Hottie Arizona: Gorące rodeo

– Hej, szefie! – mężczyzna podniósł się od komputera. – Mamy ją.

– Co?

– Znalazłem córkę tego drania. Jest na jakimś zadupiu w Arizonie.

– To co tutaj jeszcze robisz? Zbierajcie dupy i jazda mi po nią.

.

.

– Jak to jej nie ma?

– Zwyczajnie, matole, wzięła wolne.

Kiba wychodząc, nie omieszkał trzasnąć drzwiami tak mocno, że aż zatrzęsła się szyba wystawowa. Sasuke wzruszył ramionami, obserwując jak weterynarz wsiada do swojej mini ciężarówki i odjeżdża, zabierając ze sobą swojego zapchlonego kundla.

Uchiha wrócił do polerowania broni.

Choć Inuzuka prowadził szeroko zakrojone poszukiwania TenTen, nie zdołał jej znaleźć przed południem. Gdy nadeszła pora obiadu, w końcu zawitał do knajpy, w której drzwiach minął się z Nejim. Kiwnęli sobie głowami na powitanie, odchylając ronda kapeluszy. Neji wyszedł na główną drogę i wsiadł do swojego mitsubishi. Przejeżdżając obok urzędu miasta, zauważył TenTen, wychodzącą z budynku z naręczem tajemniczych papierów. Minął ją, żeby chwilę później we wstecznym lusterku zobaczyć, jak wiatr wyrywa jej cały plik karek z rąk.

Spanikowana TenTen nieporadnie usiłowała pozbierać papiery, które rozpierzchły się po okolicy. W tamtej chwili Neji nie miał już wyjścia. Cofnął samochód kilkanaście metrów, otworzył drzwi i, chwytając się dachu samochodu, wstał i wychylił się tak, żeby złapać odlatujący wydruk. Wrzucił go do kabiny auta i skoczył na ziemię, zatrzaskując drzwi.

TenTen i Neji podskakiwali przed urzędem, w ekstatycznym, wietrznym tańcu, próbując wyłapać wszystkie kartki. Ich obszerne flanelowe koszule szarpane podmuchami wiatru wyglądały jak skrzydła dziwnych, arizońskich motyli.

Nagle poczuł jej piersi na swoim torsie i jej policzek ocierający się o jego policzek, gdy wyciągała rękę wysoko ponad jego ramieniem, żeby złapać ostatnią z uciekających kartek. W chwili, gdy ją pochwyciła, on stracił równowagę i obydwoje wylądowali na glebie w mieszaninie kurzu, ziemi i petów.

– Ugh. Przepraszam.

– Emm… Proszę – podsunął jej pod nos to, co nazbierał.

– Dzięki.

TenTen podniosła się z Nejiego i podała mu rękę, jednak on wstał z ziemi sam. Na krótką chwilę zapadła między nimi kłopotliwa cisza.

– Podwieźć cię? – zapytał w końcu Neji, wskazując na swój samochód.

– Dzięki. Fushichou czeka na mnie koło knajpy.

– Doprawdy?

– Za budynkiem. Naprawdę, nie trzeba.

– Jak poradzisz sobie z tymi…?

– Dam radę.

Ściągnęła gumkę podtrzymującą jeden z jej koczków i nałożyła ją na zwinięte w rulon kartki. Pozbyła się drugiego koczka i przez chwilę Neji mógł oglądać ją w rozpuszczonych włosach. Wyglądała prawie jak dziewczyna. Gdyby tylko nie ta przyduża flanelowa koszula, w której pewnie mógłby chodzić on sam. I nie te workowate dżinsy. I gdyby nie… wszystko.

Upięła włosy w niedbały kok z tyłu głowy. Kiwnęła Nejiemu na pożegnanie i ruszyła w stronę knajpy.

.

.

TenTen rzuciła na podłogę skserowane strony ksiąg wieczystych, roczników i starych dzienników. Z rozmachem otworzyła drzwi swojej turystycznej lodówki i wyciągnęła z niej piwo w butelce. Odkapslowała je o krawędź stołu i pociągnęła solidny łyk prosto z butelki. Gorzki napój wypłukał jej gardło z kurzu, który zaczynał doprowadzać ją do szału.

Wróciła na podłogę do swoich wymiętych, wybrudzonych kartek. Oparła się o ścianę i popijając piwo, przeglądała zgromadzone przez siebie informacje.

Opróżniła butelkę piwa do połowy, gdy usłyszała samochód kołujący na podjeździe. Podniosła się z podłogi i wyszła do drzwi. Za kierownicą siedział Hyuuga. Zmarszczyła brwi. Co tym razem?

– Jestem zajęta – zaczęła, stając w progu.

– Domyślam się. – Długowłosy mimo jej protestów wysiadł z samochodu i wszedł po schodach na werandę. – Zapomniałaś jednej.

Podał jej złożoną na czworo kartkę. TenTen wzięła ją od niego, rozłożyła i rzuciła okiem. Pobladła i wcisnęła wydruk do kieszeni.

– Dzięki – odwróciła się i chciała wrócić do środka, ale Neji złapał ją za ramię i zmusił, żeby na niego spojrzała.

– O co tu chodzi?

– O nic – warknęła.

W Nejim zawrzało. Tego już było stanowczo za wiele. Przyciągnął TenTen do siebie, zaciskając palce na jej przedramieniu tak mocno, że syknęła z bólu. W końcu wycedził przez zaciśnięte zęby:

– Wynoś się.

– Co?

– Powiedziałem: wynoś się!

Zamrugała nerwowo, wpatrując się w Hyuugę z niedowierzaniem. Spojrzała mu głęboko w oczy, ale nie dostrzegła ani śladu sympatii, którą wcześniej ją darzył.

– Nie…

– Skończ z tymi wymówkami.

– Neji!

Ale on już wskazywał jej na miasto.

Zacisnęła pięść i schowała ją do kieszeni spodni. Odwróciła się i głośno tupiąc, weszła do Budy ze spuszczoną głową. Szelest zbieranego papieru, szum napełnianego wodą bukłaka i przekleństwa rzucane bezwiednie podczas pakowania plecaka. Pięć minut później wyjechała zza chaty na Fushichou, do którego jednego boku przymocowała worek z owsem.

Bon voyage.

I odjechała tam, skąd przybyła – na północ, na długi i szeroki step.

Neji popatrzył za nią z niedowierzaniem. Dlaczego nie pojechała do miasta? Kiba z pewnością użyczyłby jej…

Ale to już nie było istotne. Odjechała, prawdopodobnie na zawsze znikając z jego życia. Przez chwilę słyszał jeszcze tętent kopyt jej konia, aż nie zaczęła przypominać tylko małej kropki na horyzoncie.

Gdy minął pierwszy szok, Neji zaczął zdawać sobie sprawę z tego co zrobił. Było już jednak za późno. Wszedł do chaty, cicho stawiając kroki, zupełnie jakby nie chciał wypłoszyć ducha, kryjącego się gdzieś między pozostawionymi w Budzie przedmiotami. Rozejrzał się dookoła, zastanawiając się czego właściwie tam szuka. W oczy rzuciła mu się naprawiona, nowa okiennica; w poprzedniej wybita była szyba. TenTen zreperowała też obluzowaną deskę w podłodze. W chacie była teraz lodówka, do tego pełna. Wyciągnął butelkę piwa i otworzył ją drugą butelką. Ciche syknięcie pozwoliło mu się ocknąć z transu. Odstawił nietkniętą butelkę piwa na blat (który też był nowy) i rzucił okiem na ramę łóżka bez materaca. Przystanął w miejscu, gdzie wcześniej leżał śpiwór TenTen.

Schylił się, żeby sięgnąć po leżącą na podłodze gumkę, której używała do spinania włosów i wtedy zauważył coś jeszcze. Coś, co leżało pod łóżkiem i zdawało się czekać, żeby po nie sięgnąć.

.

.

– Co zrobiłeś?!

Neji ze złością wbił widelec w stek i zaczął odkrawać kawałek nożem tak uparcie, że zdawało się, że zaraz rozkroi talerz.

– Gdzie ona jest!?

– Gdzieś – warknął. – Odjechała na prerię.

– Co!?

Ale Hyuuga postanowił milczeć. Kiba usiadł na ławie po drugiej stronie stołu z takim impetem, że ta odjechała do tyłu z łoskotem. Mężczyzna wściekle dyszał, a jego nozdrza rozszerzały się i zwężały przerażająco szybko.

– Jak mogłeś?! Dlaczego to zrobiłeś!?

Neji podniósł na Inuzukę lodowate spojrzenie. Nagle jego pięść uderzyła w stół, talerz ze stekiem podskoczył i upadł na ziemię, rozpadając się przy tym z hałasem.

– Chcesz wiedzieć? – powiedział niewzruszony, mrużąc powieki. – Twoja protegowana miała do czynienia z Gangiem Ludzi Skał.

– Zmyślasz – warknął Kiba, rzucając się na Nejiego przez stół i gdyby nie przytrzymali go Kankuro i Sasuke, zwabieni do stolika omenami nadciągającej burdy, zapewne Hyuuga oberwałby pięścią w twarz. Niejednokrotnie.

Neji, nie bacząc na szarpiącego się Inuzukę, wyciągnął powoli z kieszeni na piersi złożony na czworo papier. Ten sam, który złapał jako pierwszy wtedy przed urzędem miasta. Ten sam, który wrzucił do samochodu. Ten sam, który przekazał TenTen, tuż przed tym jak wyrzucił ją ze swojego ranczo. Ten sam papier, który znalazł pod łóżkiem w Budzie, po tym jak TenTen odjechała w stronę bezkresnej prerii.

Ciągle szarpany złością, ale już nie próbujący trwale uszkodzić Nejiego, Kiba rozłożył świstek i przez chwilę wodził po nim wzrokiem, a wraz z nim Kankuro, Sasuke, Jiraya, który wyszedł zza baru gotów wetknąć nos w cudze sprawy, i cała rzesza tych, którzy akurat mieli szczęście gościć tego wieczoru w barze.

– To o niczym nie świadczy – wycedził w końcu Kiba, ale już bez wcześniejszej buty.

– Jasne – prychnął Hyuuga. – To z pewnością przypadek, że nagle zaczęła szukać wiadomości o mordercach mojego ojca!

W knajpie zapanowała cisza. Wszyscy wpatrywali się w Nejiego, on jednak nie zwracał już uwagi na nic ani na nikogo. Za to ni stąd ni zowąd zjawiła się przy nich szeryf Tsunade i teraz to ona z zainteresowaniem oglądała ksero przyniesione przez Hyuugę.

– To ciągle o niczym nie świadczy! Nie dałeś jej wytłumaczyć – obstawał przy swoim Kiba. – Nie możesz wyrzucać człowieka z domu, bo ma ksero gazety sprzed dwudziestu lat!

Tsunade podniosła na nich wzrok.

– Ten portret pamięciowy…

– Tak – mruknął Hyuuga, nie patrząc na blondynkę. – Wystarczy dorysować koki i wymazać brodę.

Teraz już wszyscy wpatrywali się w portret pamięciowy sprawcy, zamieszczony obok relacji z morderstwa Hizashiego Hyuugi. Mężczyzna o nieznanym imieniu, uważany za winnego, był uderzająco podobny do TenTen.

Tsunade obeszła stół dookoła i uderzyła pięścią tuż obok miejsca, w którym trzymał ręce Neji.

– I ty pozwoliłeś jej zwiać!?

~ Przerywamy naszą audycję, aby nadać specjalny komunikat. Meteorolodzy alarmują. Przez północną Arizonę między godziną dziewiątą a dwunastą w nocy przetoczy się tornado o sile F1 w skali Fujity. Na jego trasie znajdują się…

– Kurna…

~… preria na północ od Konoha …

– Neji?

Ale Hyuugi już nie było, usłyszeli tylko trzaśnięcie drzwiami. Tsunade spojrzała na zegarek i pokręciła głową. Było wpół do dziewiątej. Nikt nic nie powiedział. Zamiast tego goście knajpy stopniowo zaczęli ją opuszczać. Nawet jeśli tornado najbardziej zagrażało ranczu Hyuugi, to wszyscy tutaj wiedzieli jak bardzo nieprzewidywalny potrafi być żywioł. Nikt nie mógł i nikt nie czuł się bezpiecznie.

Kiba wybiegł w ślad za Hyuugą i zdołał złapać go, nim ten jeszcze odjechał. Otworzył drzwi jego samochodu i wskoczył na tylne siedzenie.

– Co zamierzasz?

Odpowiedziało mu przerażone spojrzenie Nejiego odbijające się we wstecznym lusterku. Hyuuga zaciskał dłonie na kierownicy tak mocno, że aż zbielały mu kłykcie. W końcu nie wytrzymał, ze złością uderzył klakson, samochód zatrąbił.

– Jadę po nią.

– Pojadę z tobą.

– Nie ma sensu, żebyśmy obaj ryzykowali życiem – zadecydował Neji. – Ja do tego dopuściłem, ja muszę to odkręcić.

– Nie rość sobie praw do tego!

– Kiba! – krzyknął, odwracając się do niego w końcu. – Wysiadaj! Chcesz się przydać to jedź na moje ranczo i dopilnuj tam wszystkiego. Jestem prawie pewien, że ona jest jeszcze na mojej ziemi. Znam tam każdy zakątek, każde zagłębienie terenu. To ja mam tam jakieś szanse przeżyć, a nie ty, rozumiesz?

– Hyuuga!

– Kiba.

Inuzuka wpatrywał się w niego jeszcze przez chwilę, aż w końcu obaj usłyszeli skowyt Akamaru.

– Masz ją uratować, rozumiemy się?

– Zrobię wszystko co w mojej mocy.

– Masz ją uratować.

– Uratuję.

– Zgoda.

Kiba wysiadł. Neji ruszył tak nagle, że Inuzuka nie zdążył zatrzasnąć drzwi – pęd zrobił to za niego. Hyuuga ścigał się ze zbyt szybko uciekającym czasem. Kiedy w końcu zniknął z widoku, Kibie pozostało zapakować Akamaru na siedzenie obok kierowcy w swoim mini vanie i ruszyć w stronę rancza Hyuugi, żeby dotrzymać danego mężczyźnie słowa.

.

.

Podczas, gdy mieszkańcy Konoha szykowali się na nadejście nieuchronnego żywiołu, Naruto Uzumaki był setki kilometrów od miasteczka. Wysiadał z samochodu człowieka, z którym spędził ostatnich kilka godzin swojego życia na śpiewaniu przebojów country. Facet zgarnął go z drogi i zgodził się podrzucić do Phoenix. Teraz Naruto stał naprzeciwko apartamentowca, który na jego oko miał jakieś sto pięter i zmuszał Uzumakiego do zastanowienia się jak niepostrzeżenie przemknąć obok strzegącego wejścia do budynku portiera.

Naruto wypatrzył kawiarnię naprzeciwko wieżowca i usiadł przy stoliku, z którego mógł obserwować wejście. Kiedy już zorientował się, że w lokalu nie podają piwa, zamówił szklankę coca-coli i nie spuszczając spojrzenia z drzwi wejściowych do apartamentowca, czekał aż jakiś genialny pomysł wpadnie mu do głowy.

Zamiast pomysłu, nadeszło wybawienie. Na widok dziewczyny wychodzącej z budynku, Naruto zerwał się od stolika. Biegł w jej stronę, wymachując rękami w powietrzu.

– Hej, hej! Hinata!