Betowała Jasmin Kain.
Ostrzeżenie: Kary cielesne.
Rozdział 5
Tej nocy Bethany dręczyły koszmary. Widziała w nich Emily, która stała naprzeciwko niej i wyciągała w jej stronę ręce całe we krwi, prosząc o pomoc. Nie była świadoma, że krzyczy przez sen.
— On mnie zabił — wyszeptała koleżanka i przekręciła głowę na bok. — A ty stałaś i patrzyłaś. Dlaczego mi nie pomogłaś?
Bethany chciała uciec, ale nie mogła się poruszyć. Jak wtedy, kiedy jej dziadek ją unieruchomił. Emily zbliżyła się i przejechała palcem po jej policzku. Pozostawiła na skórze ciemnoczerwoną smugę.
— Wychowałyśmy się razem — powiedziała. — Już raz wyrwałam się śmierci. Nie chciałam umierać, ty najlepiej o tym wiesz. Kiedy leżałam w ambulatorium i straciłam nadzieję na wyzdrowienie, przyszłaś do mnie i dałaś mi różaniec. Powiedziałaś, że wiara czyni cuda i żebym nie poddawała się. Twoje słowa były dla mnie motywacją. Wyzdrowiałam i miałam uczucie, jakbym narodziła się po raz drugi. Chciałam żyć. Dlaczego mi nie pomogłaś, skoro we mnie wierzyłaś?
Ostatnie zdanie wypowiedziała w wężomowie. Patrzyła na nią zimno i wtedy z jej ust zaczęła sączyć się krew. Bethany wrzasnęła przeraźliwie. Emily zignorowała to i położyła jej lodowatą dłoń na czole.
— Uspokój się — rozkazała, co dało odwrotny skutek. Bethany dostała histerii, wrzeszczała, jakby obdzierali ją ze skóry.
— Obudź się! — Czyjś zimny głos docierał do niej jakby z zewnątrz. Nie należał do Emily, tylko do dorosłego mężczyzny.
Bethany otworzyła oczy. Otaczała ją ciemność. Czuła lodowatą dłoń na swoim czole. Znała ten dotyk i domyśliła się, kto to może być. Spojrzała w bok i w tym momencie rozbłysło światło, które padło na twarz Voldemorta. Siedział na skraju łóżka i uważnie się jej przyglądał. Pomimo, że chciała to zrobić, nie cofnęła się i nie strąciła jego ręki. Wiedziała, że źle to by się dla niej skończyło. Poza tym była zaskoczona, że do niej przyszedł.
— Miałaś zły sen — powiedział, nadal trzymając dłoń na jej czole. — Mocno przeżyłaś śmierć tej mugolki.
— Miała na imię Emily — wyszeptała. — Bardzo chciała żyć, ale ty zabrałeś jej tę szansę.
Cofnął dłoń i przyglądał się jej przez chwilę. Uciekła wzrokiem w bok. To, co przed chwilą do niego powiedziała, było śmiałe i poufałe. Snape przestrzegał ją przed tym. Czy za chwilę Voldemort wyładuje na niej swój gniew?
— Życieee — zasyczał. — Któż go nie ceni. Ta mugolka długo by się nim nie nacieszyła.
— Dlaczego? — spytała Bethany, marszcząc czoło.
— Powiedziałem ci — jego głos był lodowaty. — Że uśmiercając mugoli, wyświadczamy im przysługę. Twoja mugolka otrzymała szczególną łaskę. Humanitarną.
— Zabicie dziewczyny, która wygrała z rakiem uważasz za łaskę? — spytała cicho. — Lekarze dokonali niemożliwego, ale i ona dużo z siebie dała. Nie każdy ma taką wolę walki.
— Miała przerzuty na wątrobę — wycedził Voldemort. — Chemia, która miała otrzymać, była wyznaczona na odległy termin. Twoja dyrektor nie zamierzała jej o tym powiedzieć. Dzieciakowi został miesiąc umierania w potwornych męczarniach.
— Dlaczego nie pozwoliłeś jej umrzeć w pożarze? — głos Bethany zadrżał. — Czemu musiałam patrzeć, jak ją zabijasz?
— Pożegnanie z życiem, które znałaś, musiało być świadomeee — zasyczał. — Poczułaś to. Poczucie straty często jest nie do zniesienia. Taki stan rzeczy wiele ułatwia.
— Co ułatwia?
— Zaakceptowanie nowej rzeczywistości — powiedział. — Mugolka wyświadczyła ci ogromną przysługę. Jej poświęcenie sprawiło, że wiesz, kim naprawdę jesteś.
Milczała, więc dodał:
— Nie uciekniesz od swojego dziedzictwa. Jesteś z mojej krwi – tkwi w tobie mrok, którego się wypierasz. Tak jak twoja matka. Myślała, że jest inna – dobra, szlachetna. Była moim odbiciem – zabijanie mugoli przychodziło jej z podobną łatwością.
Bethany poczuła zimno na całym ciele. Voldemort wstał i odparł:
— Nigdy nie będziesz szczęśliwa, jeśli nie uwierzysz w siebie. Ucieczka od świata, do którego należysz przypomina błędne koło. Im bardziej się opierasz, tym silniej cię atakuje. Wniknąłem w twoje wspomnienia. Nie zawsze byłaś szczęśliwa z powodu tego, że umiesz rozmawiać z wężami, prawda?
Bethany przełknęła ślinę. Dlaczego jej to robił? Była taka zmęczona.
— Wypierałaś tę umiejętność, chciałaś od niej uciec, ale wiedziałaś, że to bezowocne — kontynuował. — Później zaufałaś swojemu talentowi i go wykorzystywałaś przeciwko mugolom.
Zacisnęła zęby. Znał jej małe grzeszki.
— Widzisz — w jego głosie słychać było zadowolenie. — Masz w sobie mrok. Swoją własną ciemną stronę.
— Skoro mowa o zaufaniu — zaczęła, ale urwała. Bała się to powiedzieć na głos.
— Wiem, o co ci chodziii — zasyczał. — Uważasz, że do niego nawiązuję, ale że sam nie mam go do ciebie? Bo słyszę twoje myśli?
Nie odpowiedziała, tylko cała się skuliła. Usiadł na skraju łóżka i złapał ją za podbródek.
— A gdybym przestał to robić? — spytał lodowato. — Wnikać w twój umysł?
Dziewczyna zamrugała. Co to było? Specjalnie ją podpuszczał?
— Mówisz poważnie? — Bethany wzięła głęboki wdech.
— Myślałaś, że żartuję? — zapytał niebezpiecznie niskim tonem. — Nikt nigdy nie dostał ode mnie takiej propozycji. Nawet moja córka.
— Dlaczego więc ja?
— Uznajmy to za test. Świadomość, że nie słyszę twoich myśli, a tym samym zamierzeń, da ci pełną swobodę działania. Dam ci kilka dni, później oczywiście to cofnę. Przekonamy się, oboje, czy jesteś godna mojego zaufania. Wyciągnij prawą dłoń.
Bethany zrobiła to, co kazał. Ujął jej nadgarstek i wyciągnął różdżkę. Zapłonęło czerwone światełko, które uniosło się ku górze i wsiąknęło w bladą skórę dziewczyny. Voldemort pogładził palcem linię jej żył i uśmiechnął się zimno.
— Gotowe — mruknął. — Pomyśl o czymkolwiek.
Bethany zamknęła oczy i pierwsze, co przyszło jej do głowy to ukochana kapela „The Doors". Wyobraziła sobie Jima Morrisona z burzą kręconych włosów i w skórzanych obcisłych spodniach. Nie poczuła, żeby cokolwiek wdzierało się do jej umysłu.
Otworzyła oczy, a na jej twarzy malował się szok i niedowierzanie.
— Jestem słowny — odparł Voldemort. — Oczekuję od ciebie tego samego.
Bethany spojrzała na niego i przełknęła ślinę.
— Moje zaufanie — wycedził i przyszpilił ją wzrokiem. — Jest czymś, o czym marzy każdy śmierciożerca. Są gotowi na wszystko, żeby je zdobyć. Nawet poświęcić najbliższych. Żadnemu dotąd się nie udało. Dla ciebie zrobiłem wyjątek.
— Dziękuję — powiedziała, na co zmrużył oczy. Chwycił ją za podbródek i zasyczał:
— Nie myśl, że nie będę wiedział, co robisz. Twój umysł jest zamknięty, ale ja mam oczy wszędzie.
Puścił ją i wstał.
— Lepiej już śpij — powiedział. — Po południu czekają cię pierwsze lekcje.
— Dobrze — odparła i otuliła się szczelnie kołdrą. Voldemort pstryknął palcami i światło przy jego twarzy zgasło. Bethany myślała, że zniknie, ale postanowił wyjść z pokoju w normalny sposób. Normalny dla niej. Słyszała jego kroki i odgłos otwieranych drzwi. Przez chwilę ich nie zamykał. Bethany uniosła się na łokciu i zobaczyła, że ją obserwuje. Czerwone oczy świeciły w ciemności niczym reflektory.
— Dobranoc, dziadku — wyszeptała sennie. — Jeszcze raz dziękuję.
Potem przytuliła policzek do poduszki i zamknęła powieki. Kiedy usłyszała kliknięcie drzwi, odetchnęła z ulgą. Uniosła się jeszcze raz i rozejrzała. Naprawdę poszedł.
Nie mogła uwierzyć w to, co zrobił. Na kilka dni zrezygnował z penetracji jej umysłu. Wiedziała, że ją testował.
Twój umysł jest zamknięty, ale ja mam oczy wszędzie.
To oczywiste, że kazał ją śledzić. Musiał wiedzieć, co zamierza.
**
Narcyza Malfoy siedziała w fotelu w swoim salonie i wpatrywała się kominek. Zaczynało świtać, a ona nie mogła zasnąć.
Jej myśli krążyły wokół córki Meropy. Dziewczyna była do niej podobna z wyglądu, ale nie to zwróciło uwagę kobiety. Ta mała potrafiła wczuć się w czyjąś sytuację.
Oburzyła się, kiedy dowiedziała się, że Narcyza musi ją wykąpać. Początkowo nie chciała się zgodzić, ale kiedy dowiedziała się, że kobieta ma określony czas na wykonanie rozkazu, skapitulowała.
Nie chciała, żeby Voldemort ukarał żonę swojego sługi.
Narcyza dotknęła palcem blizny, którą zawdzięczała Meropie. Nie był to zwyczajny ślad – dzięki niemu Czarny Pan nie mógł wniknąć w jej umysł. Mer zasięgnęła wiedzy z ojcowskiej biblioteki; wykorzystała pozycje, do których dostęp miał tylko on. Żeby nie dowiedział się, co zrobiła, stworzyła solidną, jej zdaniem, barierę oklumencyjną. Miała w tym sporą wprawę. Pomimo starań, Voldemort przedarł się przez nią.
Wpadł w furię, kiedy dowiedział się, co zrobiła. Z pewnością przekląłby ją w najgorszy sposób, ale nie zrobił tego. Powód był jeden – Meropa była w ciąży.
Narcyza zjechała palcem w dół. Teraz zatrzymał się na jej ustach.
Kara, którą Voldemort wymierzył córce, była surowa. Przed oczami stanęły jej plecy towarzyszki, całe w czerwonych pręgach. Chłostał ją do piętnastego roku życia. Wtedy miała dwadzieścia i spodziewała się pierwszego dziecka. Nie mógł użyć na niej klątwy, więc powrócił do tradycyjnej metody.
— Nie skrzywdzi cię — powiedziała Mer drżącym głosem. Narcyza przemyła jej plecy myjką, którą następnie zanurzyła w misce i wyżęła. Woda zabarwiła się na czerwono, więc wypowiedziała zaklęcie i ta po chwili miała normalny kolor. Najdelikatniej jak mogła, usunęła z jednej z ran zwisający płat skóry. Mer syknęła.
— Nie możesz tego wiedzieć — odparła Malfoy. — Wiesz, że nic go nie powstrzyma. Jeśli zechce mnie zabić, zrobi to. Jestem dla niego nikim.
— Ale nie dla mnie — Mer wzięła głęboki wdech. — Jeśli podniesie na ciebie różdżkę, skrzywdzi moje dziecko.
Narcyza wrzuciła myjkę do miski i stanęła naprzeciwko dziewczyny.
— Co takiego? — W jej głosie słychać było niedowierzanie. — Zaryzykowałaś życie własnego dziecka?
Mer położyła dłoń na sporym już brzuchu i wyszeptała:
— Kocham maleństwo, które w sobie noszę. Mojemu ojcu zależy na tym dziecku. Ale nie tak, jakbym tego chciała.
— Co się dzieje? — Narcyza chwyciła ją za rękę i spojrzała prosto w oczy. — Powiedz.
— Planuje coś strasznego — w głosie Meropy słychać było obrzydzenie. — Tylko tyle mogę zdradzić. Ale jedno wiem na pewno – nie pozwolę mu tego zrobić. Ty również musisz dbać o swoje.
Dotknęła brzucha towarzyszki i odparła:
— Tyle razy się dla mnie poświęcałaś. Teraz moja kolej.
— Nie za taką cenę — Narcyza pokręciła głową. — Po co ryzykowałaś.
— Skutki mojej decyzji noszę na plecach. Znam mojego ojca. Nigdy nie odwołał się do łagodnej formy kary. Dlaczego tym razem zrobił wyjątek?
— Czego chce od twojego dziecka? — Narcyza ujęła jej dłonie. — Chyba nie planuje złożyć go w ofierze?
— Nie — powiedziała Mer. — Potrzebuje go żywego. Ale to, do czego chce go użyć sprawia, że coraz bardziej go nienawidzę.
— Skąd wiesz, czy cię teraz nie słyszy? — spytała spanikowana Narcyza. — Twoja ostatnia próba zamknięcia umysłu nie wyszła tak, jak chciałaś.
— Wiem, gdzie popełniłam błąd — Mer uśmiechnęła się smutno. — Tym razem nie powinnam wpaść. A jeśli się mylę, to skutki mogą być gorsze niż te dzisiejsze.
— Nie mów tak! — Narcyza spojrzała na nią ze złością, choć wiedziała, że na wiele rzeczy jej towarzyszka nie ma wpływu. Nie mogła samodzielnie o sobie decydować – jako córka Lorda Voldemorta podlegała mu całkowicie. Wpierw jako dziecko, potem jako nastolatka i w końcu jako osoba dorosła. Oczywiście mogła pytać się go o zezwolenie na pewne rzeczy; słyszała odmowę albo zgodę. Czasami obiecywał przemyśleć jej prośbę, wtedy istniała szansa, że jej plan się powiedzie. Tak było rzadko.
— Czasami pewne rzeczy wymagają z naszej strony inicjatywy — odparła Mer. — Jeśli się udadzą, to masz na swoim koncie sukces. Jeśli nie, czeka cię porażka. W moim przypadku są to również konsekwencje.
— Konsekwencje — powtórzyła Malfoy. — Czy nie możesz sobie odpuścić? Przestań robić ojcu na złość. Jesteś lojalną córką, ale twoje stawianie na swoim ostatnio częściej wychodzi na jaw. Skutki tego nie są dla ciebie przyjemne. Chyba że to lubisz i jesteś chorą masochistką.
— Może coś w tym jest — Mer udała rozbawioną. — Może lubię ból, mój ojciec z kolei kocha go zadawać.
— Głupio mówisz — Narcyza zmarszczyła brwi. — Dziękuję ci za to, co dla mnie zrobiłaś, ale nie chcę, żeby to się powtórzyło. Masz się dla mnie nie narażać.
— Przyjaźń to nie tylko branie — powiedziała dziewczyna. — To również ofiarowanie czegoś z siebie. Mówisz o narażaniu się? Wiesz, że nawet bez tego mój ojciec może mnie ukarać. U niego nie ma dobrych chwil. Przeważnie zawsze są te złe.
Wstała i stanęła przed lustrem. Spojrzała na swój brzuch i położyła na nim dłonie.
— Kiedy trafiłam pod jego opiekę — odparła. — Miałam pięć lat. Pierwsze spotkanie z nim było najgorszym koszmarem. Wiesz, co spotkało kobietę, która mnie wychowała.
Narcyza skinęła głową, a Mer westchnęła.
— Billie Jo była najczulszą i najmilszą osobą, jaką znałam — wyszeptała. — Była dla mnie jak matka. Kochałam ją. A on zabił ją tylko dlatego, że okazała mi uczucie. To, czego od niej zaznałam, przekażę mojemu dziecku.
Meropa… Nie nacieszyła się długo swoją córką. Krok, na jaki się zdecydowała, był świadomym podpisanym na siebie wyrokiem śmierci. Liczyła, że Dumbledore pokona Voldemorta i Bethany wychowa się w bezpiecznym i pełnym spokoju świecie. Jej ojca rzeczywiście spotkał przykry los, ale nie z rąk jego wroga, lecz niemowlęcia.
Teraz znowu trząsł magicznym światem. I miał Bethany.
Narcyza wstała i zaczęła chodzić w tę i z powrotem. Mer tak bardzo zależało na ochronie dziecka, że zdecydowała się zapłacić za to życiem. Teraz jej nie było, a jej córka podlegała Voldemortowi. Ten nie miał oporów, żeby stosować na niej przemoc. Widziała zaczerwieniony policzek dziewczyny. Wprawdzie na to nie miała wpływu, ale wiedziała jedno. Na tyle, ile będzie mogła, zaopiekuje się córką Meropy.
**
Masz w sobie mrok. Swoją własną, ciemną stronę.
Tak jej powiedział. Bethany siedziała na łóżku i zagłębiała się w słowa Voldemorta.
Nie, nie jestem taka zła jak on. Każdy ma w swoim życiu chwile, które potrafią nadwyrężyć nerwy. Co on wie o życiu w bidulu…
Urwała, nauczona, że czasem zapędzała się w myślach za daleko. Wtedy przypomniała sobie, że jej nie słyszy.
A jeśli ma sposób, żeby zajrzeć do mojej głowy? Trudno mi uwierzyć w jego nagłą szczodrość.
Nauczona, że nic nigdy nie jest takie, na jakie wygląda, zastanowiła się. Zawsze była czujna w sierocińcu, przez co trzymała rękę na pulsie. Dawała sobie radę i potrafiła przechytrzyć napastnika. Tutaj z góry była skazana na porażkę. Nie ufała Voldemortowi, dlatego miała wątpliwości. Trzymał ją krótko, kochał ją kontrolować i zastraszać. Nie wahał się jej uderzyć. Jak więc miała uwierzyć, że jego gest jest szczery, bez żadnych haczyków?
Sam powiedział, że jest to próba. Nie czuła, żeby wdzierał się jej do głowy. Miała dowód, że dotrzymał słowa.
Ale… to nie był zwyczajny świat, gdzie białe to białe, a czarne to czarne. Tutaj rządziła magia, a ona, wychowana wśród niemagicznych, nie miała o niej pojęcia nawet na poziomie podstawowym. Skąd mogła mieć pewność, czy nie użył jakiejś sztuczki, by wejść w jej przemyślenia?
Przekonamy się, oboje, czy jesteś godna mojego zaufania.
To było to, na czym mu zależało. Chciał, żeby sama do tego doszła. Na ten moment zawodziła na całej linii.
Wstała i wzięła głęboki wdech. Voldemort był dobrym psychologiem. Wiedział, jak bardzo przeżywała to, że wnika w jej umysł. Zastosował prostą metodę – chwilowo nie będę tego robił, ale ty także musisz coś dla mnie zrobić. Pokazać, czy na to zasługujesz.
Jak zwykle muszę szukać dziury w całym. Mam wolną rękę. Mogę myśleć o czym chcę, nawet o tym, że gram główną rolę w pornosie i on nie będzie o tym wiedział.
Tak właśnie było. Posiadała wolność umysłu. Żeby nie wpaść znowu w pułapkę na zasadzie „szukam zagrożenia na siłę", powtórzyła to sobie po raz kolejny. Gdy to sobie uświadomiła, bez zbędnych wątpliwości, wstała i po raz pierwszy, odkąd tu jest, poczuła radość. Szczerą, prawdziwą, nie udawaną czy wymuszoną.
Kiedy ona i Mari były czymś podekscytowane, włączały głośno rockową muzykę i tańczyły swój taniec – połamaniec. Tutaj nie miała możliwości odtworzyć ukochanego „The Doors" czy „The Rolling Stones", ale w jej głowie ich utwory nadal były żywe. Zaczęła robić dzikie pląsy, nucąc przy tym. Musiało to wyglądać dziwacznie, ale w tej chwili nie pragnęła niczego innego. Chciała być wolna, chciała znowu cieszyć się życiem.
Zaczęła śpiewać głośniej, kiedy drzwi się otworzyły. Zaskoczona, zesztywniała i niechcący potknęła się o własną stopę. Upadła na brzuch, ale po chwili podniosła się.
W drzwiach stała Bellatriks. Przypatrywała się jej zdziwiona.
— Nie wiedziałam, że panienka tak się cieszy na myśl o lekcjach — powiedziała. — Ale to dobrze rokuje. Czarny Pan pokłada w panience ogromne nadzieje.
Bethany przygryzła wargę, żeby się nie roześmiać, co nie umknęło uwadze kobiety.
— Pozytywne nastawienie jest potrzebne — odparła, unosząc brwi. — Ale koncentracja jest ważniejsza. Radziłabym ci skupić się na tym drugim. A teraz chodź.
— Jestem skupiona — odparła. — Czy pani wie, jakie przedmioty czekają mnie na początek?
— Bethy — zacmokała. — Nie nazywaj mnie „panią". Zwracaj się do mnie po imieniu, tak jak do pozostałych śmierciożerców. Prawdę mówiąc to „pani" jest trochę upokarzające.
— Upokarzające? — spytała dziewczyna, na co jej towarzyszka zaśmiała się:
— Tak, tak i to całą gębą. Dodaje lat, a nikt nie chce być postarzany.
— Przecież nie jesteś w podeszłym wieku — zauważyła Bethany. — Całe życie przed tobą.
— Mam nadzieję — Bellatriks uśmiechnęła się makabrycznie. — Mam nadzieję.
Dziewczyna nie kontynuowała rozmowy, ponieważ nie podobała się jej zwolenniczka dziadka. Chciała być dla niej na siłę miła, co oznaczało niezdrową ilość cukru. Bellę najwyraźniej nie zraziło milczenie Bethany, ponieważ trajkotała:
— Nasza księżniczka zapozna się z tym, co było jej przeznaczone od zawsze. Nawet nie wiesz, jak wspaniałe życie cię czeka u boku Czarnego Pana. Być jego krwi to marzenie każdego z nas.
Urwała, ponieważ znalazły się przed gabinetem Voldemorta. Bethany widziała go rano na śniadaniu, ale w ogóle się nie odzywał. Za to bacznie ją obserwował.
— Powodzenia, panienko — Bella poklepała ją po plecach i wtedy drzwi otworzyły się. Dziewczyna weszła do środka; zamknęły się za nią z głuchym łoskotem.
Voldemort siedział przy biurku i wbijał we wnuczkę uważne spojrzenie.
— Dziadku — Bethany ukłoniła się pokornie i czekała.
— To ważny dzień — odparł i splótł palce. — Dziś zostaniesz wprowadzona w pierwsze zagadnienia ze świata magii. Czeka cię ciężka praca; wiedz, że będę na bieżąco informowany o twoich postępach. Wiesz, co cię czeka, jeśli nie będziesz się przykładać.
Skinęła głową i wtedy wstał. Minął biurko i stanął naprzeciwko niej:
— W twojej edukacji skupimy się na najistotniejszych rzeczach. Jak ci mówiłem, przez morale mugoli twój światopogląd jest wypaczony. Jednym z twoich przedmiotów będzie Wiedza Właściwa, którą osobiście poprowadzę.
— Będziesz mnie uczył?— spytała zaskoczona, na co uśmiechnął się zimno.
— Moją ideę mógłby ci przekazać któryś ze śmierciożerców — odparł. — Są doskonale przygotowani. Z racji stanowiska, które piastuję, będę zajęty praktycznie bez przerwy — tu zrobił pauzę i dotknął jej podbródka. — Mógłbym spokojnie polegać na którymkolwiek, każdy z nich wykazałby się ponad miarę. Tyle że sucha teoria z rąk kogoś, kto nie czuje tego tak, jak ten, kto ją ustanowił, jest średnia. Dlatego to ja cię wprowadzę.
Spojrzał na dziewczynę, która nie odezwała się ani słowem. Dopiero kiedy zmarszczył czoło, zrozumiała, że domaga się odpowiedzi.
— Cieszę się z tego powodu — odrzekła.
— Masz szczęście, dziecko — Voldemort puścił jej podbródek i dotknął jej włosów. — Mieć mnie za nauczyciela. Wymogłem na moich śmierciożercach, żeby zwracali uwagę, czy będziesz uważać na ich lekcjach. Wiem, że mnie nie zawiodą, ale znając życie, mogą okazać się trochę pobłażliwi z racji twojego statusu. Ze mną tak nie będzieee.
Ostatnie słowo zakończył złowrogim sykiem. Bethany spięła się, co go zadowoliło.
— Nasze lekcje będą odbywać się dwa razy w tygodniu — kontynuował. — O różnych porach – raz rano, zaraz po śniadaniu, innym razem późnym wieczorem.
Przestał bawić się jej kosmykiem i ponownie chwycił ją za podbródek.
— Zaczynać naukę magii w wieku szesnastu lat to tak, jak być trwale upośledzonym — syknął. — Nie winię ciebie, moje dziecko. Nie miałaś na to wpływuuuu. Gdyby nie twoja matka, byłabyś dzisiaj doskonale wyszkoloną czarownicą. Kto wie, czy nie moją prawą ręką.
Zamrugała, zaskoczona ostatnim zdaniem. Nie to, żeby chciała być jego protegowaną; w tym co powiedział kryła się nuta żalu i złości. Wyglądało, że zdrada jej matki nadal była dla niego bolesna.
— Żeby dziecko mogło przystąpić do pełnej nauki, jego magiczny rdzeń musi się odpowiednio ustabilizować — kontynuował. — U ciebie nie powinno to długo potrwać. Z takimi genami wykształci się szybciej.
Wysokiego ego nie można mu odmówić.
— Dzisiaj czeka cię wstęp do Zaklęć, Transmutacji, Czarnej Magii i Numerologii. Wieczorem mamy wspólnie Wiedzę Praktyczną.
Bethany skinęła głową. Uśmiechnął się do niej zimno i odparł:
— Jak ci wspominałem, wybrałem ci nauczycieli. Jednego z nich już znasz.
— To ten Dołohow? — spytała, unosząc brew.
— Nie. Miałem na myśli Bellę.
Bethany nie odpowiedziała, więc ciągnął:
— Bellatriks będzie cię uczyć Czarnej Magii. Ma odpowiednie kwalifikacje i powołanie. Myślę, że nie będziemy przedłużać.
Klasnął w dłonie i drzwi otworzyły się. Do gabinetu wszedł mężczyzna, który od razu upadł na kolana i przyłożył czoło do podłogi.
— Mój panie — wychrypiał.
— Wstań, Rudolfusie — polecił mu Voldemort. Mężczyzna nazwany Rudolfusem wykonał rozkaz i Bethany zobaczyła, że jest wysoki i szczupły. Miał krótkie czarne włosy i ohydny wąsik pod nosem. Wzrok nadal miał utkwiony w posadzce.
— Poznałeś moją wnuczkę — głos czarnoksiężnika był lodowaty. — Spójrz na nią.
Sługa zerknął na Bethany, która poczuła się nieswojo.
— Moja droga, to Rudolfus Lestrange — powiedział Voldemort. — Będzie twoim nauczycielem Zaklęć.
Dziewczyna skinęła głową, co zadowoliło jej dziadka.
— Zaprowadź ją do klasy — rozkazał śmierciożercy, który ochoczo podszedł do Bethany i ukłonił się.
— To dla mnie zaszczyt, panienko — wychrypiał. — Ogromny zaszczyt.
Poczuła, że Voldemort popycha ją do przodu.
— Ruszaj — syknął i przyszpilił sługę wzrokiem. Lestrange wziął dziewczynę za ramię i wyprowadził z gabinetu. Ruszyli korytarzem; Rudolfus pomimo chwilowego entuzjazmu nie odezwał się ani słowem. To pewnie jedna z reguł Voldemorta. Wolał, żeby sługa gadał na temat.
— A więc będziesz uczył mnie Zaklęć — powiedziała i obserwowała jego reakcję. Śmierciożerca spojrzał na nią i nie odpowiedział.
— Będziemy milczeć w drodze do klasy? — spytała, marszcząc czoło. — Dziadkowi chyba zależy, żeby dobrze nam się razem pracowało. Chciałabym zobaczyć, z kim mam do czynienia.
— Moją rolą jest przekazać ci wiedzę, panienko — odparł. — Dlatego radziłbym ci dzisiaj uważać.
Bethany przewróciła oczami. Wyglądało na to, że będzie mieć do czynienia z automatem. Słabe, ale musi to znieść.
**
Lekcja z Rudolfusem przebiegła sprawnie i szybko. Nie był urodzonym nauczycielem, ale poradził sobie. Wstęp do Zaklęć zaciekawił ją. Lestrange przedstawił jej te, których będą się uczyć w najbliższych dniach. Starała się skoncentrować i pilnie robiła notatki.
Następne zajęcia również nie były złe. Transmutacji i Numerologii nauczała czarownica o krępej budowie ciała i włosach koloru mysi blond, Alecto Carrow. Była głośna i miała ordynarny głos, ale znała się na swoich przedmiotach.
Bethany przeżyła pewne zaskoczenie na lekcji Czarnej Magii. O ile Bellatriks początkowo sprawiała wrażenie dziwnej i nachalnie miłej, o tyle na swojej lekcji była zupełne inna. Poważna i przerażająca.
Bez ogródek przedstawiła jej znaczenie Czarnej Magii w czarodziejskim świecie.
— Musimy być skuteczni — powiedziała. — Unicestwiać tych, którzy roszczą sobie prawo do życia na takim poziomie jak my. Mugole myślą, że mogą być równie niezależni. Uważają, że osiągną coś w swoim marnym życiu. Mogą osiągnąć – dostanie się do zapchlonego tyłka!
Zaśmiała się obłąkańczo, co spowodowało przypływ niechęci ze strony Bethany. Ścisnęła mocniej pióro, które trzymała w palcach i czekała na dalszy etap lekcji.
— Nasz cel to głównie zabijanie — ciągnęła Bella. — W świecie mugoli najczęściej jest jakieś pif paf i trach, po nich. U nas wystarczy Avada Kedavra.
Avada Kedavra.
Bethany przypomniała sobie nazwę klątwy, którą jej dziadek użył na Emily. Zacisnęła zęby i wbiła pełne nienawiści spojrzenie w czarownicę.
— To bardzo fajne zaklęcie — nakręcała się. — Panienka widziała jego skutek na tym małym plugastwie.
— Ona miała imię — Bethany cisnęła pióro na blat biurka i wstała. — Emily. Czy możesz jej nie nazywać plugastwem?
Bellatriks wydawała się zaskoczona. Po chwili jednak to uczucie odeszło; śmierciożerczyni zmrużyła oczy i odparła:
— Była plugastwem, nie zaprzeczysz temu. I tak by umarła. Nie uratowałabyś jej.
W Bethany się zagotowało. Nagle zapomniała, gdzie jest i komu służy ta kobieta.
— Może i nie — wycedziła. — Ale była kimś wartościowym. Skończ wątek jej osoby i przejdź do tematu, który miałaś dzisiaj omawiać.
Usiadła i skrzyżowała ramiona. Bellatriks wyglądała, jakby ktoś jej porządnie naubliżał. Wbiła mordercze spojrzenie w dziewczynę i zacisnęła usta. Nie mogła jej jadowicie odpowiedzieć – winna była szacunek nie tylko Voldemortowi, ale i jego wnuczce.
— Czarna Magia ma w sobie jeden cel — odrzekła. — Przygotować cię do skutecznej obrony i przezwyciężyć wroga. Jej prawdziwa moc jest wtedy, kiedy czujesz, że masz w garści delikwenta i panujesz nad nim.
— Tak jak ja teraz nad tobą — odparła Bethany i chcąc nie chcąc, uśmiechnęła się złośliwie. Voldemort chciał, żeby nie wykorzystywała swojego statusu przeciwko jego ludziom, ale ta tutaj zasłużyła na dokuczenie. Za to, jak wyraziła się o Emily.
Wiedziała, że Bellatriks wspomni o tym jej opiekunowi. Bethany miała nadzieję, że uda się jej jakoś wytłumaczyć. Voldemort był świadomy jej mocnego przywiązania do sierocińca, nawet jeśli nim gardził. Powiedział, że ją rozumie.
— Miejmy nadzieję, że ta pewność siebie będzie widoczna na twoim sprawdzianie — warknęła Bella. — Czarna Magia daje wspaniałe możliwości.
Skupiła się na wykładzie, ignorując zadowolenie dziewczyny. Miała na nią oko, żeby w razie czego donieść swojemu panu o jej nie skupieniu się. Bethany nie zamierzała dać jej tej satysfakcji – pilnie notowała wszystko, o czym mówiła śmierciożerczyni. Wiedziała, że wzajemna niechęć została zasiana pomimo teatrzyku, jaki zmuszona będzie odgrywać Bellatriks.
**
Oczekując na zajęcia z Czarnym Panem, Bethany kręciła się po swoim pokoju, przeglądając notatki. Wolała być przygotowana, gdyby zaskoczył ją jakimś wyrywkowym pytaniem. Tutaj zjadła kolację; domyśliła się, że Voldemort przez większość dna był zajęty swoimi sprawami.
Gdy tak chodziła, drzwi otworzyły się znienacka. Drgnęła, a notatki wypadły jej z ręki.
— Cholera — wyrwało się jej. Spojrzała z przerażeniem na osobę, która stała w progu. Lord Voldemort był wściekły; nie wiedziała, czy to z powodu przekleństwa czy z tego, co zdała mu Bellatriks.
— Przepraszam, dziadku — powiedziała i cofnęła się. W jego czerwonych oczach płonęła furia. Podszedł do niej i przyszpilił ją wzrokiem.
— Nie myśl, że nie wiem, jak prości i ograniczeni potrafią być mugole — wycedził. — Przykładem może być słowo, którego użyłaś.
— Wybacz mi, mój panie — powiedziała, siląc się na błagalny ton. Uklękła i spuściła pokornie głowę. Liczyła, że to zadziała.
Voldemort zaśmiał się. Zimno, drwiąco. Podszedł do niej i chwyciwszy za ramię zmusił do wstania.
— Niezłe podejście — syknął. — Uważasz, że jestem głupi, żeby nie wiedzieć, co chcesz osiągnąć?
— Nie chciałam cię urazić — wyszeptała. — To mugolskie słownictwo, obiecuję, że go więcej…
— Mugole to grzecznościowe określenie — powiedział zimno. — Dla nas są robactwem, plugastwem. Błotem, które przysycha do naszych butów i którego wciąż nie możemy skutecznie zeskrobać. Powtórz to.
— To robactwo, plugastwo — odparła. — To błoto, które…
— Wystarczy — szarpnął nią. — Jeśli jeszcze raz usłyszę, że bronisz mugolki, którą zabiłem, wygarbuję ci skórę. Rozumiesz, bachorze?
Bachorze. Nie jest dobrze.
— Tak, dziadku — jej głos zadrżał. Ścisnął mocniej jej ramię, przez co syknęła.
— Tak, mój panieee — warknął. — Powtórz.
— Tak, mój panie — powiedziała. Gdy to usłyszał, rozluźnił uścisk.
— Rudolfus i Alecto nie mogli się ciebie nachwalić — odparł. — Bellatriks również, pomimo zajścia z twoim udziałem. Sądzę, że należy ci się nagroda za samodyscyplinę.
Bethany odetchnęła. Voldemort lustrował ją zimno i wyciągnął coś z kieszeni szaty. Pomachał rzeczą przed oczami wnuczki.
— Czy to poznajesz? — spytał lodowato.
Dziewczyna poczuła, że robi się jej sucho w gardle. Trzymał w palcach czerwoną gumkę do włosów. Należała do Emily.
— To twojej mugolki — wycedził. — Dobrze, że w porę odebrałem ją Nagini, inaczej by jej zaszkodziła.
Bethany poczuła, jakby ktoś uderzył ją pięścią w brzuch. Wiedziała, co miał na myśli.
— Dzięki mugolce nasza Nagini przed kilka dni nie musi na nic polować — powiedział z satysfakcją. — Czy wiesz, jak wielki jest wąż po obfitym posiłku?
Po policzkach Bethany spłynęły łzy. Voldemort wzmocnił uścisk i pstryknął palcami. Zawirowało i znaleźli się w obskurnej piwnicy.
— Gdzie jesteśmy? — spytała przerażona, ale nie odpowiedział. To, co zobaczyła, zmroziło jej krew w żyłach. Pod ścianą leżała Nagini, której ogromny brzuch zdradzał los ciała jej koleżanki.
— To temat naszej dzisiejszej lekcji — syknął. — Mugoli czeka ten sam los, im brutalniejszy, tym lepiej. W naszym świecie nie ma dla nich miejsca. Jakiekolwiek sympatyzowanie z nimi będzie mieć dla ciebie nieprzyjemne konsekwencje. Rozumiesz?
— Tak, dziadku — wyszeptała z trudem. Po jej policzku spłonęła kolejna łza.
— Tak jak odczuwanie z nimi jakiejkolwiek więzi — wycedził. — Czy żałowanie ich śmierci.
Puścił ją i stanął za nią.
— Twoja przeszłość jest już zamknięta — powiedział. — Niedopuszczalne, żebyś do niej wracała.
Nie odpowiedziała. Westchnęła ciężko. Po chwili poczuła silne uderzenie w pośladki. Nie krzyknęła – była zbyt zdumiona. Wciągnęła ze świstem powietrze. Odwróciła się gwałtownie i to był błąd – śmiałość tego kroku rozwścieczyła Voldemorta. Stał za nią i ściskał w ręce giętką trzcinę. Odwrócił ją i uderzył jeszcze raz. Tym razem krzyknęła.
— Zaczniesz nienawidzić mugoli — syknął i kolejny raz ją smagnął. — Rozumiesz?
— Tak — zaszlochała i wtedy puścił kolejną serię. Czwarty, piąty i szósty raz. Skóra ją piekła i odruchowo zakryła dłońmi pośladki. Siłą zdjął jej ręce i unieruchomił na plecach.
— Co czeka mugoli? — spytał i uderzył ją kolejny raz. Bethany krzyknęła, ale odpowiedziała:
— Śmierć.
— Z czyich rąk? — spytał, ale tym razem się powstrzymał przed uderzeniem.
— Z twoich — wychrypiała i wtedy smagnął ją kolejny raz. Tym razem mocniej. Zawyła; przyglądał się jej z obrzydzeniem.
— Z naszych — poprawił ją zimno. — Prędzej czy później sama zaczniesz ich zabijać. Nie pod moim przymusem. To wyjdzie z ciebie samo.
Przeciął trzciną powietrze, ale jej nie uderzył. Narzędzie kary zniknęło; stali teraz oboje – Czarny Pan zimny i bezwzględny, przytrzymujący szlochającą Bethany.
— Wydaje mi się, że zrozumiałaś naszą lekcję — wycedził. — Uznam ją za udany wstęp. Następna odbędzie się w bardziej dogodnych warunkach. Nauczysz się jeszcze jednego. Nagini oczekuje od ciebie przyjaznego nastawienia — przemówił w wężomowie. — Nie do przyjęcia jest to, że mijasz ją bez słowa.
Bethany pociągnęła nosem. Voldemort puścił jej ręce; objęła się ramionami i cała skuliła. Obrócił ją ku sobie i zmusił, żeby na niego spojrzała.
— Przywitasz ją następująco — warknął. — Bądź pozdrowiona, Nagini. Powtórz.
— Bądź pozdrowiona, Nagini — wydukała. Czarny Pan wskazał głową na węża i rozkazał:
— Zrób to teraz.
Z gardła dziewczyny wydobył się szloch, co go rozjuszyło. Wyczarował trzcinę i uderzył ją w tyłek. Krzyknęła, ale wiedziała, co musi zrobić, żeby tego nie powtórzył. Spojrzała na ohydnego gada i powiedziała wyraźnie:
— Bądź pozdrowiona, Nagini.
Wąż otworzył jedno ślepię i wysunął język.
— Bądź pozdrowionaaaaa, panienkooooo — zasyczał w odpowiedzi. Voldemort uniósł do góry kąciki ust i odparł:
— Uznajmy to za początek prawdziwej przyjaźni.
Jego słowa ociekały sarkazmem. Bethany poczuła, że chwyta ją za ramię. Po chwili pomieszczenie zawirowało i znaleźli się w jej sypialni.
— Przez twoją głupotę musiałem zmienić charakter zajęć — wycedził i ścisnął drugą dłonią koniec trzciny. — Myślałem, że zrozumiałaś i dałaś sobie spokój z dawnym życiem. Ale ty usilnie do niego wracasz.
Bethany wpatrywała się w narzędzie kary i wychrypiała:
— Już nie będę. Obiecuję ci. Przepraszammm.
— Nie będziesz — syknął i wygiął trzcinę w łuk. — Po lekcji, jaką otrzymałaś. Jeśli to się powtórzy, podwoję ilość razów. Będę tak robił do skutku, aż uznam, że to do ciebie dotarło.
Przełknęła ślinę i zadrżała. Pośladki piekły ją niemiłosiernie; w sierocińcu dostawała czasem klapsy od wychowawczyń czy dyrektorki, ale były niczym w porównaniu z batami, które wymierzył jej dziadek.
Trzcina zniknęła; jego ręce były puste. Przyszpilił ją wzrokiem i bez słowa skierował się ku wyjściu. Drzwi otworzyły się; nim wyszedł, odwrócił się i oznajmił:
— Kolejne zajęcia czekają nas pojutrze rano. Jutro kontynuacja twojej edukacji. Pierwsza lekcja zaraz po śniadaniu.
Wyszedł, drzwi zamknęły się za nim głucho. Bethany usiadła najdelikatniej, jak mogła. Skóra tak ją zapiekła, że krzyknęła i wstała. Tej nocy zmuszona będzie spać na brzuchu.
Sądziła, że potraktuje ją łagodniej. Przecież twierdził, że rozumie jej zagubienie. Wczoraj w nocy rozmawiali o Emily; była dla niego nikim, ale nie zrugał Bethany za to, że o niej mówiła. To, jak się o niej wyrażała, nie było po jego myśli, ale nie wyraził sprzeciwu. To była pułapka. Uśpił jej czujność; był ciekawy, czy do niej jeszcze raz nawiąże.
Przeliczyła się. Koniec z rozkminianiem przeszłości. Musiała przestać wyobrażać sobie twarze Mari czy Emily oraz swój pokój w sierocińcu. Wzięła głęboki wdech i podeszła do okna.
Żegnaj, Jimie Morrisonie.
**
To jest koniec, piękny przyjacielu.
To jest koniec, mój jedyny przyjacielu, koniec.
Naszych wyszukanych planów koniec.
Wszystko, co stoi koniec.
Poczuła, że jej oczy wilgotnieją. Ta piosenka brzmiała w jej uszach tak wyraźnie. Nigdy nie przywiązywała znaczenia do jej słów. Teraz je w pełni odczuła.
