Leżę plackiem w łóżku, obłożnie chora na katar xD Bardzo pozytywnie wpłynęło to na moją wenę, więc oto jest nowy rozdział! Mam nadzieję, że się spodoba.
Beti: Bardzo dziękuję za to, że zdecydowałaś się jednak skomentować. Jest mi bardzo miło, że moja historia Cię zaciekawiła, bo naprawdę dobrze się przy niej bawię! Oby tak zostało, postaram się nic nie zepsuć :D
Pukanie do drzwi niemalże przyprawiło mnie o zawał serca. Nie musiałam patrzeć w lustro, aby wiedzieć, że wyglądałam jak Inferius. Godziny płaczu zrobiły swoje. Zapewne cała moja twarz była czerwona, opuchnięta i brudna od pozostałości tuszu do rzęs. Nie miałam ochoty na spotkania towarzyskie. Nie miałam ochoty na nic, poza leżeniem w łóżku i czekaniem, aż ten dzień się skończy.
— Val? – Głos Albusa dotarł do mnie zza drzwi, a ja podniosłam się do pozycji siedzącej, wycierając twarz. Wiedziałam doskonale, że chłopak nie odpuści. Znałam go zbyt dobrze. – Wiem, że tam jesteś. Twoje współlokatorki od godziny marudzą, że wyrzuciłaś je z ich własnego dormitorium.
Chwyciłam różdżkę i machnęłam nią w kierunku drzwi. Gdy tylko rozległo się ciche kliknięcie, Albus nacisnął klamkę i wszedł do środka, zaczynając się rozglądać. Chwilę zajęło mu przyzwyczajenie się do panujących w pomieszczeniu ciemności, ale w końcu jego wzrok padł na moje łóżko i stos chusteczek, leżących obok. Skrzywiłam się i machnęłam różdżką po raz kolejny, pozbywając się śmieci.
— Płakałaś? – spytał chłopak ze zdziwieniem, a ja wzruszyłam ramionami, unikając jego spojrzenia.
Odpowiedź była dość oczywista, ale rozumiałam niepewność Albusa. Płacz nie znajdował się wysoko na liście moich ulubionych czynności. Zazwyczaj nie miałam powodów, aby rozklejać się jak dziecko i wylewać swoje żale w poduszkę. Jeśli już jednak zdarzył mi się gorszy dzień, zazwyczaj ograniczałam się do kilku minut wycia, po czym wszystko powracało do normy. Nigdy nie zamykałam się w dormitorium, wrzeszcząc wcześniej na współlokatorki, aby dały mi spokój, co tylko pokazywało jak fatalnie się czułam.
Albus westchnął i podszedł do łóżka, siadając obok mnie.
— James cię szukał – oznajmił po chwili, a ja przygryzłam wargę. Zdążyłam zauważyć. Mój narzeczony wysłał mi co najmniej pięć listów, których, rzecz jasna, nie przeczytałam. Odebrałam je jedynie od jego sowy, nie chcąc, aby biedaczka tłukła w okno przez cały wieczór. – Podobno uciekłaś, gdy wpadliście na Melanię.
— Dziwisz się? Ta dziewczyna jest w nim zakochana po uszy, a ja… A ja jestem tylko jego narzeczoną – mruknęłam gorzko i pokręciłam głową. – Nie chciałam być częścią ich rozmowy, więc sobie poszłam.
— Mój brat sądzi, że mogłaś poczuć się… dotknięta. — Oczywiście, że poczułam się dotknięta. Miałam spędzić całe życie w kłamstwie. Mój nastrój raczej nie mógłby być gorszy. – Prosił mnie, abym ci powiedział, że między nim a Melanią nic już nie ma. James bywa… trudny, ale nie zamierza cię skrzywdzić. A już na pewno nie w taki sposób.
— Al… — westchnęłam i przetarłam oczy, czując, jak znowu napływają do nich łzy. – Nie płaczę, bo boję się, że Potter zamierza mnie zdradzić. Zważywszy na naszą sytuację, takie stwierdzenie brzmi idiotycznie. Po prostu… — Nabrałam powietrza w płuca, po czym wypuściłam je ze świstem. – Nie tak wyobrażałam sobie moje życie. Miałam skończyć szkołę i w końcu odciąć się od tego chorego świata.
— Przecież wciąż możesz to zrobić – powiedział Albus, a ja prychnęłam.
— Nigdy nie będę wolna. Te nieszczęsne zaręczyny zawsze będą przypominać mi o tym, jak popieprzona jest moja rodzina. Nawet na moment nie zapomnę o tym, że przez jakąś chorą tradycję, straciłam szanse na znalezienie szczęścia. Do tej pory marzyłam o chwili, w której będę mogła zaśmiać się im w twarz i powiedzieć, że to ja wyszłam zwycięsko z tej wojny, którą prowadziliśmy odkąd tylko nauczyłam się mówić. Chciałam im wykrzyczeć, że nawet pomimo ich starań, aby mnie złamać, ja wciąż stoję. – Pociągnęłam nosem i uśmiechnęłam się z goryczą. – Nie dość, że nic takiego się nie wydarzy, to jeszcze muszę okłamywać wszystkich wokół, że jestem najszczęśliwsza na świecie.
Albus przez moment milczał, po czym westchnął ciężko, kręcąc głową.
— Jestem w stanie zrozumieć, że nikt w twojej sytuacji nie czułby się dobrze. Dlaczego jednak wolisz siedzieć i płakać w swoim dormitorium, zamiast spróbować odwrócić los na swoją korzyść? – spytał mój przyjaciel, a ja spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
— Jak niby miałabym to zrobić? Dobrze wiesz, że nie ma sposobu, aby obejść ten kontrakt. Sprawdziliśmy wszystkie możliwe…
— Nie o tym mówię, Val – przerwał mi Al i uśmiechnął się lekko. – Dlaczego właściwie nie możesz nawet spróbować być szczęśliwa z Jamesem?
Zamrugałam ze zdziwieniem, po czym zmarszczyłam brwi, gdy dotarło do mnie, że chłopak mówi poważnie.
— Zdajesz sobie sprawę, że mówimy o twoim bracie? Tym samym osobniku, którego ulubionym zajęciem jest nasyłanie na ciebie Irytka albo zakradanie się do Pokoju Wspólnego Ślizgonów, żeby obrzucić go smoczym łajnem?
— Nie twierdzę, że James jest perfekcyjny. — Prychnęłam głośno, krzyżując ręce na klatce piersiowej. To akurat było oczywiste. Każdy kretyn byłby w stanie dostrzec, że James Potter nawet nie stał obok ideału. – Nie jest też potworem, Val. Sądzę, że gdybyście się postarali, moglibyście stanowić naprawdę zgraną parę.
Czy on uderzył się w głowę podczas drogi do mojego dormitorium? Brzmiał jakby postradał zmysły, co do tego nie miałam wątpliwości. Związek mój i jego brata był prawdopodobnie najdziwniejszą rzeczą jaka miała miejsce w tym zamku od dłuższego czasu. Nie chodzi tylko o fakt, że nasze zaręczyny były wynikiem kontraktu, ale także o to, jak wyglądały nasze relacje na co dzień. Rzadko zdarzał nam się tydzień bez kłótni albo obrzucania się wyzwiskami. Potter uwielbiał działać mi na nerwy, a ja z kolei robiłam wszystko, aby odwdzięczyć mu się pięknym za nadobne. Jeśli miałabym wymienić chociaż jedną przesłankę ku temu, co powiedział Al, musiałabym się mocno namęczyć.
— Nie mam pojęcia, skąd taka myśl przyszła ci do głowy – powiedziałam smętnym tonem.
— Jesteście bardziej podobni niż ci się wydaje, Val. Naprawdę mogłabyś podejść do sprawy z większym optymizmem. Wolisz wyjść za Jamesa, czy może za jakiegoś zupełnie obcego faceta w średnim wieku? Scorpius mówi, że takie rzeczy też się zdarzają.
Wywróciłam oczami i przygryzłam wargę. Albus miał rację, rzecz jasna. Jeśli porównać moje opcje, Potter nie wydawał się wcale taki zły. Nawet wizja poślubienia Scorpiusa prezentowała się gorzej, pod pewnymi względami. Malfoy był naprawdę świetnym gościem, jeśli ktoś zadał sobie trud, aby go bliżej poznać. Miał poczucie humoru i, wbrew pozorom, wcale nie był bezuczuciowym dupkiem, za jakiego miała go większość szkoły. Znałam go lepiej niż siebie samą, a to wiele mówiło na temat naszej relacji, jednak nie myśleliśmy o sobie w taki sposób. Związek ze Scorpiusem byłby jak związek z bratem – naprawdę okropny.
Potter doprowadzał mnie do szału swoim głupim zachowaniem, ale przynajmniej nie uważałam go za zupełnie nieatrakcyjnego. Musiałabym być ślepa. Nie chodziło nawet o to, że jego uroda była powalająca. Prawdę powiedziawszy, nie sądzę, abym zwróciła na niego wielką uwagę, gdybym minęła go na Ulicy Pokątnej, nie wiedząc kim jest. Ot, przystojny chłopak, ale wciąż zwyczajny. Wystarczyło jednak spędzić kilka minut w jego towarzystwie, żeby zauważyć, jak mylne było to spostrzeżenie.
James Potter potrafiłby zapewne oczarować wszystkich, jeśli by chciał. Kiedy się śmiał, cała jego twarz zdawała się promieniować pozytywną energią, a na policzkach Gryfona pojawiały się urocze dołeczki. Oczywiście, nigdy nie przyznałabym się do tego, że kiedykolwiek obserwowałam go na tyle intensywnie, aby to zauważyć. Mimo to nie widziałam sensu w udawaniu, że Potter był zwyczajny i nieinteresujący. Jego charyzma i urok zdawały się wypełniać każde pomieszczenie, w którym akurat przebywał.
Niestety cały czar pryskał, kiedy chłopak otwierał usta. Wtedy stawał się po prostu irytujący. I męczący. W zasadzie porównałabym go do dużego chochlika, którego życiowym celem jest denerwowanie niewinnych ludzi – na przykład mnie.
— Dobra, przyznaję, mogło być gorzej – mruknęłam, kończąc swoje przemyślenia. – To wciąż nie oznacza, że powinnam emanować szczęściem, Al.
— Nie cofniesz czasu, nieważne jak długo będziesz udawać, że jest inaczej – odparł chłopak i wzruszył ramionami. – James chociaż to rozumie i nie chowa się w dormitorium, lamentując, że już nigdy nie będzie szczęśliwy.
Poczułam, jak moje policzki robią się gorące ze wstydu i podziękowałam w duchu za panującą w pokoju ciemność. Jeśli ktoś ujmował to w taki sposób, moje zachowanie natychmiast zaczynało wydawać się żałosne. Wystarczyło spojrzeć na fakt, że spędziłam całe życie, marząc o dniu, w którym stanę się niezależna i powiem mojej rodzinie, jak bardzo ich wszystkich nienawidzę. Chciałam być silna i twarda, ale kiedy tylko przyszedł moment, w którym mogłam wykazać się tymi cechami, zamknęłam się w dormitorium i zaczęłam wylewać swoje żale w poduszkę. Albus miał rację, chociaż wcale nie sprawiło to, że zaczęłam czuć się lepiej.
Musiałam jednak przyznać, że rozwiązanie, które wybrałam, było najgorszym z możliwych. Nie dość, że nie mogło nic zmienić, to jeszcze zapisze się w mojej pamięci, jako jeden z najbardziej żenujących momentów w moim życiu.
— Strasznie mądry się zrobiłeś – powiedziałam, szturchając go barkiem.
Albus zachichotał i przeczesał włosy palcami, co – jak zauważyłam – było chyba rodzinną cechą wszystkich Potterów.
— Zawsze taki byłem – odparł chłopak i uśmiechnął się z satysfakcją. – Tylko nigdy wcześniej mnie nie słuchałaś.
Wywróciłam oczami, ale nie zdołałam powstrzymać uśmiechu. Pociągnęłam nosem i otarłam twarz z pozostałości łez. Albus miał rację, rzadko go słuchałam. Prawdę powiedziawszy, rzadko słuchałam kogokolwiek. Ciężko było mi przełknąć swoją dumę i przyznać, że się mylę. Wolałam popełnić błąd i móc powiedzieć, że był on w pełni mój, zamiast przyjmować rady innych i do końca życia zastanawiać się, co by się stało, gdybym zaufała swojej ocenie. Niestety zasada ta obowiązywała we wszystkich sytuacjach – nawet tych, w których powinnam po prostu posłuchać.
Nawet teraz kusiło mnie, aby powiedzieć Albusowi, że moje zachowanie jest usprawiedliwione i nie ma w nim niczego złego. Tutaj jednak nie chodziło o jakąś nic nieznaczącą kłótnię, a raczej o to, kim chciałam być – osobą, która chowa głowę w piach, gdy tylko życie robi się ciężkie, czy kimś, kto, mimo wszystko, próbuje odwrócić sytuację na swoją korzyść. Nie wiedziałam, jak mam to zrobić, ale nie chciałam się poddawać. Valentina Zabini nigdy nie rezygnowała.
— Może czas, abym zaczęła – odpowiedziałam i oparłam głowę na ramieniu Albusa. – Powiedz Jamesowi, że dopadła mnie migrena.
— Jeszcze nawet nie wzięliście ślubu, a ty już zaczynasz z takimi wymówkami? – spytał chłopak z rozbawieniem, a ja uszczypnęłam go w nogę. – Dobra, dobra, przepraszam! Wiesz, że mój brat w to nie uwierzy?
— Nie jest aż takim kretynem – prychnęłam. – Nie musi wiedzieć, że przyprawił mnie o załamanie nerwowe zaledwie tydzień od zaręczyn. Jego ego eksplodowałoby z dumy.
Podniosłam głowę, pozwalając Albusowi wstać. Chłopak westchnął i poczochrał moje włosy, zanim ruszył w kierunku drzwi.
— Ej! – krzyknęłam za nim z oburzeniem, ale on tylko się uśmiechnął.
— Teraz przynajmniej fryzura pasuje ci do makijażu – powiedział i opuścił moje dormitorium.
Odważyłam się zapalić światło i spojrzeć w lusterko, stojące na szafce nocnej. Skrzywiłam się natychmiast, gdy mój wzrok padł na czarne smugi, zdobiące moje policzki. Albus zdecydowanie miał rację. Brakowało mi jedynie maczugi, aby zacząć wyglądać jak prawdziwa dzikuska. Miałam już nawet swojego jaskiniowca.
Kiedy następnego dnia weszłam do Wielkiej Sali, miałam wysoko uniesioną głowę. Wystarczył jednak moment, aby na mojej twarzy pojawił się wyraz dezorientacji, ponieważ spojrzenia wszystkich uczniów natychmiast powędrowały w moją stronę. Patrzyli na mnie z taką intensywnością, że niemalże potknęłam się o własne nogi. Rozejrzałam się po pomieszczeniu i zdałam sobie sprawę, że większość osób trzymało w dłoniach najnowsze wydanie Proroka Codziennego.
W mgnieniu oka zrozumiałam, co właściwie się stało — moi rodzice postanowili obwieścić światu kolejną radosną nowinę. Przełknęłam głośno ślinę i spojrzałam na stół Gryffindoru, szukając wzrokiem Pottera, ale najwyraźniej nie tylko ja postanowiłam pojawić się na śniadaniu z opóźnieniem. Istniała szansa, że chłopak nie wiedział jeszcze o tym wspaniałym wydarzeniu. Mogłam więc go ostrzec albo chociaż ustalić z nim wspólną wersję wydarzeń. Cholera, zamiast się ukrywać, powinnam była zrobić to wcześniej. Przynajmniej nie musiałabym teraz zastanawiać się, jak właściwie odpowiedzieć na wszystkie pytania, które zaczynały formować się w głowach pozostałych uczniów.
Zdałam sobie sprawę, że stoję w miejscu i skrzywiłam się nieznacznie. Chciałam ruszyć w stronę stołu mojego domu, kiedy poczułam, jak ktoś obejmuje mnie w talii i całuje w policzek.
— Udawaj, że to zupełnie normalne. – Szept Pottera zabrzmiał zaraz obok mojego ucha, co wywołało u mnie gęsią skórkę. Uśmiechnęłam się jednak, wbrew instynktowi, który namawiał mnie do ucieczki. Odwróciłam się do niego przodem, a chłopak zachichotał na widok paniki w moich oczach. – Jak tam twoja migrena? – spytał z rozbawieniem.
— To był jednorazowy epizod, zdaje się – wycedziłam w odpowiedzi i odchrząknęłam, kątem oka dostrzegając, że wszyscy patrzyli na nas z ciekawością. – Potter, co zamierzamy zrobić… z tym?
— Nic. Gdybyś nie siedziała w dormitorium, wiedziałabyś, że plotki o naszym związku zaczęły się już wczoraj.
— A co z twoją rodziną? Co z rodzicami?! – wyszeptałam histerycznie, przypominając sobie o naszej umowie. – Pewnie zaraz dostaniesz Wyjca z żądaniem wyjaśnień…
Potter ponownie zachichotał i pokręcił głową.
— Już dawno o tym wiedzą. Minął tydzień, Zabini. W przeciwieństwie do ciebie, ja nie ukrywałem się w bibliotece.
— Wiedzą? – wyjąkałam ze zdziwieniem. – Ale… Co im powiedziałeś? Co oni powiedzieli?
— A jak myślisz? – spytał z ironią Gryfon. – Byli podejrzliwi i wściekli. Wyjaśniłem im, że mieliśmy się ku sobie od dłuższego czasu, ale trzymaliśmy to w tajemnicy, bo wiedzieliśmy, jak zareagują twoi rodzice. Kiedy dowiedziałaś się, że musisz wyjść za Scorpiusa, zdaliśmy sobie sprawę, że musimy przestać się ukrywać. Powiedziałem im nawet, że wymknąłem się ze szkoły, aby negocjować ten durny kontrakt.
Musiałam przyznać – jego kłamstwo brzmiało tylko odrobinę niewiarygodnie. Jeśli kiedykolwiek przyszłoby mi do głowy, aby zakochać się w Potterze, bez wątpienia chciałabym ten fakt ukryć. Zapewne ukryłabym go nawet przed nim, ale jakie to miało znaczenie? Istotną rzeczą było to, że chłopak rzeczywiście zadbał o to, aby nasze kłamstwo nie wyszło na jaw, jeśli oboje odegramy swoje role.
— Rozumiem, że ci uwierzyli? – powiedziałam, a chłopak westchnął.
— Nie do końca, ale wychodzę z założenia, że natychmiast skontaktują się z twoimi rodzicami, aby dowiedzieć się, jak było naprawdę. Twoja matka na pewno nie może się doczekać, aż będzie mogła im to wszystko opowiedzieć. – Wywrócił oczami, a ja ponownie się skrzywiłam.
Znowu miał rację. Znając Cordelię Zabini, nie dość, że powie im wszystko, to jeszcze wyolbrzymi każde słowo Jamesa i przedstawi go jako zakochanego po uszy smarkacza. O ironio, wszystko jednak wskazywało na to, że to ja byłam tutaj smarkulą, która pozwoliła, aby cała ta sytuacją ją przytłoczyła.
— Tak, pod tym względem na pewno możemy na nią liczyć – odparłam i podniosłam wzrok na twarz chłopaka. – Trafiła ci się koszmarna teściowa.
— Znasz takie powiedzenie? Niedaleko pada jabłko od jabłoni? – spytał Potter, unosząc brwi, a ja otworzyłam usta z niedowierzaniem. I pomyśleć, że przez moment uważałam go za przyzwoitego.
— Nawet nie wiesz, jak bardzo żałuję, że nie mogę cię w tej chwili przekląć – wycedziłam wściekle, a on nachylił się w moją stronę, doprowadzając mnie do zawału serca. Czy on zamierzał…
Odetchnęłam z ulgą, gdy zatrzymał się dosłownie centymetr od mojej twarzy, patrząc mi głęboko w oczy.
— Myślisz, że dlaczego to powiedziałem?
Przez moment czułam jego ciepły oddech na swoich wargach, po czym Potter wyprostował się i pocałował mnie w czoło.
— Do zobaczenia później, moja walentynko – powiedział na tyle głośno, żeby słyszeli to uczniowie, siedzący najbliżej drzwi, a ja spłonęłam ze wstydu.
Słowa Albusa, które jeszcze wczoraj wydawały mi się niezwykle sensowne, nagle zaczęły brzmieć jak wierutne kłamstwo. Ja i Potter podobni… Też mi coś.
