- Witamy po kolejnej przerwie reklamowej na naszej wspaniałej arenie X. - Oznajmił Pip. - Lada moment poznamy kolejnych dziesięciu śmiałków, którym będzie dane przejść do drugiej rundy.

- Warto przy okazji wymienić tych, którym ta sztuka już się udała, a więc: Daniel Garner, Silver, Sam "Serious" Stone, Jinpachi Mishima, Starfire, Augustus Brimstone, Genn Grey Crest, Khelgar Ironfist, Nekros Soulburner, Mecha Sonic, Y2J Chris Jericho, Grom Hellscream, Kat Vance, Raijin, Overlord, Allister Rasmunsen, Sir Mullich, Yuffie Kusaragi oraz Espio. Co ciekawe, walka 15 okazała się być walką przegranych: Ani Cream, ani Charmy nie przeszli do drugiej rundy dzięki interwencji niejakiego Sarena... Mam jednak szczerą nadzieję, że takich akcji nie będziemy musieli więcej oglądać. - Art przekrzywił się w swoim krześle. - Tymczasem, wracamy do walk. A zaczniemy od pojedynku miecz kontra miecz!

- Jeden jest obłąkany, drugi stoicki. Obaj posiadają wielką moc. Panie i panowie... "The Big Red Machine" Kane kontra Auron! - Trybuny naprzemian zawodziły i klaskały. Najpierw na arenę wtoczył się Kane. Miał ponad 2 metry wzrostu, ciężką, niedopasowaną i zjedzoną przez czas zbroję i był łysy jak kolano. Jedno z jego oczu wyglądało, jakby było... Większe. Na ramieniu trzymał spory miecz, nazywany w Antaloor(Skąd pochodził oręż) żartobliwie "Lekkim mieczem". Gdyby nie fakt, że był taki jak ramię Kane'a, być może mógłby się zaliczać do lekkich. Zaraz za nim pojawił się Auron. Był mniejszy od swojego adwersarza i wydawał się także starszy. Twarz chował za czerwonym kołnierzem, elementem czerwonego stroju, który miał na sobie. Do zakrycia twarzy korzystał jeszcze z niewielkich czarnych okularów. Miał krótko przystrzyżone włosy z odstającym krótkim warkoczem. Jego miecz był imponujący, choć także mniejszy, niż ten, którym walczył nasz Kane. Przeciwnicy stanęli naprzeciw siebie. Zabrzmiał gong. Kane wykonał potężny zamach mieczem, choć było widać, że stawia wyłącznie na siłę. Auron bezproblemowo zablokował atak adwersarza, po czym wyprowadził kontratak. Miecz uderzył o sfatygowany napierśnik. Kane zaśmiał się psychodelicznie, po czym złapał Aurona za gardło. Wojownik charknął, usiłując się wyswobodzić. Wszystko jednak na próżno. "The Big Red Machine" cisnął swoim przeciwnikiem pod ścianę, po czym złapał za miecz i zaszarżował, rycząc przy tym upiornie. Auron jednak nie był ułomkiem i w porę uskoczył przed atakiem adwersarza. Z całych sił ciął Kane'a w plecy. Potwór wzdrygnął się - Ostrze cięło go w nieosłoniętą część pleców. Auron wyprowadził kolejny atak, ale tym razem - chybiony. Kane rzucił się do przodu i odbił od ściany, po czym wyprowadził kontrę na pełnym biegu. Wpadł na Aurona całym ciałem, po czym zaczął go okładać po twarzy. Wojownik starał się blokować ciosy, jednakże dość szybko Kane ominął jego gardę i zaczął wymierzać celne ciosy w twarz. Trwało to chwilę. W końcu potwór zszedł z nieprzytomnego już Aurona.

- I po walce! - Wrzasnął Art. - Kane bezproblemowo pokonuje Aurona, choć robi to w dość prosty sposób. - Tymczasem "The Big Red Machine" uśmiechnął się dziwnie, po czym zaśmiał się jeszcze dziwniej z nieznanego powodu. Zszedł z areny ze śmiechem na ustach.


- Czas na dwudziestą drugą już walkę! - Krzyknął Pip. - Tym razem topór przeciwko morgenszternowi i kuszy!

- On preferuje walkę uczciwą, ona - atak z zaskoczenia. Panie i panowie... Axem Ranger Red kontra Neeshka! - I znów trybuny ryknęły gromkim śmiechem, kiedy na arenę wkraczał Axem Ranger. Ten był szerszy w barach niż jego różowy przyjaciel, a w jednej z rąk trzymał słusznych rozmiarów topór. Wyglądał na pewnego siebie. Tymczasem zaraz za nim pojawiła się Neeshka. Była ona diabelstwem: Któryś z jej dawnych przodków był czartem. Było to widać w niewielkich różkach, plamach na skórze i czerwonych oczach. Ubrana w zbroję skórzaną, w jednej ręce trzymając płonący morgensztern, a w drugiej - Kuszę. Wydawała się być pewna siebie. Przeciwnicy stanęli naprzeciw siebie. Zabrzmiał gong. Axem Ranger od razu zaczął wygłaszać obowiązkową formułkę:

- Nie masz ze mną szans, jakem Axem Ranger Red! - Po czym zrobił kilka wymachów swoim toporem na pokaz i stanął w pozycji bojowej. O ile z ust Różowego w starciu z Samem wydawało sie absurdalne, tutaj miało znacznie większe szanse powodzenia.

- Gadaj, dopóki jeszcze masz czym. - Odparła Neeshka, strzelając palcami.

- Nie wierzysz, że mogę cię pokonać? Cóż, przekonasz się zaraz o tym na własnej skórze! - Axem wystartował do biegu w kierunku adwersarza. Dziewczyna odskoczyła w bok, by Czerwony na nią nie wpadł, po czym wystrzeliła z kuszy. Bełt odbił się od zbroi Axem Rangera, nie zostawiając nawet rysy.

- Aha! - Wrzasnął Axem Ranger triumfalnie. - I tu cię mam! - Czerwony wojownik błyskawicznie wyjął zza pasa blaster i wystrzelił. Promień trafił Neeshkę, zostawiając jej na zbroi dziurę. - Ten blaster wypala co słabsze materiały, a także powoduje topnienie silniejszych. - Mruknął Axem Ranger, chowając swoją broń. - I gdzie się podziała twoja pewność siebie, co? - Zaszydził, szarżując.

- Mam jeszcze parę asów w rękawie. - Odparła Neeshka, wyciągając z kieszeni niewielką szarą kulkę. Wyrzuciła ją na ziemię. Ta rozprysła efektownie, rozpylając wokół kłęby czarnego dymu.

- Nie powstrzymasz mnie czymś takim! - Warknął gdzieś w chmurze Axem Ranger. Jednocześnie dało się słyszeć, że przestał biec i teraz po omacku szuka wyjścia. Tymczasem dziewczyna - Dzięki demonicznemu dziedzictwu - doskonale widziała w ciemnościach. Zaczęła skradać się w kierunku adwersarza. Ten machał na oślep swoim toporem, usiłując uderzyć w coś. Chwilę później poczuł mocne uderzenie w głowę i następne w brzuch, po czym zobaczył gwiazdy po kolejnym trafieniu w głowę. Zatoczył się niczym pijany, po czym przypadkowo zawadził ręką o Neeshkę. Błyskawicznie wróciła mu trzeźwość umysłu. Trzasnął ciało obce pięścią, a jak się później okazało - trafił w szczękę. Chmura powoli zaczynała się rozwiewać. Axem Ranger, wciąż zamroczony po ciosie, ujrzał nieprzytomną Neeshkę leżącą na piachu. Podniósł rękę na znak zwycięstwa.

- A jednak! - Wrzasnął Art. - Axem Ranger Red wygrywa z Neeshką! Może jednak oni wcale nie są takimi pajacami, za których się ich uważa! - Axem zszedł z areny, mamrocząc: "Święte słowa..."


- Czas na następną walkę! - Wrzasnął Art jak zwykle entuzjastycznie. - Zmierzą się w niej znany już ze swojego wystąpienia Saren kontra lisz. Jeden z potężniejszych w Gildii Nekromantów, posiadający także pełne przeszkolenie bojowe. Proszę państwa, oto... Nesdro kontra Saren! - Trybuny zabuczały, nie licząc sektoru nieumarłych, który zaklaskał uprzejmie. Pierwszy na arenie pojawił się Nesdro. Miał na sobie czarny napierśnik z wyrytymi na nim misternymi zdobieniami. W każdej ręce trzymał po mieczu. Za pasem miał zatknięte dwa pistolety skałkowe. Z jego czerwonych węgielków oczu biła klasyczna nienawiść. Zaraz za nim wyszedł Saren. Był klasycznym przedstawicielem swojego gatunku: Turianinem. Zbrojny w pistolet plazmowy i opancerzony w dość futurystyczną błękitnawą zbroję. Z jego oczu biło wyrachowanie, inteligencja i charyzma. Przeciwnicy stanęli naprzeciw siebie. Zabrzmiał gong. Saren wymierzył w swojego przeciwnika. Ten z kolei rzucił się w bok, tnąc w nogę turianina. Atak doszedł celu i Saren skrzywił się, czując ból. Zauważył, że rana skwierczy. Wycofał się natychmiast z zasięgu Nesdro, po czym wyjął coś z kieszeni i nałożył na rękę. Przekręcił parę wichajstrów na maszynie i poczuł, że rana zasklepia się, a trucizna, która w niej była zostaje wypalona. Turianin przemówił do Nesdra:

- Całkiem niezły pomysł z tym zatruciem, jednakże nie stosuje się już takich zagrań. Na wszystko znajdzie się lekarstwo. - Saren zdjął z ręki dziwaczny wichajster, po czym schował go z powrotem. - Jesteś strasznie staromodny, liszu.

- Może, ale przy okazji skuteczny. - Warknął Nesdro, szarżując z obydwoma mieczami wystawionymi niczym kopie. Saren tylko parsknął wzgardliwie, po czym wystrzelił ze swojego pistoletu trzy razy. Pierwszy pocisk wytrącił miecz z ręki Nesdra, drugi zrobił to samo z drugim mieczem, a trzeci uderzył o czaszkę lisza, odrywając ją od korpusu i rzucając gdzieś w kąt areny. Bezwładne cielsko przewróciło się.

- Skuteczny? Jesteś pewien, że się nie przejęzyczyłeś? - Zapytał Saren, podchodząc do czaszki lisza.

- Zaraz zetrę ci ten uśmieszek z twarzy. - Odwarknął Nesdro. - A wraz z nim całą skórę!

- Nie sądzę, żebyś mógł to zrobić. - Odparł turianin, mierząc go wzrokiem pełnym politowania.

- Nie? No to patrz! - Odwarknął lisz. Wymamrotał kilka słów, po czym jego czaszka uniosła się do góry. Saren obserwował to beznamiętnie. Ożywił się za to, gdy zauważył, że korpus lisza zniknął. Rozejrzał się nerwowo, po czym wpadł prosto na Nesdra, który teraz "uśmiechał" się triumfalnie. - Pokażę ci, jak to się załatwia w tradycyjny sposób. - Warknął, łapiąc Sarena za łeb. Ten jednak skontrował, uderzając płasko dłonią o czaszkę lisza. Widać nie była dobrze przytwierdzona, gdyż uderzenie sprawiło, że czaszka zakręciła się parę razy. Ledwo przestała się kręcić, Nesdro zachwiał się niebezpiecznie. Przy okazji puścił Sarena, który nie omieszkał tego nie wykorzystać. Wymierzył od razu ze swojego pistoletu. Pocisk uderzył w tułów lisza, rzucając go na deski. Ten jednak szybko się podniósł, po czym wystrzelił ze swoich pistoletów. Saren parsknął wzgardliwie, po czym zablokował atak ramieniem. Pancerz, który miał na sobie wystarczył, by zablokować pociski z pistoletów skałkowych.

- I to jest właśnie triumf technologii. - Przemówił turianin, zmierzając się miarowym krokiem do przeciwnika, który nie przestawał szyć z pistoletów. - Nowoczesne pancerze wystarczają, by powstrzymać twoje żałosne podrygi. Powinieneś iść z duchem czasu, a nie korzystać z tych staromodnych rozwiązań.

- Ja... ci dam... żałosne podrygi! - Cedził Nesdro, wciąż strzelając, jednak wysiłki lisza okazały się daremne. Rzucił się on więc z mieczami w kierunku Sarena, a ten znów powtórzył swój trójstrzał. I znów czaszka lisza oderwała się od korpusu, jednak tym razem Sarenowi udało się zręcznie ją złapać. Zaczął przemawiać do Nesdra:

- Być albo nie być: Oto jest pytanie! - Trybuny zachichotały. Lisz westchnął z rezygnacją.

- Oszczędź mi tego upokorzenia. Poddaję się.

- Czekaj, nie słyszę... - Saren nadstawił uszu.

- PODDAJĘ SIĘ!!! - Wrzasnął Nesdro.

- Tak już lepiej. - Saren zważył w dłoniach jeden z mieczy lisza, po czym podrzucił czaszkę i uderzył w nią płazem ostrza z całej siły. Nesdro poszybował na trybuny. - I w ten oto piękny sposób Saren zdobywa punkt! Trybuny szaleją! Nasza drużyna wygrywa z nieumarłymi 24:23! - Trybunom całe widowisko chyba rzeczywiście się podobało, bo zaczęły entuzjastycznie klaskać. Jedynie sektor nieumarłych siedział cicho w bezbrzeżnym zdumieniu.

- I koniec! Saren wygrywa z Nesdro po tym emocjonującym pojedynku! - Wydarł się Art. Sam Saren ukłonił się, po czym opuścił arenę.


- Czas na kolejną walkę! - Krzyknął - jak zwykle entuzjastycznie - nasz pingwin. - W tym pojedynku zmierzy się ze sobą dwóch samurajów. Jeden to człowiek, drugi jest krasnoludem! Panie i panowie... Kardel Dilin kontra Heishiro Mitsurugi! - Trybuny zaklaskały uprzejmie. Najpierw pojawił się Mitsurugi: Typowy samuraj. Częściowo opancerzony na piersi, z czarnymi długimi włosami, spiętymi w kok i z kataną u boku. Wyglądał na niezwykle pewnego siebie. Tuż za nim pojawił Kardel: Był, co prawda, niższy niż jego przeciwnik, ale bardziej umięśniony. Błyszczał się także niczym choinka - Głównie dzięki swojej złotej zbroi. Na plecach miał zieloną pelerynę, zaś w ręku trzymał dziwaczną, pękatą rusznicę z wygrawerowanym na kolbie napisem: "Searinox". Przeciwnicy stanęli naprzeciw siebie, po czym ukłonili się ze sobie. Zabrzmiał gong. Mitsurugi dobył miecza, a Kardel doczepił do lufy rusznicy bagnet. Obaj stanęli w pozycji bojowej, czekając na posunięcie swojego przeciwnika. Stali tak dość długo bez ruchu, mierząc się jedynie wzrokiem. W końcu Kardel - Głównie ze względu na ciężki pancerz na sobie - uronił kroplę potu. Mitsurugi natychmiast rzucił się do ataku. Kardel ledwo zablokował mocarną serię ciosów. A Mitsurugi już szykował się do kolejnej. Dilin przerwał ją kopnięciem adwersarza w kolano. Dzięki obitym żelazem buciorom siła ciosu została zwielokrotniona i Heishiro upadł podcięty. Krasnolud wymierzył w niego końcówką bagnetu.

- Czyżby koniec? - Zapytał retorycznie. Nie czekał jednak na reakcję Mitsurugiego, tylko podał mu rękę. Samuraj nieco niechętnie, ale odwzajemnił uścisk. - Samuraj nie walczy z bezbronnymi. - Dodał Kardel, znów ustawiając się w pozycji bojowej. Mitsurugi uczynił to samo. I znów czekali długo na posunięcie adwersarza. Tym razem to Mitsurugi uronił kroplę potu. I tym razem to Kardel wystartował pierwszy. Mitsurugi był jednak na to przygotowany. W chwili, gdy kransnolud już miał na niego wpaść, samuraj wyskoczył wysoko w górę, po czym ciął w plecy przeciwnika. Jednakże zbroja krasnoluda wytrzymała uderzenie - Choć trzeba przyznać, że po tym ciosie trochę się wgięła. Kardel błyskawicznie się odwrócił i wypalił z rusznicy. Pocisk wyleciał z broni, mknąc ku Mitsurugiemu. Ten odbił strzał, po czym przemówił:

- Może i jesteś honorowy, ale nie jesteś samurajem. Samuraj nie używa broni palnej.

- Być może tak to wygląda u was, ale ja jestem krasnoludzkim samurajem. - Odparł Kardel.

- Być może. Ale w moich oczach nie jesteś samurajem ani chwili dłużej, dlatego nie licz na zmiłowanie. - Heishiro wystartował do szarży, tnąc Kardela na pełnym biegu. Ten odskoczył, ale znowu jego zbroja została wgięta. Minął się z Mitsurugim, po czym wypalił mu w plecy. Pociski jednak nie były zabójczymi pociskami, tylko unieruchamiaczami. Mitsurugi zwalił się na ziemię, nieprzytomny. Było po walce.

- I koniec! Kardel pokonuje Heishiro w tym pojedynku! - Krzyknął Pip. Sam krasnolud westchnął głośno, biadoląc nad tym, że został zmuszony do użycia pocisków unieruchamiających, po czym zszedł z areny.


- I kolejna walka! - Wrzasnął Art. - Zmierzą się w niej... Młody Geniusz Zła kontra różowa jeżyca. Emocje? Powinny być. Proszę państwa... Jack Spicer kontra Amy Rose! - Trybuny zaklaskały, choć niechętnie. Najpierw wkroczyła Amy: Rzeczywiście różowa jeżyca. W czerwonej sukience prezentowała się całkiem nieźle, a dochodziły do tego jeszcze wysokie, czerwone buty, spięte włosy i oczywiście jej znak charakterystyczny - Słusznych rozmiarów młot. Zaraz za nią pojawił się Jack: Ubrany w stylu gotyckim, z chorobliwie bladą cerą, jadowicie czerwonymi włosami i denerwującym wszystkich dookoła uśmieszkiem. Przeciwnicy stanęli naprzeciw siebie. Zabrzmiał gong. Amy bez zbędnych ceregieli zamachnęła się na Jacka, który to sprawnie się uchylił. Jeżyca ponowiła próbę, ale i tym razem Młody Geniusz Zła uniknął ataku. I tak jeszcze parę razy. W końcu Jack odskoczył do tyłu i wcisnął guzik na swoim płaszczu. Coś, co miał na plecach okazało się być... Helikopterkiem. Ku wściekłości Amy, Jack uniósł się w powietrze. Wrzasnął do tego:

- Spróbuj dosięgnąć mnie na tej wysokości! - Amy w odpowiedzi rzuciła w niego młotkiem. Jack najwyraźniej sie tego nie spodziewał, gdyż uchylił się z wrzaskiem na ustach. Ledwo jednak młotek przeleciał nad jego głową, na twarz chłopaka wrócił triumf.

- Ha! I co zrobisz mi teraz? - Zapytał, po czym zaśmiał się stylowo. Amy zaczęła się wściekać. W jej ręce pojawił się kolejny młot. Jack przestał się śmiać. - O rany, tego nie przewidziałem. - Wymamrotał, schodząc na ziemię. Ledwo dotknął ziemi stopami, rzucił się do ucieczki. Amy zaczęła go gonić, wymachując wściekle młotkiem. Jack zaś wrzeszczał coś w stylu: "AAAAA!!! ONAMNIEZABIJE!!!" I tak przez kilka minut. W końcu jeżyca postanowiła zmienić nieco taktykę. Zaczęła biec w kierunku przeciwnym... I wpadła na Jacka. Ten błyskawicznie się zerwał, ale o pół sekundy za późno. Amy jednym ciosem wbiła go w ziemię.

- Auć, to musiało boleć! - Wzdrygnął się Art. Tymczasem Jack wygrzebał się z dziury, cały poobijany. Amy już tam na niego czekała, z wymierzonym młotem.

- Eee... - Jęknął Młody Geniusz Zła. - Poddaję się?

- Dobra odpowiedź. - Wycedziła Amy przez zęby.

- I po walce. W tym dość krótkim i jednostronnym pojedynku Amy Rose pokonuje Jacka Spicera. - Oznajmił Pip.


- Wrócimy do was po krótkiej przerwie! Nie odchodźcie od telewizorów!