Życzę wszystkim wesołych, pogodnych świąt wielkanocnych i mokrego Śmingusa-Dyngusa.

I miłego czytania.


Zapukał lekko w drewnianą framugę, gdy okazało się, że skrzypienie przestarzałych zawiasów ministerialnych drzwi nie zwróciło uwagi okupanta laboratorium. Stukot jednak przebił się przez pełne euforii skupienie Emiyi, który odwrócił się na pięcie, przygaszając ogień pod srebrzystym kociołkiem, stojącym obok tego strzelającego, ale robiącym o wiele mniej hałasu, bo jedynie szumiącym przyjemnie niczym górski strumyk. Na widok niespodziewanego gościa twarz mężczyzny rozświetlił szeroki uśmiech.

- Witaj, Pottuś – wyskrzeczał wyjątkowo wysokim z ekscytacji głosem. Obrócił się w miejscu i rzucił na Harry'ego z wyciągniętymi do niedźwiedziego uścisku rękami. Potter jednym płynnym ruchem uniknął go, przechodząc na drugą stronę blatu. Emiya przez kilka sekund udawał obrażonego, ale zaraz na jego twarzy ponownie wykwitł uśmiech. – Niebiosa obdarzyły mnie właśnie chwilą błogiego spokoju: Anderson wyszedł coś zjeść.

Harry pokiwał głową i przygładził szaty. – Znalazłeś coś nowego?

Emiya przestąpił z nogi na nogę, a następnie skocznym krokiem przeszedł wzdłuż blatu, palcami trącając szyjki ustawionych tam w równym rzędzie fiolek. – Bębenki, sztylet, odciski, Malfoy. A właśnie… podobno go wypuściłeś.

Harry ogromnym wysiłkiem woli powstrzymał swój wściekły umysł przed zazgrzytaniem zębami, ponieważ po raz pierwszy od dawna usłyszał w głosie Emiyi zainteresowanie. Wyparło wieczne rozbawienie i niezdrową ekscytację.

- W tej sprawie do ciebie przyszedłem. – Tu Harry przełknął ciężko ślinę, podejrzewając, że przekonanie Emiyi do swego pomysłu nie przyjdzie mu łatwo. – Ostatnio głośno było o teorii pieczęci magii.

Emiya w zamyśleniu przymknął oczy i zabębnił niecierpliwie palcami w blat. – Chcesz użyć jej do odnalezienia osoby, która rzuciła zaklęcie na sztylet. – Palce znów przebiegły po złotym podłożu, wystukując nieznany Harry'emu rytm. – Mądry pomysł, ale nie.

Harry zmarszczył brwi, starając się jak najlepiej odegrać dezorientację. – Dlaczego? Dobrze wiesz, że jeśliby teorię przełożyć na praktykę, moglibyśmy odtworzyć wygląd potencjalnego mordercy.

- Tak, ale musielibyśmy poprosić o pomoc tego teoretyka, Lucasa Adamsa. A jeśli nie, to przynajmniej spytać o zgodę na poprowadzenie dalej badań. – Emiya znów postukał palcami w blat. Tym razem były to jednak dźwięki bardziej gniewne niż beztroskie. – Nie. Ma. Mowy. Pottuś.

Wtedy właśnie drzwi uchyliły się powoli i ukazała się w nich przyjazna twarz młodego mężczyzny. Emiya na jej widok od razu przygryzł wargę i rzucił wściekłe spojrzenie Harry'emu, który tylko uśmiechnął się zawstydzony i potarł dłonią kark. Gość wszedł do środka, niezrażony brakiem należytego przywitania. Wyglądał nie całkiem tak, jak Harry to sobie wyobrażał, czytając jego rozprawki, a następnie pisząc do niego list, zawierający zaproszenie do laboratorium Emiyi.

Przede wszystkim był zdecydowanie za młody. Harry'emu teoretycy i pisarze niezmiennie jawili się jako sześćdziesięcioletni staruszkowie z jowialnymi wyrazami twarzy i drewnianymi laskami, stukającymi przy każdym ich ruchu. Gość wyglądał wprawdzie tak, jakby doskonale pasował do niego starodawny smoking i wysoki, czarny kapelusz, ale miał na sobie sprane dżinsy i koszulę, której rękawy były podwinięte a krańce nie włożone w spodnie.

- Ach! Hrabia Obrażalski. To ci niespodzianka – zaśmiał się przybysz, ukazując rząd równych, białych zębów. Jego kasztanowe włosy zafalowały, gdy odrzucił głowę do tyłu. Harry był tylko wydusić z siebie ciche „oh!" na to niecodzienne przywitanie. Emiya natomiast skrzywił się, jakby właśnie podetknięto mu pod nos cytrynę.

- Wciąż mnie tak nazywasz? – spytał rozdrażnionym tonem. Gość wzruszył ramionami, szczerząc radośnie zęby. Emiya odwrócił się do niego plecami i usiadł na niskim stołku na końcu laboratorium, tuż obok szumiących i strzelających kociołków. Łypał na nich ze złością kątem oka.

- A więc, Harry, – zaczął „nieznajomy", przeciągając z francuska samogłoski i wyciągając w jego stronę dłoń. – miło mi cię wreszcie poznać.

Znów błysnął zębami tak, że Harry przez kilka długich sekund wpatrywał się w niego oszołomiony. Kiedy uścisnął nadstawioną rękę, oddał niepewnie uśmiech. – Cała przyjemność po mojej stronie, panie Adams.

- Lucas – podpowiedział mężczyzna, gwałtownym ruchem głowy odrzucając grzywkę z czoła. – A teraz przejdźmy do sedna sprawy: jaki mamy problem?

Harry streścił Lucasowi to, co odkryli po zbadaniu drugiego miejsca zbrodni – odciski i różdżka, którą zaczarowano sztylet, wskazywały na „niewinnego" Malfoya. Musieli dowiedzieć się, kto tak naprawdę rzucił zaklęcie prezerwacji i to możliwie jak najszybciej.

Nie powiedział jednak, że dzięki temu najprawdopodobniej nie dotrą do sprawcy, lecz do osoby z problemem podobnym do Milicenty. Miał jednak nadzieję, że zdobędą wtedy informacje, które pomogą im zapobiec trzeciemu morderstwu.

Lucas słuchał z uwagą, od czasu do czasu potakując. W końcu, gdy Harry skończył mówić, odezwał się: - To wprawdzie tylko teoria, ale odkryłem, że to nie różdżka podpisuje się pod zaklęciem, ale czarodziej, który je rzuca. Dotychczas opieraliśmy się na Prior Incantato, które pokazuje tylko jeden ostatni czar, wykonany daną różdżką lub na zaklęciu wsteczności, ukazującym własności różdżki, będącej jedynie pośrednikiem dla magii, która wykonała zaklęcie. Czarodziej jednak także zostawia swoją „pieczęć" na przedmiocie, który staje się obiektem jego zaklęcia. Objawia się ona w sile i czasie trwania klątwy. By ją odczytać, musimy najpierw nauczyć się, jak pominąć wierzchnia warstwę magii, identyfikującą jedynie różdżkę, i dotrzeć do tej śladowej, zależnej od czarodzieja.

Przez całą wypowiedź Lucas stopniowo podnosił głos i wkładał w nią coraz więcej zapału. Teraz jednak nagle urwał i zasępił się. Gdy Emiya prychnął głośno, Harry posłał mu karcące spojrzenie i zapytał: - O co chodzi? Coś nie tak?

Adams podniósł głowę i obdarzył go ponurym uśmiechem. Emiya znów prychnął, ale tym razem nikt nie zwrócił na niego uwagi. – Jestem teoretykiem, Harry. Stworzyłem teorię nie po to, by napawać się triumfem czy kontynuować pracę, ale po to, by inni mogli pociągnąć dalej moje badania i poprzeć je swoimi rezultatami praktycznymi.

Harry, który już przygotowywał sobie w myślach najczarniejsze scenariusze, pokręcił głową z determinacją. – Trop się urywa, a ja jestem pewien, że to nie koniec. Będą kolejne morderstwa, lecz może nie być kolejnej takiej szansy. Potrzebuję tego zaklęcia.

Lucas zaczął miąć w rękach skraj koszuli, przygryzając wargę. – Jest możliwość… ale tylko…

Z kąta dobiegło ich głębokie westchnienie cierpiącego człowieka. Emiya wstał powoli ze swojego stołka, obrócił się na palcach w miejscu, ale jakby bez entuzjazmu, i z udręczoną miną, zgrzytając zębami, powiedział: - Niech ci będzie, Potter. Pomogę. Ale jesteś mi winien ogromną przysługę.

Harry zdobył się dla niego na szczery, pełen wdzięczności uśmiech, a potem rozejrzał się po laboratorium, gdy Emiya wraz z Lucasem wdali się w dyskusję, w której ten pierwszy udawał ponurego i wciąż naburmuszonego, a ten drugi tryskał optymizmem. Wydawało mu się, że przy uchylonych drzwiach zauważył skraj szaty któregoś z laborantów, ale gdy wyjrzał na korytarz, nikogo tam nie było.

~~...~~

Gdy obudził się zlany potem z kolejnego koszmaru z dziewczynką w czerwony i Malfoyem w rolach głównych, słońce właśnie wschodziło, zalewając pokój delikatnym, szarawym światłem. Odruchowo sięgnął ręką w prawo, czyli tam, gdzie na stoliku nocnym powinny leżeć jego okulary. Jednak stolika nie było, a Harry stracił równowagę i pospieszył na spotkanie podłodze. Stamtąd obrzucił urażonym spojrzeniem wąską, miodową kanapę, przypomniawszy sobie dopiero, że poprosił Rona i Hermioną o przenocowanie w nadziei, że prześpi wreszcie nieprzerwanie całą noc.

Wydawało mu się, że to Grimmauld Place 12 wywołuje koszmary. Ponura atmosfera starego domu Blacków miała wpływ na każdego, kto przekroczył jego progi.

Dom Rona i Hermiony był natomiast mały i przytulny. Morelowe ściany, uginające się pod ciężarem regałów z książkami, strzelające wesoło ogniem kominki, wysokie okna i przyjazne skrzypienie desek w podłodze było niczym narkotyk. Harry był niemal całkowicie uzależniony od bijącego stąd ciepła. Ale najwyraźniej już nawet kakao Hermiony tuż przed snem ani seans mugolskich filmów Rona, pomimo że dawały mu poczucie bezpieczeństwa i przynależności, nie mogły uchronić go przed stresem i koszmarami.

Wstał i, starając się unikać co głośniejszych desek, pozbierał ubrania, założył buty i wyszedł na spacer. Nie chciał obudzić swoich gospodarzy, a jednocześnie gorączkowo potrzebował chwili oddechu i ruchu, by w spokoju przemyśleć kilka spraw. Tym bardziej, że jego umysł po nagłej pobudce pracował w przyspieszonym tempie.

W dzisiejszym koszmarze zaskoczył go przenikliwy, mrożący krew w żyłach krzyk, który, nawet teraz, kiedy już był całkowicie rozbudzony, wwiercał mu się w mózg. Wyczuwając nadchodzące widmo bólu pomasował skronie i zmrużył oczy. Wciąż nie mógł jednak zapomnieć tego upiornego odgłosu. Słyszał go już wcześniej, to dlatego krzyk ten nie dawał mu spokoju i pojawił się w jego śnie, tuż obok Malfoya i dziewczynki. Dopiero teraz, oddychając świeżym, rześkim powietrzem poranka, mógł przypomnieć sobie gdzie: w galerii Draco, tuż przed śmiercią Marianne. Kobieta, która przyniosła im sztylet i zeznawała, że widziała mordercę, także twierdziła, że słyszała nieludzki krzyk dochodzący z księgarni, w której zginął Phillips.

Teraz Harry zaczął zastanawiać się, czyj wrzask mógłby doprowadzić człowieka do śmierci. Odpowiedź nasuwała mu się sama; wciąż pamiętał swój drugi rok w Hogwarcie, spetryfikowanych uczniów i brzydkie, podobne do niemowląt roślinki, powodujące natychmiastowy zgon każdego, kto usłyszy ich zawodzenie. Jednak na sali w galerii było wiele osób, a tylko jedna umarła. Mandragory – najprostsze wyjaśnienie – niestety odpadały.

Wiele razy w jego krótkiej karierze aurora zdarzało mu się polować na śmiercionośne stworzenia używane przez morderców jako narzędzia zbrodni. Wilkołaki i wampiry były jedynie wierzchołkiem góry lodowej. Kilka razy widział jęczące żałośnie strzygi, czy krążące po pustych pokojach rozpadających się domów szyszymory. Jednak te zjawy, choć ich krzyki były istotnie upiorne, jedynie zwiastowały śmierć, nie były jej przyczyną.

Podniósł głowę i zorientował się, że obszedłszy okolicę, znów znalazł się przed drzwiami domku Rona i Hermiony. Blada twarz dziewczyny spoglądała na niego z okienka tuż obok wejścia. Uśmiechnęła się do niego pocieszająco i wpuściła do domu, do zziębniętych rąk wpychając mu kubek pełen aromatycznej herbaty. Gorące kłęby pary ogrzewały mu zaczerwieniony od porannego chłodu nos.

- Harry, tak sobie myślałam ostatnio – zaczęła Hermiona, gdy zasiedli do śniadania przy okrągłym stole w małej, przytulnej kuchni. Ron, który wpychał do ust trzeciego już tosta z dżemem, przewrócił teatralnie oczyma i powrócił do zbierania palcem okruszków z talerza i jego okolic. – Sprawdziliście oczywiście, czy ofiary mają wrogów. Ale może należałoby dowiedzieć się, czy Malfoy nie ma jakichś?

Harry wyprostował się na krześle, odrywając wzrok od splecionych na podołku dłoni Hermiony. Szybko przełknął kęs tosta, który jak na złość utknął mu w gardle, więc popił go gorącą herbatą. Do oczu nabiegły mu łzy, gdy Ron, usiłując najwyraźniej pomóc, poklepał go po plecach. Kilka sekund zmagań z palącym przełykiem później Harry wreszcie zdołał wykrztusić z siebie podziękowania.

Faktycznie, pomiędzy wysiłkiem wkładanym przez niego w uwierzenie, że to nie Malfoy i udowodnieniem, że to jednak nie on, Harry ani razu nie pomyślał, że wszystkie te ślady, prowadzące do blondyna, mogą być tak naprawdę rodzajem zemsty. Ktoś próbował, niezwykle usilnie zresztą, zrzucić podejrzenia na Draco. To całkiem prawdopodobna teoria, prawda? Taki dupek jak Malfoy musiał mieć wrogów na pęczki. Można by to sprawdzić do czasu, aż Lucas i Emiya zamienią wynajdą zaklęcie, dzięki któremu odnajdą czarodzieja, który zaczarował sztylet.

Spojrzał pytająco na Rona, który już przybrał poważny wyraz twarzy. Jego brwi były zmarszczone, a usta zaciśnięte w wąską linię. A potem uśmiechnął się kącikiem ust i rozpromienił entuzjazmem. – Jasne, stary. Można spróbować.

Koniec części VI.