Rozdział szósty.

Przyjęcie dla Dracona.

Nastał piękny, mroźny poranek. Mimo promieni słońca z dnia na dzień pogoda robiła się coraz bardziej chłodna. Draco przeciągnął się leniwie na swym królewskim łożu naprężając każdy ze swoich okazałych mięśni, po czym otworzył oczy wpatrując się chwilę w biel sufitu. Poczuł się nad wyraz dziwnie i nieswojo. Zrzucił z siebie czarną pościel i zwlekł się z łóżka czując lekkie zawroty w głowie. Miał wrażenie, że wczorajszy dzień był dziwną halucynacją, której nie bardzo może sobie przypomnieć. Przejechał dłonią po długich włosach, dumając chwilę przed samym sobą. Czuł się, jak po jednej z tych przesadzonych imprez, po której zostaje zawsze kac i pustka w głowie. Podszedł do wielkiego lustra tuż przy komodzie i dokładnie zilustrował swoje odbicie. Chwilę zawiesił wzrok na czarnym znaku znajdującym się na przedramieniu.

– Wyglądasz bosko, więc o co ci chodzi? - Zapytał własne odbicie.

" Naprawdę nie wiesz? Przypomnij sobie kretynie, co nam zrobili!"

– Sam jesteś kretynem! - Warknął znowu do tej samej pustki, marszcząc swoje blade brwi.

" Przecież jestem tobą durniu"

– Chciałbyś być mną. Co najwyżej możesz być marną imitacją tego, czym jestem. - Zadumał.

W patrzył się w odbicie swoich szarych tęczówek. Draco Malfoy wyglądał bardzo okazale będąc w samej bieliźnie. Jakby sam Michał Anioł wyrzeźbił go z najdroższego marmuru, a nieziemska moc tchnęła w ten posąg życie, aby dawać kobietą rozkosze z poza tego świata i ukazywać innym mężczyzną, jak bardzo są niedoskonali w porównaniu do niego.

Teraz jednak ten sam Draco Malfoy czuł się fatalnie. Bo inaczej nie potrafił określić stanu, w którym się znajdował. Przejechał dłonią po śniadych ustach starając się czegokolwiek doszukać. Dopiero wtedy dostrzegł, jak jego opuszki palców są lekko zaczerwieniałe i podrażnione. Opuścił głowę w dół dokładnie przyglądając się swoim dłonią. I w tej właśnie chwili poczuł, jak nawałnica wczorajszych wspomnień przelatuje przez jego mózg z szybkością światła.

– Nie. - Szepnął wpatrzony w ziemie. - Nie mówcie mi, że ja - każde wspomnienie zaczynało przeszywać jego dusze. Wspomnienia, które ostro kuły ,jak igły wbijane prosto we wnętrzności. Stado robaczków świętojańskich rozświetla wspomnienia w jego głowie, których tak naprawdę wolałby nie pamiętać. Każde po kolei.

ON DRACO MALFOY DZIERGAŁ TEMU KRETYNOWI SWETER!

- Zabije - Krzyknął na cały regulator wychodząc pewnym krokiem ze swojego dormitorium.


Dzień trzeci zamiany.

Hermiona wiedziała, że ten dzień będzie istną katastrofą, klęską społeczną, narodową plamą na tle historii całego Hogwartu. A to wszystko za sprawą Blaise Zabini'ego. Wrednego, pyszałkowatego, bezmyślnego Ślizgona, który podstępnie ją zwodzi i znęca od trzech dni, aby pogrążyć cały jej dobytek życia w nicość. Poranek również utwierdził ją w przekonaniu, że wszystko, co się na świecie dzieje to dla jej nieszczęścia i upokorzenia. Wyglądało na to, że cały wszechświat zmówił się, aby uprzykrzyć życie Hermionie Granger.

A przynajmniej wszyscy Ślizgoni. Dlatego postanowiła nie poddawać się tak łatwo. Skoro Blaise pogrywa z nią w tak okrutny sposób to i ona postanowiła nie być mu dłużną. To się jeszcze zdziwi i przekona, że z kimś takim jak ona lepiej nie zadzierać. Owszem, może przez ostatni rok stała się samolubną, bezradną Hermioną, którą z łatwością można doprowadzić do łez, co nie zmienia faktu, że była nadal Hermioną Granger. Tą Hermioną Granger. Dziewczyną, którą walczyła z najciemniejszymi mocami tego świata, towarzyszką samego Harry'ego Pottera, chodzącą encyklopedią i rozsądkiem tej ziemi. Chociaż z tym ostatnim na pewno miała ostatnio problemy. Bo kto rozsądny godziłby się na takie życie, jakie zafundował jej Blaise Zabini?

Energicznie zrzuciła z siebie atłasową pościel, wstając równo na nogi. Chcą mieć imprezę to będą ją mieli.

Bojowym krokiem, mając na sobie jedynie czarne bokserki, skierowała się do łazienki czując, jak każdy centymetr jej ciała wypełnia gniew. Oparła dłonie na umywalce i spojrzała twardym wzrokiem w swoje lustrzane odbicie. To nie są jej oczy, ani jej usta... Usta, które wciąż czuły na sobie Draco Malfoy'a. Przejechała, drżącymi palcami po wargach. Merlinie, przecież to Malfoy. Po co ona w ogóle o nim myśli? Zresztą nie całował jej, a Blaise'a. Gdyby wiedział, że to ona – Hermiona, kryje się za ciałem tego Ślizgona już dawno zamknąłby ją w lochach i używał jako worka treningowego. Szybko pokręciła głową na boki starając się pozbyć tych myśli. Nie, to nie pora na to by przejmować się teraz tym palantem Malfoy'em.

Teraz musi udowodnić sobie, a przede wszystkim temu...temu nicponiowi Zabini'emi, że ją też na coś stać. Uśmiechnęła się demonicznie, wpatrzona w swoją twarz. W końcu jakby nie patrzeć była teraz w połowie Ślizgonem. Więc nadeszła jej kolej na nieczyste zagrania. Zacisnęła mocno pięść, wnosząc ją ku rozgniewanej twarzy. Tak, pożałujesz tego Zabini, tego jak wykorzystałeś jej dobroć i niewinność. Tego jak odseparowałeś ją od przyjaciół, a wcisnąłeś w same objęcia węża. Stado wężów. Na dodatek śmiertelnie jadowitych. Jednak ona, Hermiona Granger jest niezniszczalna! I nic i nikt nie powstrzyma ją przed tym, aby upokorzyć Zabini'ego.

Nieświadomie zaczęła śmiać się przerażająco do siebie, jak jedna z wiedźm podczas sabatu. Czarna aura zaczęła emanować z jej ciała, wyglądała jak demon gotowy do walki, któremu nikt nie śmiałyby przeszkodzić w planach. Nikt poza Pansy Parkinson, która od kilku minut opierała się o framugę drzwi, beznamiętnym wzrokiem wpatrzona w Hermione.

– I co tak cieszysz japę? - Bąknęła wyjmując z ust szczoteczkę do mycia zębów. Piana lekko otoczyła jej wargi sprawiając, że wyglądała dość komiczne, przynajmniej dla Hermiony.

- Czego chcesz?

Czy nikt ze Ślizgonów nie wie, że istnieje coś takiego jak pukanie do drzwi? Pomyślała pełna irytacji, nie odchodząc myślami od swych złowieszczych planów.

Pansy przejechała wzrokiem po ciele Hermiony zawieszając go chwilę na przyrodzeniu.

– Co, jakieś kłopoty w raju? - Zarechotała podchodząc do umywalki i uderzając Hermione łokciem by się przesunęła. - Granger daje ci popalić, co?

Obserwowana jak Pansy bez żadnego zakłopotania opłukuje twarz z piany i sięga po ręcznik wiszący obok umywalki.

- Wiesz Blaise zawsze możesz romansować ze mną. W końcu sam jeden wiesz, jak potrafię zaopiekować się facetem. - Pansy przejechała palcem po klatce piersiowej Hermiony zatrzymując go chwilę na mięśniu brzucha. Gryfonka wzdrygnęła się na samą myśl, że cokolwiek mogłoby ją łączyć w ten sposób z Parkinson. Co za niedorzeczność. Ślizgonka oblizała wargi nadal zalotnie przyglądając się niewinnej Hermionie.

– Wręcz przeciwnie Pansy, Hermiona jest cudowna. Spokojnie mogę stwierdzić, że jest najpiękniejszą i najmądrzejszą kobietą na całej kuli ziemskiej. Powinnaś brać z niej przykład. - Gryfonka złapała za jej nadgarstek i powoli oddaliła dłoń od ciała.

Pansy wpierw zamilkła z osłupienia, dopiero po krótkiej chwili wybuchła przeraźliwym rechotem.

– Ty, ciebie naprawdę nieźle wzięło Blaise. - Mówiła dławiąc się śmiechem. - Przecież się zgrywam kretynie, wiesz że cię uwielbiam. No i jaka ona jest?

Hermiona przenikliwym wzrokiem zmierzyła ją od stóp do głowy będąc nadal mało przekonaną, co do prawdomówności Pansy.

– W czym?

– No wiesz, zastanawiam się jak to jest bzykać największą kujonicę w szkole?

– Pansy jak ty w ogóle możesz pytać o coś takiego?

Tą poranną wymianę zdań przerwał głośny trzask. Hermiona wyszła w pośpiechu z łazienki, a tuż za nią poczłapała Pansy. Na przeciw niej stał, jak gdyby nigdy nic sam Draco Malfoy. Twarz miał opuszczoną w dół. Poczerwieniała widząc, że chłopak jest jedynie w samych bokserkach a jego ciało jest tak bardzo napięte, że uwydatnił się każdy mięsień. Ta postura nie wróżyła nic dobrego.

– Co się stało? - zapytała zdezorientowana.

Draco uniósł dumnie twarz. Jeszcze nigdy nie widziała w jego oczach tak wielkiej wściekłości. Przełknęła niepewnie ślinę czując dziwny niepokój a wraz z nim nadchodzące problemy.

Blondyn bardzo wolnymi krokami podszedł bliżej Hermiony, a kiedy był już na tyle blisko, że dzielił ich zaledwie centymetry, popchnął ją gwałtownie w stronę ściany. Koniec różdżki przyłożył do jej podbródka i wybił w nią tak zimne spojrzenie, że Hermiona poczuła, jak powoli zamienia się w figurkę lodową, która i tak zaraz ma się roztopić pod wpływem napierania chłopaka.

– A więc Blaise, - zaczął półszeptem. - Myślałeś, że się nie dowiem? Że do jasnej cholery nie będę niczego pamiętać? - Odezwał się szorstkich tonem nadal wpatrzony w przerażoną Gryfonkę. – Wiesz, że cię za to zabije.

– Ale ja naprawdę…

– Zamknij się, bo ubije już, teraz. Lubisz chłopców Zabini? To teraz ja się z tobą zabawie.

I cała poranna buntowniczość zeszła z niej momentalnie. Mało tego ten wredny, wstrętny Ślizgon tak bardzo ją onieśmielał, że nie bardzo mogła pojąć powagę sytuacji. Policzka jej poczerwieniały a nos zaczął tak przeraźliwym swędzieć…

Co tu zrobić, co tu zrobić? Rzeczywiście Malfoy ma prawo być złym, w końcu ona i on. Wczoraj...

– Jeszcze masz czelność się rumienić przygłupie?! - Wrzasnął a kosmyk jego włosów opadł na twarz.

– Wiem, że jesteś wściekły, ale to nie tak jak myślisz. Te fiolki, przypadkiem...

– Przypadkiem? - szepnął przez zęby.

Hermiona pomyślała, że o wiele bardziej wolałaby słyszeć jego krzyk niż głęboki, mroczny szept, który wywoływał drżenie kolan.

- Jakoś nie wydawałeś się być tym faktem pokrzywdzony. Już nie wspomnę o tych wszystkich...tych...po...poca... - Nie dokończył, prychnął ze złości czując jak sam zaczyna robić się czerwony na twarzy nie wiadomo, czy to z nerwów,czy z zażenowania. Nie potrafił wypowiedzieć na głos tego, że całował się Zabini'm. Litości. Coś takiego nawet nie mogło mieć miejsca.

– Przepraszam, nie chciałem. - Hermiona opuściła głowę w dół czując desperację. - Jak chcesz wiedzieć, to naprawdę nic takiego się między nami nie zdarzyło.

– Przepraszasz? - Powtórzył oschle, marszcząc nos. - Od kiedy się taka baba z ciebie zrobiła, że co chwile tylko jęczysz i przepraszasz.

" Nie chciałbyś wiedzieć "- pomyślała cierpko, szczerze wątpiąc w dzisiejszy dzień.

Pansy Parkinson stała kilka kroków od nich zamykając dłońmi usta i niemal dygocząc z emocji. Nie bardzo słyszała, co tam między sobą szeptali, ale wyglądali naprawdę okazale. I groźnie. Mózg pracował jej na pełnych obrotach. Owszem może i obiecała, że nikomu nie powie o tym, co wczoraj widziała. No, ale chyba mogła się z tym podzielić z Millicentą i z Goyle'm i z Malcolmem i z całą resztą Ślizgonów. A teraz jakimś sposobem Draco musiał dowiedzieć się o tym, że Zabini kocha Granger! A mówiła! Mówiła żeby mu nic nie mówić! Niech ona tylko dowie się, kto dał plamę, to nie ręczny za siebie. Kto by jednak pomyślał, że Draco wpadnie aż w taki szał z tego powodu?Może on i Zabini... Może ich łączy coś więcej niż przyjaźń?

Pansy Parkinson poczuła, że właśnie ogłupiała, gubiąc się we własnych sprzecznych myślach. Mimo wielkiego podniecenia, jakie ją ogarnęło postanowiła zapanować nad sytuacją. W końcu, kto jak nie ona? Podbiegła do Dracona starając się go delikatnie odciągnąć od Hermiony.

–Draco to niech ich wina, zrozum oni się kochają. - Draco ze wzrokiem psychopaty na haju mechanicznymi ruchami odwrócił głowę w jej stronę.

– Co? - Na twarzy cały czas miał przeraźliwy uśmiech diabła. - Ty też w to jesteś zamieszania?

Pansy widząc tą twarz zdębiała.

Hermiona mimo, że była niemal przygnieciona całkowicie ciałem Draco tak że, z ledwością udawało jej się złapać oddech starała się myśleć racjonalnie. Draco Malfoy będąc jedynie w samych bokserskich chce ją zabić. Nie głupia wizja śmierci jakby nie patrzeć. Cóż się dziwić, że wpadł w szał po tym, co się wczoraj wydarzyło. Na pocieszenie miała już pewność, że eliksir przestał działać.

A to wszystko wina oczywiście nie kogo innego, jak Zabini'ego. Jeśli jakimś cudem uda jej się przeżyć dzisiejszy dzień z pewności nie przeżyje go Blaise.

– Twój znak. - Wydusiła wpatrując się zrozpaczonym wzrokiem w jego ramię.

Draco przez chwilę wybił się z tropu, odskoczył od Hermiony i panicznie wzrokiem rozejrzał się dookoła. Na litość boską mu chyba na mózg padło żeby przyjść tu w takim negliżu. Chłopak złapał za czarny szlafrok wiszących na drzwiach szafy, po czym jednym ruchem okrył nim ciało. Stał chwilę w miejscu gładząc wzrokiem po lekko zdezorientowanej Pansy.

– Dobra, na czym to ja - zadumał napinając mięśnie twarz.–Ah tak mam cię zabić.

Zanim dziewczyna znowu znalazła się w potrzasku Pansy wskoczyła miedzy nimi odpychając Draco tak, że poleciał prosto na łóżko. Blondyn potraktował ją wściekłym spojrzeniem.

– Wynocha Parkinson, albo zamknęła cię w schowku na miotły!

– Ludzie! Szybko, pomocy! - Zaczęła wrzeszczeć na cały regulator i o dziwo niemal po kilku sekundach do pokoju wparowała gromada Ślizgonów.

Hermiona zadumała jak to możliwe, że tak szybko się tu zjawili? Może stali cały czas za drzwiami i czekali na znak od swojej królowej Parkinson? Paranoja. Wyglądali jak stado wariatów, którzy uciekli prosto ze Św. Munga. Goyle miał na sobie pidżamę- kombinezon z podobiznami Snape, Millicenta trzymała w dłoni wielki wał pokryty kolcami, zaś Crabbe miał wielki sznur obowiązany wokół nadgarstka. Hermiony wzrok prześliznął się na dziewczynę ubraną w delikatną beżową tunikę. Długie jasne włosy miała zawiązana w wysoki kucyk. Oj tak Astoria była naprawdę prześliczną dziewczyną. Trudno było by temu faktowi zaprzeczyć. Nawet Hermionie.

– Plan b ludzie, biały smok dowiedział się o niedźwiedziu i chochliku. Powtarzam biały smok dowiedział się o niedźwiedziu i chochliku. Pelikan opuszcza dziuple! - Pansy odskoczyła zwinnie w bok kierując się w stronę drzwi.

– Parkinson twoja schizofrenia się pogorszyła, czy ja jestem w jakimś pierdolonym Disneylandzie? - Parsknął Draco obrzucając wszystkich zebranych zniesmaczonym spojrzeniem.

Chwilę zawiesił spojrzenie na słodkiej Astori.

– Wynocha mi stąd, ja i Blaise mamy PEWNĄ sprawę do załatwienia - kontynuował.

– Ty, Pansy czekaj no – mruknął zmieszany Goyle zatrzymując ją przy drzwiach. – To znaczy, że MY mamy GO...

– Tak, WY macie GO, nie psuj mi akcji jełopie. Powiedziałam chyba, że PELIKAN opuszcza dziuple! - Pisnęła, po czym ulotniła się z dormitorium cholera jedna wie gdzie.

Draco Malfoy wzruszył beznamiętnie ramionami, chwilę wpatrzył się w martwy punkt na ścianie, po czym westchnął sam do siebie i na powrót odwrócił głowę w stronę nieszczęsnej Hermiony, nakładając na twarz demoniczny uśmiech. Pomyślała, że jest to najpiękniejszy zły uśmiech, jaki kiedykolwiek ujrzała. Co nie zmieniło faktu, że Draco naprawdę jest w istnej furii i zaraz prawdopodobnie ona, niczemu winna Gryfonka, umrze. Na dodatek w nie swoim ciele. Bajecznie.

–Ten… Ja tego nie zrobię. - Syknęła Millicenta do reszty Ślizgonów.

– Musimy, Draco nie jest sobą, rozumiesz? Swoją drogą, kto by pomyślał, że będzie aż tak zazdrosny o Granger. - Mruknął Goyle poprawiając zacne okulary na nosie.

–Nie sądzę by był to dobry pomysł. - Wyszeptała nieśmiało Astoria rzucając spojrzenie w stronę piekielnie złego Draco'na.

– Nie mamy wyjścia. Na trzy cztery. - Oświadczył Goyle.

Astoria westchnęła bezradnie do samej siebie nie bardzo wiedząc, co ma ze sobą zrobić. Sam widok Draco'na na dodatek w samym szlafroku strasznie ją onieśmielał. Na litość boską pewnie już dawno zrobiła się na twarzy czerwona, jak burak. Mogła włożyć coś innego, wygląda pewnie, jak idiotka. Co on sobie o niej pomyśli? Szybko przyklepała włosy, które już i tak były idealnie ułożone, po czym przejechała zgrabnie po tunice. Zanim jednak zdążyła cokolwiek uczynić można by powiedzieć, że wszystko już zostało zrobione.

Draco Malfoy leżał na wznak przywiązany sznurem do poręczy łóżka.

Tymczasem w innej część Hogwartu.

Pansy Parkinson będąc nadal w negliżu stała pod portretem Grubej Damy i głośno dyszała.

– Mówię ci tłusta prukwo, że to sprawa wagi państwowej jest! - Syczała łapiąc oddech. - Wołaj mi tu Granger.

– Młoda panno grzeczniej, wypraszam sobie. - Warknęła Gruba Dama pusząc się jeszcze bardziej.

– Dobra już dobra, mogłabyś zawołać Granger? Zrobisz to? Bardzo ładnie proszę.

Gruba Sama mlasnęła pod nosem mało przekonana.

– Też mi coś. Najpierw drze mordę a teraz prosi.

Pansy warknęła zaciskając małe pięści z nerwów i wbijając rozwścieczony wzrok w obraz.

– Długo mam czekać?! Mówię chyba, że tu chodzi o czyjeś życie!

– A idź czorcie mały. - Obrzuciła ją spojrzeniem pełnym pogardy, po czym zniknęła.


Harry Potter wstał bardzo wcześnie tego dnia. Bynajmniej nie z powodu przyjęcia dla Draco'na. Coś o wiele bardziej poważnego siedziało mu teraz w głowie. Wczorajszy wypad do Hogsmeade był naprawdę niepokojący. Nie tylko z powodu tego, co udało mu się podsłuchać, ale i od tamtego momentu jego blizna pobolewała. W jego sercu pojawiło się dziwne uczucie podniecenia, którego tak dawno nie czuł. Czy znowu przyjdzie mu stanąć twarzą w twarz z niebezpieczeństwem? I czy jest w stanie dać sobie z tym radę? Przecież już nie jest TYM samym Harry'm, co kiedyś.

Och litości, gdzie są te ciasteczka karmelowe, co wczoraj zostawił? Czemu to wszystko musi się tak komplikować?

– Potter. - Tuż przed nim stał sztywno Zabini, mając na sobie przedziwną różową pidżamę ze staroświeckimi, gustownymi koronkami.

– Hermiono, Ty… - zilustrował dokładnie strój dziewczyny.
– A, to.- Zabini wyszczerzył zęby wyraźnie podekscytowany spostrzegawczością Harry'ego.

Wypiął dumnie klatkę recytując wysokim głosem.

– Ekskluzywna pidżama, 100 procent bawełny, ręcznie tkana, najnowszy trend tej zimy. Spójrz na tą jakość. No dotknij i powiedz czy czułeś coś bardziej przyjemniejszego niż ten materiał?

Harry przełknął powoli ślinę i niepewnie zbliżył dłoń do blado różowego materiału. Po chwili pełen zachwytu spojrzał na dumnego Zabini'ego gładząc materiał między palcami.

– To... - Wydusił otwierając szeroko oczy. - To jest cudowne! - Nie potrafił opanować swojego zaskoczenia.

– Oczywiście, dzięki temu moje ciało ma pełen komfort całodobowy. Jestem wypoczęta i pełna życia. - Zabini sam przejechał dłonią po różowym materiale cicho mrucząc

– Naprawdę 100 procent bawełny?- Dopytywał się Potter.

– Dokładnie, a nawet 101.

– Jakie miękkie...

– Co wy robicie? - Wydukał z siebie Ronald Weasley spoglądając przenikliwym wzrokiem w stronę Zabini'ego i Harry'ego.

Mając na sobie wielkie sweter z literą "R" oraz spodnie od pidżamy zbliżył się w ich stronę ze spojrzeniem pełnym wątpliwości. Zmierzył Zabini'ego od stóp do głowy następnie prześlizgnął wzrok na Harry'ego a raczej na jego dłoń znajdującą się w okolicach brzucha Blaise'a.

– Zachwycamy się moją s pidżamą, chodź dotknij.

– Dokładnie Ron, dotknij. 100 procent bawełny. Bez ściemy.

Ron spojrzał na nich zszokowanym i jeszcze trochę śpiącym wzrokiem, po czym zaczął kręcić głową, aby wyrazić swoją dezaprobatę.

– Wyglądasz jak jakaś hrabina. - Parsknął - Jak można w tym chodzić?

– I dlatego Weasley wyglądasz jak wyglądasz - prychnął Blais.

– Że co? Że niby jak wyglądam?- Ron przybrał buraczkowego koloru spoglądając wyzywająco w stronę pidżamowej księżniczki.

– Spójrz w lustro i sam sobie odpowiedz durniu. - Skwitowała Ginny pojawiające się na horyzoncie. – Mi się tam całkiem podoba.

– No widzisz, twoja siostra zna się na rzeczy.

Ron poczerwieniał na twarzy, bąknął coś pod nosem i zaczął otwierać paczkę ciągutek.

– A czy ja też mógłbym dotknąć? - Wyjąkała Neville czając się z boku.

– Jasne Longbottom, nie żałuje sobie. - Zabini wyszczerzył zębiska czując się jak młody syn samego Boga.

Neville już wyciągał dłoń w stronę cudownej pidżamy Zabini'ego, już dzieliły go zaledwie milimetry od niesamowitego materiału, aż nagle rozległ się gruby kobiecy głos.

– Panna Granger proszona tutaj.
I przepadło. Neville stał chwilę z zawieszoną dłonią w powietrzu czując największy zawód, jaki udało mu się przeżyć.

Zabini wraz z Harrym, Ronem i Ginny zbliżył się do wejścia, po czym, uchylił drzwi. Do pokoju wparowała z prędkością torpedy Pansy Parkinson.

– Problem Granger, problem! Malfoy dowiedział się o Tobie i Blaise'u. Teraz w akcie szału i poczuciu zdrady chce zabić biednego Blaise. Szybko, każda chwila się liczy.

– Że, że co? - Wydusił Ron czując, że zaraz oszaleje. - Ty, ty...i ten...głąb Zabini?! Co ona bredzi?

Harry otworzył szeroko oczy.

– O co chodzi? - Zapytał też nie dowierzając w to co usłyszał.

– Głąb? - Zabini zakrztusił się mierząc wściekłym wzrokiem Rona. - Że niby, kto jest głąbem?

– Oj chodźmy - Warknęła Ginny, po czym wyruszyli.


Draco Malfoy leżał na wznak przywiązany sznurem do poręczy łóżka. Jego poziom irytacji już dawno przekroczył limit normalnego człowieka.

Znowu... Znowu został unicestwiony.

Tym razem przez własnych przyjaciół. Przyjaciół? Prychnął w myślach na samo to słowo. Co za zdrada z ich strony?! Zabini Blaise, wyczerpałeś już swój limit. Jesteś martwy. Wszyscy są!

– Co wy robicie? - Wydzierała się Hermiona starając się wyrwać z objęć Goyle'a i Millicenty. - Oszaleliście? Zostawcie go!

– Wiemy, wiemy, nie martw się nic Zabini. Skoro jesteś z Granger my to zaakceptujemy. - Goyle mrugnął do niego zawadiacko oczkiem.

– Że co? - Hermiona zupełnie nie potrafiła zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Czy wszyscy nagle oszaleli? Czy może to z nią jest coś nie tak? - Nie, nie, wy nie wiecie, o co chodzi. Rozwiążcie go.

– Zabije was, padliny, gnidy, ja rozkazuje w tym momencie mnie rozwiązać. Jak to jesteś z Granger? Od kiedy? - Krzyczał Draco szarpiąc się na łóżku.

Hermiona znowu poczerwieniała. Co ona ma zrobić? Czemu takie sytuacje zawsze muszą jej się przytrafiać?

– Nie, to nie tak. Wy wszyscy... Proszę możecie nas zostawić samych?

– Żebyście się pozbijali? - Warknął Goyle. \

" Jak już co to Draco by zabijał mnie" pomyślała ponuro Hermiona.

Teraz to ona już na pewno jest martwa. Musi jakoś rozwiązać Draco. Tak. Musi to zrobić. A kiedy tylko zostaną sami wszystko mu powie. To, że nie jest tak naprawdę Zabnini'm, tylko Hermioną. I że to nie jej wina była. To ona jest tu najbardziej poszkodowana i to ona powinna zabijać. To Malfoy skradł jej pierwszy pocałunek i to jeszcze w ciele Blaise'a. Może to nie były fizycznie jej usta, ale psychicznie odczuwa to bardzo konkretnie.

Czemu wszystko musi być takie pokręcone?

- Patrzcie Snape z McGonagall w bieliźnie! - Hermiona krzyknęła wskazując głową w okno. Wszyscy, jak na zawołanie podbiegli do szyby przepychając się nawzajem, jak stado psów czekających na kawałek steku. Hermiona korzystając z wolności podbiegła do Draco'na starając się jak najszybciej uwolnić jego dłonie.

– Nie zbliżaj się ci radzę. - Mruknął szorstko.

– Draco. Proszę, to nie tak. Ta fiolka. To nieporozumienie.

- Nieporozumienie? Ty jesteś nieporozumieniem. - Warknął przez zęby.

- Przepraszam. Wiem, że możesz się czuć teraz dziwnie, ale to był tylko efekt eliksiru.

- DZIWNIE?

- Oszust! - Krzyknęła Millicenta, po czym zaczęła biec z resztą w ich stronę.

Nim jednak Hermiona została ponownie unicestwiona do pokoju wparowała gwardia Gryfonów na czele z Parkinson. W jednym momencie Goyle chciał złapać Hermionę za ramię, ta jednak odskoczyła lekko w bok co efektem było stracenia równowagi. Jednym ruchem spadła prosto na Draco, a ściślej mówiąc na jego usta. Cały pokój zamarł. Pansy i kilka osób zatkało sobie oczy dłońmi wydając jedynie głuchy jęk. Zabini poczuł jak coś silnego przeszywa całe jego ciało skryte pod różową koronkowa pidżamą. Ginny otworzyła tak szeroko usta, że mogłaby zmieścić w nich kule ziemską. Zaś Ron ostatkiem sił powstrzymywał się od zwrócenia karmelek.

Hermiona jak i Draco bez ruchu wpatrywali się zaszokowanym wzrokiem w siebie nadal złączeni pocałunkiem.

Co... Co się właśnie dzieje? Jak to... Ona... I ... Co...

Hermiona już dłużej nie myślała, po prostu straciła przytomność uderzając sztywno głową w Draco'na.

10 minut później.

– Zadowolony jesteś? - Warknął Zabinii wpatrując się zimnym wzrokiem w nieporuszonego Draco'na, który stał sztywno kilka kroków od łóżka z założonymi dłońmi na piersi.

– Granger powiedz ty mi, po co żeś tu przyszła z tą całą drużyną porażek życiowych? - Zaczął zaczepnie nadal wpatrzony w nieprzytomną twarz Hermiony.

– Przyszłam, bo jak mnie słuchy doszły chciałeś zabić mojego CHŁOPAKA! - Zabini był wściekły. Jak mogło do tego dość? Jakim prawem on i Granger. I to w jego ciele? Na samą myśl gotowało się w nim.

Och jeszcze brakuje aby Granger zrobiła z niego geja.

Mało tego, dlaczego Draco Malfoy ma na swoim obnażonym ciele jego szlafrok? Nadal przed oczami miał obraz pocałunku, jakiego przed chwilą miał okazję ujrzeć.

Ron tymczasem na słowo chłopak zakrztusił się śliną.

Draco prychnął wybuchając suchym śmiechem.

– Chłopaka? Granger litości.

– Co, zazdrościsz nam Malfoy?

– Zazdrościć czegoś? Wybujałej wyobraźni Granger ?

– Po prostu zaakceptuj fakt, że ja i Zabini jesteśmy ze sobą.

– Wykluczone. A teraz gdybyś była taka miła, to wracaj do swojej zapchlonej jaskini, bo jak się możesz domyśleć nie jesteś tu mile widziana.

– Odmawiam. - Zaprzeczył Zabini zaciskając mocno wargi. - Zostaje dopóki mój chłopak nie odzyska przytomności! Przypomnę Ci, że to przez ciebie znajduje się w takim stanie!

– Przeze mnie? No tak to ja siebie przywiązałem do łóżka, a później to ja zmusiłem Zabini'ego żeby mnie obślinił.

– Dokładnie, dobrze, że jesteś świadomy swojej zbrodni.

Reszta stała z boku wsłuchując się w kłótnie. Wyglądali, jak podczas seansu kinowego zupełnie pochłonięci sceną kulminacyjną rozgrywanej akcji.

– Zabini to ma powodzenie. - Westchnęła Pansy ściszając swój wokal.

– Ale, że oni tak na serio razem. Nie spodziewałem się tego po Hermi. - Zadumał Harry wpatrując się w rozwścieczonych Ślizgonów.

– Ja wiedziałam. - Odezwała się Ginny. - Sama mi powiedziała.

– I nie raczyłaś nas o tym poinformować? - Warknął Ron. Ginny wzruszyła jedynie ramionami. – Kiedy to się w ogóle zaczęło?

– Od ich zniknięcia, myślę. - Westchnęła Ginny.

– Draco jest słodki jak jest zazdrosny. - Zaśmiała się Millicenta.

– Kto by pomyślał, że Zabini tyle dla niego znaczy. Jakie to melodramatyczne. – Otarł łzy wzruszenia Goyle.

– Ja tam czułam, że Draco coś "ten teges" do Zabini'ego, wczoraj kleił się do niego cały dzień. - Skwitowała Mill.

- Tak było. - Potwierdziła Pansy. - Ale Dracuś... Nie, nie, nie. Nie zaakceptuję tego nigdy.

Astoria pokiwała twierdząco głową czując wielki ból w klatce piersiowej.

– Hermiona i ten... - Ron wykrzywił twarz. – Też tego nie zaakceptuje. Odmawiam, nie!

– Myślicie, że to coś poważnego? Wiecie Zabini ostatnio taki jakoś zamyślony chodzi. Nigdy taki nie był.- Odezwał się Crabbe.

– Hermiona też ostatnio dziwnie się zachowywała.

Wszyscy wydali z siebie ciche westchnienie.

– A wy, co? Nie macie, co robić? - Warknął Draco spoglądając na grupę widzów, która momentalnie drgnęła w miejscu. – Wynocha i to już.

– Malfoy to wbijasz do nas później? - Zagadał swobodnie Harry kierując się w stronę drzwi.

– Och wiesz nie musisz, ale Zabini na pewno przyjdzie, w końcu jestem jego DZIEWCZYNĄ, więc chce ze mną spędzać teraz jak najwięcej czasu. - Wtrącił niby od tak sobie Blaise obrzucając Draco triumfalnym wzrokiem.

Draco Malfoy z miłą chęcią nie poszedłby na to durne przyjęcie. Jednak widok Granger z miną królowej Hogwartu doprowadzała go do szału. Jakim prawem to czupiradło przywłaszcza sobie Zabini'ego? To był jego przyjaciel, miał do niego większe prawa niż Granger. Owszem może i był na niego wściekły o ten eliksir... Co nie zmienia faktu, że Zabini należał bardziej do niego niż do jakiegokolwiek Gryfona. A w szczególności do Hermiony Granger.

– W końcu to moje przyjęcie, więc chyba oczywiste, że przyjdę. - Skwitował oschle, posyłając w stronę Zabini'ego zaczepne spojrzenie.

– Jak tam chcesz. - Blais starał się z całych sił by to stwierdzenie zabrzmiało obojętnie. Z nieznanych mu przyczyn miał ochotę potraktować Malfoya kilkoma przezwiskami.

Ginny Weasley stała z boku mając spory mętlik w głowie. Najpierw dowiaduje się, że Hermiona i Blaise raczą obwieścić całemu światu, że są parą, co groziło gorszą katastrofą niż gdyby Snape okazał się być kobietą. Później widzi jak Zabini i Malfoy... Nie potrafiła zaakceptować tego zdarzenia. Nie chciała nawet myśleć o tym, co zobaczyła. Zmierzyła wzrokiem nadąsanego Malfoy'a. Kłócił się z Hermioną znowu o jakieś bzdury. Czemu mu tak zależy? Czyżby rzeczywiście jego i Zabini'ego łączyły jakieś specjalne relacje? Pokręciła bezradnie głową.

– My idziemy. - Skwitowała krótko.

– Dobry pomysł, my też się będziemy zbierać - Zakomunikowała nieciekawym głosem Pansy wiedząc, w jakich chwilach jest się najlepiej ulotnić. W końcu była w tych sprawach ekspertem. Draco rzucił w jej kierunku spojrzenie w stylu: później się z wami policzę, po czym gromada Gryfonów i Ślizgonów w końcu zniknęła z dormitorium Zabini'ego.

– Granger, chyba powiedziałem żebyś się stąd ewakuowała.

– Malfoy, chyba powiedziałam, że zostaje, aby upewnić się, że z moim mężczyzną wszystko w porządku.

Draco prychnął z jawną kpiną. Może i Zabini rzeczywiście coś kręcił z Granger, ale na pewno robił to tylko po to by się zabawić, w końcu znał go dobrze, wiedział że Blaise lubi ryzyko, a Hermiona Granger była tym ryzykiem niezaprzeczalnie wielkim. Czy oni mogli ze sobą sypiać? Draco na samą tą myśl pokręcił panicznie głową. Przecież to cnotka.

– Skoro to konieczne. - Syknął. Blaise Zabini przysiadł na łóżku obok nieprzytomnej Hermiony i zaczął teatralne głaskać ją po głowie szepcąc oczywiście na tyle głośno by Draco go słyszał.

– Moje biedactwo. - Zaczął z czułością. - Cóż ten potwór ci zrobił.

Draco posłał mu spojrzenie pełne furii. Tak, znowu wyszło na to, że on jest wszystkiemu winny. Niedoczekanie. Blondyn mechanicznym krokiem zbliżył się do Zabiniego i jednym ruchem odepchnęła dłoń od głowy Hermiony miotającym piorunami w jego stronę.

– Malfoy, twój pocałunek jest aż tak zabójczy, że ludzie po nim mdleją? - Zaśmiał się gorzko Blais rzucając mu jeszcze bardziej wzywające spojrzenie. Teraz będąc z perspektywy Granger rozumiał ciągłą irytację do osoby Malfoy'a.

– Co Granger, chcesz się przekonać? - Powiedział niskim tonem zaciskając szczękę tak mocno, że mięśnie żuchwy zaczęły mu lekko podrygiwać.
– Wole nie ryzykować.

Hermiona czuła jakby znajdowała się w jakimś ciemnym pustym tunelu. Do jej uszu dochodziły jedynie odległe odgłosy, które nie mogła wyraźnie dosłyszeć. Jak echo, które odbijało się o wszelkie możliwe materie gubiąc w tym jakikolwiek sens. Delikatnie otworzyła powieki czując niewytłumaczalny wstyd na sobie. Co się stało? Czemu ona leży? Przed sobą dostrzegła Draco i Blaise'a.

Och nie.

Może Blaise był na tyle odpowiedzialny, że wytłumaczył Draco ich prawdziwą sytuację?

– Kochanie! - Zaświergotał Zabini rzucając się jej na szyję. Hermiona wykrzywiła usta posyłając mu zdezorientowane spojrzenie. Co on znowu wymyślił? - Dobrze się czujesz? Boli cię coś?

– Szyja. - Warknęła uwalniając się z jego uścisku.

Powoli zaczęła sobie przypominać całą dzisiejszą historię. To jak Draco chciał ją zabić, jak rozszalałe stado Ślizgonów przywiązało go do łóżka, i to jak ona i on… .Po raz kolejny tego poranka jej twarz oblała się falą wstydu.

– Długo masz zamiar tak leżeć? - Odezwał się Draco mierząc ją przeszywającym spojrzeniem. Jakże chciała uniknąć tego wzroku. Jak na zawołanie zwlekał się z łóżka stojąc teraz tuż przed blondynem.

– Słuchaj Malf... Draco. - Zaczęła starając się ułożyć w głowie jakąś sensowną wypowiedź. - To naprawdę nie było celowe.

– Mówisz o eliksirze miłosnym, zatajonym niby związku z Granger, czy dzisiejszym obślinieniu moich ust? - Na te słowa poczuła się jeszcze bardziej osłabiona.

– O wszystkim. - Wyszeptała przelotnie rzucając mordercze spojrzenie w stronę Blaise. - A ty czego tu szukasz? - Warknęła. Miała ochotę rzucić się na niego i go zwyczajnie udusić. Że jeszcze ma czelność w ogóle pokazywać się jej na oczy.

– Martwiłam się o swojego chłopaka, to chyba normalne. - Odpowiedział z naciskiem posyłając jej dwuznaczne spojrzenie w stronę Draco'na. Hermiona nie miała nawet ochoty doszukiwać się w tym jakiegokolwiek znaczenia.

- Oszalałeś? - Warknęła traktując go wściekłym spojrzeniem.

- Co to ma być? - Wskazała głową na różową pidżamę. - Znowu paradujesz po Hogwarcie w czymś takim?

Draco Malfoy stał jak słup i z miną tak dziwną, że aż nie do opisania słuchał tej przerażającej wymiany zdań.

- Co ci się w niej nie podoba? - Warknął Blaise.

No tak tylko Granger mogłaby się czepiać czegoś takiego, jak pidżamy. Mogłaby, chociaż okazać, choć trochę solidarności i być dla niego bardziej czuła w obecności Malfoy'a.

– Odpowiedz sobie sam na to pytanie.

– Nieważne, nieważne. - Zaczął interweniować Blaise uśmiechając się pobłażliwie. - Zostawię was. Widzimy się wieczorkiem, kochanie. - wychodząc puścił do niej znaczące oczko. Ten gest jeszcze bardziej ją zdenerwował.

" Kochanie?" "widzimy się wieczorkiem?" Czy on już kompletnie postradał zmysły? Jak po tym wszystkim miałaby przekonać Draco'na żeby szedł z nią na to całe przyjęcie?

– Też idę. Jeśli tu dużej zostanę to albo oszaleje albo cię zabije. - Mówiąc to brzmiał naprawdę prawdziwie, co też Hermiona pokiwała tylko tępo głową.

– I zostaw to coś - nawiązał do Hermiony. – Pogrążasz się. - wyszedł nerwowym krokiem.

Opadła znowu na łóżko chcąc zapomnieć o istnieniu tych wszystkich problemów.


Wieczór.

Hermiona stała przed lustrem ciskając w swoje odbicie piorunami. Jakże nienawidziła tej twarzy. Miała już serdecznie dość siebie w roli Zabini'ego. Wiedziała, że Blais nie jest winny ich przemiany. Nie czuła do niego żalu z tego powodu, bardziej martwił ją fakt jak to wszystko zdążyło się w tak krótkim czasie skomplikować. Ile to już dni spędziła w roli Ślizgona? Traciła rachubę. Zacisnęła pięści pełna irytacji. Nim jednak zdołała wyładować swoją agresję ktoś wparował jej bez pukania do pokoju,

Draco Malfoy. Stał za nią spoglądając w odbicie jej twarzy. Wyglądał zwyczajnie. Miał na sobie czarną zwykłą koszulę i szare spodnie. Mimo tej zwyczajności dla Hermiony wydawał się być jeszcze bardziej niesamowity niż zazwyczaj.

- Ty i Granger. - zaczął prosto z mostu. Nadal stali w tej samej pozycji, co poprzednio, tyle, że teraz wzrok Draco prześliznął się gdzieś w bok. - Naprawdę jesteście razem? - Hermiona miała wrażenie, że wymówienie tych wszystkich słów sprawiało mu niesamowity trud. Chłopak powrócił spojrzeniem, do jej oczu wyraźnie lekko zażenowany.

- A to - Hermiona uciekła od tego spojrzenia kierując się w stronę szafy, z której wyjęła brązowy sweter. Nadal miała przed oczami Draco'na przywiązanego do łóżka i przyklejone swoje usta do jego ust. Starała się jednak o tym więcej nie myśleć. Ileż można się przecież tak rumienić dziennie? - Nasze relacje, nie są takie jak wszyscy uważają. Przyjaźnimy się.

Draco powstrzymał się od wyśmiania jej w twarz. Zamiast tego postanowił ciągnąć temat dalej.

– Przyjaźnicie? - uniósł brwi robiąc zaskoczoną minę. – Czyli, że spotykacie się ze sobą, spędzacie wspólnie czas, pieprzycie?

Hermiona zakrztusiła się śliną, otwierając szeroko oczy i automatycznie chcąc krzyknąć " jestem dziewica palancie!". Na szczęście w porę się powstrzymała. Czyli wychodzi na to, że Blaise Zabini właśnie to zazwyczaj robił ze swoimi przyjaciółkami? Pieprzy je?

– Co? - Wydukała nadal pełna sprzecznych myśli. - Skądże! Oczywiście, że nie robimy takich… rzeczy. To czysta relacja.

– To, co robicie? - Naciskał Draco rozbawiony reakcjami swojego przyjaciela.

- My w sumie to, - co oni robią prócz wyzwania się, krzyczenia i besztania? Przecież nie mogła powiedzieć tego Draco bo by wyszło wszystko na jaw. - Chodzimy na spacery, rozmawiamy.

- Tego można się było spodziewać po Granger. - Zaczął szczerząc do niej swoje białe ząbki i wyglądając, jak dziwnego rodzaju drapieżnik. - Zero przyjemności z tej waszej przyjaźni. - Stwierdził opierając łokcie o materac.

Hermiona wzburzyła się rzucając mu gniewne spojrzenie. A więc Draco Malfoy też uważa, że przyjaciele są tylko do...pieprzenia?Czy ci faceci już do reszty pogubili swoje rozumy i myślą tylko jednym organem?

– Nie rozumiem, dlaczego jej tak nienawidzisz. - Zaczęła zaczepie. Oczywiście że wiedziała, dlaczego jej nienawidzi, jest szlamą. W oczach Draco zawsze nią będzie i chociaż ten fakt jakoś nigdy wcześniej jej nie krzywdził teraz poczuła nieznany wyrzut, co do jego osoby.

– Pomijając fakt, że jest szlamą i zadaje się z gwardią Pottera? - Stwierdził krótko nadal tym samym, obojętnym głosem. - To nie, nie nienawidzę jej.

Czego się mogła spodziewać, po Malfoy'u?

– Wygląda jakbyś jednak nienawidził - wywróciła oczami.

– Żebym kogoś nienawidził, musi sobie na to zasłużyć. Granger nie jest tego warta. - warkinął. – Za ten eliksir chyba zaczynasz się kwalifikować.

No i masz. Draco. Jakże miły chłopak. Nawet na jego nienawiść nie zasługuje.

Hermiona pobladła na samo wspomnienie o poranku i furii Malfoy'a.

– Chodź- wyprostował plecy podobnie jak miał w zwyczaju robić to jego ojciec. - Ponabijamy się z pijanego Pottera.


Impreza.

– Harry ale ty nie wiesz, nie wiesz, że to właśnie Salazar Slytherin pierwszy wyrwał Rowene. - Tłumaczyła Pansy Parkinson będąc jednym słowem już lekko wystawioną. Harry słuchał ją z jawnym przejęciem popijając Ognistą Whiskey i wpychając sobie do ust ciasteczko.

– A później zostawiła go dla Goldryka. - Skwitowała Ginny Weasley znajdując się także w stanie początkowego zalkoholizowania.

– No jasne, wiesz czemu Ginny Weasley? Wiesz?! - Snuła dalej Pansy gestykulując energicznie swoimi kościstymi dłońmi. - Bo miał większego, o!

– No coś ty, serio? - Nie powstrzymał zdziwienia Harry czując jak w połowie gardła stanęło mu konsumowane ciasteczko.

– A co, myślałeś, że była z nim dla dużych oczu? Rowena puszczała się z wszystkim, taka była prawda. Historia chce to zatuszować zwalając całą winę na Salazara. Jaki to on zły był, jak to syczała językiem, bla bla. Guzik prawda! Prawda jest taka, że Rowena dawała na prawo i lewo, a jak Salazar jej się znudził to go zostawiła.

Pansy niemal krzyczała starając się złapać porządny oddech.

– Dokładnie, jako, że nasz Salazar był może i mrocznym, ale za to uczuciowym mężczyzną załamał się po odejściu Roweny i zaczął tępić hołotę co by nie było. - Wtrąciła się Dafne polewając całemu towarzystwu po pełnym kieliszku.

– Widzisz Harry - Pansy zrobiła poważna minę. - Salazar i Goldryk byli przyjaciółmi, a poróżniła ich jakaś nimfomanka. Wężousty bóg seksu załamał się, stracił swą ukochaną a także najlepszego zwierzchnika.

– A ta czwarta, jak jej tam było? - Zamyśliła się Ginny, po czym za jednym zamachem wypiła cały kieliszek z alkoholem, marszcząc przy tym swój mały zadziorny nosek.

– Helga. - Dokończyła Pansy będąc obytą w całej historii Hogwartu. - Helga to inna historia. Nienawidziła Roweny. Wiesz, dlaczego Harry Potterze? A dlatego, że Helga od zawsze podkochiwała się w naszym Salazarze. Ale on nie był nią zainteresowany. Sam wiesz, kto by był zainteresowany kimś, kto należy do Hufflepuffu? - Zarechotała chwilę dławiąc się zawartością kieliszka, który właśnie opróżniała. - Po tym jak Rowena zostawiła Salazara, Helga nie mogła patrzeć na jego cierpienie. Obwiniała ją za jego odejście.

– Jakie to tragiczne.- Zadumał Ron mając mętny pijany wzrok.

– Owszem Ronaldzie Weasley. - Potwierdziła Pansy kiwając głową. - I dlatego właśnie Salazar Slytherin był największym czarodziejem. Pogrążony w cierpieniu i rozpaczy posiadł największą, a także najmroczniejszą moc, jakiej świat nie widział.

– Przez Rowene?

– Przez Rowene. Istnieje legenda o medalionie Salazara. Podobno jest srebrny, a wąż, który się na nim znajduje lśni bielą księżyca. Ten kto posiądzie medalion Slytherinu dosięgnie zaszczytu posiadania niewyobrażalnie wielkiej mocy. Tylko potomek Slytherinu potrafi otworzyć medalion. - Po tej wypowiedzi nastała chwila wymownej ciszy.

- Oczywiście to bujda, bo od stuleci nikt takiego medalionu nie widział. - Zaśmiała się nerwowo Dafne starając się rozluźnić napiętą atmosferę.

- Harry ja myślę, że to ty jesteś tym potomkiem, w końcu nawijasz po wężowemu. - Zabełkotał Ron.

- Coś Ty Ron. - Zmieszał się brunet wlepiając oczy w dno pustego kieliszka. - Już nawet zapomniałem tego całego języka wężów.

- Potter tego się nie zapomina, weź no coś zasycz.- Nalegała Pansy wlepiając w niego swoje wielki oczy.

- Czy ja wiem. - Zaczął niepewnie Harry, ale widząc maślane spojrzenie Pansy szybko się zdecydował. - No dobra. Znam jedną piosenkę. Nie to że coś, ale jest całkiem przyjemna. W sumie to kołysanka, ale jeden pieron, jak to szło… - zamknął na chwilę oczy szepcąc coś cicho po nosem. - Hasssa haas hasssa haas, hees nos uss as has as as. - Pansy klasnęła w dłonie wlepiając świecące oczy w Harry'ego. Jakże w tedy jej zaimponował.

- Potter ty naprawdę powinieneś dostać się do Slytherinu. I co to znaczy?

- Wężyku mały wężyku mały, zamknij swe słodkie oczka boś śpiący jest cały. - Wydymał usta Harry posyłając całemu towarzystwu rozbrajający uśmiech.

- O stary, miaaazga. Nie myślałeś żeby wiesz, założyć jakąś kapelę? - Odezwała się Dafne po raz kolejny polewając porcję alkoholu do pustych kieliszków.

- Kapelę?

- No wiesz zespół, na bank zrobiłbyś karierę. Nikt jeszcze nie śpiewał po wężowemu. - Stwierdziła Pansy nadal pełna podziwu. - Nazwalibyście się... Syk Pottera!

- Albo Zwinny Języczek Pottera. - Zarechotała Dafne.- Jej ale to zbereźnie brzmi.

- Nie jakoś tak, nie czuje się być dobrym w śpiewaniu. - Zarumienił się Harry.

Towarzystwo Ślizgonek naprawdę mu odpowiadało, mało tego, dobrze się z nimi dogadywał. Bez wątpienia poczuł sympatię do tych rozgadanych dziewczyn. Wcześniej, mimo tego, że się nie wypowiadał znacząco, co do pomysłu przyjęcia z domem węża czuł pewne obawy. Teraz był jednak pewny, co do wspaniałości tego pomysłu. Poza tym, udało mu się zapomnieć o wczorajszym wypadzie do Hogsmade, już i tak miał dość ciągłego główkowania nad ojcem Malfoy'a i tym dziwnym typem, który z nim był.

– Parkinson znowu snujesz te brednie na temat Slytherinu i Roweny? - Przekręcił oczami Draco zjawiając się jak duch.
– Dracuś mój kochany się ukazał. - Zarechotała wręczanie mu w dłonie drinka. - Jakie znowu bzdury, sam wiesz, że to prawda wszystko jest. Zabini weź no potwierdź.

Hermiona wzruszyła bezradnie ramionami będąc w poważnym szoku. Znała inną historię Hogwartu.

Kiedy weszli do Pokoju Wspólnego Gryfonów impreza naprawdę trwała w dobre. Mimo tego, że Draco chwilę marudził nad hasłem do wierzy Gryfindoru.

" Kretyni mogliby, chociaż je zmienić na czas tego przyjęcia" zirytowała się Hermiona, to atmosfera wydawała się być całkiem w porządku. Prześliznęła wzrok na tony butelek z alkoholem.

" Skąd ten imbecyl tyle tego wziął?" Pomyślała szukając wzrokiem Zabini'ego.

Gdzie go znowu mogło wywiać? Miał panować nad całym przyjęciem, a tymczasem wszystko biegnie według własnego toru. Najbardziej jednak dziwił ją sam fakt, że Gryfoni świetnie dogadywali się ze Ślizgonami. Wchodząc tu spodziewała się prędzej kłótni i wrzasków niż czegoś takiego. Poza tym sam widok Harry'ego i Ron'a sprawił, że zrobiło jej się ciepło w jej obolałym sercu. Przez chwilę miała ochotę ich przytulić, ale widząc jak świetnie się bawią nie śmiała im przeszkadzać.

– Malfoy to prawda jest. - Ożywił się Harry stając w obronie Pansy.

– Potter, po ilości alkoholu, który w siebie wlałeś myliłbym Parkinson ze słupem radioaktywnym.

– Rrowena się puściła z Goldrykiem, i taka jest prawda nie próbuj zmydlić mi oczu Draco. Dlatego tak się nienawidzimy, znaczy nasze domy.

– Trafne spostrzeżenie, Potter. - Zironizował blondyn upijając łyk swojego drinka i obserwując właśnie tą nienawiść miedzy Ślizgonami a Gryfonami. - Widzę Pansy, że nie marnujesz czasu. - Uśmiechnął się wrednie w jej stronę. Dziewczyna lekko poczerwieniała posyłając mu spojrzenie " nie wiem, o czym mówisz"

– Siadaj. - Sunęła się na kanapie - Mam zamiar cię dzisiaj spić i wykorzystać. - Wyszczerzyła do niego zęby.

– Niekoniecznie trzeba mnie spić żeby to zrobić - Malfoy wbił swoje dominujące i jakże pewne siebie spojrzenie w zapatrzoną w niego od dłużej chwili Ginny. Chwilę tak na siebie spoglądali do czasu aż rudowłosa wstała pod pretekstem toalety i ulotniła się gdzieś najdalej od niego. Rozbawiony jej zachowaniem zaczął śledzić oczami resztę zebranych. Neville wraz z Millicentą i Lavender Brown grali w jakąś dziwną, nieznaną a przede wszystkim zbyt mugolską dla Draco, grę. Na ten widok tylko pokręcił głową obserwując jak noga Mill znajduje się niebezpiecznie między kroczem czerwonego Nevilla. Obok nich znajdowała się grupka kilku Gryfonów na przeciwko siedzących Ślizgonów gdzie trwał trudniej wymyślony przez samego sędzinę Crabbe.

Grupki wystrojonych dziewczyn stały z boku w drinkami i rechotało, co chwilę zahaczając wzrokiem o swą nową zdobycz. Gdzieś pod stołem dostrzegł znaną mu otyłą postać, która leżała bez ruchu. Nie odrywając od nie wzroku zapytał się Pansy.

– To Goyle?

– Taa. - Dziewczyna machnęła ręka wyraźnie rozbawiona. - Tak strasznie się stresował przyjściem tutaj, że wcześniej wlał w siebie całą Ognistą na raz. Nie dziwię się, że tak skończył.

Draco w końcu doszukał wzrokiem Blaise'a. Wydawał się kogoś szukać.

"Pewnie Granger" - Wydedukował blondyn. Bo jak sam zauważył to właśnie jej w całym towarzystwie brakowało. Może stwierdziła, że to zbyt upokarzające pić razem ze Ślizgonami i zamknęła się w swoim dormitorium? Draco na tą myśl prychnął pod nosem.

Gdzie ten kretyn się podziewa? - Płakała w duszy Hermiona wracając na powrót do Draco, nadal wodząc wzrokiem po całym towarzystwie. W głowie, jak zawsze ukazywały jej się najgorsze scenariusze.

A jak ten degenerat schlał się i poszedł sprzedawać jej niewinne ciało jakiemuś napaleńcu? Zawyła w duszy. Nie, nie to niemożliwe, przecież Zabini jakby nie patrzeć to ciągle facet, może nie w sposób fizyczny, ale facet. Facet? Właśnie facet, facet, który jest uzależnionym od kobiet, seksoholikiem. A jak znalazł jakąś kobietę chętną do lesbijskich igraszek? Poczuła, jak zimny pot oblewa jej czoło.

- Napij się lepiej. Twoja królewna zaraz się pewnie zjawi. w końcu to Ganger, nie przepuści czegoś takiego. - W ironiczny sposób zaakcentował słowo " królewna: ", wręczając jej drinka. Dziewczyna za jednym zamachem opróżniła jego zawartość, na co Malfoy tylko uśmiechnął się pod nosem.

- Wyczuwam kłopoty. - Mruknęła Hermiona pijąc już trzeciego drinka i mając ochotę popełnienia, na kimś mordu z przyczyn jej niewiadomych.

- Ona jest piękna - westchnęła ni z tego Dafne spoglądając w stronę schodów do dormitorium dziewcząt. Harry Potter pokiwała tępo swoją rozmierzwioną czupryną.

- Czyż nie? - Cicho szepnął sam do siebie wpatrując się w Pansy Parkinson, która o dziwo właśnie wylała na siebie połowę zawartości swego kieliszka. Dziewczyna wykrzywiła usta spoglądając na swoją przemoczoną sukienkę.

- Cholera by to. - Warknęła. Harry Potter nie potrafił się nie uśmiechnąć. Podszedł do Pansy wręczając jej niebieską chusteczkę.

- Dzięki Potter. - Mruknęła z wdzięcznością, przykładając materiał do mokrego miejsca. - Wyglądam jak fleja.

- Wyglądasz ślicznie - Harry Potter sam nie wiedział, czemu to mówi. Może, dlatego że procenty zaczynały w znacznym stopniu działać i robił się zbyć zuchwały, a może...

- Jest i Granger. - Zakomunikował Draco zastygając ze szklanką przy ustach i wodząc wzrokiem po Hermione Granger. Czupryna, którą zazwyczaj miała na głowie jakby zmalała zmieniając się w delikatne przyjemne fale. Długie, zgrabne nogi miała okryte do kolan jasną obcisłą sukienką z niewielkim dekoltem. I chociaż Draco Malfoy spokojnie mógł stwierdzić, że znajdujące się obecnie dziewczyny miały na sobie bardziej wymyślne i skąpe stroje, to właśnie Hermiona Granger zachwycała najbardziej. Nie tylko z powodu swoich długich, zjawiskowych nóg, których Draco nie był świadomy wcześniej. Wyglądała, jak jedna z tych bogatych dam na wydaniu. Pełna klasy, wdzięku i wyrafinowania.

Szkoda, że odmienne zdanie miała na ten temat sama Hermiona. Obraz, jaki stanął przed jej oczami sprawił, że zakrztusiła się alkoholem, który właśnie spożywała i wypluła jego zawartość w pierwszą lepszą osobę, która przed nią stała. Jak się później okazało była to Hannah Abott.

- Co jest? Zabini to ty! Wszędzie cię szukałam! - Słodki głos dziewczyny rozległ się po sali, a ona sama rzuciła się na biedną, bladą Hermionę.

- Ha-Hannah?. - Hermiona czuła jakby właśnie została zmieszana z cementem i trocinami. Co do cholery jasnej ONA tu robi?! Draco widząc minę swojego przyjaciela przewrócił oczami.

– Blais tęskniłeś za mną? Powiedz, że tak. - Dziewczyna obwiązała dłońmi szyję Hermiony bawiąc się przy tym włosami. - Od kiedy masz takie włosy? Serio Zabini do twarzy Ci z tymi loczkami.

– Hannah wybacz, ale jestem teraz trochę zajęty i… - Ale Hermiona nie zdołała dokończyć, bo poczuła znajomy skurcz w żołądku, jaki już kiedyś doświadczyła. Dłoń Hanny powędrowała ku dołowi, niebezpiecznie drażniąc wrażliwe miejsce. Hermiona zatkała usta dłońmi by nie wydać z siebie krzyku. Dreszcze zaczęły przechodzić jej w okolicach podbrzusza i już była ku temu by paść jak kłoda i umrzeć śmiercią tragiczną, kiedy dłoń Hanny nagle zniknęła.

– Co ty robisz? - Usłyszała zimny głos Draco.

Przekrwionymi oczami dostrzegła, że blondyn trzymał Puchonkę mocno za nadgarstek.

– Draco, co ty. Ja i Zabini jesteśmy…
– Po pierwsze nie ma czegoś takiego jak TY i Zabini, więc przestań mnie irytować, bo już mnie to nie śmieszy. - Głos Draco brzmiał tak, jak kiedyś, nie był już przyjazny i sympatyczny. Hermiona była pewna, że gdyby ten głos posiadał siłę fizyczną to połowa uczniów Hogwartu poszłaby teraz gryźć piach. - Po drugie, to przyjęcie dla Ślizgonów więc wypierdalaj póki jestem dobry.
Hannah stała chwilę w miejscu wpatrzona w zimny wzrok blondyna. Po chwili z oczu zaczęły napływać jej łzy. Ruszyła z miejsca.

– Dzięki.- Szepnęła upokorzona Hermiona nadal czując wibrację w spodniach. Przeklęty Zabini, czy ten idiota reaguje na wszystko, co może wykorzystać? Chociaż w tym przypadku to raczej ona zostałaby wykorzystana. Zdecydowanie.
Wzrok Draco nadal był bez emocji, zimny i spokojny.

– A ty, co? - Warknął w końcu nie powstrzymując się od agresywnego tonu w głosie. - Nie masz języka? Stoisz jak ten cieć i dajesz się napastować jakiejś kretynce.

– Przepraszam. - Hermiona opuściła głowę czując się jeszcze bardziej upokorzoną niż chwilę temu. Miał rację, wiedziała o tym. Tyle, że ona jest dziewczyną. I to na dodatek bezradną, ulegającą i bezmyślną dziewczyną, która nie potrafi radzić sobie w takich sytuacjach, jak te.

– I jeszcze mnie przepraszasz… - Draco uspokoił się w końcu, głośno wzdychając i przez dłuższą chwile milcząc. - Granger rzeczywiście musiała zakochać się w tobie. - Stwierdził po kilku minutach zgrabnie zmieniając temat Hannah.

– Zdziwiłbyś się. - Powiedziała niemal szeptem bardziej do siebie niż do Draco. Zacisnęła pięści tak mocno, że paznokcie wbiły jej się pod skórę. Zmrużyła powieki jeszcze wilgotnym wzrokiem wpatrując się w postać Zabini'ego.

Dlaczego? Dlaczego on się dobrze bawi, śmieje się z ludźmi, opowiada żarty, a ona musi tak cierpieć? Dlaczego ból upokorzenia przeszywa jej klatkę piersiową tak mocno, że ma ochotę zawyć żałośnie i zakończyć tą całą farsę? Dlaczego ona ma się na to godzić? Na coś, co ją niszczy jeszcze bardziej niż jej niegdyś nudna, szara codzienność, jaką doświadczała. Dzieje się za wiele, zbyt wiele i ona, zwykła, skromna Hermiona Granger nie jest w stanie dłużej tego znosić.

– Wybacz Draco, muszę coś załatwić. - Powiedziała chłodno nadal wpatrzona w jeden punkt. Zanim Draco zdążył cokolwiek powiedzieć Hermiona żołnierskim krokiem pomaszerowała w stronę swojego wroga.

– Musimy… - zaczęła widząc jak dziewczyny, które stały przy Blaise mierzą ją zaciekawionym wzrokiem - porozmawiać. - Wydukała przez zaciśnięte zęby łapiąc go za nadgarstek i ciągnąć w jakiś ustronne miejsce.

– To boli wariatko. - Warknął Zabini uwalniając się z jej uścisku.

Znajdowali się pod schodami gdzie, mimo iż słyszeli odgłosy imprezy można było spokojnie porozmawiać.

– Masz dziesięć sekund żeby wrócić do dormitorium i się przebrać. - Zakomunikowała starając się kontrolować swój ton głosu. Zabini uniósł wymowie brwi posyłając jej wredny uśmiech.

– Bo co? - Odpowiedział zaczerpnie. - Co ci znowu nie pasuje Granger? Coś zrobiła z moimi włosami. I czemu wyglądasz, jak młody Stephen Hawking ?

Hermiona nie dowierzała własnym uszom. Co jej nie pasuje? Że jeszcze ma czelność się pytać! Otóż wszystko jej tu nie pasuje, to że jest nią, to że jest ta durna impreza, a przede wszystkim to co Blaise śmiał włożyć na jej ciało. Jakim prawem robi coś takiego?

– Bo cię zabije. - Głos Hermiony był zimny i opanowany, wyciągnęła jednym zdecydowanym ruchem różdżkę i wymierzyła nią w Zabini'ego. - Co ty sobie myślisz? - Kontynuowała z wyrzutem czując lekkie skutki wypicia wcześniejszych drinków. - Ta sukienka, włosy. To nie jestem ja rozumiesz? Ja się tak nie ubieram. Nigdy.

– Granger chcesz mi powiedzieć, że masz do mnie pretensje tylko, dlatego że sprawiłem, iż wyglądasz pięknie? - Zapytał z niedowierzaniem kładąc dłonie na biodrach.- Ty jesteś nienormalna? Co jest w tym złego?

– Wszystko. - Odpowiedziała mechaniczne mierząc go wzrokiem. - Może nie chce wyglądać pięknie.

– Przestań. - Ton Zabini'ego również zrobił się ostry i poważny. - Przestań zachowywać się jak wielce nieszczęśliwa, skromna dziewczyna, która jedynie, czego pragnie w życiu to biblioteki we własnym pokoju.

– Co wy tym złego, że taka jestem? - Warknęła. - Nie każda dziewczyna myśli tylko o tym, co włożyć na siebie by spodobać się innym. Czy ty w ogóle wiesz, co ja przeżywam? Codziennie jestem upokarzana, już nie jestem w stanie zmieścić tej ilości wstydu, która z każdym dniem się powiększa! - Hermiona z ledwością powstrzymywała łzy, które cisnęły się do jej oczu.

– A myślisz, że mi jest łatwo? Że się tym nie przejmuje?- Mówił twardym głosem nie spuszczając z niej przeszywającego wzroku. - Też się martwię, codziennie myślę, co mogę zrobić by ci było łatwiej w tym zasranym Sytherinie, którego przecież tak bardzo nienawidzisz. - Nie dało nie wyczuć się ironii w tym zdaniu. - Wiem Granger, że gardzisz nami i NIKT nie równa się z twoimi wspaniałymi Gryfonami, ale uwierz mi, że mi też nie jest łatwo tu siedzieć. Może cię zaskoczę, ale też mam przyjaciół i też mi ich brakuje.

Hermiona opuściła powoli różdżkę ocierając łzy końcem rękawa. Czuła się żałośnie, znowu. Czy jest aż taka samolubna? Jak mogła myśleć tylko o sobie… przecież Zabini też w tym siedzi tak samo jak ona. Fala wstydu pokryła jej twarz.
- Przepraszam. - Szepnęła. - Nie myślałam, że tobie też może być ciężko. Ja… - Poczuła jak dłoń Blaise dotyka jej czerwonego policzka – Mam po prostu dość. Nie umiem tak udawać i dobrze się bawic jak ty.

– Hermiono, obiecuję ci, że wrócimy do swoich ciał. - Powiedział już spokojniejszym głosem. - Ale dzisiaj jesteś królową tego wieczoru. Czy w sukience od Armaniego czy w zwykłych dżinsach, jesteś piękna, zrozum to w końcu dziewczyno, bo zaraz dostaniesz baty na goły tyłek. - Hermiona poczuła jak z serca spada jej twardy głaz, który od kilku godzin wadził jej w klatce piersiowej.

Pokiwała niepewnie głową postanawiając mu zaufać. W końcu teraz mieli tylko siebie. Może rzeczywiście zrobiła aferę z niczego, wyładowując całą złość na Blaise. To tylko sukienka, co z tego, że zbyt obcisła, zbyt krótka i zbyt wyzywająca. Zagryzła dolną wargę starając się przestać wszystkim martwić. Bo nic od tygodnia nie robiła prócz zaprzątania sobie głowy problemami.

– To twój tyłek. - Mruknęła.

– Ale za to jaki! - Wyszczerzył zęby.

– Ja w cale nie uważam, że Ślizgoni są wstrętni. - Wyszeptała nadal czując wstyd.- Masz… masz naprawdę wspaniałych przyjaciół.

– Wiem Granger, wiem. - Uśmiechnął się łapiąc ją za ramie. Prawdę mówiąc chciał ją sprowokować tymi słowami. Wiedział, że Hermiona jest za dobrą i niewinną osobą żeby być wstanie kogoś znienawidzić. - Skoro już wszystko sobie wytłumaczyliśmy chodź się zabawić. W końcu mamy grać parę.

– Nie musimy tego robić. - Zaczęła obojętnie.– Rozmawiałam dzisiaj z Draco i mu wytłumaczyłam, że się jedynie przyjaźnimy.

- Że co zrobiłaś? - Zaskoczony wywalił na nią oczy. Od kiedy to Granger nazywa Malfoya - Draco?

Jak to możliwe, że zdążyła mu już cokolwiek wytłumaczyć skoro jeszcze tego samego ranka blondyn chciał ją zabić? Zabini poczuł w gardle gula dziwnej substancji.


Godzinę później.

– Harry czy… - zagadała w końcu Hermiona łapiąc okazję, - czy u ciebie wszystko w porządku? Jak się czujesz? Ron jak sobie radzi? Odrabiacie prace domowe? Hermiona wam dokucza?

Harry Potter, który z wielkim trudem utrzymał się na nogach, zachwiał się spoglądając zamglonym wzrokiem w stronę podnieconej Hermiony. Przechylił głowę w bok trwając chwilę w bezruchu.

– Mówiłeś coś hassa has? - Wybełkotał macając po stoliku dłonią w celu znalezienia drinka i dziwnie niepokojąco sycząc. Hermiona otworzyła usta, ale widząc, w jakim stanie znajduje się jej przyjaciel postanowiła nie męczyć go dalej.

– Nieważne. - Uśmiechnęła się nie odrywając od niego wzroku. – Dbaj o siebie i Rona, dobrze.

Sama czuła jak w głowie zaczyna jej wirować. W końcu nigdy nie piła alkoholu aż w takich ilościach.

– I przestań syczeń Harry - dodała.

– Jasne haszzzasss.- Pokiwał głową wręczając jej w dłoń szklankę z Whiskey. - Ty za to dbaj o Hermionę. Bo będziesz miał ze mną do czynienia.- Wyszczerzył zęby. Z ledwością powstrzymała się od tego by nie rzucić się mu w ramiona. Tak strasznie brakowało jej rozmów z Harrym, wrzasków Rona, plotek z Ginny.

– A teraz hop siup, bo procenty uciekają. - Zarechotał już do reszty spity Harry wyciągając kieliszek ku górze. - A jak uciekną to już nie wrócą. Zdróweczko.

– Powiedziałem ci Granger, zostaw mnie, wiem co knujesz w tym swoim małym móżdżku. - Usłyszała markotnego Draco, który podszedł do niej z naburmuszoną miną.

- Co Malle ee Mall.. MALFROY! - Krzyknął Zabini kierując się w ich stronę dziwnymi kosmicznymi krokami. - Juzssz odpadłeś? Cienias, cienias.

- Cienias? - Draco prychnął posyłając mu rozjarzone spojrzenie. - Dobra Granger, ale żebyś mi później nie ryczała.

Tymczasem prawdziwa Hermiona nie mogła znieść widoku swojego ciała w takim stanie. Poszła żołnierskimi krokami do Blaise'a i zaczęła:

– Nie sądzisz, że już ci wystarczy?! - Warknęła przez zęby łapiąc go za ramię.

– A gadzie tam, wiesz ile ja jestem w stanie alkoholu wlać w siebie?! Litry.

– No, nie wydaje mi się, przypominam ci tępy badylu, że już nie jesteś sobą – warknęła przez zęby.

– A to, dlatego tak dziwnie mi się wymawia nazwisku Malfff..

– Nie dlatego zmutowany latorośle! - Warknęła. - Sugerujesz, że mam wadę wymowy?

– O, no właśnie, tak to się nazywa. - Podskoczył zadowolony Blaise. - Wada wymowy, to miałem na myśli.

– Agrr ja cię chyba…

– Moi drodzy. - Usłyszeli głos Pansy, która stała na jednym ze stolików i trzymała w górze dłoń z pełnym kieliszkiem. Wszyscy zebrani umilkli spoglądając na to zjawisko.

- Wznieśmy toast za ten piękny wieczór. Za naszych zamożnych braci i wyuzdane siostry. Niech im się czyni i wiedzie z godnością, niech się połączą w całość, aby spory, które do tej pory nas różniły poszły w niepamięć. - Głos Pansy był dumny i donośny, co też wzrok Harry'ego wyrażał pełen podziw do tej małej osóbki. - Bierzcie przykład z niedźwiedzia i chochlika! Nie bójcie się pokazywać swych uczuć! Bądźcie odważni, a akceptacja sama do was przyjdzie! Kumulujcie, rozmnażajcie się, zapładniajcie wasze kobieciny ażeby ród nasz się mieszał i rozrastał w sile! BY NIC NIE BYŁO W STANIE POKONAĆ NASZEJ WSPÓLNOTY. Zdrowie! Pijcie, biesiadujcie!

– Mieszał? - wypluł Draco. Jego czyta krew nigdy nie pomiesza się z niczym co Gryfońskie.

– Przerażające. - Wyszeptała do siebie Hermiona.

Pansy jednym łykiem wypiła zawartość kieliszka, po czym zaczęła chwiać się niebezpiecznie na nogach. Nie potrafiąc złapać równowagi zaczęła lecieć prosto w dół. I zapewne skończyłaby ze sporym guzem na głowie lub innymi uszkodzeniami gdyby nie miękkie ciepłe ramiona, w których się zatopiła. Przesunęła wzrok na swojego wybawcę nadal będąc w mocnym szoku.

- Potter - wydusiła czując jak ciało sztywnieje jej z każdą sekundą. Brunet zaszokowany własną reakcją posłała jej równie przerażone spojrzenie mając lekki rumieniec na twarzy. Dziewczyna wstała dopiero po kilku sekundach łapiąc głośno oddech.

- Dzięki,Harry. - Wyszeptała rzucając mu zmieszane spojrzenie.
- N...nie ma sprawy.


Hermiona szła chwiejącym krokiem mając u swego boku Draco. Korytarz był pusty i słychać było jedynie jej niezrozumiały bełkot i wzniosły krok blondyna. Przyjęcie bez wątpienia okazało się sukcesem. Mimo licznych zgonów i substancji, jaki zaczęły wylewać się z gości, było naprawdę przyjemnie. Sama Hermiona bawiła się świetnie, choć trudno było jej to przed samą sobą przyznać. Cieszyła się, że mogła spędzić czas ze swoimi przyjaciółmi, a także przekonać się, że u Harry'ego i Ron'a wszystko w porządku.

Przymknęła powieki czując nadal zawroty w głowie. Jeszcze nigdy nie wlała w siebie takiej ilości alkoholu, jak dzisiejszego wieczoru. Nawet jak na takie mięśnie, jakimi był Zabini, to było zdecydowanie za wiele. Otworzyła wielkie okno korytarzowe i oparła się plecami o zimny parapet głośno wdychając powietrze.

– Masz zamiar zaliczyć tu zgona? Bo, jak tak to wiedz, że nie mam zamiaru taszczyć cię aż do dormitorium. - Zakomunikował Draco stojąc jej na przeciw.

Hermiona lekko zamglonymi oczami wpatrzyła się w jego twarz. Przyjemną, spokojną twarz, która budziła w niej ciepło. Wiatr, który łagodnie gilgotał jej kark delikatnie drażnił twarz blondynowi. Zapach nocy sprawiał, że czuła się orzeźwiona i dziwnie spokojna.

– Malf... Draco. - Zaczęła trochę nieśmiało. - Dziękuję.

Draco jak zwykł to robić w chwilach, gdy czegoś nie bardzo rozumie, uniósł wymownie prawą bladą brew.

– Za to, że obroniłeś mnie przed Hannaqh. Wiesz, jest mi teraz naprawdę trudno. - Zaczęła bełkotać zupełnie zapominając, że ma do czynienia z prawdziwym Ślizgonem, a ona jest jedynie chodzący ciałem Zabini'ego. Pijanym ciałem. - Jesteś w tej chwili jedyną osobą, z którą czuję się tu dobrze. Czasami jestem taka… samotna w tym wszystkim. Nie wiem już, co mam robić. - Wyszeptała.

Draco Malfoy nic nie odpowiedział. Sam był pijany, może nie tak bardzo, jak reszta uczestników przyjęcia, ale wyraźnie poczuł procenty w swojej głowie. Stali tak w głuchej ciszy, gdzie słychać było jedynie szelest wiatru.

Wpatrzona w jego pustkę w oczach chwyciła go za dłoń podwijając rękaw czarnej koszuli. Spokojnym wzrokiem zaczęła spoglądać na Czarny Znak widniejący na jago przedramieniu. Opuszkami palców jeździła po przyjemnej skórze chłopaka. Draco Malfoy był Śmiercożercą, wiedziała o tym bardzo dobrze. Pamiętała noc, kiedy wrócił ledwo żywy do Hogwartu.

Czy Draco mógł kogoś zabić? Co się wtedy wydarzyło? Tak bardzo chciała znać prawdę. Prawdę o Draco Malfoy'u. Pomóc mu uporać się z tym bólem, jakim ktoś na niego nałożył. Przecież on jest tylko uczniem, tak jak ona, młodzieńcem, który powinien żyć beztrosko razem z rówieśnikami.

– Jest wstrętny. - Odezwał się blondyn, nadal czując dotyk Hermiony na swojej dłoni.

– Tak - Potwierdziła wpatrzona w Czarny Znak. Draco westchnął bezradnie, wyrwał delikatnie dłoń z jej uścisku, po czym odwrócił się do Hermiony plecami nie racząc podwinąć na powrót rękawa w dół. Znowu chwila ciszy i taniec wiatru okalający ich rozpalone twarze. Wtopiła wzrok w jego napięte mięśnie na plecach.

Czy on miał jakiś wybór? O czym teraz myślisz Draco, co siedzi w tym obolałym, ledwo co bijącym sercu?

- Ale ty nie jesteś. - Powiedziała szeptem

Ten szept był dla Draco, jak krzyk miliona syren. Nie myśląc, nie zastanawiając się a nawet nie wiedząc, dlaczego zrobi zaraz coś, co zrobił odwrócił się w jej stronę. Wystarczył ułamek sekundy, kiedy gwałtownie przycisnął ją swoim ciałem opierając dłonie o zimny parapet. Usta Draco przywarły do jej ust z tak wielką siłą, że sama nie wiedziała, co się właśnie stało. Pocałunek Draco był jak idealne dopełnienie tego wieczoru. Delikatny, a jednocześnie przepełniony gniewem i tajemniczą namiętnością, jakiej Hermiona nigdy nie doznała.

Poczuła, jak sypie się od środka, a jej dusza wychodzi z ciała spokojnie odlatując w inną, nieznaną wcześniej przestrzeń. Nie myślała, kim teraz jest i że to, co się dzieje jest niewłaściwe.

Ciężar jego ciała był tak przyjemny, jak jesienna kołdra, która bije ciepłem i bezpieczeństwem. Jego zapach wchodził w każdą szczelinę jej napiętego ciała zostawiając po sobie niedosyt. Zaplotła bezsilnie palce na jego nadgarstkach czując przyjemny chłód jego skóry. Księżyc rzucał na nich mglistą poświatę na przekór pokazując scenerie, której właśnie jest świadkiem. Wiatr z lekka się uspokoił delikatnie bawiąc się miedzy ich włosami. To wszystko wyglądało zbyt magicznie i zbyt pięknie by naprawdę się działo.

Odsunął się od niej powoli, nadal mając spokojną twarz, jedynie przerażone spojrzenie zdradzało, co właściwie czuł.

Spojrzenie, które przeszywało ją na wylot i pytało, " Czemu to zrobiłem? ". Spokojnie odsunął się od jej napiętego ciała.

Odwracając się w milczeniu zaczął oddalać się sztywnymi i szybkimi krokami. Po paru sekundach dostrzegła już tylko czarny cień, który powoli zaczął zamazywać się w jej szklących oczach. Przejechała zimną dłonią po rozpalonych ustach. Ustach, które przed chwila należały do Draco. Ustach, które nie były przecież jej.

– O kurde - powiedziała na głos analizując co się wydarzyło. Nic dobrego.