rozgościł w miejscu, w którym wcześniej panowały spokój i błogość. Wiła się na trawie zacisnając zęby, białą sukienkę pokrywały czarne i zielone ślady, w okolicy uda pojawiła się czerwona kropka, która rozszerzała swój obszar i przyklejała materiał do ciała. Lewa ręka była zdeformowana, wykrzywiona nienaturalnie i pokryta fioletowymi wybroczynami. Otworzyła szeroko oczy, oddychała spazmatycznie, panikowała. Prawą dłoń zacisnęła na trawie, poczuła jak piasek wypełnia przestrzenie pod paznokciami. Bogowie, jak boli!
Nie mogła krzyczeć. Kiedy tylko otwierała usta miała wrażenie, że zalewa je woda, która tłumi i dusi. Wlewała się do gardła, do nosa, do oczu...
- Livia! Livia, błagam!
Woda zniknęła. Nabrała zachłannie powietrza, oddychała głośno, świszcząco, z wdzięcznością przyjmując każdy kolejny wdech, który była w stanie skraść. Ból nie zniknął, ale zniknął las, halle, świeży, żywiczny zapach. Przebudziła się brutalnie, cała świadomość powróciła do niej w jednej chwili racząc ją agonią, światłami i strachem, który ogarnął ją na widok przejętych, bladych twarzy dookoła niej. Mrugała nerwowo, zastanawiając się gdzie ja jestem, gdzie ja jestem...
- Już dobrze, oddychaj spokojnie!
Dłoń Wynne na jej czole pulsowała magią w miarowym rytmie serca. Po kilku sekundach również jej własne zaczęło pracować wolniej. Nie mogła zrozumieć co się stało, jak to się stało. Wiedziała tylko bez wszelkich wątpliwości, że była żywa. Serce biło w jej piersi, usta łapały powietrze, a oczy przyzwyczajały się do światła. Załzawionym spojrzeniem przesunęła po zgromadzonych, wszystko wróciło.
- Jak...- zaczęła, ale język miała suchy, wydawało jej się, że zaraz ją udusi. Blada dłoń Leliany szybko podsunęła jej kubek. Wypiła łapczywie jego zawartość.
- Na cycki Andrasty, ale mnie wystraszyłaś!- sapnął Oghren, opadając ciężko na krzesło, które zaskrzypiało niebezpiecznie pod jego ciężarem.
- Wszystkich nas wystraszyłaś, nikt się nie spodziewał, że obudzisz się tak raptownie.- Wynne wytarła sobie pot z czoła i poprawiła opatrunek na jej lewej ręce.
Livia spojrzała w stronę Alistaira i w jednej chwili ją olśniło. Już i tak pogruchotane serce, zabolało jeszcze bardziej niż rana na udzie. Przygryzła wargę, nie miała zamiaru rozpłakać się na oczach wszystkich swoich towarzyszy...
Właściwie to nie wszystkich. Brakowało Morrigan. Nie widziała także Zevrana...
- Ja nie spodziewałam się, że w ogóle się obudzę.
Jej ton był zimny. Wszyscy zamarli czując napiętą atmosferę, widząc negatywne nastawienie Bohaterki, która właśnie szczęśliwie, zdawałoby się, powróciła do życia.
- To... niespodziewane- burknął Sten. Stał w drzwiach, zastawiając je swoim ciałem, by uniemożliwić dostęp służbie, która przybiegła słysząc jej krzyki.
- Spałaś przez całe trzy dni, dzień i noc. Straciłaś dużo krwi, ale narządy wewnętrzne zachowały się nienaruszone. Przypuszczałam, że powrót do świadomości może być... trudny- tłumaczyła spokojnie Wynne.- Ale jesteś cała. Rany, które odniosłaś były poważne lecz dobrze się goją. Powinnaś poleżeć jeszcze dzień, dwa i będziesz mogła normalnie funkcjonować.
- Normalnie, to już chyba nigdy nie będzie, słodka Strażniczko.
Zevran wstał z fotela skrytego w rogu komnaty, skąpanego w cieniu. Jak mogła nie dostrzec go od razu? Przysiadł na brzegu łóżka, w którym siedziała i chwycił jej prawą dłoń.
- Ludzie w całym Thedas mają twoje imię na ustach. Elfka ocaliła ich przed zagładą... Piękny temat zarówno do rozmów jak i do plotek. Jesteś sławna.- na ustach elfa gościł zadowolony uśmiech, jego dłoń leniwie gładziła skórę Livii.
Nie mogła się powstrzymać przed szybkim spojrzeniem w stronę Alistaira.
Zaciskał szczękę tak mocno, że aż zrobił się czerwony.
- Wy również jesteście bohaterami. Gdyby nie wy umarłabym jeszcze zanim poznałabym prawdziwy cel całej tej wędrówki- Uśmiechnęła się do nich łagodniejąc nieco. Ratowali ją, tak jak i ona ratowałaby ich. Za wszelką cenę. Jak mogłaby mieć pretensje?
A jednak kiedy tylko uświadamiała sobie, że Alistair spędził noc z inną kobietą... i to nie byle jaką, a jej przyjaciółką... Zwyczajnie robiło jej się niedobrze.
- To pewne.- Oghren pokiwał z przekonaniem głową.- Jednak nie ma co, to ty wskoczyłaś temu skurwysyństwu na kark. Elfka pokonująca smoka, kto by pomyślał!
Powietrze w pokoju zrobiło się trochę lżejsze, zabrzmiało kilka dźwięcznych chichotów. Leliana kucnęła przy łóżku i przytuliła się delikatnie do piersi przyjaciółki.
- Jak dobrze, że żyjesz- wyszeptała przez zaciśnięte gardło.
Dobrze? Sama nie mogła się zdecydować czy rzeczywiście nie wolałaby być martwa, istnieć tylko jako legenda, przez lata dobudowywana opowieść...
- Livia musi odpoczywać, zostawmy ją, niech trochę się prześpi.
Kiedy tylko Wynne wypowiedziała te słowa, Livia poczuła ciężar swoich powiek. Powoli wszyscy zbierali się do opuszczenia komnaty. Zevran pocałował ją w rękę i zniknął za drzwiami, Leliana uśmiechnęła się ciepło.
Alistair ociągał się. Stał przed wyjściem i nie zamierzał przekroczyć progu. Panowała ciężka, niczym niezmącona cisza. Livia patrzyła na niego wyblakłym, wytrenowanym spojrzeniem, za to on, wydawał się być skrajnie wymęczonym, nieszczęśliwym człowiekiem i było to widać jak na dłoni. Był beznadziejnym kłamcą.
- Nie mogłem pozwolić ci zginąć.
Przełknęła narastającą w gardle gulę, zachowała kamienną twarz. Nic nie odpowiedziała. Nie miała pojęcia co powinna powiedzieć w takiej sytuacji. Nie mogła wyznać, że nie rozumie jego decyzji, rozumiała bardzo dobrze. Nigdy nie wątpiła w siłę jego uczucia, wiedziała, że Alistair nie ranił jej z wyrahowania...
Ale ranił ją. Cholernie mocno.
- Gdzie jest Morrigan?- zapytała nie patrząc mu w oczy.
- Nie wiem.- wzruszył delikatnie ramionami, ze smutkiem wyraźnie wypisanym na twarzy.- Była tu kiedy...- zacisnął mocno zęby- kiedy Zevran cię przyniósł, wykonała nad tobą swoje czary mary, a gdy twoje funkcje życiowe wróciły do normy po prostu zniknęła.
Livia pokiwała głową na znak, że rozumie. Zapatrzyła się w okno. Było już dosyć późno, słońce miało pomarańczowo-czerwoną barwę, chyliło się ku zachodowi.
- Powiedziała, że po tym... rytuale- wycedziła przez zęby, czując jak na usta cisną jej się zgoła inne słowa.- zajdzie w ciążę. Może nosić w sobie twoje dziecko...
- Przestań- przerwał jej ostro.- Powiadomiła mnie o tym, ale nie mam zamiaru o tym rozmawiać, ani nawet myśleć. Gdybym tego nie zrobił nie byłoby cię tutaj! Nie rozumiesz, że nie mógłbym żyć ze świadomością, że nie zrobiłem wszystkiego co możliwe aby cię ocalić?!
Płakał. Łzy płynęły po jego policzkach. Zrobił krok, zacisnął pięści, jakby chciał się do niej zbliżyć, ale jednocześnie wiedział, że nie powinien, że już nie jest tak jak dawniej, że nie może po prostu jej przytulić, pogłaskać po głowie i poczekać aż strach i rozpacz miną. Zabawne, że przez te wszystkie dni, które spędzili razem to ona zawsze była tą, która ocierała łzy. Czy to czyniło ją mniej wrażliwą? Bardziej odporną na ból czy inne przykrości?
Lepiej udaję. Tego nauczył mnie klan, tego oczekiwali ode mnie inni. Zawsze musiałam wysłuchiwać krytyki ze stoickim spokojem, uodparniać się na ksenofobiczne poglądy ludzi. Ale ból jest taki sam. Może nawet większy, kiedy nie pozwala mu się wypłynąć i oczyścić we łzach.
Dotarło do niej, że nie ona jedna jest pokrzywdzona, nie tylko ona została doprowadzona na krawędź swoich psychicznych możliwości, aby spojrzeć jak długo spadałoby się w dół. Alistair dostał takie życie jakiego się obawiał i musiał dźwigać to brzemię, razem z całym swoim niemałym bagażem.
- Rozumiem- wyszeptała.- Ale nie chciałam tego. Czasami cena za spełnienie naszych pragnień jest zbyt wysoka.
Potrząsnął głową, nie zgadzał się z nią i był zmęczony. Niezdrowe cienie pod oczami szpeciły królewskie oblicze. Wsunął palce we włosy i przeczesał je ze zrezygnowaniem.
- Jest jeszcze coś o czym muszę ci powiedzieć.
Prychnęła rozbawiona. Jakie jeszcze rewelacje chcą pretendować do roli kolejnego gwoździa do jej trumny?
- Jutro odbędzie się ślub. Mój ślub... z Anorą.
Jej wewnętrzna, ironiczna ja właśnie turlała się po podłodze ze śmiechu.
Jej zewnętrzna ja oniemiała. Powstrzymała odruch wymiotny, nie bez trudności.
- Zostaw mnie samą, proszę. Jestem zmęczona.
- Livie...
- Proszę.
Alistair chwycił za klamkę.
- Cieszę się, że żyjesz. Mimo wszystko- rzekł na odchodnym i zamknął w końcu za sobą drzwi.
Przez dłuższą chwilę po prostu siedziała. Przypomniał jej się moment, gdy uderzyła głową w mosiężny dzwon na dziedzińcu w Denerim, tuż obok Perły. Było to wtedy, gdy Alistair wziął ją na swoje ramiona i niedokładnie wymierzył odległość jej głowy od przeszkody, ale nie to było istotne. Ani to, ani fakt, że później błagał ją przez tydzień o wybaczenie. Istotne było to ogłuszające, otumaniające dzwonienie, które wypełniło wtedy jej głowę.
Teraz czuła się identycznie.
Zastanawiała się jak wiele jeszcze będzie musiała znieść, a co ważniejsze, ile jeszcze będzie w stanie.
Żałowała, że tak pochopnie zabiła Arcydemona. Czyniąc to nie mogła już mieć nadziei, że jego łeb pojawi się w oknie tej pretensjonalnej, bogato zdobionej komnaty, przywita się z nią grzecznym ryknięciem i uczynnie zje ją w jednym szybkim kęsie, zabierając ją od tych wszystkich okrutnych realiów śmiertelników, od uczuć i niesprawiedliwych kolei losu.
Położyła głowę na poduszkach, ale nie mogła zasnąć. Kiedy tylko zamykała oczy widziała, oświetlany promieniami kolorowego światła przedzierającego się przez witraże, ołtarz, tłumy ludzi, Alistaira ubranego w odświętny, królewski strój, z lśniącą złotą koroną na głowie, piękną, sięgającą ziemi, białą suknię, bukiecik ze świeżych kwiatów w odzianych w atłasowe rękawiczki dłoniach i delikatny, tiulowy welon, obszyty drobnymi, mieniącymi się kamykami, zakrywający twarz, wykrzywioną w uśmiechu pełnym satysfakcji.
Tak, Anoro. Tak jak przypuszczałam, kobieta o twojej charyzmie zawsze poradzi sobie w życiu. Wygrałaś i tym razem.
Gardło ściskało jej się nieprzyjemnie, a sen w dalszym ciągu nie potrafił owładnąć nią na dobre.
Dwie służki cichutko wślizgnęły się do pokoju. Elfki. Kiedy tylko dostrzegły, że nie śpi, zgięły się w głębokim ukłonie.
- Wybacz nam, pani, myślałyśmy, że śpisz. Nie pukałyśmy aby cię nie zbudzić.- wyszeptała blada, piegowata elfka, o krótkich, rudych włosach, ze wzrokiem wbitym w podłogę.
- Spokojnie, nic się nie stało.- Livia zdobyła się na lekki uśmiech.- Czy mogę was o coś prosić?- dodała po chwili, podczas gdy służki kończyły zmianę jej pościeli.
- Oczywiście, po to tu jesteśmy, pani- gorliwie zapewniła ta druga, niezbyt urodziwa blondynka, o małych, brązowych oczkach.
- Przynieście mi, proszę, dzban słodkiego, mocnego wina. I otwórzcie okno, bo strasznie tu duszno.
Spojrzały po sobie, zapewne zastanawiając się, czy alkohol przy jej stanie zdrowia jest aby na pewno wskazany, ale dygnęły posłusznie i podczas gdy jedna podeszła do okiennicy, druga zniknęła za drzwiami. Po chwili pojawiła się z kielichem i pełnym dzbanem. Nalała aż po sam brzeg i podała Livii usłużnie.
- Dziękuję.- upiła łyk słodkiego, chłodnego trunku.- Możecie już odejść, obiecuję, że postaram się zasnąć.
Uśmiechnęły się łagodnie i dygnęły ponownie.
- Jedna z nas przyjdzie za kilka minut, aby zamknąć okno, jeśli pozwolisz, pani?
- Nie trzeba.
Wyszły równie bezszelestnie jak weszły i zostawiły Livię sam na sam z dzbanem wina. Wypiła dwa pełne kielichy i od razu nalała sobie trzeci, ignorując lekki szum w głowie. Oparła się o wezgłowie, wciągnęła w nozdrza zapach chłodnego, letniego powietrza, które łagodnie poruszało firaną. Leniwym ruchem ręki zamieszała dość gęstą, czerwoną ciecz, kropla kapnęła jej na dłoń i popłynęła strużką po nadgarstku. Zlizała ją szybko chroniąc świeżą pościel przed natychmiastowym zabrudzeniem. Nie miała zamiaru niepotrzebnie dokładać pracy swoim pobratymcom. Umoczyła wargi po raz kolejny i skrzywiła się z obrzydzeniem. Poczuła metaliczny smak rozchodzący się po języku, spojrzała ponownie wgłąb swego kielicha.
Jego zawartość do złudzenia przypominała jej teraz krew.
Wiedziała, że to idiotyczne, ale odłożyła naczynie na stolik obok łóżka. Nie była już w stanie upić ani łyka. Opuściła nogi na podłogę i podniosła się powoli, testując swoją kondycję fizyczną. Udo szarpało delikatnie, ale chyba nie było tak źle jak przypuszczała. Lewą ręką mogła już nawet ruszać. Znieczulające czary Wynne także robiły swoje, przez ten cały czas nie osłabły nawet o jotę. Chwytając się co stabilniejszych przedmiotów wolno podeszła do okna i wyjrzała na zewnątrz. Strażnicy stali przy bramie, widoczni jedynie dzięki światłom pochodni, które trzymali w rękach. Nie wiedziała, która jest godzina, ale musiało być już nad ranem, bo na horyzoncie pojawił się wąski pasek szarości, zwiastującej nadchodzący poranek.
Zamknęła okiennicę i wróciła do łóżka. Była przyjemnie wstawiona. Kiedy przyłożyła głowę do poduszki, nie musiała już długo czekać na sen. Także nawiedzające ją wizję, postanowiły dać jej przynajmniej krótką chwilę wytchnienia.
