Ostrzeżenie: Ostre gore. Odradzamy tym, co mają delikatną naturę i słabe nerwy.
Cz.6
Harry zadrżał i przełknął głośno. Wracając do miejsca, z którego tak niedawno uciekł. Pojawił się tuż przed swoim poprzednim żywicielem. Mógł się tu bez problemu aportować, bo właśnie specjalnie dla niego stworzono to pomieszczenie, a dokładniej dla uciechy Rudolfa.
Nic się nie zmieniło. Wnętrze nadal przywodziło na myśl tylko jedno: salę tortur. Ze wszystkim, co mogło się przydać Lestrange'owi, by ten mógł się zrelaksować.
Za swoimi plecami usłyszał znajomy głos:
— Witam, Stworzonko ty moje. Długo kazałeś na siebie czekać. Malfoy smakował?
W tej samej chwili na szyi Pottera zatrzasnęła się obroża, a on sam został brutalnie zaciągnięty do najbliższego kąta. To był także ten moment, w którym Harry zauważył skuloną postać pod przeciwległą ścianą. Nie mógł jej jednak pomóc, obroża właśnie zablokowała całą jego magię. Całkowicie zapomniał o tej zabawce Lestrange'a.
Niezbyt udanie ten ratunek się zapowiadał.
Mężczyzna uśmiechał się paskudnie, cmokając z zadowoleniem, gdy zauważył strach w oczach Pottera. Podszedł do niego i pstryknął palcem. W tym samym momencie ubranie Harry'ego zostało zdematerializowane, a następnie coś zimnego oplotło się wokół jego nadgarstków i kostek.
— Muszę cię nauczyć posłuszeństwa, Stworzonko ty moje — powiedział z niebezpiecznym błyskiem w oku, przesuwając końcówką różdżki po bladym policzku inkuba. — Jeśli będziesz grzeczny, to nie zabiorę cię od razu do Czarnego Pana. Bo widzisz, Severus nie był zbyt chętny do brania udziału w moich zabawach.
Harry otworzył jeszcze szerzej oczy. Cokolwiek Lestrange zrobił, lub chciał zrobić Snape'owi, musiało to być okropne. Jak udało się smokowi odmówić, nie wiedział.
Teraz jednak zaczął martwić się o siebie, bo raczej zwykłego zbliżenia nie mógł się spodziewać po tym mężczyźnie. Postawny, całkiem dobrze zbudowany, miał się czym pochwalić, ale jednocześnie wykorzystywał to tylko i wyłącznie dla własnej przyjemności i chorych fantazji.
Zestaw jego zabawek zawsze stał przygotowany na małym, ruchomym stoliku i właśnie teraz Rudolf przesuwał go do unieruchomionego Pottera. Jednak zanim zabrał się do użycia swoich narzędzi, zrobił coś jeszcze.
Owo zimne coś, po bliższym przypatrzeniu się, okazało się mocnymi linkami, wzmocnionymi dodatkowo jakimś materiałem. Przeznaczenie było oczywiste. Miały nie obcierać skóry ofiary, ale jednocześnie utrzymywać ją sztywno w jednej pozycji.
Inkub szarpnął się jak szalony, starając się uwolnić z krępujących więzów. Wiedział, że prosząc, lub może bardziej błagając Lestrange'a o zostawienie go w spokoju, nie wskóra nic. To jedynie pobudzało go do zadawania bólu i ran.
Rudolf, szybkim ruchem różdżki, zmienił położenie Harry'ego tak, że ten wisiał teraz zgięty nad podłogą na wysokości pasa oprawcy, z ledwością dotykając stopami kamiennej posadzki.
Mężczyzna powoli rozpiął spodnie i wyciągnął z nich sporych rozmiarów penisa,. Inkub tylko zacisnął zęby, domyślając się, co tamten zamierza. Był na straconej pozycji, ale i tak próbował walczyć.
— Otwórz usta — rozkazał, a gdy Potter nie wykonał polecenia, rzucił kolejne zaklęcie.
W ustach młodzieńca pojawił się rozszerzacz. Teraz, nawet jeśli by chciał, nie mógł ich zamknąć. Rudolf przesunął palcem po policzku demona i syknął:
— Przecież wiesz, że ja nie lubię odmowy, Stworzonko ty moje.
Ujął w dłoń swój członek i włożył go w usta Harry'ego, a kiedy ten próbował się odsunąć, uderzył go krótkim pejczem, który przywołał ze stolika. Uderzenie spowodowało, że Potter podskoczył w stronę oprawcy, pochłaniając jego penisa po same jądra. W tej pozycji Lestrange przytrzymał go i nie pozwolił się odsunąć, delektując się własną przyjemnością. Nie interesowało go, że inkub nie może oddychać, a jego oczy szybko wypełniają się łzami.
Po chwili mężczyzna zaczął się poruszać, jednocześnie szukając czegoś na stoliku.
Harry, mając przed oczami tylko coraz bardziej prężącą się męskość, nie widział, co się dzieje, ale zrozumiał to natychmiast, gdy coś sporych rozmiarów wtargnęło w jego wejście.
Jęknął z pełnymi ustami i w tej samej chwili Rudolf wszedł w niego głęboko, prawie podrażniając przełyk. Zabawa nad wyraz podobała się mężczyźnie, bo pomiędzy pchnięciami w bezbronne usta, a intensywnym wbijaniem sporych rozmiarów wibratora pomiędzy pośladki Pottera, jęczał z przyjemności.
Nagle jednak przerwał i zaśmiał się krótko.
— Może jednak zmienimy pozycję, bo ucieka mi widok czegoś ładnego.
Kolejny ruch różdżki i Potter został obrócony na plecy. Nogi rozłożone zostały szeroko na boki i w całej okazałości ukazał się cieknący powoli członek inkuba. Harry przymknął oczy ze wstydu. Niestety jego rasa zawsze tak reagowała, nawet jeśli on sam tego nie chciał. Na seks odpowiadał pożądaniem. I chyba to najbardziej bawiło Rudolfa.
— Piękny jesteś, Stworzonko ty moje. Cudowny, ale wracajmy do zabawy.
Złapał Harry'ego za włosy i pociągnął jego głowę w dół, ponownie wchodząc w rozszerzone usta. Ponieważ w tej pozycji miał już utrudniony dostęp do ciągle tkwiącego w wejściu wibratora, znów zmienił położenie lin. Biodra Pottera uniosły się nieznacznie, tak by śmierciożerca mógł dosięgnąć swojej zabawki, a jednocześnie, by krew nie spłynęła za szybko do głowy ofiary. Wiszący w tej pozycji inkub przyciągał uwagę i Lestrange podziwiał go przez moment.
— Bardzo ładnie się dziś prezentujesz — mruknął mężczyzna, wbijając się w gorące usta, po czym zajął się energicznym wyciąganiem i wkładaniem z powrotem wibratora w wejście demona.
Nagle o jego policzek otarł się sączący już penis Pottera. Złośliwy uśmiech zagościł na ustach Rudolfa.
— Ten jeden raz myślę, że ci pozwolę — rzucił i polizał członek swojej ofiary.
Harry już drżał z pożądania, które krążyło po całym ciele. Obroża ograniczała jego pożywianie się, ale to nie oznaczało, że nie mógł osiągnąć spełnienia. Chcąc nie chcąc, musiał bezsilnie przyjmować Lestrange'a tak głęboko, jak tamten miał ochotę się wbić. Jednocześnie sam zaczął przesuwać się coraz szybciej pomiędzy wargami mężczyzny, który mu na to łaskawie pozwolił, cały czas manipulując przy jego odbycie. Po krótkiej chwili, wystarczyło jedno, ostre pchnięcie wibratorem, żeby Potter doszedł, wydając z siebie krótki, zdławiony krzyk. W tym samym momencie jego usta zalała sperma Rudolfa, który zadbał, by inkub wszystko przełknął.
— Smaczne z ciebie Stworzonko — rzucił Rudolf, obracając powoli Harry'ego do pozycji leżącej i zniżając go do ławy, na którą zmęczone ciało inkuba opadło bez sił. — Za chwilę znów się tobą zajmę, Stworzonko ty moje.
Potter nie wiedział czy ma płakać, czy krzyczeć. To nie mogło się znów zdarzyć. Nie chciał tu być. Nie chciał tak być traktowany.
Obserwował przerażony, jak wcale niezmęczony Lestrange, przegląda swoje zabawki. Nie pofatygował się nawet do wyciągnięcia z ofiary ciągle pracującego sprzętu, co powodowało, że inkub zaczynał ponownie odczuwać podniecenie. Rudolf zdążył doskonale poznać jego ciało i wiedział, jakie rozmiary zabawek pobudzają prostatę demona.
Harry przeklinał się za swoją naiwność, głupotę oraz głód. To one były przyczyną tego, że stał się bezwolną ofiarą w rękach nienasyconego, okrutnego mężczyzny, pozwalając mu poznać swoje słabe strony.
Cały drżał z wysiłku i wściekłości na samego siebie.
Czy nie mogę raz pomyśleć, zanim zacznę działać?
Rudolf wreszcie się zdecydował. Gdy Harry ujrzał, co ten wziął w dłonie, chciał wrzeszczeć ze strachu, ale nadal miał zablokowane usta. Mężczyzna z okropnym uśmiechem zdjął mu rozszerzacz i pogłaskał po policzku.
— Będziesz dla mnie grzecznie krzyczał, prawda?
Harry potrząsnął w panice głową, starając się uciec poza zasięg jego rąk, ale liny były zaklęte i słuchały tylko Lestrange'a. Sztylet i szczypce mogły oznaczać tylko jedno; Rudolf chce go znów okaleczyć.
Gdy ostrze dotknęło jego lewej ręki, całkowicie spanikował, choć wiedział, że to dopiero początek zabaw tego człowieka. Mimo to zaczął krzyczeć.
— Nieee!
Na mężczyznę zadziałało to zupełnie inaczej, Rudolf zdawał się rozkoszować sytuacją. Im mocniej młodzieniec się bronił, tym bardziej on stawał się zawzięty. Nie przeszkadzały mu rozpaczliwe próby uwolnienia z magicznych więzów, ani wrzaski Harry'ego. Wręcz przeciwnie – delektował się nimi. Gdy upływ krwi z ran stał się zbyt duży, poił młodego eliksirami, także przygotowanymi na stoliku. Miał ich tam kilkanaście i co najmniej raz użył niemal każdego. Eliksir czuwania podał mu zaraz po pierwszej utracie przytomności.
Nie mogąc jej stracić i nie mając już sił na krzyki, Harry tylko cicho jęczał, gdy sztylet zagłębiał się raz po raz w jego ciele.
— Nie podoba ci się moja zabawa? — zapytał złośliwie Rudolf. — Przecież od tego jesteś, do zabawy.
Spojrzenie Pottera zburzyło coś w Lestrange'u. Grymas wściekłości przebiegł przez jego twarz i w efekcie inkub otrzymał cios w twarz. Wrzask bólu rozszedł się po sali echem. Rudolf w napadzie szału nie zauważył, że w dłoni nadal trzymał sztylet i jego ostrze przejechało podczas uderzenia po twarzy Pottera. Harry krzyknął znowu, jednak dużo słabiej. Nic nie widział, jedynie czuł, jak coś lepkiego i gorącego spływa mu po twarzy.
Jak przez mgłę usłyszał głos Lestrange'a, który parskając bezdusznym śmiechem, zwrócił się do zwiniętej postaci leżącej pod przeciwległą ścianą.
— Podoba ci się spektakl, Snape? Mówiłem, że będzie krzyczał. To dopiero początek, on jest nienasyconym, podrzędnym Stworzonkiem i celem jego egzystencji jest jedynie obsługiwanie lepszych. Za to, że mi umknął bez pozwolenia, należy mu się kara, nie sądzisz? Zauważyłem, że uleczyłeś jego plecy. Cudownie.
Rudolf przywołał do siebie te same zaostrzone szczypce, którymi oszpecił ciało Harry'ego kilka tygodni wcześniej. Do jego uszu doszedł wspaniały, cudowny dźwięk: zdławiony, zbolały szloch.
Tak, Potter był wspaniałym Stworzonkiem. Jego zabawką, tylko i wyłącznie jego.
Severus powoli uniósł głowę i przyjrzał się mężczyźnie, nie zdradzając swoich zamiarów, ani emocji.
Lestrange odwrócił się do niego tyłem i to był duży błąd.
Gdy uwaga Rudolfa skupiona była na Potterze, on starał się niepostrzeżenie uwolnić z podobnych lin, które owijały się wokół inkuba. Miał nad nim jednak sporą przewagę. Swobodny dostęp do swojej smoczej magii, dzięki której mógł przejąć kontrolę nad magicznymi więzami.
Magia smoków była potężniejsza od tej należącej do zwykłych ludzi, a teraz dochodził do niej również gniew. Smoczy gniew, przebudzony bólem Harry'ego.
Widząc, jak przedmiotowo Lestrange traktuje inkuba i co zamierza jeszcze mu zrobić, ten gniew zaczął przepełniać go całego. Strząsnął liny i zerwał się na równe nogi. W jednej chwili doskoczył do czarodzieja i pchnął go, absolutnie zaskoczonego na kamienną ścianę. Rozległ się głośny jęk i jednocześnie liny oplotły ciasno ręce i nogi, niespodziewającego się niczego Rudolfa.
— Przyjemnie? — zapytał Snape swoim jedwabiście mrocznym głosem i ścisnął dłonią szyję szarpiącego się mężczyzny, gdy nie uzyskał odpowiedzi. Pokręcił pobłażająco głową i dodał po chwili, koncentrując się: — Jak sobie chcesz. Mam jedną radę na przyszłość. Nie lekceważ istot magicznych, Lestrange. Nigdy nie wiadomo, co zrobią.
Śmierciożerca otworzył szeroko oczy, kiedy poczuł wściekły ból rozchodzący się po jego ciele. Nie potrafił zlokalizować jego źródła, choć musiał być zadany jakimś zaklęciem. To nie była żadna ze znanych mu klątw, ani zaklęć torturujących, a znał je przecież wszystkie. Po krótkiej chwili ból wzrósł do tego stopnia, że z jego zaciętych ust wyrwał się długi i głośny krzyk, a ciało przestało się szamotać.
— Bardzo ładnie, Lestrange — mruknął Severus ze złośliwym uśmieszkiem. Zerknął na przeróżne przedmioty na ruchomym stoliku i przyznał: — Masz tu całkiem interesujące zabawki. Ciekawe, czy sam się nimi bawiłeś, czy jedynie używałeś ich na swoich bezbronnych ofiarach, hm?
Snape, nie odrywając od niego morderczego, chłodnego spojrzenia, podniósł leżące na posadzce szczypce i przesunął ostrożnie palcem po zakrzywionych, podobnych do szponów końcach. Zbliżył je do poszarzałej nagle twarzy Rudolfa i, nie zważając na próbę odsunięcia się mężczyzny, sunął nimi po jego policzku, kierując się w dół. Zadrapania zaczęły krwawić. Nieznacznie.
— Tom powinien był cię ostrzec, że nie należy mnie prowokować.
Prostym zaklęciem unieruchomił na nowo walczącego z więzami czarodzieja. Fakt, że Rudolf nie miał na sobie koszuli, ułatwiał to, co zamierzał. Zanim przystąpił do dzieła, przywołał do siebie kilka drobiazgów ze stolika i otoczył ich obu silnym zaklęciem prywatności. Potter nie musiał tego słyszeć. Miał wystarczająco dużo nowego materiału do swoich koszmarów.
Snape powstrzymał się przed dalszym użyciem magii, smocza część jego umysłu żądała krwi i wrzasków. Bez trudu mógł uzyskać to, czego pragnął bez czarów. Przysunął się do jego ucha i mruknął zimno, podobnie jak to zrobił z inkubem parę dni wcześniej:
— Chcesz wiedzieć, co z tobą zrobię, Lestrange? Na początek pokażę ci, jak przyjemnie można się pobawić twoimi zabawkami. A potem, gdy się o tym przekonasz, poznasz, czym naprawdę jest gniew smoka.
Najpierw naciął sztyletem długie szramy od piersi po biodra, jedna obok drugiej. Rudolf jęczał cały czas, co przywołało jedynie paskudny uśmiech na twarz mistrza eliksirów. Następnie Snape zahaczył ostrzem szczypiec o skórę nad lewym sutkiem mężczyzny i pociągnął. Powolnym, ale mocnym ruchem zdarł długi, wąski jej pas, zatrzymując się dopiero na wysokości bioder. Zupełnie zignorował krzyk Rudolfa, powtarzając tę czynność kilkukrotnie, zmieniając jedynie miejsce. Nudząc się wkrótce wrzaskami, przestał na krótką chwilę, przyglądając się swemu dziełu. Tors i brzuch śmierciożercy dosłownie spływał krwią; ale to nie zaspokoiło Snape'a, wręcz przeciwnie, sprawiło, że żądza mordu rosła w nim z każdą chwilą. Mimo to wiedział, że w tym stanie mężczyzna raczej długo nie będzie przytomny, ale przecież sam kiedyś był śmierciożercą i doskonale pamiętał, co zrobić, by utrzymać ofiarę jak najdłużej w świadomości. Odpowiednie zaklęcie i eliksiry, które Rudolf miał przygotowane dla własnych ofiar, zatrzymało upływ krwi, ale nie ból.
Odłożył zakrwawione szczypce i wziął w dłonie jeden ze sztucznych penisów, które Rudolf musiał kolekcjonować. Pora pokazać mu do czego służą.
— Tym razem nie będzie ci przyjemnie, zapewniam — obiecał z lodowatym uśmieszkiem i jednym ruchem dłoni obrócił całkowicie przytomnego, ale pogrążonego w bólu mężczyznę. Niebawem usłyszał dużo bardziej donośny krzyk, gdy pokaźnych rozmiarów zabawka rozciągała jego nieprzygotowane w żaden sposób wejście.
Harry trząsł się z wyczerpania, strachu i bólu. Niespodziewanie wsunięty głęboko w niego wibrator przestał pracować i wysunął się, wypchnięty przez niego samego. Zapanowała cisza, która prawdę mówiąc, zaczęła go niepokoić. Nie słyszał Lestrange'a, a nie miał sił na to, by chociaż się obrócić.
Chciał, by to oczekiwanie już się skończyło. Perspektywa kolejnego zbliżenia z Rudolfem budziła w nim jedynie wstyd i chęć palnięcia sobie w łeb Avadą Kedavrą. Zwłaszcza, że świadkiem jego upokorzenia był Severus, którego przybył uratować.
Znakomity wybawca ze mnie. Po prostu lepszego nie ma!
Severus powoli zaczynał odczuwać satysfakcję, doprowadzając Lestrange'a do stanu, w którym ten błagał o litość, krzycząc coraz słabiej. Jednak smocza natura żądała więcej. Zadziałał instynktownie, uwalniając swoją magię, która gęsto otoczyła jego ofiarę i zadała jej nowy ból; agresywnie, brutalnie pochłaniając jej energię. Gdy Lestrange zorientował się, co się dzieje, wydał z siebie ciekawy, prawie zwierzęcy skowyt, który z upływem kolejnych minut słabł i cichł.
— Nie umrzesz, Lestrange, to mogę ci obiecać — odezwał się Snape, a jego zimny ton nie zapowiadał niczego, co miałoby przynieść ulgę w cierpieniu. Nowe sposoby jego zadawania owszem, ale nie ulgę.
— P-pieprz się, Snape — wykrztusił czarodziej, zwieszając głowę.
— Nie jesteś w moim typie. — Mistrz eliksirów szarpnął go za włosy zmuszając, by spojrzał na niego. — Widzę, że pora na kolejną lekcję.
— Boli…
Ten cichy jęk zdołał jakoś przebić się przez wściekłość Severusa i zwrócić jego uwagę. Choć ocknął go wrzask Pottera, gniew całkowicie wymazał istnienie inkuba zaraz po rzuceniu zaklęcia wyciszającego. Czar musiał opaść chwilę wcześniej, gdy zaczął pochłaniać magię i z Rudolfa i z pobliskiego otoczenia. Zostawił natychmiast śmierciożercę i podbiegł do młodego. Widok nie był zbyt miły. Twarz demona była zwrócona w przeciwną stronę, a kiedy ujął ją w dłonie, chcąc odwrócić, Harry krzyknął z bólu. Włosy na jego twarzy zlepione były ciągle płynącą krwią.
Gniew smoka znów zaczął w nim narastać, ale hamował go resztkami silnej woli. Teraz młody bardziej go potrzebował, a z Rudolfem policzy się kiedy indziej. Zabrał bandaże ze stolika i zaczął delikatnie opatrywać rany. Bez odpowiednich eliksirów nic więcej nie mógł teraz zrobić. Przełknął głośno, gdy zobaczył, jak biegnie rana na twarzy inkuba. To nie wróżyło niczego dobrego. Chwilę później, z Harrym na rękach, deportował się z powrotem do rezydencji.
Snape nie chciał zostawiać rannego Pottera pod opieką kogoś obcego, w niewielkim szpitalu nieopodal rezydencji. Niestety, rodzaj i charakter zadanych ran, urazów zarówno zewnętrznych, jak i wewnętrznych oraz natura Harry'ego mogły budzić jedynie niepotrzebne pytania. Nawet w świecie magii obcowanie z demonem było czymś niezwykłym.
Od razu aportował się na strychu. Jego chrześniak, który z pewnością tam był, mógł pomóc mu w przygotowaniu szeregu niezbędnych mikstur. Całe szczęście, że w pobliżu działała całkiem dobrze wyposażona apteka i mieli gdzie się zaopatrzyć w odpowiednie ingrediencje.
Durny sukub!, pomyślał Snape, zerkając na wciąż przytomnego, bladego jak ściana Pottera. Owinięte wokół jego twarzy bandaże już były przesiąknięte krwią. Podobnie było z lewą ręką.
Severus zaklął szpetnie, kopniakiem otwierając drzwi do sypialni.
— O! Wróci… — Draco leżał na łóżku i przeglądał jakieś papiery. Gdy zobaczył, że Snape trzyma w ramionach krwawiącego, bladego jak śmierć i co gorsza, nienaturalnie przytomnego Pottera, zerwał się natychmiast. — Lestrange… Na Merlina, co się stało?!
Severus nie odpowiedział, tylko najdelikatniej jak potrafił, ułożył rannego na poduszkach i zaczął wydawać polecenia dawnemu podopiecznemu.
— Pamiętasz odtrutki? Będziemy musieli szybko przygotować kilka z nich. A potem parę innych eliksirów uzdrawiających specjalnie nakierowanych na inkuby. Przygotuj dwa stanowiska do warzenia. W sąsiednim pokoju znajdziesz kuchenkę turystyczną, przyda się. Niestety nie mam zbyt wielu odpowiednich ingrediencji. Ja je zdobędę, a ty w tym czasie przypilnujesz tego idioty.
Draco skinął głową i bez słowa wyszedł. Snape usiadł, spojrzał z dezaprobatą na Pottera i syknął cicho, ostrożnie odwijając bandaż z jego bezwładnej ręki:
— Czy twoje akcje ratunkowe muszą się tak kończyć? Mało ci było poprzednich blizn? Jeśli masz chęć zakończyć żywot, daj mi znać.
Młody nie reagował na jego słowa, był już w takim stanie, że tkwił na granicy świadomości. Eliksiry uniemożliwiały mu utratę przytomności, ale ciało było już nazbyt wyczerpane. Snape zmienił te najgorzej wyglądające opatrunki, wykorzystując jeszcze resztki maści z poprzedniego leczenia, ale niewiele mogły pomóc, skoro ich działanie było usypiające, a młody nie mógł zasnąć. Dopóki nie zrobi odpowiedniego antidotum, każde użycie maści pójdzie na marne. Opuścił sypialnię i nakazał Draco siedzieć przy Harrym cały czas, aż do jego powrotu.
— Kto tu kogo w końcu ratował, Potter — zironizował na początek, gdy mistrz eliksirów opuścił strych.
— Malfoy? — zapytał cicho Harry, jakby dopiero teraz do niego dotarła obecność Ślizgona.— Wiesz, że jesteś kiepski w łóżku? Chyba nikt cię w życiu nie przeleciał, skoro jesteś takim chamem dla partnera.
— Bredzisz, Potter — warknął arystokrata, dotknięty tymi słowami do żywego. Nie mógł jednak zrobić nic więcej, bo inaczej pogorszyłby tylko stan rannego.
— Nie chcę tu leżeć — jęknął znów młody, kuląc się, ale zaraz ponownie prostując, gdy rany dały o sobie znać. — Przenieś mnie do salonu, dopóki nie uwarzycie antyeliksirów. Nie chcę tu być sam. Nie w tej ciemności.
Draco nadal jeszcze nie miał okazji wypytać Severusa, co się dokładnie stało i jak poważne są rany Pottera.
Bandaż na oczach byłego Gryfona, pomimo zmiany już był przesiąknięty, choć teraz nie tak bardzo, jak w chwili powrotu do rezydencji. Opatrunki na całym jego ciele wyglądały podobnie.
— W porządku, ale nie złaź z łóżka, bo coś potrącisz, nic nie widząc.
Przelewitował ostrożnie całe łóżko do salonu i zaczął przygotowywać wszystko do warzenia eliksirów. Nagła cisza ze strony Pottera zwróciła w pewnej chwili jego uwagę, a po sprawdzeniu okazało się, że pomimo eliksiru czuwania inkub zapadł w jakiś rodzaj letargu. Organizm nie wytrzymał.
— Lepiej, żebyś już wrócił — warknął Draco, myśląc o Snape'ie, bo naprawdę nie wiedział, co teraz powinien robić.
Czy cucić rannego, czy lepiej zostawić go w tym stanie?
Przypatrywał się owiniętemu w zakrwawione opatrunki i niereagującemu na nic Potterowi z rosnącym przerażeniem na twarzy. Nagle zupełnie przestał być ciekawy tego, co wydarzyło się podczas niefortunnej akcji ratunkowej. W swojej dość krótkiej karierze śmierciożercy nieraz widział ofiary tortur, jednak widok krwi zawsze budził w nim mocno mieszane uczucia. Podszedł do inkuba, delikatnie dotykając jego czoła. Niemal w tym samym momencie cofnął rękę – wilgotna od potu i krwi skóra aż parzyła. Nie radząc sobie zbyt dobrze z bezradnością, Malfoy zaczął głośno przeklinać sytuację.
— Twoje zachowanie jemu w niczym nie pomoże, ani nie zmieni tego, co się stało, Draco. — Początkowo myślał, że się przesłyszał, ale po chwili odetchnął z ulgą. Snape będzie wiedział, co robić.
Severus zrzucił delikatną pelerynę, którą zasłonił zniszczone ubranie, wychodząc w pośpiechu i zakasując rękawy poszarpanej, brudnej koszuli, podszedł z dość pokaźnym zawiniątkiem do Pottera. Wystarczyła krótka chwila, by błyskawicznie podjął decyzję. Musiał jak najszybciej przetransportować inkuba do swojego domu. Niestety już czuł, jak powoli opuszczają go siły. Chyba nigdy wcześniej nie był aż tak zmęczony. Zacisnął zęby i warknął do stojącego nieopodal blondyna:
— Potrzebuję ciepłej wody, mydła i czystego ręcznika. Pospiesz się!
