Pewnie łatwiej byłoby mu wejść w tryb pracy, gdyby kończyli o tej samej porze, ale ostatni goście zostali wyproszeni niemal przemocą przez China o piątej nad ranem. Nie chciał się nawet zastanawiać nad tym, o której dotrze do domu. Bar wyglądał, jakby przeszedł przez niego huragan. Upuścili kilka szklanek, co nie było niczym nowym, ale tym razem nie mieli kiedy uprzątnąć szkła i chrzęściło nieprzyjemnie pod jego butami. Jenna na szczęście się nie skaleczyła, kiedy jeden z kufli rozprysnął się wyjątkowo blisko niej, ale musieli pozamiatać chociaż to zanim wyjdą z pracy.

Jakoś w czasie wieczoru stracił z oczu McGarretta. Alfa mógł być równie dobrze od kilku godzin w domu, podczas gdy oni starali się doprowadzić wszystko do jako takiego stanu. Kono po prostu ścierała stoły już przemokniętą ściereczką, starając się nie zostawiać na drewnie wilgoci. Sprzątaczki mogły pojawić się w dowolnej porze dnia i blaty mogłyby napuchnąć od cieczy pozostawionych tak po prostu.

- Nadal w krawacie – rzucił McGarrett pojawiając się nie wiadomo skąd.

Danny spojrzał na poplamiony materiał i co prawda węzeł zaczynał wpijać się w jego skórę, nie poluzował go przez cały wieczór. Wzrok alfy utknął na jego kołnierzyku na kilka sekund dosłownie, ale on był spostrzegawczy i wiedział czego szukać. McGarrett miał mu tak łatwo nie odpuścić w kwestii koszul.

- Chodź – rzucił alfa i Danny spojrzał na niego, marszcząc brwi.

- Muszę… - zaczął.

- Lori, Jenna? Poradzicie sobie? Musimy podpisać umowę i obgadać warunki – wyjaśnił McGarrett.

- Jasne szefie – odparła Lori, więc Danny po prostu wytarł dłonie, zostawiając ścierkę na barze.

Nadal lepił się od alkoholu, ale pomóc mógł mu tylko prysznic. Początkowo sądził, że był nieuważny, ale po prostu nalewanie nawet szotów z taką prędkością oznaczało rozlewanie. Do tego kręcili się w trójkę po niewielkiej przestrzeni i to rodziło niebezpieczeństwo wpadnięcia na siebie. Miał przynajmniej tą świadomość, że wychodził z takiej kraksy o wiele mniej obolały od dziewcząt. Nie był zbyt masywny, ale Lori wydawała się niemal krucha, a Jenna miała w sobie wrodzoną delikatność.

McGarrett tym razem puścił go przodem, więc Danny wspiął się pospiesznie po niewielkich schodach, wsuwając się do biura bez wahania. Wiedział, że Kono obserwowała ich obu i miał nadzieję, że sytuacja z dzisiejszego dnia nie powtórzy się nigdy więcej. Nie potrzebował, aby ktokolwiek popierał działania McGarretta – jakichkolwiek nie zamierzał podjąć. Stąpał po dostatecznie kruchym lodzie. Niechciane zainteresowanie alfy nie mogło mu pomóc.

McGarrett zamknął za sobą szklane drzwi i chociaż na dole nadal słychać było przyciszoną muzykę, w biurze panowała idealna cisza. Danny odwrócił się, obserwując alfę uważnie. Laptop na biurku nadal był włączony, więc mężczyzna pewnie pracował tutaj przez ten cały czas.

McGarrett minął go i zajął ogromny fotel po drugiej stronie biurka, machając dość jednoznacznie w kierunku jedynego krzesła w pomieszczeniu. Biuro nie było przeznaczone dla petentów i zapewne miało tak zostać. Danny zajął miejsce, orientując się od razu, że nie pamiętał, kiedy siedział ostatnio. Jego kręgosłup protestował, ale i tak pochylił się do przodu, odbierając od alfy umowę.

- Sprawdź czy wszystko się zgadza – rzucił McGarrett.

Danny nie miał co do tego wątpliwości. Zastanawiał się jedynie dlaczego znalazł się tutaj. Alfa mógł po prostu zostawić papiery na parterze. Imię Grace nie widniało w żadnym z miejsc, ale był pewien, że szczegóły dotyczące jego ubezpieczenia zostały załatwione przez kadry. Nie bardzo wiedział jak miałby skomentować sumę, która widniała niemal na samym końcu. I tak jak się spodziewał pięciodniowy tydzień pracy, o którym wspomniano w dokumencie był tylko czysto umowny. Menadżer klubu miał prawo żądać od niego pojawienia się za barem w razie potrzeby. I tego obawiał się od samego początku. Gdyby Grace spędzała weekendy w Rachel, nie musiałby zatrudniać na ten czas opiekunki, ale jego grafik był zmienny.

Dyspozycyjność była kluczowa.

Nie wiedział czego spodziewał się tak naprawdę. McGarrett wiedział o jego dziecku, więc w jego umyśle pojawiła się ta śmieszna myśl, że może zostanie potraktowany ulgowo.

- Wszystko w porządku? – spytał alfa.

- W jak najlepszym – skłamał. – Gdzie mam podpisać?

- Nie chcesz czegoś przedyskutować? – zainteresował się McGarrett, ale podał mu długopis i Danny złożył bez słowa zamaszysty podpis.

- To wszystko? – spytał wprost.

Alfa zmarszczył brwi i rozchylił usta, jakby chciał coś jeszcze dodać, ale rozmyślił się. Włożył umowę po prostu do teczki, przyklejając krótką notatkę dla kadr.

- Naprawdę musisz z tym krawatem? – spytał alfa, nie odrywając wzroku od dokumentów.

- Panie McGarrett – zaczął, ale mężczyzna uśmiechnął się do niego krzywo.

- Steve – poprawił go niemal natychmiast.

I Danny wiedział, że poprzednio nie wygrał tej batalii.

- Panie McGarrett – powiedział krótko i nie zamierzał dodawać niczego więcej.

- Danno – odparł alfa i to najwyraźniej miała być jakaś gierka.

- Tak mówi do mnie tylko moja córka – poinformował mężczyznę.

Nawet Rachel nie miała czelności, aby nazywać go zdrobnieniem, które tak kochała Grace. I McGarrett na pewno nie miał większych praw niż jego ex-alfa. Jeśli mężczyzna chciał go zirytować był na dobrej drodze do tego.

- Odpuść sobie krawat, a… - zaczął McGarrett.

- Nie – powiedział krótko.

Alfa uniósł brew, jakby nie tego się spodziewał. Danny trzymał jednak swój głos w jak najbardziej neutralnej tonacji, żeby nie prowokować mężczyzny. Co nie oznaczało, że temat był otwarty do dyskusji. Zamierzał walczyć o każdą piędź ziemi, żeby za dwa tygodnie lub trzy McGarrett nie pomyślał, że może ugrać z nim cokolwiek. Nie potrzebował nikogo, kto dominowałby nad jego życiem, pozwalając sobie na kierowanie jego ubiorem i zachowaniem. Takich numerów alfa mógł próbować z niedoświadczonymi omegami, a nie z rozwodnikiem z dzieckiem.

- Irytujesz mnie – przyznał alfa. – Wiem, że przeszkolono cię tak, żebyś radził sobie w sytuacjach stresowych i pewnie to działało na idiotach, którzy nie wiedzieli co robisz. Byłem w wojsku, Danny. Nie urazisz mnie, jeśli każesz mi się odwalić. Podziała to na pewno lepiej niż twoja pozorna pasywność – rzucił McGarrett. – Wystarczy, że powiesz, odczep się Steve i dam ci spokój.

I to było cholernie kuszące od pierwszych chwil. Danny uniósł jednak brew wyżej.

- Panie McGarrett, chciałbym, żeby nasza współpraca układała się… - zaczął.

- Danny, na miłość boską – jęknął alfa. – Dobra, zostawmy to. Podoba ci się praca? – spytał, zmieniając nagle temat.

Danny otworzył usta tylko po to, aby je zamknąć. I to prawie wyglądało jak rozmowa towarzyska. McGarrett na pewno nie był jego kolegą i facet był mocno denerwujący. Łatwiej byłoby, gdyby wiedział co chodzi facetowi po głowie. Jeśli bawił się jego skrępowaniem to był większym skurwysynem niż Danny sądził. I to nie byłoby znowu takie nieprawdopodobne. Wiedział, że ich pierwsze spotkanie jeszcze obróci się przeciwko niemu, ale jeśli miał znosić kolejnego alfę, który miał zamiar sobie nim pogrywać… To w tej sytuacji musiał znieść, bo nie znalazł dokładnie żadnego interesującego ogłoszenia, które nie wyglądałoby tylko na letnią pracę.

- Zwiedziliście z Grace wyspę? Kono mogłaby podać ci gdzie można przyjemnie spędzić czas z dziećmi – rzucił McGarrett niemal natychmiast.

- Jeszcze nie mieliśmy okazji. Na razie spacerowaliśmy po plaży – przyznał ostrożnie.

McGarrett zmarszczył brwi, ale westchnął, jakby odpuszczał tym razem – cokolwiek nie chodziło mu po głowie.

ooo

Z bólem serca zgodził się, żeby Grace wróciła w piątek z Rachel do ich domu. Mieli wylecieć dość wcześnie rano i nie chciał, aby przespała połowę wycieczki. Nie wątpił też, że pokój, który został dla niej przygotowany, pewnie bardziej odpowiadał jej gustom, chociaż pomalowali już część muszelek, które naprawdę chciał przykleić do framugi okna.

Kono obserwowała go w pracy niczym jastrząb. Nie mieli zbyt wiele wolnego czasu na rozmowy, ale to nie przeszkadzało jej posyłać mu wymownych spojrzeń. Szczególnie, że McGarrett pojawił się tuż po północy. I nawet Chin zaczął wyglądać bardziej podejrzliwie, a Danny przysiągłby jeszcze kilka chwil wcześniej, że faceta nie potrafiłoby nic poruszyć.

- Kiedy był tutaj ostatnio? – spytał, kiedy Lori minęła go w drodze do zlewu.

- Wczoraj – odparła Weston, nie zatrzymując się nawet. – A przedostatnio to przedwczoraj. Wcześniej pojawiał się tylko raz na kilka miesięcy, zostawiając klub głównie Jackowi, ale Jack był dupkiem. To nasz były menadżer – poinformowała go omega.

Wbił usta w wąską kreskę i spojrzał w stronę balkonu. McGarrett zamknął się w biurze, więc zapewne pracował, ale sama obecność alfy irytowała go.

- Kono powinna wiedzieć lepiej. Razem surfują – rzuciła Lori.

I pewnie dlatego ta dwójka wydawała się tak świetnymi kumplami. Chociaż z drugiej strony to równie dobrze mógł być jakiś tajny kod na sypiających ze sobą sporadycznie przyjaciół. W New Jersey mieli na to swoje własne określenia. O ile widział jednak oczyma wyobraźni McGarretta i Kono uprawiających ten piekielny sport, raczej umiejscawiał ich na osobnych plażach. Z czego alfę z drogim drinkiem w dłoni.

- Grace nie chciałaby się nauczyć? – spytała Lori.

- Surfować?! – wyrwało mu się o kilka tonów za głośno. – Wystarczą mi spacery po plaży – dodał pospiesznie.

- Wiesz, wszystkie dzieciaki tutaj pływają. Nie sądzę, żeby Grace chciała się wyróżniać. To nie jest aż tak trudne – rzuciła Lori.

Zaczynał ją nienawidzić, bo w jego głowie pojawił się nagle obraz Grace w kostiumie kąpielowym otoczonej przez wszystkich tych dupków, których nie będzie mógł zastraszyć swoją bronią i odznaką. Miał nadzieję, że do tego czasu zaczną normalnie rozmawiać z Rachel i ona przejmie chociaż część obowiązków w kwestii przeganiania niechcianych adoratorów.

Surfing jednak nie był czymś o czym chciał słyszeć .

- Moja córka nie będzie stała chybotliwie na jakiejś pieprzonej desce po środku oceanu – poinformował Lori.

Dziewczyna zaśmiała się, jakby był naprawdę zabawny.

- Wybij sobie to z głowy – ciągnął dalej. – Gracie… - urwał. – Po prostu nie. Czy wy jesteście nienormalni? Ona ma osiem lat. Nie może… - Głos mu się załamał.

- Zacząłem surfować, kiedy miałem cztery – rzucił ktoś tuż za nim.

Danny miał już na końcu języka 'och, zamknij się', gdy jego wzrok padł na McGarretta. Spiął się niemal od razu, obserwując podejrzliwie alfę.

- Nie przeszkadzajcie sobie – rzucił mężczyzna. – Chciałem tylko szklankę wody.

- Kono mogła ją panu przynieść - powiedział niemal od razu.

Kąciki ust McGarretta drgnęły lekko i Danny zdał sobie sprawę, że nie wyszło to zbyt uprzejmie. Alfa go jednak zaskoczył.

- Proszę szefie – prychnęła Lori, podając mężczyźnie wodę z lodem.

McGarrett wziął kilka łyków niemal od razu i Danny był trochę zaskoczony, kiedy zdał sobie sprawę jak bardzo rozpięta była koszula alfy. Wokół było gorąco, bo znajdowali się w środku hawajskiego piekła, a rozgrzane ciała ocierały się o siebie na parkiecie. Zapewne alkohol rozszerzający naczynia krwionośne nie pomagał wcale w ochładzaniu. McGarrett zresztą podstawił twarz pod lekki nawiew, który na szczęście posiadali za barem. Zapewne ugotowaliby się po pierwszych kilku godzinach pracy, gdyby nie klimatyzacja.

Danny odwrócił się do jednego z klientów, podając mu zamówionego drinka i spiął się nieznacznie, bo nie przywykł do tego, aby jakikolwiek alfa stał za nim. McGarrett jednak wydawał się nigdzie nie wybierać.

- Nie martw się o Grace. Jeśli zdecydujesz się puścić ją na lekcje, Kono prowadzi niewielką szkołę – kontynuowała Lori, jakby ich szef nie wisiał im na karku.

Nie był do końca przekonany czy chciał rozmawiać o swojej córce przy McGarretcie. Nadal miał wrażenie, że mężczyzna oceniał go jako ojca. I to nie było miłe uczucie.

- Mam nadzieję, że będzie rozsądna i nie pozwoli sobie na podążanie za owczym spędem – powiedział jedynie.

- To się nazywa dostosowywanie do środowiska – wtrącił alfa. – Mógłbyś spróbować. Rezygnacja z krawata mogłaby ci dobrze zrobić.

Udał, że nie słyszy w czym był naprawdę genialny.

Lori spięła się, rzucając mu niepewne spojrzenie, jakby nie wiedziała co powinna powiedzieć. Dlatego za ich barem nie powinno być żadnego alfy. I miał nadzieję, że Kono zostanie nowym menadżerem.

- Surfing nie jest taki straszny. Kono będzie prowadziła zajęcia w tę sobotę. Na pewno ucieszyłaby się widząc waszą dwójkę – rzucił alfa. – W zasadzie chyba do niej nawet zagadam zanim się rozmyślisz – dodał, jakby Danny faktycznie rozważał tę propozycję.

- Nie mam Grace w ten weekend – odparł szybko, zerkając tylko przelotnie na zdziwienie na twarzy McGarretta. – Jest ze swoją matką – dodał, nie wdając się w szczegóły.

Spojrzenie Lori pełne zrozumienia wystarczyło mu w zupełności. Nie chciał, aby się litowano nad nim tylko dlatego, że jego mała dziewczynka pierwszy weekend na Hawajach miała spędzić daleko od niego. I nie chciał o tym myśleć.

- Jej matka się tutaj przeniosła? – spytał McGarrett i nie czekał nawet na jego odpowiedź, chyba wiedząc lepiej. – Ma wszystkie weekendy z małą? – zainteresował się.

Danny westchnął w końcu i odwrócił się w stronę mężczyzny, korzystając z chwili wolnego.

- Zrobić panu drinka, panie McGarrett? – spytał brzmiąc bardziej na zmęczonego niż zirytowanego.

Nie wiedział po cholerę padały te wszystkie pytania i trudno było mu się skupić, kiedy jednocześnie obsługiwał ludzi. I alfa musiał zorientować się, że przekroczył granicę, bo uniósł dłonie do góry w obronnym geście.

- Zastanawiałem się tylko czy nie chciałbyś jednego weekendu wolnego, żebyście mogli zwiedzić wyspę – rzucił McGarrett i Danny poczuł się tylko odrobinę jak dupek.

To faktycznie byłoby miłe.

- Zamiana dni do uzgodnienia z Kono – poinformował go McGarrett, zanim wycofał się zza baru.

Lori spoglądała na niego niepewnie i zbił usta w wąską kreskę.

- Grace nie będzie uczyła się surfingu – powiedział tylko tonem, który miał nadzieję, że brzmiał na zdecydowany.

ooo

Grace chciała deskę już następnego dnia. I winił Rachel, ponieważ najwyraźniej na Maui były doskonałe fale i mała obserwowała z fascynacją ludzi, którzy niemal latali. A przynajmniej tak opisała mu to podczas ich popołudniowej rozmowy telefonicznej. Było naprawdę przyjemnie usłyszeć jej głos i nie mógł doczekać się jej powrotu. Mówiła, że tęskni za nim, ale słyszał ekscytację w każdym jej słowie. Nie wiedział dokładnie co widzieli, bo trudno było zrozumieć cokolwiek z chaotycznej relacji, ale najwyraźniej mieli nowe muszelki, które doskonale nadawałyby się na jej ściany.

I czekała go przeprawa już w ten poniedziałek. Nie wiedział jak rozplanują jego pierwsze wolne, ale chciał odnowić jak najszybciej jej pokój. Pudrowy róż nie był jego ulubionym odcieniem, ale nie sądził, aby miał jakikolwiek inny wybór.

- Danno cię kocha – powiedział do słuchawki i usłyszał jak mała cmoka, posyłając mu całusa.