Boże, zapiekanka z nerek. British people… Może dlatego ten rozdział tak mi nie szedł. Bo się zniesmaczyłam.
Podziękowania za uwagi do rozdziału dla Josette de Coudray, mrocznej88 i Mysiszczurek.
Nie wiem, czy można dedykować tłumaczenie, ale jeśli tak, to dedykacja i szczere uściski idą do Magoriany, która niedawno sobie urodzinowała. 8)
Rozdział 6
Kiedy Dumbledore powrócił do swojego gabinetu, od razu spostrzegł, że zabezpieczenia powstrzymujące portrety od podsłuchiwania zostały aktywowane. Wyciągnął różdżkę i obrócił się wokół własnej osi. Li Mei podniosła do góry ręce i wyszczerzyła się do niego. Raczyła rozsiąść się na jednym z wygodnych krzeseł naprzeciwko jego obłożonego pergaminami biurka.
– Postaraj się nie być takim paranoikiem, Albusie – powiedziała, opuszczając ręce. – To może być niedobre dla twojego serca.
Dumbledore westchnął i schował różdżkę.
– Nie spodziewałem się ujrzeć ciebie tak szybko. Czym mogę ci służyć? – zapytał, potrząsając jednym ze srebrnych flakonów. Unosił się z niego gęsty, biały dym. Dumbledore popukał go dwa razy i dym opadł, raz jeszcze buchając potężnie w jego twarz.
– Z herbatą już sobie poradziłam – odpowiedziała Mei, wskazując na stojącą na biurku filiżankę. – Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko.
– Ani trochę – odparł i sam machnął różdżką ku czajniczkowi, który przechylił się nad filiżanką i jemu również nalał herbaty.
– Podejrzewałam, że się spóźnisz, więc poszłam sprawdzić co z Hermioną Granger. – Li Mei skrzyżowała nogi, poprawiła spódnicę i odchyliła na krześle,jednocześnie przeczesując ręką swoje długie, szare włosy.
– Ujawniłaś się innym? – spytał, marszcząc brwi.
– Niemalże musiałam. Nie było z nią dobrze, Albusie. Przez chwilę byłam pewna, że nie da rady.
Uniósł zaskoczony brwi.
– Tak, wiem. Myślę, że jedynym wyjaśnieniem jest to, że on mocno nie docenił mocy dziewczyny. Na szczęście jej stan zaczął poprawiać się akurat wtedy, gdy miałam już zamiar się ujawnić. To tak dla jasności. A poza tym myślę, że medyk Abercrombie może oczekiwać, że niebawem za twoją sprawą świat obiegnie wieść o jego nadzwyczajnych umiejętnościach.
– Ego Agryppy oczekiwałoby nie mniej niż absolutnej adoracji – powiedział Dumbledore, zaśmiewając się raz, zanim nie spoważniał zupełnie. – Nie sądziłem, że Tom mógłby być na tyle głupi, by podjąć ryzyko tego, że ona umrze. To byłby jego koniec.
– Wszyscy popełniamy błędy – powiedziała Li Mei, wzruszając ramionami.
Dumbledore westchnął i usiadł naprzeciw niej.
– Proszę cię… – mruknął zirytowany, pociągając łyk herbaty.
– Wiesz, to był dobry plan – zaczęła Li, pochylając się ku niemu. – Ale od samego początku powinieneś był pozwolić mi sobie pomóc.
Dumbledore potrząsnął głową.
– Nie bylibyśmy w stanie wyjaśnić twojego wsparcia, Mei. To by wyglądało dokładnie na to, czym miało być – morderstwo z premedytacją. Jakkolwiek, pod pretekstem Artykułu Dziewiątego trochę przedwczesny pojedynek między mną a Tomem… Cóż, wiedzieliśmy, że połknie haczyk. Nigdy nie przepuściłby okazji na zabicie mnie, zwłaszcza jeśli miałoby mu to ujść płazem. Gdyby Gellert nie był takim panikarzem, mógłbym to zakończyć.
– To nie byłby koniec.
– To kupiłoby Harry'emu trochę czasu.
Li Mei obdarzyła Dumbledore'a przeciągłym, badawczym spojrzeniem.
– Po wszystkim, czego dokonał ten chłopak, wciąż wydaje ci się, że nie da rady?
– Pokładam w Harrym wiele wiary, Mei. Jest dość niezwykły i ufam, że kiedy pojmie, co należy uczynić, stanie na wysokości zadania. Ale wciąż… Jest tyle możliwości, tyle rzeczy, które mogłyby pójść nie tak. Muszę oczyścić nieco scenę, zanim obaj znów się spotkają.
– Nie wszystko musi być twoim obowiązkiem, Albusie.
– Ale to nim jest, Mei.
Oboje w ciszy pociągnęli po kolejnym łyku herbaty, wreszcie Li Mei przytaknęła i odstawiła swoją filiżankę.
– Pewien mądry człowiek powiedział kiedyś, że dla triumfu zła potrzeba tylko, żeby dobrzy ludzie nic nie robili. Dodam, że czynienie właściwych rzeczy również może być problemem.
– Myślisz, że źle do tego podchodzę? – zapytał Dumbledore, spoglądając na nią poważnie znad swoich okularów-połówek.
– Myślę, że zbyt wiele składasz na swoich barkach. Czasem siła tkwi w liczebności, Albusie. Nie możemy szukać jego horkruksów tylko w dwójkę. Nie, jeśli faktycznie stworzył ich tak wiele.
– Jeśli poszukamy wsparcia, sprawa najpewniej wycieknie. Tom ma niesamowitą zdolność do wyciągania z ludzi informacji, Mei. Jeśli zorientuje się, że my wiemy… – Dumbledore uniósł ręce w geście poddania się.
– Tak, wtedy mamy przerąbane. Ale jeśli nie znajdziemy tych przeklętych rzeczy, mamy przerąbane tak czy owak. Jest tylko kwestią czasu to, kiedy on skupi się na Radzie. Odkąd po naszej stronie zwolniło się jedno miejsce, jesteśmy dużo bardziej narażeni na wszelkie ich spiski. Jeśli pozbędzie się również ciebie, zanim to miejsce zostanie zajęte przez odpowiedniego, jasnego kandydata… – Mei potrząsnęła głową, najwyraźniej zbyt zmartwiona tą myślą, by móc od razu skończyć zdanie. W końcu jednak zebrała się w sobie i kontynuowała. – Nawet nie chcę myśleć o możliwościach i okazjach, które mogłyby przed nim wyrosnąć, gdyby zdobył w Radzie przewagę. Podąży za nim każdy ciemny kandydat, jeśli tylko zamydli im wszystkim oczy swoimi bajkami o dzieleniu się władzą.
– Wątpię, by wszyscy je kupili – odparł Dumbledore, nieco rozluźniając się w fotelu.
– Ale pójdzie za nim tylu, ile mu trzeba, Albusie. W istocie tylko Gellert mógłby go obalić i to tylko dlatego, że Gellert wie, że nie ma szans przeciw niemu, zwłaszcza kiedy pozbawiony jest różdżki. Sam wiesz, jaką bandą oportunistycznych idiotów są ci mroczni czarodzieje. Powiedzą mu „tak", myśląc, że to będzie ich przepustka do władzy i coś jak wstęp do marzenia o tym, że kiedyś będą mogli go pokonać... Do diaska, już teraz jesteśmy poważnie zagrożeni ich przewagą liczebną.
– Wiem – odparł Dumbledore poważnie, pokazując Li Mei, że rozumie jej obawy. – Ale nie możemy w tej chwili zrobić nic, by to zmienić. Procedura stawania się Opiekunem jest długa. Przynajmniej posiadamy dwóch kandydatów w wyborach przeciw jednemu kandydatowi z ich strony. I muszę docenić Gellerta w związku z jego wyborem. Nie wybrał w pełni ciemnego kandydata i uczynił mnie tym, który będzie go prowadził. Myślę, że możliwe byłoby przeciągnięcie Dracona na naszą stronę.
– Sądzisz, że Gellert zrobił to celowo? – spytała zdziwiona Li Mei. – Nie jest to nieco pobożne życzenie z twojej strony?
Dumbledore uśmiechnął się.
– Być może, ale… – zamilkł. – To, co on czasem mówi, zwłaszcza ostatnio. Nie potrafię tego dokładnie określić, ale jest różnica między jego dzisiejszym zachowaniem a tym, co zwykł czynić. Jakkolwiek Gellert nie jest tutaj problemem. Mamy większe problemy niż jego stan umysłu.
– Mówiąc o tych większych problemach, zechcesz mi wyjaśnić, dlaczego uczyniłeś Sam-Wiesz-Kogo przewodnikiem Hermiony? – spytała twardo Li Mei, zakładając ręce na siebie.
– Ty też?
– A co, ktoś jeszcze się skarżył?
– W zasadzie każdy, kto miał do tej pory okazję – powiedział Dumbledore, uśmiechając się tak, jakby dobrze się tego wszystkiego spodziewał. – Ale Tom był jedyną możliwością w tym przypadku.
– Nie, nie był. Wiem, że musiałeś wybrać kogoś z ciemnej strony, ale każdy inny byłby lepszy od niego.
– Wybrałaś Sharasvati Nathairę dla swojej kandydatki. Śmiem stwierdzić, że nie jest dużo lepsza od Toma.
– Moja kandydatka jest czystej krwi. Nie przydzieliłabym Nathairze nikomu, kto by nie posiadał odpowiedniego drzewa genealogicznego. Wiem, co by zrobiła z kimkolwiek, kto ma w rodzinie mugoli. Poza tym jest najlepszym wyborem dla mojej kandydatki. Nathaira kieruje się w życiu przede wszystkim logiką, a ta dziewczyna potrzebuje akurat kogoś, kto pomoże jej okiełznać nieziemskie pomysły, w innym razie nigdy nie dotrwa do końca testów.
– Może ja również wybrałem przewodnika, który będzie najbardziej odpowiedni dla mojej kandydatki? – odparł, przekrzywiając pytająco głowę.
– O, daj spokój, kogo ty próbujesz oszukać! Jest rasistą, a ty nie tylko podajesz mu na tacy mugolaczkę, ale i przyjaciółkę Harry'ego Pottera – dodała wzburzona Li Mei.
– Jestem w pełni świadom pewnych niekorzystnych czynników, Mei. Nie ma sensu wytykanie mi oczywistości.
– Więc na Merlina, dlaczego, Albusie? Dlaczego? – zapytała Li Mei głosem wyższym niż zazwyczaj.
– To musiał być Tom. Przyglądałem się temu pod każdym możliwym względem i biorąc pod uwagę charakter panny Granger, jej inteligencję… – ciągnął, nagle wyglądając na zmęczonego.
– Jej inteligencję – powtórzyła Mei z niedowierzaniem. – Chcesz mi powiedzieć, że Gellert nie dałby rady? Przynajmniej nie posiadając różdżki, nie byłby w stanie uczynić jej krzywdy. Nie chcę źle mówić o mojej kandydatce, ale twoja jest naprawdę potężna. Biorąc pod uwagę to, z czym mamy do czynienia, wolałabym, by wolne miejsce w Radzie zostało zajęte przez jak najpotężniejszego kandydata. Dobrze wiesz, że z Sam-Wiesz-Kim jako przewodnikiem Hermiony marne są szanse na to, że dziewczyna wyjdzie z tego bez szwanku.
– Gellert nie dopuściłby do tego, by jej się powiodło. Może nie byłby zdolny wyrządzić jej jakiejkolwiek krzywdy, ale zobaczyłby w niej zagrożenie i z pewnością nie ryzykowałby wszystkiego tylko po to, żeby podnieść sobie ego. Zrobiłby to, do czego jest zobowiązany regułami, ale ani odrobiny więcej. A Hermiona naprawdę potrzebuje przewodnictwa w związku z jej brakiem pewności siebie, inaczej również nie da rady do końca testów.
Li Mei zmarszczyła brwi.
– I myślisz, że to Sam-Wiesz-Kto jej pomoże?
Na twarzy Dumbledore'a pojawił się niewielki uśmiech.
– Znam Toma lepiej niż ty. Słyszysz jego słowa, ale nie widzisz człowieka. Nie jest takim rasistą, na jakiego się kreuje.
– Och, proszę cię – powiedziała Mei i wykonała lekceważący ruch ręką. Podniosła do ust herbatnika, którego sobie oszczędziła i nadgryzła go.
– Tom prowadzi swoją kampanię w sposób, który jest według niego najpewniejszy do zdobycia władzy. Jego zwolennicy mogli zabić od groma mugolaków i mugoli, ale jeśli spojrzysz na jego osobiste morderstwa, ma na swoim koncie o wiele większą liczbę czarodziejów czystej krwi niż jakiegokolwiek innego rodzaju. Pomyśl, wybiera dziecko półkrwi ponad dzieckiem czystej krwi, kiedy przychodzi do oceniania zagrożenia i oferuje wiedźmie mugolskiego pochodzenia szansę na uratowanie życia. Gdyby naprawdę był tym rasistą, te rzeczy nie byłyby możliwe. Nie, Tom jest zainteresowany tylko jedną rzeczą – sobą. Jeśli będzie to dla niego użyteczne, zmieni swoje credo w mgnieniu oka. Bez względu na to, jak sprzeczne z tym, co dotąd prezentował, będzie się to wydawać. – Dumbledore przerwał swoje przemówienie, uśmiechnął do siebie i pogładził po brodzie. – Nie będzie gotów oprzeć się pokusie, kiedy tylko pojmie, do czego w istocie zdolna jest Hermiona.
– Pokusie? – powtórzyła ostrożnie Mei, zanim dotarło do niej, co Dumbledore chciał jej przekazać i na jej twarzy pojawiło się przerażenie. – Jeśli ją przeciągnie na swoją stronę, Albusie, to przysięgam na Boga, oskubię cię z tej brody i to wyrywając włos po włosie!
Dumbledore zaśmiał się głęboko.
– Myślę, że do tego będziesz musiała ustawić się w kolejce. Wielu prócz ciebie ma takie plany.
– Ale czy oni wiedzą, gdzie dokładnie trzymasz swoje cytrynowe dropsy? – Pogroziła mu palcem.
– Li, to chwyt poniżej pasa.
– Nie masz pojęcia, do czego jeszcze mogę się posunąć.
– Będzie moim życiowym celem nigdy się tego nie dowiadywać.
– I to jest całkiem dobry pomysł.
Uśmiechnęli się do siebie w związku z tym ich wzajemnym przekomarzaniem, wiele lat przyjaźni nagle odczuwalne jak nigdy, aż wreszcie Li Mei spoważniała i powiedziała:
– Mówię poważnie, Albusie. Nie będę pocieszona, jeśli nasz najlepszy kandydat zostanie ciemnym Opiekunem.
– Nigdy nie brałem cię za taką purystkę, jeśli chodzi o naturę magii.
Mei spojrzała na niego wilkiem.
– Wszyscy wiemy, że ostatecznie to kandydat decyduje o wyborze swojej ścieżki, nikt inny – dodał Dumbledore.
– Tak, to wszystko pięknie brzmi, ale oboje wiemy, że to środowisko, w którym znalazł się dany kandydat, może zaważyć na jego samodzielnym wyborze.
– Środowisko, geny, wychowanie… Zaczynamy debatę w stylu „natura czy wychowanie"? Wybacz, nie mam już na to czasu – powiedział Dumbledore, zerkając w stronę zegara na ścianie.
– Mhm, w związku z tą subtelną aluzją, oddalę się, jeśli pozwolisz – powiedziała Mei, wydobywając swoją różdżkę.
– Daj mi znać, jeśli znajdziesz w Azji coś ciekawego – dodał Dumbledore, wstając z fotela.
– Jak dotąd wszystkie tropy zwyczajnie się urywały, Albusie. Poza tym nie mamy zbyt wiele hogwarckich pamiątek. Sporo historycznych artefaktów, ale nic w rodzaju tych, którymi, jak mówiłeś, mógłby być zainteresowany. Co więcej, podążałam wieloma jego śladami, w tę i z powrotem. I nic. Myślę, że uporał się ze wszystkimi horkruksami na długo przed tym, jak wrócił na tę stronę globu.
– Wiem na pewno, że nim to zrobił, został mu jeszcze jeden lub dwa, Mei.
– Skąd mógłbyś wiedzieć coś takiego?
– Mam swoje źródła – odparł tajemniczo Dumbledore.
– Cóż, mam w takim razie nadzieję, że są lepsze od moich, ponieważ wciąż nie mogę nic znaleźć – odpowiedziała Li Mei, dość niezadowolona z tego, że nie udało jej się uzyskać żadnej konkretnej odpowiedzi.
– To nic czasem też zawęża pole.
– Pewnie tak – przyznała Mei. – Do zobaczenia, przyjacielu. – Okręciła się i zniknęła w kłębach białego dymu.
– Mam nadzieję, przyjaciółko, taką mam właśnie nadzieję.
Dumbledore dezaktywował zabezpieczenia Li Mei i wreszcie sam zniknął ze swojego gabinetu, aportując się do Azkabanu. Miał widzenie z jednym z tamtejszych więźniów – czarodziejem o nazwisku Gaunt.
~o~o~o~
Kiedy Hermiona obudziła się, słońce stało już wysoko na niebie. Rona nie było nigdzie w pobliżu. Wydawało się, że jedynymi osobami, które mogły dochować jej towarzystwa, były Umbridge, która ślepo gapiła się na sufit, i Pomfrey, która była niezmiernie rada w związku z jej ozdrowieniem. Hermiona zapytała ją o Rona i dowiedziała się, że jego stan poprawił się na tyle, by mogła odesłać go na zajęcia. Nie powstrzymała chichotu. Wiedziała, jak bardzo Ron chciał przeleżeć w tej sali ostatnie zajęcia w tym roku szkolnym. W związku z tym Poppy Pomfrey uznała, że z Hermioną wciąż może być coś nie w porządku. Najwyraźniej ludzie nie chichoczą tylko dlatego, że inni wracają do zdrowia.
Dodatkowo, co musiało jedynie zwiększyć jej irytację, Hermiona wyszła cało z jej szczegółowych oględzin i kiedy Poppy zdecydowała w końcu, że nic się z nią złego nie dzieje, zaproponowała jej śniadanie. Hermiona myślała, że już nigdy nie zapyta. Umierała z głodu. Kiedy więc Poppy wróciła z pustym talerzem, Hermiona nie miała żadnych wątpliwości, czym chce go zapełnić. Stos kanapek z ogórkiem, parę kiełbasek, naleśniki z syropem, babeczki czekoladowe, zapiekanka z nerek, jajecznica na dużym kawałku chleba tureckiego i w końcu – na deser – ogromny puchar czekoladowo-waniliowych lodów z bitą śmietaną i wisienką. To było niebo. Rozkoszowała się swoim posiłkiem tak bardzo, że zupełnie przeoczyła nadejście przyjaciół.
– Łał, Hermiono, mogę trochę…
– Hej! – krzyknęła, odganiając rękę Rona od swojej ostatniej babeczki. – Zdobądź własną. Ja zachowuję tę na później.
Ron zrobił kwaśną minę.
– Jak się masz, Hermiono? – zapytał cicho Harry, siadając na rozchwianym krześle, stojącym koło jej łóżka.
Hermiona spojrzała ku niemu i uśmiechnęła się szeroko.
– Dobrze, Harry, naprawdę. To nie pierwszy raz, kiedy ktoś mnie przeklął.
Harry posłał jej słaby uśmiech.
– Przynieśliśmy ci różne rzeczy – powiedział, wskazując na jej torbę, która leżała koło jej łóżka. – Pomyśleliśmy, że mogłabyś… wiesz, chcieć mieć je tutaj.
Zalała ją fala wdzięczności i ciepła.
– Tak mi miło, że pomyśleliście – powiedziała, mając ochotę wyściskać ich obu.
– Nie patrz na mnie – wyparował Ron, przyciągając krzesło, które stało przy pustym łóżku pod ścianą. – To był pomysł Harry'ego. Ja nie jestem na tyle durny, by targać ze sobą twoją torbę. Lubię, kiedy mój kręgosłup jest prosty.
Hermiona pokazała mu język.
Ron wyszczerzył się. Za chłopakami, w drzwiach, stanęła Ginny, wciąż niepewna czy powinna przerywać.
– Cześć, Ginny – powiedziała Hermiona, machając jej zachęcająco łyżką. – Chcesz trochę lodów?
– Hej! – zaprotestował Ron, kiedy Ginny zbliżyła się do nich z ulgą wypisaną na twarzy. – Dlaczego ona dostaje?
– Bo ona nie próbuje ukraść mi jedzenia.
– Nie, ja podziękuję – mruknęła Ginny, potrząsając głową. – Już jadłam lunch, ale to dobrze, że możesz już cieszyć się posiłkiem.
Hermiona wzruszyła ramionami i powiedziała luźno:
– Nic tak nie poprawia apetytu, jak bycie przeklętym przez Sami-Wiecie-Kogo.
– To nie jest zabawne – powiedział Harry, kiedy Ron zachichotał.
– Więc już wszystko dobrze? – spytała Ginny, przyglądając się jej badawczo.
– Jak nigdy.
– Naprawdę, Hermiono – powiedział Harry, pochylając się naprzód. Jego krzesło zaskrzypiało w proteście. – Byliśmy tak zmartwieni... Jesteś pewna, że już wszystko w porządku?
– Będzie w porządku, jeśli Ron raczy łaskawie trzymać swoje chciwe łapy z dala od mojej babeczki!
Ron szybko cofnął rękę.
– Ja, chciwy? – Ron spojrzał znacząco na śniadanie Hermiony. – Śmiem się nie zgodzić!
– Też byś tyle jadł, gdybyś był nieprzytomny tak długo – powiedział Harry, wstawiając się za Hermioną.
– Ale on tyle je przez cały czas – skomentowała Ginny, zdzielając Rona po głowie. – Gdyby również był nieprzytomny do wakacji, musieliby zatrudnić jeszcze więcej skrzatów domowych do zaspokajania jego apetytu.
Hermiona zamarła, a jej łyżka z lodami zatrzymała się w połowie drogi do ust.
– Do wakacji? – spytała niepewnie. – Co masz na myśli? Jak długo spałam?
Trójka odwiedzających ucichła. Spojrzeli na siebie nerwowo.
- Widzisz, Hermiono… – zaczął ostrożnie Harry.
– O, świetnie – powiedział Neville, wchodząc do sali z Luną. – Obudziłaś się, w sam raz na jutrzejszą ucztę pożegnalną!
Ron jęknął przeciągle.
– Ucztę pożegnalną! – zapiszczała Hermiona, wrzucając łyżkę do pucharu i odsuwając przenośny stolik na jedzenie na bok. – To jest jutro?
– Tak – oznajmiła radośnie Luna. – Wreszcie wakacje! Ja i tata udajemy się na poszukiwania…
– Jutro! Tylko jeden dzień, mam tylko jeden dzień! Muszę porozmawiać z profesorem Dumbledore'em. Dlaczego spałam tak długo? Dlaczego nikt mnie nie obudził? Nie mam czasu na sen, tyle przegapiłam! – mamrotała Hermiona, odrzucając koce i opuszczając nogi na podłogę.
– To ostatni tydzień – powiedział zaskoczony jej paniką Neville, próbując brzmieć pocieszająco. – Nie robiliśmy niczego, czego byś nie wiedziała. Nawet ja rozumiem wszystko, co omawialiśmy, a to jestem ja. Ty jesteś genialna.
Hermiona zdawała się go nie słyszeć; była zbyt zajęta zakładaniem swoich pantofli i sukienki, mamrotała przy tym z przejęciem o straconym bezpowrotnie czasie.
Harry i Ron obdarzyli się rozumiejącymi spojrzeniami. Nawet nie próbowali jej powstrzymać, sprawa była dla nich jasna.
– Powinnaś już opuszczać łóżko? – zapytała za to zmartwiona Ginny, próbując jakoś powstrzymać zbierającą swoje rzeczy Hermionę i jednocześnie gapiąc się na chłopaków, którzy najwyraźniej postanowili nie być żadną pomocą.
Ron podrapał się w szyję i przewrócił oczyma, natomiast Harry spojrzał na nią przepraszająco i w odpowiedzi na jej karzące spojrzenie tylko wzruszył ramionami. Ginny warknęła z frustracji.
– Chłopaki!
– Numerologia, potrzebuję moich książek do Numerologii. Aaaa, tu są. Za nic nie zdążę z tym zadaniem na czas.
– Hermiono, byłaś przeklęta. Profesor Vector nie będzie miała nic przeciwko, jeśli coś opuścisz. Musisz wyzdrowieć – powiedziała Ginny, wyrywając książki z rąk Hermiony.
Ron wybałuszył oczy. Demonstracyjnie odsunął krzesło tak daleko, jak tylko mógł – jak najdalej od swojej niemądrej siostry. Neville zaśmiał się. Harry powstał, próbując odgrodzić od siebie dwie dziewczyny.
– Nie mam na to czasu, Ginny – wysyczała Hermiona. Sięgnęła po książki, ale Ginny uciekła z nimi bez trudu. Nauczyła się radzić z przekomarzaniem Freda i George'a przez te lata – jedna Hermiona nie była dla niej żadnym wyzwaniem.
– Zgadzam się – odparła twardo Ginny, stając teraz za Harrym. – Musisz wrócić do łóżka.
Harry przytaknął.
– W porządku… – zgodziła się Hermiona.
Ron uniósł brwi.
– W porządku. Zawsze mogę leżeć w łóżku w bibliotece – oznajmiła, zarzucając swoją ciężką torbę na ramię.
Ron parsknął śmiechem. Harry i Ginny nie byli tak rozbawieni, podobnie rzecz miała się z pielęgniarką Pomfrey. Wypadła ze swojego gabinetu i ujrzała Harry'ego i Ginny próbujących zaciągnąć wściekłą Hermionę z powrotem do łóżka, podczas gdy pozostała trójka pękała ze śmiechu.
– Co tu się dzieje? – zapytała zadziwiona pielęgniarka. – Miałaś nie opuszczać łóżka, zanim medyk Abercrombie ci na to nie zezwoli.
Ginny zgodziła się z nią, przytakując.
– Dokładnie to staraliśmy się jej uprzytomnić.
– Tak, ponieważ nie ma lepszego miejsca na dochodzenie do siebie po byciu przeklętym Klątwą Koszmaru niż łóżko – wymamrotała sarkastycznie Hermiona, wracając do niego niechętnie i ze świadomością, że sama z nimi wszystkimi nie wygra.
Ron prychnął, kiedy Harry wciąż wydawał się nierozbawiony.
– Jeśli wasza obecność ma polegać na tym, że przeszkadzacie jej wypoczywać, możecie wyjść – zagroziła Poppy.
– Ale my próbowaliśmy zmusić ją, by wróciła do łóżka – zaprotestowała Ginny.
Harry przytaknął, kiedy pozostali znieruchomieli. Również nie chcieli zostać odesłani ze skrzydła szpitalnego. Pielęgniarka Pomfrey spojrzała na nich surowo, by ocenić ich zachowanie. W końcu pozwoliła im zostać pod warunkiem, że będą cicho. Sądząc po tym, jakim spojrzeniem ich obdarzyła, oddalając się w kierunku drugiej pacjentki, lepiej byłoby ją posłuchać.
Ron wypuścił wstrzymane powietrze.
– O mały włos – powiedział. – Nie, żebyśmy to my byli tymi, którzy przeszkadzają pacjentce, pacjentka nie potrzebuje pomocy przy robieniu zamieszania – dodał, nabijając się z niej.
– Lepiej by było, żebyś o tym nie zapominał – odparła Hermiona, wskazując na niego palcem.
Uniósł ręce w geście poddania się.
– Miałam raz koszmar – oznajmiła z czapy Luna. – Był naprawdę dziwny.
– Nie wątpię – zakaszlał w rękę Ron.
– Wszędzie był gnębiwtryski i nie mogłam uciec, a one jadły żywcem mój mózg. Czy twój koszmar był równie straszny, Hermiono? – zapytała w zamyśleniu Luna.
Hermiona pokiwała głową.
– Chociaż nie pamiętam wszystkiego – dodała szybko, otwierając puszkę gazowanego napoju. Skoro była zmuszona zostać w łóżku, nie było powodu, dla którego miałaby dodatkowo cierpieć z pragnienia.
– Mogę jedną colę? – spytała Ginny.
– Pewnie. – Hermiona rzuciła jej jedną puszkę.
– Profesor Lupin powiedział nam, że klątwy koszmaru są trochę jak boginy – przypomniał sobie Neville.
– Więc wiemy, o czym śniła Hermiona – zaśmiał się Ron, przypominając sobie jej bogina z trzeciej klasy. – O beznadziejnych ocenach, aaale straszne – zakpił, machając rękoma w powietrzu.
– Tak, spadanie na ziemię z nieba po tym, jak mnie upuścił, było arcyzabawne – powiedziała Hermiona, chcąc zmazać ten uśmiech z twarzy Rona. Doprawdy, czy nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo nieczuła była jego uwaga?
BANG!
Ron zerwał się na nogi, kiedy cola wybuchła wprost na niego.
– Ej! Co robisz? – krzyknął na Ginny, która stała obok ze zgniecioną puszką w ręce, podczas gdy cola wciąż ciekła między jej zaciśniętymi palcami. Przerażenie przemknęło przez twarz Ginny; jej wzrok utkwił w Hermionie i nawet nie słyszała skarg, które Ron kierował teraz do Harry'ego.
– Zobacz, co zrobiła z moją ostatnią czystą koszulą – powiedział Ron, pokazując przyjacielowi swoje zrujnowane ubranie.
Harry usiłował okazać mu współczucie.
– Zawsze mi się to przytrafia, kiedy je otwieram – rzucił Neville do nikogo w szczególności.
Hermiona zbladła, zdając sobie nagle sprawę z tego, co powiedziała. Nie chciała, by ktokolwiek wiedział, co działo się w jej śnie, a teraz niechcący wspomniała o tym Ginny. Z jej miny wynikało, że domyśliła się, kim ten on był. Przerażenie wdrapało się również na twarz Hermiony. Jej oczy starały się desperacko zasygnalizować Ginny, by nie mówiła ani słowa. Nie, zapomnienie o tym wszystkim było najlepszą rzeczą, którą można było zrobić. Tak, zapominanie brzmiało dobrze. Może mogłaby pokombinować trochę ze swoją pamięcią?
– Nie potrzebujesz pomocy? – spytała Luna Ginewrę.
– Nie – odparła Ginny, dochodząc do siebie. – Nie uważałam, przepraszam.
– Co ty nie powiesz – wymamrotał Ron, kiedy Harry pomógł mu wyczyścić wszystko wokół machnięciem różdżki.
Idąc za jego przykładem, Ginny pozbyła się zgniecionej puszki i także uprzątnęła swoje otoczenie.
– Ja… – Ginny spojrzała na Hermionę. – Musiałam za bardzo przycisnąć. Wiecie, jak te niektóre puszki ciężko się otwierają.
Hermiona odetchnęła z ulgą.
– No naprawdę, jakbyś nie była wiedźmą – wymamrotał Ron.
– Nie bądź takim dzieciakiem, braciszku. I tak sam nie robisz sobie prania.
– Mówiłam, by nie robić tu zamieszania – zawołała Poppy Pomfrey, zasuwając zasłony wokół łóżka Umbridge. – Zabierajcie się stąd, ale już!
Pielęgniarce odpowiedziało mnóstwo protestów i sprzeciwów, ale w końcu wszyscy opuścili salę. Wydawało się, że Ginny potrzebowała wyjątkowo dużo czasu, żeby zebrać swoje rzeczy. Z jakiegoś tajemniczego powodu wszystkie nagle wysypały jej się z torby. Pod uważnym okiem pani Pomfrey Ginny w końcu zebrała wszystko do kupy i była gotowa pożegnać się z Hermioną. Odczekała chwilę i wreszcie powiedziała nieśmiało:
– Jeślibyś chciała o tym pomówić, to ja cię wysłucham. Jeśli nie, zrozumiem.
Nie czekając na odpowiedź Hermiony, opuściła salę, pospieszana zresztą przez panią Pomfrey, która odprowadziła ją do samych drzwi.
Później tego dnia medyk Abercrombie oznajmił, że Hermiona jest w stanie umożliwiającym jej opuszczenie skrzydła szpitalnego i Hermiona nie czekała nawet chwili; niezwłocznie wyruszyła na poszukiwania profesora Dumbledore'a.
Jakkolwiek zawstydzająca i okropna była sytuacja z Ginny, była niczym w porównaniu ze spotkaniem z Albusem Dumbledore'em. Niczym. Zastanawiała się, dlaczego w ogóle się łudziła. Myślała, że jej otarcie się o śmierć wpłynie na jego opinię i dyrektor pomoże jej zmienić przewodnika. Myślała też, że wykaże się zrozumieniem w związku z jej pomysłem na udzielenie jej dostępu do biblioteki w czasie wakacji. Jak mogła nie dostrzec tego wcześniej? Po całym roku piekła powinna była się zorientować, że jeśli nie posiadało się nazwiska Potter, Dumbledore nie był zainteresowany twoimi problemami. Nie, takie myślenie było nieuczciwe w stosunku do Harry'ego. Wcale nie był w lepszej sytuacji. Hermiona podejrzewała, że Dumbledore skrywał przed Harrym wiele sekretów. Choć to oczywiście nie zmieniało tego, że z wściekłości miała ochotę wyrwać sobie trochę włosów z głowy.
Dumbledore oświadczył jej, że jest zobowiązana wykonywać polecenia Rady i że jej przewodnik został wybrany z wielką troską i rozwagą.
Hermiona nie powstrzymała głośnego prychnięcia.
Tylko na nią spojrzał znad tych swoich okularków i zakończył dyskusję, oznajmiając, że jeśli potrzebuje pomocy, powinna skontaktować się ze swoim przewodnikiem.
Może faktycznie powinna rozważyć zwrócenie się do niego o pomoc? Taaaak, piekło prędzej zamarznie, nim ona to zrobi.
Ten wieczór Hermiona spędzała więc w bibliotece.
Zerknęła na książki naprzeciw niej i westchnęła. Dlaczego musieli dać jej teraz to niemożliwe zadanie? Wszystkie pozostałe były dla niej dość łatwe. I pewnie – mogłaby napisać esej, posługując się teorią z „Rzeczywistości Magii", ale nie byłby on dobry. Zerknęła ku Draconowi, który pakował się do wyjścia. Był jedynym w bibliotece poza nią, cały wieczór z zapałem zapisywał swój pergamin w kącie biblioteki. Skąd wziął swoją „Rzeczywistość Magii", było więcej niż oczywiste, ale ona przynajmniej wiedziała, że to była jedna wielka kupa bzdur. Dla niej mógł przekopiować sobie nawet całą jej zawartość.
Jęknęła i uderzyła głową o książki leżące na biurku. Może powinna wyjątkowo zadowolić się odpowiedzią mniej niż perfekcyjną?
Jej oczy powędrowały ku grubym, białym kopertom wystającym z jej torby. Przez sekundę zastanawiała się nad tym. Potem zdrowy rozsądek wrócił z impetem. Nie ma mowy, to byłoby zbyt uwłaczające.
Ale co jeśli temu właśnie miał służyć ten sen – zniechęceniu jej? Tak, jakby musiał robić tego typu rzeczy, kiedy chciał, by ludzie go unikali.
Och, czy to miało znaczenie? Jeśli to było wystarczająco dobre dla Malfoya, ona też mogła wykorzystać tę teorię. Nie, żeby jego esej mógłby być lepszy.
Hermiona otworzyła „Rzeczywistość Magii" i zaczęła kopiować poszczególne partie tekstu. Dobrze jej szło, dopóki nie dotarła do części z podstawowymi prawami magii.
„Zaklęcie zawsze podróżuje ze stałą prędkością."
Skopiowała to i złamała pióro w irytacji.
Nie było żadnych potwierdzonych danych, żadnego dowodu na ważność tego prawa. Nic. Nada. I jakoś w to wszystko nie wierzyła, zwłaszcza kiedy to było zupełnie sprzeczne z pierwszą zasadą dynamiki Newtona, która głosiła, że ciało pozostaje w spoczynku lub porusza się ze stałą prędkością, jeśli nie działa na nie żadna siła. Hermiona była natomiast więcej niż przekonana, że kiedy rzuca się zaklęcie, stoi za tym magiczna moc. Więc, zaklęcie musiało mieć z zasady jakieś przyspieszenie. Nie mogło podróżować ze stałą prędkością.
Może jednak powinna rozważyć zwrócenie się do niego o pomoc? Tak, jasne. Najpewniej gardził Newtonem, który był w końcu idiotycznym, mugolskim fizykiem. Jak śmiesz stosować to w stosunku do świętych praw magii, szlamo?
Prychnęła i wróciła do gapienia się na zapisane przez siebie słowa. Da radę, nie wszystko musiało tu być doskonałe. Chwyciła kolejne pióro, zanurzyła w atramencie i… energicznie wykreśliła ostatnie zdanie. Nie da rady. Hermiona Granger nie miała w zwyczaju pisać bzdur, zwłaszcza jeśli raz spostrzegła, że wymykają się spod jej pióra i nawet pod pretekstem pozostania z dala od Lorda Voldemorta. Zamknęła oczy. Naprawdę nie mogła uwierzyć w to, co miała zamiar uczynić.
Ach, cóż, nie mógłby uczynić jej nic gorszego od tego, co już jej zrobił. Wyciągnęła z torby specjalne karty i koperty Opiekunów i położyła je przed sobą.
I co ona miała tu zamieścić?
Nic zbyt uległego. W końcu nie była jednym z jego żałosnych sługusów.
A jednocześnie nic zbyt zuchwałego. Nie widziała jej się kolejna wycieczka do skrzydła szpitalnego.
Zapatrzyła się na kartę, zupełnie nie wiedząc, jak podnieść kwestię spotkania, nie wspominając już o proszeniu o pomoc. Odsunęła kartę na bok i chwyciła kopertę. Zanim wróci do tego dylematu, mogła to najpierw zaadresować... O, na Godryka! Nie miała pojęcia, jak się do niego zwrócić!
Tom Marvolo Riddle było poza dyskusją; patrz: wycieczki do skrzydła szpitalnego.
Lord Voldemort byłoby akceptacją jego samozwańczego tytułu; nie wspominając o tym, że wydawał robić się drażliwy, kiedy ludzie śmieli go tak nazywać.
Czarnym Panem nazywali go jego poplecznicy.
Mistrz, zdecydowanie nie.
Sam-Wiesz-Kto wydawało się idiotyczne w tym przypadku, a Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać miał zbyt wiele słów.
I tak skończyły się jej możliwości.
Może powinna odnieść się do jego statusu Opiekuna?
Do mojego przewodnika; nie, zbyt zaborcze – skończyłaby wijąc się w bólu.
Do Opiekuna… no, to również nie było zbyt adekwatne.
Och, chrzanić to, znajdzie powód by ją przekląć tak czy owak. Jakby w ogóle potrzebował do tego jakiegokolwiek powodu!
Pochwyciła jedną z kart i napisała tylko godzinę, datę i miejsce. Potem wsadziła kartę do koperty, popatrzyła na nią przez chwilę i zdecydowała, że „Czarny Pan" stanowiło najbardziej neutralny wybór. Choć, jakby zastanowić się nad tym chwilkę, jedyna posiadłość, która mogłaby uzasadniać używanie tytułu „pan", pochodziła ze strony rodziny jego ojca. Oczywiście nie byłoby najlepszym pomysłem wypominanie mu tego, że jakiegokolwiek imienia nie użyje, będzie ono powiązane z jego mugolskim przodkami. Hermiona zaśmiała się krótko, zakleiła kopertę przy pomocy różdżki i upewniwszy się, że biblioteka jest zupełnie pusta, spokojnie wezwała sowę Opiekunów, wymawiając jej imię – Nebi.
Z trzaskiem (podobnym do dźwięku towarzyszącego aportacji skrzata domowego), pojawiła się przed nią sowa, żywo łopocząc skrzydłami. Ledwo doczepiła list do tej małej włochatki zwyczajnej, a ta zniknęła. Sprytnie, bo zrobiła to, nim Hermiona miała choćby szansę zmienić zdanie.
Na gacie Merlina, co ona zrobiła?
Jakkolwiek nie mogła nic już z tym uczynić. Musiała iść. Wzywanie Czarnego Pana na spotkanie było jedną rzeczą, ale idące za tym stawianie mu czoła było już zupełnie inną sprawą. Szkodliwą, było słowem, którego szukała. Albo lepiej – śmiertelną. W końcu nie będzie jego praktykantką już zawsze, ta przejściowa iluzja bezpieczeństwa kiedyś zniknie. Była już w stanie wyobrazić sobie swoje ciało uderzające bez życia o posadzkę, jeśli przypadkiem nie udałoby się jej dziś w nocy stawić na to spotkanie.
