Rozdział 6: Aspekty związku

John zaczyna rozumieć, że Sherlock, którego on zna, nie jest tym samym Sherlockiem, którego widzą inni. Zna ich punkt widzenia, oczywiście. Na samym początku ich znajomości Sherlock zaprezentował mu publiczną wersję siebie w taki sam sposób, w jaki zrobiłby to wobec każdego nieznajomego. I nie chodzi o to, że publiczna wersja Sherlocka jest fałszywa. Jest tak samo prawdziwa w czterech ścianach Baker Street 221B, jak poza nimi. Różnica polega na tym, że John widzi więcej niż to – albo może wzbudza w Sherlocku więcej niż to, możliwości, których on sam nie zdecydował się zgłębiać.

Sherlock, którego zna John, byłby absolutnie nie do pomyślenia dla wszystkich innych. Jego łagodność. Jego emocjonalna strona, jego życie uczuciowe, do którego John ma wyłączny dostęp. Tak, widzi depresję i gniew, i użalanie się nad sobą, i pełną siłę jego szalonego pracoholizmu. Nic z tego nie byłoby zaskoczeniem dla nikogo z zewnątrz. Raczej to, że Sherlock go kocha i sam grzeje się w miłości Johna uniosłoby ich brwi w zdumieniu. Watson obwinia świat o tę reakcję. Kiedyś sam uważał swoje uczucia względem Sherlocka Holmesa za nie do pomyślenia.

Ma notes – o którym nie wie nikt, nawet Sherlock – w którym zapisuje wszystko to, czego nie chce zamieszczać na blogu. Bierze go ze sobą do pracy, aby móc pisać w nim poza zasięgiem wzroku detektywa, kiedy tylko ma wolną chwilę. Po ich ślubie zaczął spisywać listę wszystkich tych rzeczy w jego dziwnym i wspaniałym związku z Sherlockiem, które zostałyby odebrane przez innych jako całkowicie niezgodne z charakterem Holmesa.

Jak przytulanie się.

Nie przytulają się równie często, co się ze sobą tulą, co może brzmieć dziwnie. Obejmowanie się wiąże się z emocjonalnym wzburzeniem, stanowi gest przynoszący pocieszenie. John obejmuje Sherlocka o wiele częściej, niż sam jest obejmowany.

Kiedy Sherlock miota się po mieszkaniu, targany stresem i frustracją z powodu zagadki, nad którą pracuje, John nie czeka dłużej niż kilka minut, zanim nie zmusi go, aby stanął w miejscu, i obejmuje go. To jak przytrzymanie w miejscu panikującego zwierzęcia i uspokojenie go. Zawsze czuje wtedy energię buzującą w ciele Sherlocka, poruszającą się tak szybko, i w pierwszych minutach ma wrażenie, że Holmes chce wyskoczyć z jego objęć. Nigdy nie mówią wtedy wiele. Mógłby mu kazać przestać doprowadzać samego siebie do szału i się uspokoić, ale i tak nie miałoby to żadnego skutku. Zamiast tego stoją razem, obejmując się, aż Sherlock bierze kilka głębszych oddechów i rozluźnia się. Nie jest rzadkością, iż zaraz po wysunięciu się z jego ramion doznaje olśnienia, co może być głównym powodem, dla którego w ogóle na to pozwala.

Nabrali też zwyczaju obejmowania się zaraz po bliskim otarciu się o śmierć w czasie pościgu albo dochodzenia. Tutaj ich inicjatywa rozkłada się niemal po równo, Sherlock wyciąga po niego ramiona równie często, co John po detektywa, chociażby jak wtedy, kiedy Watson niemalże został zastrzelony…

Sherlock nie czeka, aż znajdą się bezpiecznie w prywatnej przestrzeni. Podbiega do Johna, całkowicie ignorując ciało strzelca na ziemi, tworzące właśnie wielką plamę krwi, i ciągnie doktora desperacko za jeden brzeg jego niezapiętej kurtki, wprost w ciasny uścisk. John czuje szaleńczy puls detektywa, pęd powietrza, gdy mężczyzna mocno przyciąga go do siebie.

- Wszystko w porządku – mówi, mrugając w jego ramię. – Sherlock. Naprawdę.

Ale kiedy Sherlock go nie puszcza, John zaczyna to odczuwać, nawet przez warstwy ich ubrań, mężczyzna drży, niemalże wibruje obok niego. Więc go nie odpycha, pozwalając się obejmować tak długo, jak tego potrzebuje.

Albo wtedy, kiedy Sherlock został wrzucony do Tamizy i niemal utonął…

Są przemoczeni od stóp do głów, przemarznięci od lodowatej wody i zimnego powietrza, w ustach mają posmak rzeki, oddechy kłębią się białą para przed nimi. Sherlock leży na plecach, a John doczołguje się do jego boku. Jest tak blady, że mógłby zostać wzięty za martwego. Pięść Johna zaciska się na połach marynarki detektywa i doktor patrzy na niego, czuje jak Sherlock wzdycha pod nim, jak jego serce wciąż bije, a te jasne, niebieskie oczy patrzą na niego.

- Żyjesz – mówi John, zdając sobie sprawę ze swojego dyszenia dopiero, kiedy je słyszy. Sherlock nie odpowiada, nawet nie potakuje, przekręca głowę w prawo i zamyka oczy. Watson podnosi się i ciągnie go ze sobą, otaczając go ramionami. Są tak przemarznięci, że już zaczynają tracić czucie, ich ubrania ociekają wodą, kiedy John przyciska ich do siebie i obejmuje go. Sherlock jest bezwładny, jego głowa opada na ramię doktora, a ramiona potrzebują kilku chwil, aby odpowiedzieć na dotyk. W tym momencie John nie może myśleć o niczym. Żyją. Sherlock żyje.

Raz John był w kuchni, parząc herbatę, a Sherlock wślizgnął się do środka i otoczył go ramionami od tyłu, opierając podbródek na jego ramieniu. John mógł wyczuć jego uśmiech nawet nie widząc jego twarzy. Z jakiegoś powodu był szczęśliwy. Zaskoczyło to go w najlepszy możliwy sposób.

Tulanie się.

Tulanie się wydaje się być drugą ulubioną aktywnością Sherlocka, poza pracą. Gdyby ktoś powiedział to Johnowi zaraz po tym, jak poznał Sherlocka, uznałby, że temu komuś odbiło. Jest też pewny, że gdyby ich wspólni znajomi (Lestrade i reszta) dowiedzieli się o tym, i tak by nie uwierzyli. Nawet sam Sherlock może być tym trochę zaskoczony. John jest pewny, że nigdy wcześniej nie tulał się tak wiele jak przed poznaniem Sherlocka.

Teraz to element codzienności. Z wyjątkiem okazjonalnych kłótni pomiędzy nimi, po których Sherlock spektakularnie dramatyzuje albo znika całkowicie, aż gniew Johna wyparuje.

Tulą się do siebie w nocy na kanapie, po kolacji, oglądając telewizję. Czasami John siada prosto, a Sherlock wtula się w jego bok, z głową na jego obojczyku albo kładzie się z głową na kolanach doktora. Innym razem obaj leżą wyciągnięci na kanapie, John słucha telewizji, ale jej nie ogląda, bo leży na plecach i odwrócenie głowy w stronę odbiornika ustawiłoby mu kark w niewygodnej pozycji. Sherlock ogląda, z głową na klatce piersiowej Johna, najbardziej cichy i spokojny jak tylko może być kiedy nie śpi. Czuje zapach jego drogiego szamponu. Całuje czubek jego głowy zupełnie bez powodu i Sherlock pomrukuje cicho.

Tulą się do siebie w leniwe niedziele, kiedy Sherlock nie prowadzi śledztwa, a pogoda nie sprzyja wyjściu z domu. Kiedy pada, zostają na kanapie, w szlafrokach, John zakłada swój miękki sweter, a Sherlock chowa się pod kocem. To jedyne okoliczności, w jakich Sherlock zasypia w ciągu dnia.

Tulą się, kiedy Sherlock jest w pierwszym stadium swoich mrocznych nastrojów. John nauczył się wykrywać ich wczesne stadia, bo kiedy już się rozwijają, Sherlock nie chce mieć z nikim do czynienia, nawet z nim. W zasadzie, tulanie się stało się pierwszym środkiem zaradczym Johna, działającym na stres, frustrację i nudę. Kilka razy zdarzyło im się słyszeć szepty na temat Moriarty'ego i John wciąga Sherlocka w objęcia, mówiąc mu delikatnie, że wszystko z nimi dobrze, że wszystko jest dobrze.

- Wszystko będzie dobrze – mówi miękko. – Kocham cię.

- Wiem - odpowiada Sherlock, jego ciało relaksuje się, ale umysł wybucha niepokojem. – Ja ciebie też.

John słyszy głęboki ból rezonujący w jego głosie, kiedy to mówi, i przyciąga go bliżej, ciaśniej, próbując bez słów powiedzieć to, czego żaden z nich nigdy nie może być pewny – że obaj przetrwają.

Najczęściej tulą się w łóżku. Każdej nocy – poza tym coraz rzadszymi nocami, gdy John zostaje w łóżku jakiejś kobiety – Watson idzie do łóżka w swoim pokoju, zasypia i budzi się godzinę czy dwie później, gdy Sherlock wślizguje się pod pościel, bo skończył wreszcie pracę. Odnajdują się w mroku, czasem John obejmuje Sherlocka, a czasem Sherlock jego. W ciągu nocy jeden albo drugi może się odsunąć, zazwyczaj jest to Holmes, który przyzwyczaił się do posiadania całej przestrzeni łóżka, ale ostatecznie zawsze wracają do siebie. To spokojny sen, nieprzytomna miłość, która nauczyła ich nawzajem swoich zapachów i rytmów oddechów, i bicia serc, i ciepła. To jedyne miejsce, w którym Sherlock czuje się bezpiecznie, jak zauważył John. Nie, żeby Sherlock przejmował się niebezpieczeństwem, ale rozkoszuje się poczuciem bezpieczeństwa, jeśli je zdobywa.

W te poranki, gdy Sherlock nie wstaje o siódmej, żeby zająć się pracą, John budzi się, widzi go w łóżku i zastanawia się, w jaki sposób nawiązali tego typu związek. Zastanawia się nad własną zdolnością zaangażowania się w coś tak dziwnego i doskonałego. Zastanawia się, jak mógłby kochać innego człowieka tak, jak kocha Sherlocka: całym sobą, bez najmniejszych śladów seksualnego pożądania. Zastanawia się, co się z nim stało, co Sherlock z nim zrobił. Wtedy Sherlock otwiera oczy, widzi go i uśmiecha się, unosząc kącik ust, a John wie, że nigdy nie mógłby być gdziekolwiek indziej.

Uprzejmość bez powodu.

Pewnego popołudnia John wraca do domu i znajduje dwa tuziny kremowych róż w wazie na stole w salonie. Widząc je, zatrzymuje się, a potem podchodzi bliżej i przygląda im się ze zdziwieniem. Nie wyróżniają się niczym, jakby zawsze tam stały. Żadnej kartki ani niczego. Pochyla się i wącha je, a kiedy się podnosi, na jego ustach jest uśmiech. Nikt nigdy wcześniej nie dał mu kwiatów.

Poza kieszonkowym zegarkiem, który otrzymał od Sherlocka w dniu ślubu, nie dają sobie prezentów, ani nawet kartek rocznicowych. Zazwyczaj celebrują to kolacją w przyzwoicie kosztownym miejscu i powrotem do domu przez Hyde Park i żaden z nich właściwie nie wspomina na głos, co to za okazja.

Ale po ich trzeciej rocznicowej kolacji John wzywa taksówkę i nie mówi Sherlockowi, dokąd jadą. Kiedy docierają pod London Eye, detektyw po prostu zauważa:

- Już po godzinach.

- Nie przejmuj się tym – mówi John, naprowadzając go na trop.

Wsiadają do wagonika i Sherlock zgaduje, że John zadzwonił do Mycrofta, aby to zorganizować.

Są tam jedynymi ludźmi i bez zwyczajowych tłumów to miejsce staje się zaskakująco przyjemne, nawet dla Sherlocka, który raczej wyśmiałby pomysł z potraktowaniem nudnej, turystycznej atrakcji jako romantycznego gestu. Siedzą cicho w wagoniku, wpatrując się w miasto w swojej powolnej drodze na szczyt. Sherlock uśmiecha się do siebie, widząc cały Londyn przed sobą. Piękne, myśli.

- Tutaj – mówi John, kiedy osiągają wierzchołek diabelskiego koła. Trzyma w wyciągniętej dłoni małe pudełeczko w ozdobnym papierze. Holmes bierze je, unosząc brwi.

- Ja nic ci nie dałem – mówi.

- W porządku. Potraktuj to jako bardzo spóźniony prezent ślubny.

Rozdziera papier i pozwala mu spaść na posadzkę u ich stóp, otwiera pudełko i w milczeniu wpatruje się w jego zawartość.

Pierścionek – czternastokaratowe białe złoto, sądząc po wyglądzie – gładki z wierzchu. Ale kiedy wyjmuje go z pudełka, odkrywa grawerunek po wewnętrznej stronie:

Moje Serce. J.W.

Sherlock patrzy na niego, wielkie, niebieskie oczy są pełne emocji, a John uśmiecha się delikatnie w odpowiedzi. Holmes wsuwa pierścień na palec i ocenia, jak na nim wygląda, lśniący i gładki na powierzchni. Siada prosto, łokcie na kolanach, i wpatruje się w szklaną ścianę przed sobą, niezdolny nic powiedzieć. John siedzi blisko, milczą przez całą drogę w dół. Dopiero w taksówce, w drodze powrotnej do domu, zauważa taki sam pierścień na palcu Johna.

Nie widzi swojego imienia wyrytego na jego spodzie.

Pocałunki.

Pocałunki to domena Johna. To coś, co Sherlock uważa zwykle za niegodne uwagi, ale zawsze uśmiecha się, kiedy Watson daje mu całusa.

Kiedy Sherlock trzyma głowę na jego ramieniu lub piersi, John całuje jego włosy, o ile czuje się szczególnie uczuciowo.

Raz, kiedy Holmes był wieziony karetką do szpitala (znowu), a John był razem z nim, ich dłonie się złączyły. Uniósł rękę Sherlocka do swoich ust i pocałował jego knykcie. Sherlock uśmiechnął się.

Wychodząc do pracy w ciągu tygodnia, kiedy Holmes siedzi przy stole i je śniadanie albo pije herbatę, albo czyta na kanapie, albo rozmyśla w swoim fotelu, John całuje go w czoło lub skroń. Szybko, tak szybko, iż Sherlock mógłby zacząć myśleć, że to nic nieznaczący nawyk. Ale zna Johna lepiej.

Był jeden wyjątek: poranek, gdy obaj siedzieli przy stole naprzeciwko siebie, jedząc śniadanie i niewiele rozmawiając, a Sherlock przeglądał gazetę. Kiedy John skończył jeść, zabrał talerze do kuchni. Sherlock nie ruszył się, czytając o ostatnim odkryciu naukowym w dziedzinie chemii. Nie zwrócił uwagi na Johna, zakładając, że mężczyzna pójdzie na górę wziąć prysznic, nie miał więc czasu zareagować, kiedy doktor stanął przy jego krześle. W tym samym momencie, w którym podniósł wzrok znad gazety, by zorientować się, czego John chce, Watson wziął jego twarz w obie ręce i złożył pocałunek na czubku jego głowy. Położył na nim usta na długą chwilę, z zamkniętymi oczyma, a Sherlock zamknął swoje, jego usta rozciągnęły się w pełnym zadowolenia uśmiechu. Kiedy John się odsunął, wciąż trzymając jego twarz w dłoniach, spojrzał w jego jasne, błękitne oczy i powiedział mu, że go kocha, powoli i z uwagą. Sherlock tylko wpatrywał się w niego, uśmiechając się bez słowa.

Och, i był jeszcze dzień, kiedy drużyna Lestrade'a w końcu dowiedziała się o ich ślubie. Oczywiście byli na miejscu zbrodni, kiedy sekret wreszcie ujrzał światło dzienne, co zaowocowało pokojem pełnym zdezorientowanych, oniemiałych i (w przypadku Andersona) nieco zdegustowanych wyrazów twarzy.

- Jak ktokolwiek mógłby poślubić tego dziwoląga? – spytał Anderson.

- Proszę, nie nazywaj go tak – odpowiedział John szybko, marszcząc się.

- Nie wiedziałam, że jesteś gejem, Watsonie – zauważyła Donovan, unosząc brew.

- Nie jest – powiedział Sherlock, uśmiechając się z obscenicznym wręcz samozadowoleniem.

Pokój przekroczył poziom zdezorientowania, poza Lestrade'em, który krążył w pobliżu wejścia, z trudem powstrzymując wywracanie oczyma – gest typowy dla rodziców, którzy odkrywają, że ich dzieci ośmieszają się w stopniu pozbawiającym nadziei na przyszłość.

- Sherlock też nie jest, mogę dodać – powiedział John, patrząc, jak jego mąż podchodzi do zwłok ze swoim kieszonkowym szkłem powiększającym.

- Jaja sobie robisz – skwitowała to Donovan.

Sherlock podniósł się na nogi, zdejmując z rąk gumowe rękawiczki.

- Nie wiem, co jest w tobie bardziej zadziwiające: twój kompletny brak logiki czy twoje nieistniejące zdolności obserwacji. Oczywiście, że doktor Watson jest heteroseksualnym mężczyzną wciąż zainteresowanym seksem z kobietami i jeśli koniecznie musisz wiedzieć, ja jestem aseksualny. Jeśli jesteś ignorantką także w tym temacie, musisz to sama nadrobić, ja nie mam czasu ani cierpliwości ci tłumaczyć. Lestrade, za godzinę mam spotkanie i dopiero po nim będę w stanie podać ci rozstrzygające wnioski.

Zrobił krok nad zwłokami, stanął przy Johnie i niespodziewanie złożył pocałunek na jego policzku.

- Idziemy, doktorze – powiedział, popisując się przed wszystkimi z uśmiechem, kiedy ciągnął Johna w stronę drzwi. Watson szedł za nim nie pytając, dokąd zmierzają, z zaróżowioną twarzą, ciepłą od rumieńca i z idiotycznym uśmiechem na ustach.

Jedzenie.

Sherlock rzeczywiście robi zakupy, od czasu do czasu. Nienawidzi tego, uważa, że to nieprawdopodobnie nudne, ale robi to dla Johna.

Nigdy nie brakuje im dżemu. I to nie John jest tym, który go kupuje, zastępując pusty słoik nowym, zanim jego brak stanie się problemem. I nie jest to zwyczajny, tani dżem z Tesco. To organiczny dżem importowany z zagranicy, przepyszny i drogi. Zawsze się uśmiecha, kiedy otwiera lodówkę i widzi go w niej.

Kiedy Sherlock nie prowadzi śledztwa, gotuje. Trochę zajęło, zanim przyznał się przed Johnem, że potrafi…. I że jest w tym (oczywiście) całkiem dobry. Watson mu nie pomaga, bo naturalnym stanem Sherlocka jest praca w pojedynkę (wkład Johna w śledztwa stanowi jedyny wyjątek), poza tym gotowanie to najwyraźniej uspokajająca czynność dla niego, w sposób, w jaki uspokajająca może być samotna praca. Nigdy nie pyta też, co Holmes zamierza przygotować, ani nie prosi go o nic konkretnego, ale nigdy nie jest rozczarowany. Sherlock, oczywiście, wie, co lubi jego mąż i nie musi pytać.

Kradną sobie nawzajem jedzenie z talerzy w restauracjach, nie myśląc nawet o tym.

Szczególnie kawałki, co do których wiedzą, że mogą nie smakować partnerowi.

W wolne wieczory, kiedy akurat nie prowadzą śledztwa, czasem zamawiają jedzenie na wynos i siadają razem na kanapie, jedząc i oglądając kiepskie programy telewizyjne. Sherlock wrzeszczy wtedy na odbiornik, irytując się na ludzką głupotę i to, że przegapiają rzeczy, które podtyka im się pod nos. John nauczył się mu nie przerywać, uśmiechając się jedynie do siebie. Zwykle to chińszczyzna albo coś tajskiego. Czasami John włącza wiadomości, zanim zacznie się głupi program rozrywki i Sherlock szydzi ze wszystkiego, co nie jest potencjalnym śledztwem, kiedy John otwiera wszystkie kartoniki, uwalniając aromat. Te noce są ważne dla Watsona. Są jak jakiś rodzaj normalności, kiedy przejadają się niezdrowym żarciem i śmieją z głupich programów, a kończą tuląc się do siebie, zanim jeszcze zjedzą wszystko.

Nie to, żeby John miał problem z nienormalnością. Gdyby miał, nie byłoby go tutaj.

Pocieszenie.

Czasami John budzi się w środku nocy bez powodu i znajduje Sherlocka siedzącego po swojej stronie łóżka, z nogami na podłodze, plecami do niego. Zwraca się do niego w ciemnościach, widzi – wyczuwa – emocje w jego sylwetce. Przesuwa się w jego stronę, kładzie dłoń na jego plecach, mówi

Jestem tutaj.

I czasami to złe słowa, które sprawiają, że Sherlock nie zaśnie. John wstaje, obchodzi łóżko i siada przy nim, obejmując go ramieniem. I Holmes przywiera do niego, chowa twarz w jego szyi. Nic nie mówią, tylko kciuk Watsona porusza się w górę i w dół po ramieniu męża. Sherlock nie wie, jak pocieszać ludzi. Dobrze, że John rzadko tego potrzebuje. I być może dobrze też, że dla Johna sam widok Sherlocka stanowi pocieszenie.

Opieka.

Sherlock Holmes jest najgorszym pacjentem w Anglii, uważa John. Pomiędzy swoim imponującym brakiem troski o własne zdrowie i całkowitym brakiem tolerancji dla bycia chorym, kiedy już choroba przekracza próg ignorowania, jedyne, co doktor może zrobić, to trzymać z dala od niego środki uspokajające. Na szczęście Sherlock nie choruje często. Wydaje się, że to niezmienny, coroczny wzorzec. Dziwi się nawet, że tak rzadko, biorąc pod uwagę, że Sherlock praktycznie nie je i nie śpi, kiedy prowadzi śledztwo, co jest regularne.

Z powodu ciężkiego przeziębienia John zabrania mu pracować i opuszczać mieszkanie, ufając, że pani Hudson zajmie się nim w ciągu dnia. Wraca prosto z pracy o piątej, witany przez dźwięki skrzypiec albo telewizora w zależności od tego, jak bardzo źle czuje się Holmes.

Pojawiają się barbarzyńskie ilości herbaty i zupy, bo to jedyne, co chory Sherlock zje (już stracił zbyt dużo wagi z powodu choroby i jest zbyt chudy, jeśli o tym mowa). John nadzoruje regularne dawki lekarstw, utrzymuje okolice kanapy dobrze zaopatrzone w chusteczki i wodę oraz coś do czytania, podgrzewa okłady na brzuch i plecy Sherlocka, pilnuje, żeby gniazdo, które detektyw uwił na kanapie zawsze miało dosyć poduszek i kocy. Pozwala mu skamleć bez narzekania, a kiedy Sherlock popada w pełne cierpienia milczenie, siada obok i gładzi jego włosy.

Zachowuje się, jakby należała mu się nagroda za przywracanie chorego Sherlocka do zdrowia, ale tak naprawdę nie ma nic przeciwko temu.

W końcu jest lekarzem.

Kiedy sam choruje, nigdy nie staje się tak nieznośny i wie, jak się sobą zająć. Sherlock nieustannie pyta go, czy czegoś nie potrzebuje i czy już się czuje lepiej. Przemyka po mieszkaniu, starając się nie hałasować. Oferuje swoje kolana jako poduszkę, kiedy John odpoczywa na kanapie i upewnia się, że tuli go delikatnie, kiedy idą do łóżka. Idzie do sklepu, kiedy kończą się rzeczy, których John potrzebuje, ze spisaną listą w dłoniach i bez wahania.

To maksimum zdolności Sherlocka do opieki nad kimś i John nie narzeka.

Trzymanie się za ręce
To przychodzi z czasem. Obaj nie nawykli do tego gestu, John nie dzielił go z mężczyzną, Sherlock w ogóle jest niedoświadczony pod tym względem. Mają wrażenie, że jest to coś, co powinno być zastrzeżone dla wyjątkowych chwil, kiedy jednego z nich ogarnia fala uczucia wobec partnera. Zwykle zaczyna się w ten sam sposób, co objęcia: podczas kryzysu, kiedy coś poszło źle i jeden z nich potrzebuje pocieszenia. Kiedy muszą się upewnić, co do siebie.
Potem Sherlock rozwiązuje jedną ze swoich trudniejszych spraw po dwóch tygodniach pracy nad nią i ulga, jaka po tym następuje jest obezwładniająca. Stoi przy swoim ulubionym oknie w salonie, opierając się bokiem o ścianę i patrząc przez nie, napawając się spokojem, jaki teraz odczuwa. John staje obok niego i wsuwa rękę w dłoń Sherlocka – który zerka na niego, po czym znów patrzy w okno i ściska jego rękę.
Jadą taksówką, siedząc obok siebie, nie dotykając się, jak zwykle. Sherlock obserwuje miasto, które mijają. John chwyta jego dłoń, spoczywającą na udzie detektywa. Wymieniają krótki uśmiech i trzymają się za ręce przez resztę jazdy.
Lestrade zaprasza ich na przyjęcie noworoczne, na którym obecni są wszyscy jego współpracownicy i koledzy z Yardu. W pomieszczeniu pełnym ludzi całujących się i pijących szampana, Sherlock bardzo cicho bierze rękę Johna w swoją i razem obserwują cyfrowy zegar.
Leżą w łóżku w jasnym świetle wczesnego ranka przesączającym się przez zasłony. Unoszą przedramiona i splatają z sobą palce, obrączka Johna jest zimna, gdy dotyka palców Sherlocka. Nigdy nie robą tego publicznie, na mieście. To nie jest widok przeznaczony dla świata, który źle by go zrozumiał.
Poza…
Pewnego listopadowego dnia, szarego, zimnego i wietrznego, idą szybko, prowadząc śledztwo, i John zostaje nieco w tyle za Sherlockiem, który ma dłuższe nogi. Holmes nie zwalnia, ale sięga ramieniem za siebie i łapie dłoń Watsona.