6. Spotkanie rodzinne.

Budzik zadzwonił po raz kolejny. Głośno i drażniąco. Tym razem jednak wylądowała na nim pięść, uciszając go i oficjalnie rozpoczynając sobotni poranek. Paul usiadł i przeciągnął się ziewając głośno. Niebieskowłosa dziewczyna leżąca obok niego mruknęła coś cicho przez sen. Jakkolwiek sytuacja by wyglądała, do niczego nie doszło. Nie miało prawa, biorąc pod uwagę "dyskretne" wizyty rodziców, które rodziciele chłopaka praktykowali na zmianę kilkanaście razy minionej nocy.

Brązowowłosy nachylił się nad śpiącą i pocałował ją w policzek.

- "Pobudka Chmurko" - powiedział cicho, ale za to prosto do jej ucha.

Dziewczyna otworzyła powoli oczy, ziewnęła i uśmiechnęła się. Jej włosy wyglądały jakby przeżyła huragan albo co najmniej silną burzę. Siniak na policzku, teraz całkiem odsłonięty, wyglądał znacznie lepiej niż dwa dni wcześniej.

Nagle odezwał się telefon Paula. Chłopak uśmiechnął się przepraszająco i odebrał.

- "Siema stary!" - głos w słuchawce należał do Jake'a - "Oglądałeś wczoraj wiadomości?"

- "Nie… Byłem… trochę zajęty" - odruchowo spojrzał na obtartą pięść. Niebieskowłosa ujrzawszy ten gest podczołgała się, ciągnąc za sobą kołdrę, do chłopaka, chwyciła jego rękę i przyciągnęła do siebie. Pocałowała obtarcie. Brązowowłosy uśmiechnął się do niej - "A co?"

- "Ojciec Finna wyszedł z kicia."

- "Ojciec Finna?"

- "Finn jest adoptowany."

- "Ah… dobrze wiedzieć… A za co siedział? Ojciec, a nie Finn oczywiście…"

- "Nie wiem. W wiadomościach wspominali tylko, że siedział 15 lat…"

- "Lepiej, żeby się nie spotkali. Czy Finn w ogóle o nim wie?"

- "Niestety… Wspominał, że Billy mu powiedział."

- "Zadzwoń jak pojawią się jakieś kłopoty. Postaram się coś wymyślić."

- "Dzięki stary. Nara." - rozłączył się.

Paul odłożył telefon i odwrócił się do Carroll. Przez chwilę patrzył jej w oczy, po czym zaatakował, łaskocząc ją w boki. Dziewczyna pisnęła.

"Dyskretna" wizyta rodziców za kilka chwil była więcej niż bardzo prawdopodobna.


Łysiejący mężczyzna z jasnobrązowymi włosami i brodą szedł powoli ulicą. Miał na sobie jeansy i brudny, czerwony, słabo skrywający okrągły brzuszek T-shirt. Na jego ramieniu wisiała stara, poprzecierana torba.

Zatrzymał się przed bramą parkingu policyjnego. Za metalową siatką, na betonowym placu stało kilkanaście samochodów. Większość była przykryta płachtami, reszta płowiała na słońcu. Podszedł powoli do budki strażnika.

- "Dzień-doberek!" - powiedział radośnie, podając policjantowi pognieciony świstek - "Przyszedłem odebrać samochód."

- "Martin Mertens…" - strażnik przeczytał leniwie - "Po 15 latach odsiadki…"

- "To ja."

- "Ford Broncus…"

- "Zgadza się."

- "Proszę za mną" - mężczyzna założył czapkę i wyszedł otworzyć bramę.

Kilkanaście minut później Martin z szerokim uśmiechem na brodatej mordzie wyjechał przez tą samą bramę. Siedział za kierownicą pokrytego 15-letnią warstwą kurzu Forda. Brudu było tak wiele, że nie dało się rozpoznać koloru karoserii.

- "Będzie trzeba cię zabrać do myjni dziecino" - mężczyzna poklepał karoserię drzwi wystawioną za okno ręką.


- "Aaaahahaaa!" - krzyk Finna niósł się po okolicy niewielkiej górki.

Chłopak zjeżdżał z niej na zbitym z kawałka drzwi, kilku desek, osiek oraz kółek od dziecięcego rowerka wózku. Cudem, zdawałoby się, udawało mu się omijać krzaki i korzenie. W końcu silnym szarpnięciem wymusił skręt wehikułu, który ustawił się bokiem do kierunku jazdy i wyhamował. Blondyn wyskoczył i poprawił swą niedźwiedzią czapkę, która zsunęła mu się na oczy.

- "Łał! To było matematyczne!" - krzyknął radośnie.

- "Ta stary" - Jake, który czekał na niego u podnóża wzgóraz, podszedł do niego - "Totalnie."

- "Musimy to powtórzyć!"

- "Ale nie dziś. Musimy wracać. Jermaine się wkurzy jak nie będzie nas w domu za…" - zerknął na zegarek - "...15 minut."

- "Dobra… Wrócimy tu później" - westchnął i chwycił przywiązany do przedniej ośki wózka sznurek.

Kilkanaście minut później dotarli do domu. Obecność sfatygowanego, ale wyglądającego na świeżo umytego Forda na ich podjeździe mocno ich zaskoczyła. Przy samochodzie stał Jermaine i rozmawiał z siedzącym wewnątrz brodatym mężczyzną.

- "To jest Joshua, czy nie?" - zapytał brodacz. Rozmowa widocznie dopiero się zaczęła - "Mam do niego pewną sprawę…"

- "Ojciec nie żyje" - odpowiedział blondyn z kilkudniowym zarostem - "Zmarł jakieś pięć lat temu… A syna nie odzyskasz. Pamiętasz, że odebrali ci prawa rodzicielskie?"

- "Syna? Jakiego syy…" - ujrzał nadchodzącego Finna - "Aaa! Syna!" - powiedział znacznie głośniej.

- "T...tata?" - chłopak szybko skojarzył fakty.

- "Eee… tak" - powiedział zakłopotany nagle mężczyzna - "Jestem twoim ojcem... eee... synu…"

- "Tylko biologicznym..." - mruknął cicho Jermaine. Nikt nie zwrócił na niego uwagi.

- "Może chciałbyś porobić coś ze mną?" - Martin wychylił się bardziej przez okno i uśmiechnął się szeroko do Finna - "Jak ojciec z synem. Może jutro?"

- "Czemu nie" - chłopak zareagował z entuzjazmem.

- "Świetnie synek" - rozczochrał mu włosy - "Do zobaczenia jutro o dziesiątej" - odpalił samochód i odjechał zostawiając za sobą chmurę pyłu i śmierdzących spalin.

- "Cholera…" - powiedzieli jednocześnie Jake i Jermaine.


Paul powoli przeżuwał zimnego, lekko wysuszonego tosta. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że na śniadanie jest już zdecydowanie za późno. Ale takie to już są skutki wstawania w południe. Siedział sam w kuchni wpatrując się bez celu w znajdujące się naprzeciwko okno i co jakiś czas popijając chleb sokiem pomarańczowym. Przez okno widział jak świeci słońce, widział przejeżdżającego Forda Broncusa z jakimś wyjątkowo wyluzowanym typem za kierownicą, widział dzieciaka jadącego na trójkołowym rowerku i łaciatego kota wygrzewającego się na progu sąsiedniego domu.

Nagle śniadaniową sielankę przerwał dzwonek telefonu. Chłopak westchnął głośno, przełknął przeżuwaną właśnie porcję i odebrał.

- "Stało się! Przyjechał!" - wykrzyknął Jake po drugiej stronie.

- "Kto? Ojciec Finna?"

- "A kto inny? Hunson Abadeer? Oczywiście, że Martin Mertens!"

- "I?"

- "Chce gdzieś zabrać dzieciaka. Jutro..."

- "Może nie będzie tak źle?"

- "Ten gość jest nieprzewidywalny! To kryminalista!"

- "Może zmienił się po tych piętnastu latach w więzieniu…"

- "Oby…" - Jake rozłączył się bez pożegnania.

Paul pokręcił głową i odłożył telefon. Wtem dookoła jego szyi oplotły się szczupłe ramiona. Chłopak odchylił głowę do tyłu i oparł się o dziewczynę. Spojrzał jej z uśmiechem w oczy.

- "Jak tam mamusia?" - zapytał.

- "Zostawiła trochę śmieci i zniknęła" - odpowiedziała Carroll.

- "Uznajmy to za sukces" - podniósł się odrobinę i cmoknął niebieskowłosą w usta.


Niedzielny poranek przywitał Ooo bezchmurnym niebem. Delikatny zefirek kołysał liśćmi drzew. Słońce grzało bardzo przyjemnie - żadnego upału. Idealna pogoda na dzień ojca z synem.

Problem tkwił tylko w fakcie, że wybiła już dziesiąta trzydzieści, a ojciec się nie pojawiał. Finn siedział na kanapie i wpatrywał się w ący mu od rana entuzjazm powoli przeradzał się w zawód. Chłopak wciąż jednak miał nadzieję, że Martin się pojawi.

Nadzieje jego braci były całkowicie przeciwne.

Kiedy z podwórka dobiegł dźwięk klaksonu, Finn praktycznie rzucił się do drzwi. Na ulicy przed domem rzeczywiście stał znajomy, sfatygowany Ford. Dzieciak z uśmiechem pobiegł do samochodu, z którego machał brodacz. W drzwiach domu pojawił się Jermaine.

- "Dokąd jedziecie?" - zapytał.

- "Co?" - Martin wychylił się przez okno.

- "Dokąd jedziecie?" - powtórzył głośniej.

- "Na ryby" - mężczyzna wskazał tylne siedzenia, na których leżały wędki - "Nad Lodowe Jezioro."

Nieogolony blondyn pokiwał powoli głową. Nazwa jeziora wzięła się od tego, że przez cały rok jego temperatura nie wzrasta powyżej siedmiu stopni. Przez to praktycznie nikt się w nim nie kąpał, ale oferowało za to inne atrakcje. Słynęło bowiem z dużej ilości ryb, które były do tego na tyle głupie, że nabierały się na każdą przynętę. Raj dla wędkarzy.

Finn w międzyczasie zajął miejsce obok swego ojca. Silnik pojazdu zamruczał. Maszyna zaczęła się toczyć ulicą. Chłopak wychylił się przez okno i pomachał bratu.


Marcelina i Bonnibel siedziały na ławce w parku. Drzewo rosnące kilka metrów za nią osłaniało je od słońca. Nie pozwalało też za szybko rozpuścić się lodom, które dziewczyny właśnie jadły. Czarnowłosa truskawkowego, a różowa o smaku gumy balonowej. Marcelina od zawsze zastanawiała się czy to, że jej przyjaciółka lubi gumę balonową ma jakikolwiek związek z jej nazwiskiem. Nigdy o to jednak nie zapytała. I nie zamierzała pytać. Na pewno nie teraz. Teraz siedziały trzymając się za ręce i spędzały czas w komfortowej ciszy.

Na jednej z parkowych alejek pojawił się białowłosy punk w upstrzonej przypinkami i naszywkami skórzanej kurtce. Wczytywał się w obitą w skórę książkę zatytułowaną "Podstawy Magii". Dziewczyny spostrzegły go i wymieniły zaniepokojone spojrzenia.

Chłopak nagle potknął się o nierówność chodnika. Aby złapać równowagę opuścił książkę, a wtedy napotkał wzrokiem na różowo-czarną parę. Znieruchomiał. Marcelina zauważyła, że punk ma lekko opuchnięty policzek. Jakby niedawno ktoś go uderzył.

Po chwili wpatrywania się, Ash rozejrzał się nerwowo po parku, odwrócił się na pięcie i oddalił ze znaczną prędkością.

- "Nie zaczepił cię…" - zauważyła Bonnie - "Dziwne…"

- "Dziwne, czy nie…" - czarnowłosa przysunęła się bliżej do towarzyszki i objęła ją - "...bardzo się z tego cieszę."

'Czego ja właściwie się boję...' - białowłosy opierał się o drzewo kilkadziesiąt metrów od miejsca, z którego właśnie uciekł. Spojrzał na ściskaną w dłoni książkę - 'Przecież mam magię' - zły uśmiech zagościł na jego twarzy.


- "Tato? "

- "Tak eee… synu?"

- "Dlaczego byłeś w więzieniu?"

- "Eeeee…" - mężczyzna zaczął pocierać szyję. Przy okazji przestał zwracać uwagę na to co się dzieje na drodze. Samochód powoli zjechał na drugi pas - "Ja musiałem… eee… To… To nie moja wina!" - w jego głosie zabrzmiała złość i zniecierpliwienie - "To wszystko przez eee… twoją matkę!"

- "Tato!"

- "Co śmierdzielu?! Nie kłamię! To wszystko prze…"

- "Tato, patrz na drogę!" - krzyk Finna przerwał gniewne warknięcia Martina. Palec chłopaka wskazywał na wyjeżdżającą zza zakrętu ciężarówkę.

- "O…" - przeklął brodacz skręcając kierownicą.

Samochód wrócił na swój pas, ale zaraz potem wpadł w poślizg i z pełną prędkością skierował się w stronę pobocza. Siedzący wewnątrz poczuli silny wstrząs, kiedy samochód wybił się w powietrze. W locie zrobił obrót i wylądował na dachu, zgniatając lewą, pasażerską stronę i pozbywając się wszystkich szyb.

W momencie uderzenia przed oczyma Finna zapadła ciemność.

Silnik pojazdu zgasł, a koła powoli przestawały się kręcić. Spod pogiętej maski coś parowało i kapało na długą trawę polany, na której pojazd wylądował. Nagle dało się słyszeć chrzęst szkła. Przez okno po stronie kierowcy wyczołgał się brodaty mężczyzna. Wstał, otrzepał ubranie i zerknął na rozbity wehikuł. Splunął i nie oglądając się więcej odszedł lekko kulejąc.

'Tato… tato gdzie jesteś?'


Pomieszczenie wypełniał ciężki, pachnący dym. Kolorowe świeczki stały wszędzie. Na szafkach, półkach, biurku i parapecie. Wszystkie paliły się, oświetlając pomarańczowe ściany pokoju pozbawionego łatwopalnych ozdób. Oświetlały pomarańczowy dywan, pomarańczową pościel i siedzącą na niej po turecku pomarańczową dziewczynę. Trzymała ręce wzdłuż ciała, a dłonie na kolanach. Jej palce były skomplikowanie splecione, a oczy zamknięte. Na jej twarzy malował się perfekcyjny spokój - medytowała.

Po chwili wypuściła głośno powietrze i opadła na łóżko. Medytacja nie pomagała. Musiała z kimś pogadać. Nawet nie patrząc wymacała leżący na stoliku nocnym telefon i przyciągnęła go do siebie. Wybrała numer Finna.

- "Finn odbierz, proszę…" - mruknęła cicho po dłuższej chwili.

Jednak chłopak nie odebrał. Nieco zaniepokojona dziewczyna wybrała numer do jego brata.

- "Cześć FP. Co tam?" - zabrzmiał głos w słuchawce.

- "Cześć Jake. Jest Finn?" - zapytała.

- "Nie… a czemu pytasz?"

- "Bo nie odbiera telefonu"

- "Nie odbiera?" - powiedział głucho - "Muszę kończyć, oddzwonię!" - rozłączył się.

Rudowłosa westchnęła głośno i znów opadła na pościel.


Na dużej kremowej kanapie siedzieli przytulając się Paul i Carroll. Na stojącym kilka metrów przed nimi, średniej wielkości telewizorze wyświetlał się film. Film o katastrofie jakiegoś statku wycieczkowego na środku oceanu. Pokład statku był właśnie zalewany ogromną falą, zmywającą załogę i pasażerów, którzy ku swemu nieszczęściu nie zdążyli ukryć się pod pokładem.

Para nie zwracała za bardzo uwagi na akcje na ekranie. Byli zbyt zajęci sobą. W pewnym jednak momencie ich chichoty oraz dobiegające z głośników krzyki strachu i cierpienia zostały zagłuszone przez dzwonek do drzwi. Brązowowłosy westchnął, cmoknął dziewczynę w policzek i wstał. Powlókł się do drzwi.

Blondyn stojący za progiem nie czekał na powitanie czy pytanie "o co chodzi?".

- "Finnowi coś się stało!" - wykrzyknął Jake.

- "Skąd to przypuszczenie?"

- "Bo nie odbiera telefonu!"

- "Jesteś paranoikiem…" - westchnął gospodarz - "Może bateria mu padła? Albo wyłączył telefon?"

- "Zostawiłem go z kryminalistą!" - chłopak był bliski płaczu - "Proszę cię stary…" - jego twarz zaczęła przypominać pyszczek proszącego o coś szczeniaka - "A jeśli naprawdę coś mu się stało?"

- "No dobra…" - mruknął Paul - "Tylko odpuść już z… tym" - wskazał na jego twarz, po czym odwrócił się ku wnętrzu domu - "Chmurko!" - niebieskowłosa wychyliła głowę nad oparcie kanapy - "Chodź, jedziemy szukać Finna."

Kilka minut później cała trójka zajmowała miejsca na motocyklu. Jake mościł się w koszu.

- "To dokąd pojechali?" - zapytał kierowca.

- "Nad Lodowe Jezioro" - blondyn założył kolorowy kask.

Brązowowłosy pokiwał głową i odpalił silnik. Maszyna wyjechała na drogę i skierowała się w kierunku wskazanym przez aktualnie trzymającego się kurczowo kosza chłopaka.

Przez całą drogę towarzyszyło im słońce wiszące wysoko na nieboskłonie. Ciepłe powietrze falowało nad asfaltem. Chwasty w rowach i liście na drzewach praktycznie się nie ruszały. Delikatny, poranny wietrzyk zniknął już całkowicie, pozostawiając powietrze w parnym bezruchu.

Przyjaciele przemykali drogą, każdy pochłonięty własnym zajęciem. Paul skupiał się na prowadzeniu, Carroll przytulała się od niego z zamkniętymi oczami, a Jake rozglądał się ze skrywanym za szybką kasku niepokojem.

Po kilku minutach dojechali do zakrętu, po którego jednej stronie piętrzyła się całkiem duża, obrośnięta dookoła drzewami skała. Kiedy wyjechali zza niej, blondyn westchnął z przerażeniem i zaczął wskazywać coś na poboczu. Tym czymś był leżący na dachu, rozbity Ford Broncus. Brązowowłosy zatrzymał się na poboczu i zgasił silnik. Wszyscy pobiegli do wraku.

Okno po stronie pasażera było zmiażdżone, ale to po stronie kierowcy trzymało się całkiem dobrze. Paul nawet nie próbował otwierać drzwi. Wiedział doskonale, że nie ruszą ani o milimetr. Odgarnął stopą potłuczone szkło i nachylił się do wnętrza pojazdu.

W środku zobaczył znajomą postać. Nieprzytomny Finn z podrapaną twarzą wisiał w pasach. Paul odetchnął z ulgą widząc, że dzieciak oddycha i nie krwawi. Jego mina szybko jednak zrzedła, kiedy zauważył zakleszczoną pomiędzy warstwami metalu rękę. Na szczęście wciąż nie było widać krwi. Co nie wykluczało krwotoku wewnętrznego.

- "Jake!" - krzyknął - "Dzwoń po pomoc" - wyczołgał się z pojazdu.

Jednak chłopak w żółtej bluzie nie był w stanie tego zrobić. Siedział właśnie skulony w trawie i mamrotał coś niewyraźnie, bujając się w przód i w tył.

- "Carroll, ty zadzwoń" - coś zmieniło się delikatnie w jego głosie.

Niebieskowłosa zauważyła to i poczuła lekki ukłucie niepokoju. Zaraz jednak wyciągnęła telefon i oddaliła się na kilka metrów.

- "Uspokój się!" - krzyknął chłopak w bojówkach podnosząc Jake'a za ubranie.

- "Co z nim będzie…" - mamrotał - "To wszystko moja wina…"

- "Wszystko będzie w porządku!" - uderzył go dwa razy otwartą dłonią w twarz - "Tylko przestań świrować!" - 'I kto to mówi...' 'Zamknij ryj!' 'Ej! Jaki ryj? To też twoja twarz jest...'

Blondyn cofnął się o kilka kroków oddychając ciężko.

- "Ja w tym czasie pójdę znaleźć tego… Martina" - warknął nie-do-końca-Paul ruszając energicznie śladem odciśniętym w wysokiej trawie.

- "Nie rób tego!" - Carrolll, która właśnie skończyła wzywać pomoc, podbiegła do niego i spróbowała zatrzymać.

Chłopak odepchnął ją, sprawiając, że wylądowała w trawie, po czym poszedł dalej. Nie uszedł jednak daleko. Po kilku metrach zaczął zwalniać. Zatrzymał się, chwycił za głowę i stał tak przez chwilę. Nagle odwrócił się, popędził do niebieskowłosej i uklęknął w trawie. Przytulił dziewczynę. Z jego oczu ciekły łzy.

- "Przepraszam" - wyszeptał. Carroll odwzajemniła uścisk.

Po około dziesięciu minutach przyjechała karetka i niewielki pojazd straży pożarnej. Strażacy uwinęli się dość szybko - Finn był wolny już po piętnastu minutach. Chwilę później leżał już w karetce odjeżdżającej w kierunku szpitala. Przyjaciele wsiedli na motocykl i pojechali jej śladem.


W szpitalu skontaktowali się z pozostałymi. Szybko przybyły Marcelina i Bonnie, a zaraz po nich pojawiła się Lady. Niedługo później na miejscu był Jermaine. Na jego zwyczajowo nieogolonej twarzy malowało się przerażenie. Ostatnia była bliska płaczu Phoebe. Tylko szybka reakcja Koreanki powstrzymała ją od wtargnięcia na salę operacyjną.

- "Muszę wiedzieć co z Finnem!" - krzyknęła przez łzy.

- "모든 것이 잘 될 것입니다" - pocieszyła ją tęczowa dziewczyna.

- "Ten, kto jest za to odpowiedzialny poczuje moją złość" - warknęła ruda - "Nikt nie będzie krzywdził mojego Finna!"

- "Zemsta nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem" - mruknął siedzący na jednym z krzeseł przy ścianie Paul. O jego ramię opierała się Carroll.

- "A co sam chciałeś zrobić, hipokryto?" - zapytał Jake z pretensją w głosie.

- "Ja chciałem?" - spojrzał blondynowi w oczy. Zapadła niezręczna cisza.

I trwała tak przez kilka następnych godzin. Carroll zdążyła zasnąć, a i Paulowi do snu niewiele brakowało. Reszta chodziła po korytarzu lub wpatrywała się w ściany. W końcu ciszę przerwało pojawienie się na korytarzu lekarza. Albo raczej lekarki. Miała upięte w dwie kitki, brązowe włosy, a jej policzki pokrywały piegi. Pod lekarskim fartuchem miała pomarańczowy sweter, a na jej szyi wisiał stetoskop. Wszyscy rozpoznali ją natychmiast.

- " ?" - zapytała zdziwiona Bonnibel. Głośne pytanie obudziło niebieskowłosą.

- "No co?" - lekarka wzruszyła ramionami - "W naszym miasteczku jest mało lekarzy."

- "Co z Finnem?" - zapytała zniecierpliwiona FP. Ostatkami siły woli powstrzymywała się od pobiegnięcia na poszukiwanie chłopaka.

- "Wybudził się już z narkozy" - uśmiechnęła się nieco smutno - "Chodźcie za mną."

Przyjaciele podążyli za nią do jednej z sal. W środku zastali Finna leżącego na szpitalnym łóżku, pod cienką kołdrą. Gapił się w sufit, a jego twarz nie wyrażała niczego.

- "Jak się czujesz?" - Phoebe podbiegła i nachyliła się nad blondynem.

- "Zostawił mnie" - powiedział głucho wyciągając spod kołdry prawą rękę. Jednak ręki tam nie było. Był tylko zabandażowany kikut kończący się w połowie ramienia.

Rudowłosa przytuliła go.

- "Nie udało się uratować ręki…" - westchnęła cicho - "Kości były rozbite w drzazgi. Razem z krwią i mięśniami zmieniły się w…"

Zamilkła gdy ręka Paula zasłoniła jej usta. Spojrzała na niego pytająco. W odpowiedzi kiwnął tylko głową w stronę pozostałych. Wszyscy poza FP i Finnem wpatrywali się w nią blado (lub bladziej niż zwykle).

- "Przepraszam…" - uśmiechnęła się sztucznie i wycofała pod drzwi.


Po kilku wypełnionych krótkimi przesłuchaniami przez policję oraz zapowiedziami rychłej i ognistej zemsty ze strony Phoebe, Finn został zwolniony ze szpitala. Jego humor nie poprawił się ani trochę - wciąż był nastawiony do wszystkiego z niezwykłą obojętnością. Zaczął za to coraz częściej spotykać się z Phoebe. Wkrótce doszło do tego, że byli prawie nierozłączni.

Policja po owych przesłuchaniach i zbadaniu miejsca wypadku rozpoczęła śledztwo. Szeroko zakrojone poszukiwania nie przynosiły jednak żadnych skutków. Martin Mertens zniknął jak kamień w wodzie. I to dość brudnej.

Przyjaciół nieco zaniepokoiła nieobecność Bonnible w szkole, ale Marcelina szybko ich uspokoiła. Powiedziała, że różowowłosa pracuje dzień i noc nad czymś wyjątkowo ważnym. Pytania o przedmiot prac Bonnie zbywała tajemniczym uśmiechem.


Finn i Phoebe weszli do stołówki. Była pełna ludzi, ale czegóż to innego można by się spodziewać po długiej przerwie. Odprowadzana zaciekawionymi spojrzeniami para dotarła do kolejki prowadzącej do okienka, w którym wydawano jedzenie. Po kilku minutach oczekiwania dostali tacki z jedzeniem. Sałatka, frytki i nędzny kawałek mięsa. Ruszyli powoli ku najbliższemu wolnemu stolikowi. Blondyn szedł z widocznym skupieniem na twarzy i tacką trzymaną w dłoni zbielałej z wysiłku lewej ręki. Nagle został zmuszony do zatrzymania się przez postać w czerni, która wyrosła przed nim.

- "Gdzie zgubiłeś rączkę?" - zapytała z szyderczą troską dziewczyna z czerwonym irokezem.

- "Odczep się Wendy…" - odburknął Finn i spróbował ominąć punkówę.

Wendy nie zamierzała jednak kończyć zabawy tak szybko. Uderzyła od dołu w tackę chłopaka, sprawiając, że jej zawartość wzleciała majestatycznie w powietrze. Ułamki sekundy później plasnęła o podłogę.

- "A tatusia gdzie zgubiłeś?" - uśmiechnęła się złośliwie.

Chłopak krzyknął i rzucił się na nią. Został jednak natychmiast odepchnięty i wylądował na tyłku. Łobuzica odeszła śmiejąc się głośno.

- "Nic ci nie jest?" - obok blondyna pojawiła się FP. Pomogła mu wstać.

'Popamięta… Nikt nie będzie bezkarnie krzywdzić mojego Finna...' - pomyślała, a jej oczy zabłysły wściekłym ogniem.


W ciemnym, obwieszonym plakatami pokoju brzmiała głośna, ciężka muzyka. Półki i regały, które zajmowały praktycznie całą wolną od plakatów przestrzeń, wypełnione były płytami z muzyką, dziwnymi książkami i jeszcze dziwniejszymi gadżetami. Przy jednej ze ścian, w kącei pomieszczenia stało łóżko z ciemną pościelą. Pościel owa ułożona była w bezładną kupę, na której szczycie siedziała postać. Z jego częściowo wygolonej głowy spływały na czarną koszulkę bez rękawów pasma białych włosów. Na schowanych w poprzecieranych jeansach kolanach trzymał spory, prawiony w skórę tom zatytułowany "Podstawy Magii".

Magia fascynowała Asha od wczesnych lat dziecięcych. Zbierał każdą książkę i każdy przedmiot który zdawał się mieć z nią cokolwiek wspólnego. Kilka kartonów tego śmiecia leżało teraz w piwnicy… Chłopak jednak wciąż wierzył. Czytał, zbierał, próbował, ćwiczył, ale nic nie chciało działać. Aż do teraz.

Księgę, którą z pasją właśnie studiował, zakupił w pewnym podejrzanym sklepiku, u pewnej podejrzanej, starszej pani o aparycji wiedźmy. Po kilku dniach pochłaniającej lektury, praktyki i testów ku swemu zaskoczeniu osiągnął zauważalne wyniki. Pierwszą rzeczą jakiej udało mu się nauczyć było wywoływanie natychmiastowego snu.

Idealna umiejętność. Niezastąpiona we wczesnej fazie jego planu.


Na kolejnej przerwie Phoebe ruszyła na poszukiwanie łobuzicy. W jej kieszeni ciążyła pożyczona od LSP buteleczka ze zmywaczem do paznokci, a w ręce ściskała swoją ulubioną, metalową zapalniczkę.

Wendy znalazła się dość szybko. Dziewucha, razem ze swoim kumplem Booboo terroryzowała bawiące się na boisku dzieciaki. Kilkanaście metrów dalej, pod starą wierzbą, Georgy, drugi koleżka punkówy, pilnował toreb całej trójki. Albo raczej powinien pilnować. Zamiast tego spał sobie beztrosko, oparty o pień. FP uśmiechnęła się szeroko. To była idealna okazja. Zakradła się za drzewo i ostrożnie wylała zawartość wyjętego z kieszeni flakoniku na bagaże. Resztką płynu nasączyła kawałek starej, zwędzonej z wózka sprzątaczki szmatki, po czym podpaliła go i cisnęła w stronę sterty plecaków. Po kilku sekundach wszystko stanęło w płomieniach. Rudowłosa całą siłą woli powstrzymała się od podziwiania ognia i czym prędzej uciekła zostawiając za sobą przerażone okrzyki Georg'iego.


- "I jak ci idzie?" - Marcelina zajrzała Bonnibel przez ramię. Sterta metalu, kabli, siłowników, obwodów i innego elektronicznego śmiecia zaczynała powoli nabierać kształtów.

- "Do jutra powinnam już skończyć…" - głos różowowłosej brzmiał nieco głucho. Miała podkrążone oczy, a jej ruchy były lekko mechaniczne - "Albo uda mi się jeszcze dziś…"

- "Powinnaś się wyspać" - czarnowłosa zaczęła się bawić jakąś częścią.

- "Muszę to dokończyć jak najszybciej…"

- "Wiem…" - pokręciła głową i odłożyła przedmiot. Pocałowała różową w policzek - "Jutro przyjdę i dopilnuje, żebyś się wyspała. Ale teraz muszę już spadać. Simon prosił mnie bym mu coś kupiła."

Bonnie nie odpowiedziała. Była zbyt pochłonięta pracą. Marcelina uśmiechnęła się tylko i wyszła.

Minutę później, kiedy szła wzdłuż porośniętego żywopłotem ogrodzenia rodzinnej działki swej dziewczyny, niespodziewanie zza rogu wyskoczyła znajoma postać w czerni.

- "Ash?! Co ty tu robisz?!" - dziewczyna była zdecydowanie niezadowolona ze spotkania.

- "Marcelinus śpiochus!" - wykrzyknął z dziwną intonacją, machając jednocześnie rękami i patrząc jej w oczy.

Marcelina chciała się roześmiać, ale poczuła straszną senność. Jej powieki zrobiły się nagle jak z ołowiu, a ziemia zaczęła się zbliżać z dużą prędkością. Ostatnią rzeczą jaką zarejestrował jej mózg, były łapiące ją ręce, na których pobrzękiwały skórzane, nabijane ćwiekami bransolety oraz łańcuszki. Odpłynęła.


Finn naciągnął na siebie piżamę. Trwało to ze dwa razy dłużej niż z parą rąk. Wiele rzeczy robiło się dłużej niż z parą rąk… Powlókł się do swojego pokoju. Przechodząc obok stojącej na korytarzu szafki poczuł, że coś go ciągnie w tył. Obejrzał się przez ramię by zobaczyć swój rękaw zaczepiony o uchwyt jednej w szuflad. Miał już tego dosyć.

Krzyknął z wściekłością i oderwał rękaw. Rzucił nim daleko przed siebie i zaczął głęboko oddychać.

- "Idź spać Finn…" - dobiegł go stłumiony przez drzwi, senny głos Jake'a.

Nagle usłyszał dzwonek do drzwi. Uspokoił oddech i zastanawiając się kto mógł przyjść o tak późnej godzinie ruszył ku wejściu.

- "Cześć Finn. Mam coś dla ciebie" - stojąca za progiem Bonnibel wyglądała okropnie. Jakby nie spała od kilku dni. Wyciągnęła ku chłopakowi zawinięty w materiał przedmiot.

Kiedy blondyn odwinął zawiniątko, jego szczęka opadła. W dłoniach zasypiającej na stojąco dziewczyny leżała ręka. Metalowa, mechaniczna ręka ze stylowym paskiem niebieskiej farby.

- "Wystarczy, że założysz i będzie działać. Praktycznie każda część jest regulowana, bo nie wiedziałam jaki masz rozmiar ręki… Daj pomogę ci" - zaczęła zapinać na nim uprząż i dopasowywać części.

Minutę później Finn uniósł metalową protezę do oczu i poruszał palcami, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że jego usta są wciąż otwarte.

- "I jak?" - uśmiechnęła się dziewczyna.

- "Dzięki, dzięki, dzięki!" - blondyn uściskał ją z całych sił.

- "Au! Uważaj!" - jęknęła - "Ta ręka jest silniejsza niż myślisz!"

Chłopak puścił i uśmiechnął się przepraszająco. W tym momencie zadzwonił telefon różowowłosej.

- "Halo? Dzień dobry panie Petrikow…" - odebrała - "Nie, a czemu?... Co?!..." - wyraźnie zbladła - "Jak to jeszcze nie wróciła do domu?!"

- "Co się stało?" - zapytał Finn przerywając podziwianie nowej ręki.

- "Marcelina nie wróciła do domu…" - odparła głucho Bonnie, chowając telefon do kieszeni.


- "Jak to nie wróciła?!" - zapytał Paul następnego dnia, w szkole - "Gdzie i kiedy ostatni raz ją widziałaś?"

- "U mnie w domu. Wczoraj" - odpowiedziała Bonnibel. Sądząc po jej wyglądzie, ostatniej nocy na pewno nie spędziła śpiąc - "Powiedziała, że musi coś kupić dla Simona i wyszła."

- "Jeśli to na cokolwiek się przyda, to wiedzcie, że Ash też dziś się nie pojawił w szkole…" - wtrącił się Jake.

- "I co w tym dziwnego? On nie jest typem, który nie opuszcza żadnych lekcji…" - brązowowłosy uniósł brew.

- "Ale dziś ma muzykę, której nigdy nie opuszcza" - powiedział blondyn.

- "Ah… Czyli podejrzewamy porwanie?" - mruknął Paul.

- "Ale on jest tchórzem!" - zaprotestowała Carroll - "A Marcelina jest silniejsza i mądrzejsza od niego."

- "Zostańmy na razie przy porwaniu. Wcale nie potrzeba siły, czy inteligencji by kogoś porwać…" - zastanowił się Paul - "Może znalazł jakiś sposób…"

- "Widziałyśmy go ostatnio w parku…" - wymamrotała zaspana Bonnie - "Czytał książkę "Podstawy Magii", czy jakoś tak…"

- "Magia?" - skrzywił się brązowowłosy - "Serio?..."

- "Też w to nie wierzę" - mruknęła różowa - "Ale…"

- "Tak wiem…" - westchnął chłopak - "Tonący brzytwy się chwyta…"

- "A gdzie tak właściwie jest Finn?" - niebieskowłosa rozejrzała się po korytarzu.

- "Odpuścił sobie dziś szkołę. Poszli z FP do parku" - wyjaśnił Jake - "Poza tym chciał wypróbować nową rękę od Bonnie" - poklepał różowowłosą po ramieniu.


Marcelina obudziła się z lekkim bólem głowy. Kiedy jej oczy złapały ostrość, zauważyła, że znajduje się w dość ciemnej piwnicy. Przy jednej z jej ścian stał warsztatowy blat, na którym świeciło się kilka świec. Ich blask oświetlał białowłosą postać, ślęczącą nad opasłą księgą.

Czarnowłosa chciała krzyknąć, ale jej usta były zablokowane kneblem. Chciała się ruszyć, ale poczuła tylko ból spowodowany ocierającym się o kostki i nadgarstki sznurkiem. Spojrzała na swe związane nogi i wydała stłumiony, pełen wściekłości pomruk. Kiedy uniosła głowę jej oczy natrafiły na wpatrującego się w nią chłopaka. Uśmiechał się niepokojąco.

- "Widzę, że się obudziłaś moja mała Mar-Mar" - kolejny niezadowolony pomruk. Nienawidziła tego przezwiska - "Pozwól, że coś wypróbuje… Marcelinus zakochus Ashikus!" - wykrzyknął machając rękami.

Marcelina spojrzała tylko na niego wzrokiem pełnym pogardy. Jej twarz wyraźnie mówiła "Jesteś żałosny".

- "Ugh… nieważne…" - warknął Ash - "W końcu mi się uda i znów będziemy razem!" - zaśmiał się i wrócił do księgi.


- "Coraz lepiej ci idzie" - uśmiechnęła się Phoebe, kiedy tylko Finn ja puścił - "Tym razem było miło, a jednocześnie nie bolą mnie żebra."

- "Dzięki…" - chłopak zaczerwienił się lekko - "Zaczynam umieć ją kontrolować."

- "Ale naprawdę Bonnibel przyszła w nocy, żeby ci ją dać?"

- "Taa…" - pokiwał głową - "To świetna przyjaciółka, chociaż czasami potrafi być dziwna…"

- "Na przykład?"

- "Na przykład kiedy przyniosła mi rękę w nocy. Mogła przecież przyjść w rano."

- "Racja…"

Zapadła cisza. Nieco niezręczna. Taki stan rzeczy nie przypadł Finnowi do gustu. Wyciągnął mechaniczną rękę i objął dziewczynę. Przysunął ją delikatnie do siebie.

- "Łał…" - zachichotała - "Tym razem wyszło ci idealnie" - pocałowała go w policzek.

- "Przejdziemy się na szarlotkę?"

- "Chętnie"

Wstali z ławki i ruszyli powoli ku kawiarni. Nie zdążyli odejść za daleko, kiedy coś chwyciło blondyna przez czapkę za włosy i pociągnęło do tyłu, aż upadł na tyłek. Stał nad nim Georgy.

- "Zdechniesz mała piromanko" - warknęła Wendy, pojawiając się razem z Booboo obok FP.

- "Zostawcie ją!" - krzyknął Finn próbując wstać. Został jednak natychmiast popchnięty z powrotem na ziemie.

Tymczasem dwójka łobuzów przewróciła rudowłosą i zaczęła ją kopać. Dziewczyna zasłoniła głowę i zwinęła się w kłębek krzycząc z bólu.

W Finnie się zagotowało. Wyczekał momentu, w którym Georgy oglądał się na kolegów i zaatakował. Uderzył z całej siły mechaniczną rękę w twarz punka. Głośny, metaliczny dźwięk zwrócił uwagę pozostałych. Odwrócili się by zobaczyć stojącego nad ich powalonym towarzyszem chłopca w niebieskim ubraniu. Wpatrywał się z podziwem w swoją pięść, a po chwili przeniósł wzrok na nieprzytomnego i jego ziomków, na twarzach których malowało się szczere zaskoczenie. Wykorzystując sytuację, Finn podbiegł do nich, bez trudu odepchnął Wendy i Booboo, a potem równie łatwo podniósł Phoebe i odbiegł z nią na rękach.

Niedługo później zatrzymali się. Razem z adrenaliną z ciała chłopaka uszła energia i musiał postawić rudowłosą na nogi. Zaraz jednak przytulił ją.

- "Nic ci nie jest?" - zapytał patrząc jej w oczy.

- "To tylko kilka siniaków… nic wielkiego" - uśmiechnęła się lekko.

Jej spojrzenie napotkało spojrzenie blondyna. Ich usta zaczęły się powoli zbliżać do siebie.


- "Czy to na pewno jest legalne?" - zapytała z niepokojem Bonnie. Razem z Paulem i Carroll stali przed niewielkim, pomalowanym na jasno-zielono, jednorodzinnym domkiem. Według danych odnalezionych na serwisie społecznościowym, właśnie tu mieszkał Ash - "Skąd w ogóle wiemy, że Marcelina tutaj jest?"

- "To nasz jedyny trop" - brązowowłosy wzruszył ramionami i nacisnął przycisk dzwonka - "Poza tym, to tylko przyjacielska wizyta, a nie wtargnięcie, czy włamanie."

- "Przyjacielska?" - skrzywiła się lekko niebieskowłosa.

- "Inaczej jego rodzice nas nie wpuszczą…" - mruknął chłopak.

Po kilku chwilach drzwi otworzyły się i stanęła w nich niewysoka, pulchna kobieta z włosami pofarbowanymi na ciemnowiśniowy kolor.

- "Dzień dobry" - powiedzieli chórem przyjaciele.

- "Dzień dobry..." - patrzyła na nich nieco podejrzliwie.

- "Przyszliśmy do Asha" - Carroll odpowiedziała na niezadane pytanie.

- "Oooch! Przyjaciele małego Asha!" - jej twarz natychmiast się rozpogodziła.

- "Taa… Dokładnie…" - pokiwał głową Paul - "Ash jest w domu?"

- "Tak, tak… Od wczoraj siedzi w piwnicy i ćwiczy tę swoją magię…" - westchnęła. Niebieskowłosa i Bonnie wymieniły dyskretne spojrzenia - "Proszę, wchodźcie" - odsunęła się.

- "Trzeba go wyciągnąć na powietrze" - różowa uśmiechnęła się sztucznie.

- "O tak!" - kobieta wyraźnie się ucieszyła - "Chodźcie, to tam" - wskazała zejście do piwnicy i zniknęła w głębi domu.

Brązowowłosy ruszył jako pierwszy. Powoli otworzył drzwi i rozejrzał się wewnątrz. Zobaczył tam stojącego przy blacie i pomrukującego coś niewyraźnie Asha. Kilka metrów dalej, w kącie pomieszczenia siedziała związana Marcelina. Spostrzegła chłopaka. Jej oczy zabłysły radośnie.

Paul pokazał przyjaciołom, że mają wejść za nim i być cicho.

Chwilę później drzwi zostały cicho zamknięte, a cała trójka zajęła pozycje w pokoju. Paul i Carroll stanęli za plecami domorosłego magika, a Bonnibel zaczęła rozwiązywać Marcelinę.

W tym momencie białowłosy odwrócił się. Do jego twarzy przylepiony był głupawy uśmieszek. Nie na długo… Gdy tylko zobaczył stojących za nim natychmiast zdębiał, a uśmieszek gdzieś uciekł.

- "C...co robicie w moim domu?" - wydukał z nutą przerażenia w głosie.

- "Zgadnij…" - brązowowłosy skinął głową w stronę czarnowłosej, która właśnie była uwalniana z ostatnich więzów.

- "Marcy!" - różowa przytuliła ją.

- "Bonnie…" - dziewczyna odwzajemniła uścisk - "Wreszcie… Gdybym jeszcze raz usłyszała "Mar-Mar", to zwróciłabym… wczorajszy obiad…" - jej brzuch głośno zaburczał.

- "Gadaj cwaniaczku" - chłopak w bojówkach chwycił Asha za bluzkę - "Dlaczego porwałeś Marcelinę?"

- "Ooo… Co my tu mamy?" - głos niebieskowłosej uniemożliwił punkowi odpowiedź. Nachylała się nad opasłą księgą i przeglądała strony - "Zaklęcie miłosne?"

- "Zrozum psycholu…" - blada dziewczyna przejęła magika-niedojdę od Paula - "Nie chcę cie więcej znać!"

- "Konfiskujemy tę książeczkę" - Carroll zatrzasnęła tom i wsadziła go pod pachę.

Marcelina wymierzyła Ashowi silny kopniak w krocze i, pozostawiając go skulonego na podłodze, wyszła razem z Bonnie i niebieskowłosą.

Paul nachylił się nad jęczącą cicho kupką nie szczęścia, która pozostała po niedoszłym magiku.

- "Było słuchać ostrzeżeń…" - powiedział, po czym wyszedł w ślad za dziewczynami.