Dziękuję za wszystkie komentarze, zarówno te zachęty, jak i te z poradami. Ja zawsze chętnie przeczytam waszą opinię na temat moich prac, więc komentujcie. A dla dociekliwych polecam szukać w nich nawiązań do różnej fantastyki, zarówno filmowej, growej, książkowej czy komiksowej.

Bryłkowiec zajadał jakieś odpadki. W Orzamarze te małe zwierzątka były bardzo rozpowszechnione, jadły dosłownie wszystko. Faren był wściekle głodny ale zmusił się do ostrożnego skradania się do bryłkowca. Te stworzonka nie miały może najlepszego wzroku ale słuch miały doskonały. Faren musiał uważać by nie potrącić czegoś nogą, nie chciał go spłoszyć.

Bryłkowiec jakby coś usłyszał bo podniósł głowę i nasłuchiwał. Młody krasnolud zamarł, modląc się do Patronów by zwierzak go zignorował. Dziś najwyraźniej mu sprzyjali bo bryłkowiec wrócił do jedzenia. Faren zbliżył się do niego jeszcze bardziej, już tylko cztery kroki dzieliły go od zdobyczy, zaraz będzie go mieć...

Bryłkowiec podniósł gwałtownie głowę i się obejrzał.

Faren nie czekając na reakcje zwierza, rzucił się na nie.

Bryłkowiec próbował odskoczyć ale krasnolud był szybszy. Chwycił go za szyję i korpus. Zwierzak usiłował wydostać się z pułapki lecz krasnolud trzymał go mocno. Nie zwlekając, skręcił mu kark.

Faren uśmiechnął się. Tego żarcia starczy im na dwa dni, może nawet na trzy bo trafił mu się tłuściutki okaz. Teraz tylko dotrzeć do domu i...

- No proszę, rudzielec coś upolował. - usłyszał za sobą znienawidzony głos. Odwrócił się.

Stali tam Wulgr i Espen, bracia i bezkastowcy tak samo jak Faren. Tylko kilka lat od niego starsi, mieli już swoje pierwsze brody, często zabierali mu jego łupy. Nienawidził ich.

- No, jak miło że zajął się naszym bryłkowcem - stwierdził wesoło Wulgr.

- Oddawaj go po dobroci, to może nie obijemy cię - dodał Espen. - Zbyt mocno.

Faren nie miał zamiaru tracić mięsa które z takim trudem zdobył. Wstając, niby opał się rękom o ziemię a tak naprawdę zgarnął garść piasku. Bryłkowca przyciskał do piersi lewą ręką.

- No już - powiedział Espen podchodząc z pałką. Faren cisnął mu piach w oczy i nie czekając na jego reakcje rzucił się do ucieczki.

- Arg - wrzasnął Espen. - Łap go Wulgr!

Faren biegł nie oglądając się za siebie, mając nadzieję że zdoła uciec. Czasem udawało mu się im umknąć. Nagle poczuł ból w plecach. Dostał kamieniem rzuconym przez Wulgra. Stracił równowagę i potknął się o jakąś skrzynkę. Poleciał jak długi nie upuszczając mięsa. Boleśnie otarł się bokiem o żwir na drodze. Zanim zdążył się pozbierać już byli przy nim bracia.

- A masz kurzalcu! - krzyknął Espen bijąc go po plecach kijem.

- Było nie podskakiwać! - Kopnął go Wulgr.

Kiedy Espen robił kolejny zamach, Faren puścił bryłkowca i rzucił się na niego, przewracając go.

Kij uderzył go po raz kolejny w plecy ale Faren walnął prześladowcę prosto w gębę.

Drugiego ciosu zadać nie zdążył bo Wulgr chwycił go od tyłu za ręce. Espen wstał i pomasował szczękę.

- Nieźle, ale daleko ci do nas, gnoju - stwierdził.

Faren usiłował uwolnić się z uścisku ale Wulgr trzymał go mocno.

Poczuł uderzenie w brzuch, tak że tchu mu zabrakło.

- Mówiłem ci - ciągnął Espen. - Bez układu tu nie przeżyjesz.- Kolejne uderzenie. Faren spróbował kopnąć oprawcę ale ten usunął spoza jego zasięgu.

- Ach, głebinowiec dalej gryzie. - stwierdził Wulgr.

- To trzeba dać mu lekcję której nie zapomni.

Brosca dostał tym razem w głowę i zamroczyło go. Miał wrażenie że w brzuchu ma już dziurę i zdziwił się gdy jej tam nie było.

- Ty. Nie śpimy. - Potrząsnął nim Espen. - Zapamiętaj sobie że większość twoich łupów idzie do nas. Ty żywisz się resztkami.

Kolejne uderzenie w brzuch.

Faren ani nie myślał o poddaniu się. Udając że nie może ustać dłużej osunął się jeszcze bardziej. Kiedy Wulgr podciągnął go w górę, Faren gwałtownie walnął go tyłem głowy, prosto w nos.

Wulgr puścił go trzymając się za nos. Espen zadał kolejny cios w brzuch ale tym razem Faren mógł go wyminąć. Przechwycił cios prawą ręką i uderzył adwersarza lewą pięścią, prosto w szczękę. Odskoczył , unikając ciosu Wulgra. Wprowadził szybki kopniak w odsłonięte krocze krasnoluda i znów odskoczył przed lecącą pałką.

Oprawcy zaczynali się zbliżać do niego i Faren uznał że to czas na taktyczny odwrót. Odwrócił się w kierunku gdzie upadł mu bryłkowiec i...

Nie było go tam.

W całej okolicy nie było bryłkowca!

"Chorobcia" - pomyślał Faren. - " Ktoś go musiał buchnąć gdy walczyli między sobą". Teraz nie miał czasu by się nad tym martwić.

- Teraz cię obijemy, z bryłkowcem lub bez niego, masz wpierdol. - uderzył pięściami o siebie Espen.

- Masz przewalone, kurzalcu. - Dodał Wulgr. - Szykuj się na...

- Straż! - krzyknął Faren wskazując za nich.

Odwrócili się jak idioci, a Brosca nie czekał. Od razu pobiegł w przeciwnym kierunku.

Skręcał, lawirował między uliczkami, ścigany przez ich krzyki. Faktem że nie miał zdobyczy i znowu jego rodzina została skazana na grzyby głebinowe, postanowił martwić się później. Teraz skupiał się tylko na jednym.

"Uciec. Przeżyć. Nie dać się. Uciec. Przeżyć. Nie dać się złapać."

Te myśli towarzyszyły mu od zawsze w jego dwunastoletnim życiu.

...

Kiedy Faren otworzył oczy zobaczył nad sobą drewniany sufit, po którym baraszkowały pająki i muchy. Leżał w jakimś łóżku, ewidentnie dla niego za dużym, przykryty kocem. Spróbował się przeciągnąć. Odpowiedział mu ból, głównie w boku, na piersi i w lewej ręce.

"Żyję" - Pomyślał. - "Wszystko mnie boli ale żyję".

Spróbował usiąść, z bólem ale jednak mu się udało. Zorientował się że oprócz spodni i bandaży nie ma nic na sobie. Zacisnął pięści i rozluźnił. Był ból ale nie tyle duży by przeszkodził mu w poruszaniu się, co go cieszyło.

- Widzę że już się obudziłeś. - stwierdziła kobieta stojąca przy palenisku.

Faren zdążył się zorientować że znajdują się w chacie, gdyby nie fakt że wykonana z drewna i że były półki z książkami i jakieś namiastki luksusu w rodzaju dywanów czy szyb w oknach, pomyślałby że jest w domu, w Orzamarze.

- Co się stało? - spytał niepewnie - Pamiętam bitwę i wieżę...

- Bitwa została przegrana, jakiś wasz dowódca nie dołączył do walki, skazując was na klęskę. - odparła Morrigan.

- Loghain.

- Tak się nazywał. - powiedziała Morrigan. - Ci których porzucił zostawił na pewną śmierć. Twój przyjaciel... kiepsko to znosi.

- Alistair? - spytał Brosca

- Tak, ten drugi Szary Strażnik.

- Zacznijmy od tego że nie jest on moim przyjacielem. - odparł Faren. - Znam go zaledwie od wczoraj. Jeszcze nic o nim nie wiem.

- Dobrze, skoro tak twierdzisz - powiedziała Morrigan - Matka czeka na zewnątrz z tym drugim. Chce z tobą porozmawiać.

- Okej, a moja zbroja? Broń?

- Stoi w koncie, wyczyszczona i zreperowana. Swoją drogą to Strażnicy nie piorą, czy to jakiś element krasnoludzkiej kultury?

Podnosząc zbroję Faren skrzywił się. Lekki pancerz był już sfatygowany i nadawał się właściwie do wyrzucenia. Chciał się zaopatrzyć w nowy ale kwatermistrz nie miał nic na jego rozmiar a płatnerza nie miał już czasu szukać. A potem była już bitwa. Żałował że nie zdarł z jakiegoś genloka, parę wydawało mu się w porządku ale wtedy liczył się pośpiech i nie było czasu na porządne obdarcie trupów.

- Nie, to zwykła oszczędność czasu i środków. - Odparł i zmienił temat. - To ty mnie opatrzyłaś?

- Nie, moja matka. Ze mnie żadna uzdrowicielka.

Sznurując lewego buta, jedna myśl nie dawała mu spokoju.

- A jak nas stamtąd wydostała? Schody były już zablokowane przez pomioty.

- Zamieniła się w ogromnego ptaka i wyniosła was w swoich szponach. - zapinając sprzączkę napierśnika Faren uniósł jedną brew. - Jeśli nie pasuje ci ta wersja, musisz dopytać moją matkę. Choć na jej miejscu uratowałabym waszego króla. Za niego można by dostać większy okup.

Faren kiwnął głową, zgadzając się z tym rozumowaniem. Sprawdził jedną z sakw przy pasku. Została mu tylko jedna fiolka wywaru z trupikorzenia i ten wisiorek który dostał po Dołączeniu . Niewiele, w dodatku miał miał tylko dwa krótkie miecze i jeden nóż do rzucania. "Niedobrze" - pomyślał. Przynajmniej sakiewka pozostała przyjemnie ciężka, ale reszta... Tym bardziej że nie wiedział kiedy będzie miał okazję uzupełnić zapasy.

- Na razie przyjmę tę wersje, ale puki co muszę ci i twojej matce podziękować za ratunek.

I skłonił się. Kiedyś siostra mu opowiadała że tak krasnolud powinien okazać szacunek temu, komu coś zawdzięcza. Nie robił tego za często ale teraz wydawało mu się właściwe.

- Proszę bardzo, ale większość i tak zrobiła moja matka. Idź już lepiej do niej.

Kiedy wyszedł z chaty zobaczył przed sobą jezioro, właściwie bagno. Na brzegu stał Alistair i ta stara kobieta którą zdążyli poznać wczoraj.

Pierwsza zobaczyła go staruszka.

- Widzisz? Oto twój towarzysz, krasnolud Faren. Za bardzo się martwisz, młodzieńcze.

Ignorując ból w piersi, Brosca podszedł do nich.

- Ty żyjesz! - powiedział Alistair - Byłem pewien, że jesteś martwy.

- Taaa, a ja że wygraliśmy - odparł Faren - Jak widać obaj się myliliśmy.

- Duncan nie żyje. - powiedział grobowym głosem Alistair- Szarzy Strażnicy, nawet król... wszyscy nie żyją. Gdyby nie matka Morrigan, leżelibyśmy martwi na szczycie tej wieży.

- Nie mów o mnie tak, jakby tu mnie nie było, chłopcze.

- Przepraszam... ale jak mamy cię nazywać?- odparł Alistair- Nie przedstawiłaś się nam.

- Imiona są ładne, ale bezużyteczne. - odpowiedziała. - Możecie nazywać mnie Flemeth.

- Ta Flemeth? - Nie dowierzał Ali.- Flemeth z legend? Więc to prawda - jesteś Wiedźmą z Głuszy?

Farenowi nic to nie mówiło, nie za dobrze znał ludzkie legendy. Choć z krasnoludzkimi nie było u niego lepiej, zwyczajnie uważał je za nieprzydatne.

- A jakie to ma znaczenie? Znam się trochę na magi, wy także z niej korzystacie, prawda?

- A co nas obchodzi kim jest ona jest? - stwierdził Faren. - Ona ma swoje sekrety, my swoje i na tym poprzestańmy. Powinniśmy się stąd wynosić, gdzieś daleko od pomiotów.

- Chwila, teraz czas na obowiązki.- oznajmiła Flemeth. - Obowiązkiem Szarej Straży było od zawsze jednoczyć ludzi przeciwko Pladze. A może zmieniło się coś gdy nie patrzyłam?

- A to się zmieniło że nie mamy armii, wsparcia, pieniędzy czy choćby dobrego uzbrojenia. - odparł Faren.

- I co zamierzacie zmienić w tej kwestii? - dopytywała Flemeth.

- Jakie "my"? To Alistair jest tu Strażnikiem, ja mam ochotę przeżyć! - odparł zirytowany Faren.

- Proszę, wszyscy zginęli, nie opuszczaj mnie teraz. - powiedział rozpaczliwie Ali.

- A jak ty to sobie wyobrażasz? - odparł Faren - We dwóch przeciwko Hordzie? Już stryczek wydaje się atrakcyjniejszy.

- Zaraz - powiedział Alistair - Przecież mamy traktaty. Zobowiązują one do stawienia się pod komendą Szarej Straży ludzi, elfy, krasnoludy i magów, przeciwko pladze! Możemy...

Faren się zaśmiał. Tak się nie ubawił od czasu gdy Berath poślizgnął się na kupie głębinowca i zaliczył wywrotkę.

- Nie no. Ty wierzysz że to wystarczy? - powiedział rozbawiony - Wierzysz że te wszystkie stronnictwa zjednoczą się pod naszym przywództwem?

- Przecież są złożone obietnice. Traktaty...

- Są tyle warte by napalić nimi w piecu. - uciął Faren - Ty naiwnie wierzysz że za samą obietnicę złożoną przez czyiś przodków, przekonasz kogokolwiek by coś zrobił. Otóż nie, nie przekonasz, chyba że masz argumenty w postaci złota, siły lub haków na tego kogoś.

Alistair wyglądał na przybitego.

- Przecież coś musimy zrobić. Sam sobie nie poradzę, proszę nie opuszczaj mnie w takiej chwili.

- Mam inny plan - odparł Faren - Olejemy to i udamy się za granicę na wschód lub północ. Tacy jak my dwaj zawsze znajdą pracę jako najemnicy lub ochroniarze.

"Nie mówiąc o tym że zawsze mogę coś ukraść, ale nie trzeba o tym świętoszka informować."

- Nie! - powiedział mocniejszym głosem Alistair. - Nie. Loghain musi zapłacić za to co uczynił. Śmierć Duncana i innych nie pójdzie na marne. Nie pozwolę na to.

- Mówię ci, to przegrana sprawa – odparł Faren – Zwyczajnie nie da rady, a zmarłym nie przywróci życia zemsta.

Sam stracił kilku przyjaciół w ulicznych walkach i wiedział że czasem lepiej odpuścić.

- Nie – powiedział Alistair. – Przysięgałem i ty zresztą też, by pomimo wszystkiego, powstrzymać Plagę i zamierzam dotrzymać przysięgi. Musimy pokonać Hordę.

Faren pokręcił głową, krzyżując ręce na piersi.

- Pokonać Plagę, dobre - ironizował - A wiesz mój drogi rycerzyku jak tego dokonać? Załóżmy że uda ci się zebrać drugą armię. Pomińmy fakt że to karkołomne ale załóżmy że jednak uda ci się zebrać dość sojuszników, by zaatakować Hordę. O ile pamiętam, to armia świętej pamięci króla pokonywała już Hordę w kilku bitwach a mimo to sam Duncan twierdził, że Horda pomiotów rośnie w siłę. To jak, rycerzyku, zamierzasz tego dokonać?

Alistair przez chwilę nie odpowiadał.

- Zabijając Arcydemona, rzecz jasna.

- A czym dokładnie jest Arcydemon? - spytał Faren - Podobno czymś więcej niż smokiem. Wiesz w jak go wywabić od Hordy by zaatakować? Wiesz jak się go zabija? Na jaką truciznę jest wrażliwy, jeśli w ogóle. Czy do jego pokonania jest potrzebne coś jeszcze?

Alistair zawahał się.

- No... Nie. Duncan mówił, że powie mi jak przyjdzie na to pora ale on...

- Czyli praktycznie nic nie wiemy, równie dobrze moglibyśmy próbować zamachu na króla Orzammaru, z takim samym skutkiem.

Pokręcił głową.

-Wybacz, ale powodzenia w samobójstwie, bo ja nie mam zamiaru brać w tym udziału.

Odwrócił się z zamiarem odejścia. Alistaira zatkało.

- Poczekaj krasnoludzie. - tym razem odezwała się Flemeth. Faren stanął.

- Pozwolisz na rozmowę w cztery oczy? - powiedziała tonem który nie brzmiał jak pytanie. Faren chciał odmówić ale coś w jej głosie powstrzymało go, więc skinął głową i przeszli na tyły chatki zostawiając Alistaira z Morrigan, która właśnie wyszła z budynku.

- Zdajesz sobie sprawę bezkastowcu, że on sobie sam nie poradzi.

Zanim Faren zdążył odpowiedzieć, dodała.

- Tak, wiem kim jesteś, mój drogi. Pytanie czy chcesz by inni się dowiedzieli.

Farena zdziwiło że ta kobieta wie kim jest. Wielu krasnoludów nosiło tatuaże, ale tylko oni sami znali ich znaczenie. Jego znak na policzku był wypalony, nie wytatuowany choć trzeba było się bliżej przyjrzeć by zauważyć różnicę. Innym rasom nie chciało się najczęściej uczyć o ich znaczeniu. Najwyraźniej zawsze znalazły się wyjątki.

- Nie jest to jakaś wiedza tajemna - odparł - Nie jestem pierwszym bezkastowcem na powierzchni i na pewno nie ostatnim. Jeśli chcesz możesz o tym powiedzieć innym.

Choć wolałby mieć czystą kartę na powierzchni, to jednak nie było to tak ważne by ulegać szantażowi.

- Och, ale ja nie mówię samym fakcie pochodzenia z dołu waszego społeczeństwa - powiedziała tajemniczym głosem - Mówię o twojej siostrze, łowczyni szlachciców. Mówię o matce pijaczce. Mówię o twoim przyjacielu Lesce. Mówię o twoim zabójstwie jednego z liderów półświatka Orzammarskiego, Berathca.

Teraz krasnoluda zmroziło. Skąd ona, na tym zapomnianym przez Patronów miejscu wiedziała co się wydarzyło dwa tygodnie wcześniej? Oprócz niego wiedział o tym tylko Duncan, a on nie żyje. Nikt ich nie mijał jak podróżowali do Ostagaru, więc nie ma mowy o jakimkolwiek przekazaniu informacji.

- Kim ty jesteś? - spytał.

- Kimś kto wie bardzo wiele. - odparła tajemniczo - Wiem o wielu rzeczach ale inne pozostają przed moim wzrokiem ukryte. Wiem natomiast że pomimo tego co pokazujesz światu, tak naprawdę kochasz swoich bliskich.

- Orzammar - powiedział zimnym głosem - Od lat walczy z pomiotami i raczej się nie zapowiada by miał w najbliższym czasie upaść.

- Dobrze wiesz mój drogi że jeśli Plaga opanuje Ferelden, to Orzammar będzie otoczony z dwóch stron, a bez wsparcia z zewnątrz upadnie a wraz z nim zginą twoi bliscy.

Faren odetchnął głęboko.

- Zatem skoro jesteś tak dobrze poinformowana, to też wiesz że to głównie wina nas samych, krasnoludów – powiedział zdenerwowany – Nasza elita żyje przede wszystkim pamięcią o utraconej chwale i zakorzeniona jest w tradycji, nie pozwala na zmiany. Woleliby by miasto upadło, niż by dać szanse bezkastowcom. Tak, Orzammar upadnie, ale wyłącznie z winy samych mieszkańców. I to, że rzucę się samobójczo na ratunek nic nie zmieni.

Flemeth patrzyła na niego przenikliwym wzrokiem który wydawał się Farenowi jakby zaglądał mu pod skórę.

- Tak – powiedziała po chwili – Dlatego twój towarzysz potrzebuje ciebie.

Faren spojrzał na nią z powątpiewaniem.

- Słuchałaś przez chwilę tego co mówiłem? Nie wyruszę na stracenie. To co proponuje ten naiwniak to okrężna droga na stos pogrzebowy.

- Słuchałam mój drogi, uważnie słuchałam. Twój towarzysz potrzebuje przywódcy, kogoś kto go poprowadzi. Kogoś kto patrzy nieszablonowo. Kogoś kto podejmie trudne decyzje i będzie potrafił z tym żyć.

Dalej Faren nie był przekonany.

- Aha, przyznaję jesteś nieźle poinformowana ale to jeszcze nie znaczy że masz jakieś objawienia. To wszystko można wyjaśnić w logiczny sposób.

- A jakby tego było mało - dodała jeszcze - To wiedz, że potrafię dostrzec pewne echa tego co się wydarzy. Rzeczy które jeszcze się nie wydarzyły. Mogę cię przed nimi ostrzec.

- To fajnie, pewnie dzięki temu dobrze obstawiasz walki kogutów - odpowiedział ironicznie Brosca - Nawet jeśli to potrafisz, to nie życzę sobie byś mi przepowiadała. Sam kształtuję swój los.

Uśmiechnęła się przebiegle.

- Zatem odwołam się do twoich marzeń, tych myśli którymi nie dzieliłeś się nawet z siostrą. – mówiła z werwą w głosie - Zawsze pragnąłeś akceptacji ze strony pobratymców i zawsze pragnąłeś być tym który wyciągnie pozostałych bezkastowców z dna. Los daje ci szanse by zacząć zmiany których pragniesz. Jako Szary Strażnik masz większe możliwości, niż jakikolwiek bezkastowiec przed tobą. Chcesz to zmarnować?

Faren już był trochę przerażony. Skąd ta kobieta wiedziała o tym? Tymi przemyśleniami z nikim się nie dzielił, zatem jak ona to odgadła? To że pragnął akceptacji to dało się odgadnąć ale nikt kto by go znał nie nazwał by go przodownikiem, który pociągnie za sobą innych.

- Nawet jeśli wezmę w tym udział, nie gwarantuje to sukcesu. – odparł – Nie możesz mi obiecać że się to uda.

- Oczywiście, że nie mogę. – Flemeth zaśmiała się. – Jesteś zbyt inteligentny by uwierzyć w coś takiego. Mogę jednak zapewnić wam na tę chwilę wsparcie, takie coś na start.

- A konkretnie? – spytał Faren.

- Konkretnie mogę wam zapewnić prowiant potrzebny na dotarcie do najbliższych ludzkich siedzib, mogę wam zapewnić sprzęt obozowy, mogę zapewnić wam mapy Fereldenu. Oraz wsparcie magii, w postaci mojej córki, Morrigan.

To zbiło Brosce z tropu.

- Zatem, dajesz nam jako wsparcie własną córkę – stwierdził – Znaczy że traktujesz to poważnie.

- Owszem mój drogi, bo widzisz by zaszły jakiekolwiek zamiany, trzeba umieć coś poświęcić. – odpowiedziała – Ten co niczego nie poświęci, ten też nigdy niczego nie zmieni.

Faren zastanowił się. Nie były to może wymarzone przez niego zadanie i poważnie wątpił w powodzenie całej tej awantury, to jednak dawało szanse by jego życie znaczyło coś więcej. „Jeśli mi się uda, mogę zyskać szacunek i poważanie wśród krasnoludów, nigdy więcej określenia bezkastowiec, nigdy więcej zabijania dla przeżycia..."

- A po za tym, mój drogi, nie wydostaniesz się z Głuszy bez przewodnika. - dodała jeszcze Flemeth.

I ten ostatni argument ostatecznie przekonał go.

- Zgoda, pomogę Alistairowi powstrzymać Plagę a potem... Nie, co ja gadam... Przecież to oczywiste że się nam nie uda ale i tak spróbuję.

...

Alistair o mało z portek nie wyskoczył, gdy Faren mu oznajmił że jednak pomoże powstrzymać mu Plagę. Oklapł trochę gdy usłyszał że Morrigan idzie z nimi.O ile wcześniej wyglądał na złamanego i przegranego, teraz wyglądał raczej na lekko przybitego. Ona sama też nie była zbyt zadowolona ale była posłuszna matce.

- Mogę wiedzieć co dokładnie potrafisz? - Postanowił dopytać się dokładniej krasnolud.

- Znam się na zielarstwie i czarach, może nie tak jak moja matka ale radzę sobie.

- Potrafisz gotować? - spytał niewinnie Alistair.

- Ja... Tak, potrafię gotować. - odparła zirytowana Morrigan.

- I tak zrobimy dyżury. - szybko wtrącił się Faren

- Znam też dwadzieścia różnych trucizn, które można przyrządzić z tutejszych roślin. - dodała jeszcze od siebie. - To tak, a pro po gotowania.

To zaciekawiło krasnoluda. Sam umiał wyważyć jakieś pięć trucizn, ale ze elementów dostępnych jedynie pod ziemią. Tym bardziej że nie znał naziemnych roślin. "Będę musiał ją o to wypytać" - pomyślał. Ale musiał to odłożyć, bo za niedługo miało już być południe, jeśli mieli wyruszyć to teraz. Od bitwy minęły już trzy dni.

...

W czasie potrzebnym do wyrecytowania trzykrotnej litanii na cześć Patronów i Kamienia, zebrali się i wyruszyli na północ, do Lothering. Faren i Morrigan szli przodem a Alistair kilka kroków za nimi. Zostali też obdarowani na drogę przez matkę Morrigan w postaci plecaków z derkami na noc, suchym prowiantem w postaci solonego mięsa i placków pszennych. Oprócz tego Faren i Alistair dostali po płaszczu, do ochrony przed zbliżającą się się jesienią.

Udało im się dotrzeć do jednej ze ścieżek, drzewa i bluszcz tutaj mniej wdawały i się we znaki. Było też mniej bajor i jezior, więc mogli iść prędzej.

Faren miał wielką ochotę wypytać czarodziejkę o te trucizny ale zadawał sobie sprawę że są na terenie gdzie grasują pomioty, lepiej zachować czujność. Po za tym pozostali też nie wydawali się chętni do rozmowy.

- Kiedy powinniśmy dotrzeć do Lothering. - Ciekawość wzięła u Farena górę.

- Z jakieś trzy dni powinniśmy tam być, o ile nie przytrafią się nam jakieś niespodziewane trudności. - odpowiedziała Morrigan.

"A one zawsze się trafiają" - pomyślał Faren

...

Zatrzymali się na nocleg dopiero kiedy było już tak ciemno że Morrigan i Alistair nie widzieli drogi. Farenowi, jako krasnoludowi ciemność nie przeszkadzała, ale też chciał odpocząć. Znajdowali się jeszcze za blisko potencjalnych pomiotów, więc nie rozpalali ogniska zadowalając się kawałkiem mięsa i sera, popijając wodą z manierki. Faren wziął pierwszą wartę.

...

Po tym jak księżyc zaczął opadać z czubka nieba, Faren chciał obudzić Morrigan na drugą wartę, ale nagle Alistair zerwał się z posłania.

- Co? Trzeba było powiedzieć wcześniej że chcesz wartę... - Zaczął Faren lecz rycerz mu przerwał przytykając palec do ust.

- Ciiii... Pomioty... - wyszeptał.

Faren wyciągnął miecze z pochew.

- Wyczułeś je?

Alistair skinął głową. Faren chciał spytać czemu on ich nie wyczuł ale nie było mu dane zapytać. Nagle usłyszeli w niedaleko ryki pomiotów, szczęk broni i... okrzyki ludzi.

- Trzeba im pomóc - powiedział Alistair i ruszył w tamtym kierunku.

- Czekaj - syknął krasnolud ale człowiek go zignorował, idąc w słabym świetle księżyca w zarośla. Faren wymamrotał przekleństwo i chciał obudzić Morrigan, ale ta już wstała i patrzyła na niego wyczekująco. Faren pokręcił głową i ruszył za Alistairem, a czarodziejka za nim.

...

Udało się im dogonić Alistaira, bo Faren widzi dobrze w ciemnościach a Morrigan wyczarowała sobie małą kulę światła, która unosiła jej się tuż przed nogami.

- Alistair, poczekaj! - Zawołał szeptem, ale ten znów go olał. Za kolejnymi zaroślami, wpadli prosto na pole walki.

Zgraja pomiotów atakowała trzech żołnierzy, stojących tuż przy wielkim drzewie i osłaniających się wzajemnie. Widać było że walka trwa już od jakiegoś czasu, bo po krzakach i zaroślach było sporo ciał, zarówno pomiotów, jak i ludzi, a stojący wojownicy byli już poranieni i widać było ich zmęczenie.

-Za Szarą Straż! - zawołał bojowo Alistair i ruszył na pomioty.

Faren znów zaklnął i spojrzał na Morrigan która zaczęła już machać kosturem, rzucając jakiś czar. Pobiegł za narwańcem do walki.

Jakieś kilka pomiotów odłączyło się od atakujących żołnierzy i ruszyły na nowo przybyłych.

Broniący się dostrzegli ich wydali okrzyk radości. Zbyt pośpiesznie. Jeden z genloków wykorzystał chwilową nieuwagę wojownika z lewej i pchnął włócznią go pod pachę, w miejsce gdzie nie osłaniały płyty ale jedynie kolczuga. Pchnęty wojownik sapnął i osunął się na ziemię.

Alistair przyjął uderzenie na tarczę, tak ją ustawiając, że miecz pomiota zamiast zatrzymać się na niej, zjechał w dół do ziemi, pozbawiając go równowagi. Rycerz wykorzystał to odcinając mu głowę.

...

Na Farena rzuciły się dwa hurloki, jeden z toporem, drugi z buławą. Odskoczył przed ciosem buławą i zbił ten od topora. Pomioty okazały się wyjątkowo zgrane, gdy jeden atakował, drugi go osłaniał.

–„Na brody patronów." - zdążył pomyśleć. -"To przodownicy!"

Kiepsko, ostatnim razem ledwie poradził sobie z jednym, a rycerzyk i wiedźma mają swoje problemy. Jak zwykle został z problemem sam. Zakręcił ostrzami.

- No to zatańczmy.

...

Morrigan posłała magiczny pocisk w kierunku Pomiota który chciał zajść Alisatira z boku. Dwa które biegły w jej stronę potraktowała stożkiem zimna, zamrażając ich od pasa w dół. Powywracały się jak długie. Strażnicy walczyli każdy osobno, jak zauważyła.

- Co za amatorzy - powiedziała do siebie i wymruczała zaklęcie transmutacji.

...

Po tym jak przewaga zaskoczenia minęła, Alisair został zepchnięty do defensywy. Był teraz w postawie nastawionej przede wszystkim na obronę. Bronił się przed atakami dwóch hurloków i jednego genloka. Nagle na jednego z hurloków rzucił się, nie wiadomo skąd wielki pająk. Pomiot wyrywał się ale szczęki pająka rozdarły jego pancerz i wgryzły się w ciało. Reszta pomiotów, jak i Alistair była zbyt zszokowana by coś zrobić.

Pająk podniósł pysk znad trupa i zaczął mu falować, tworząc ludzkie usta.

- Może głupcze, zrobisz coś z resztą pomiotów? - odezwał się głosem apostatki.

Alistair był zdumiony.

- Morrigan, to ty?

- Pogadamy później, teraz mamy bitwę do wygrania. - odparła oschle.

Alistair otrząsnął się akurat na czas, gdy już biegł na niego kolejny pomiot.

...

Uciekając przed ciosami, Faren uznał że musi zaryzykować. Gdy leciał cios buławy, nie uniknął go, tylko mając nadzieję że pancerz jeszcze ten raz wytrzyma, rzucił się wprost na hurloka. Poczuł uderzenie w lewy naramiennik i usłyszał trzask rozdzieranego materiału. Udało mu się obalić pomiota i przetoczyć się w bok, akurat jak ten z toporem uderzył swojego pobratymca, gdzie przed momentem był krasnolud. Faren podniósł się i natarł z mieczami. Jednak leżący jeszcze ostatkiem sił chwycił krasnoluda za nogę. Faren stracił równowagę i upadł. Nie mógł się ruszyć i zobaczył jak leci w jego głowę topór. Mógł jedynie unieść miecz w mizernej nadziei zablokowania ciosu.

Wtem na pomiot został obalony przez jakieś stworzenie. Faren zamrugał zdumiony. Stworzenie okazało się psem, który teraz przegryzał gardło hurloka. Pomiot szarpał się, próbował walczyć ale po chwili znieruchomiał. Pies podniósł łeb, zaszczekał głośno i wyszczerzył się zadowolony w stronę krasnoluda. Faren był zdumiony niespodziewanym ratunkiem ale szybko się podniósł. Jednak bitwa dobiegała już końca. Większość pomiotów leżała martwa, gdzie nie gdzie jakiś podrygiwał. Zobaczył jak wielki pająk przemienia się w Morrigan i jak Alistair podchodzi do ocalałych wojowników. Ciężko oddychając, zaczął sprawdzać czy wszystkie potwory nie żyją, zrobić awanturę rycerzykowi zawsze zdąży. Pies podążył za nim.

...

Alistair podszedł do tych, którym rzucili się na ratunek. Wojownicy bili zajęci opatrywaniem rannego towarzysza ale nie wyglądało to dobrze. Ranna była pod pachą i stracił wiele krwi.

- Nie zasypiaj Travik, nie zasypiaj. - mówił do towarzysza ciemnowłosy, podczas odpinania mu napierśnika. Tamten miał nieprzytomne spojrzenie.

- Da sir radę, niech się sir nie poddaje. - dodał drugi, jak sądząc z głosu, nastolatek, zauważył Alistair.

Ranny zaczął charczeć, zakaszlał, wyprężył się i znieruchomiał. Ciemnowłosy zaklął i spojrzał na Alistaira. Patrzyli na siebie przez chwilę, Strażnik nie wiedział co powiedzieć. Sam dopiero co stracił bliskich przyjaciół i mentora.

- Ech - pierwszy odezwał się ciemnowłosy. - Wypadałoby podziękować za ratunek... Dziękuję i jak się zwiecie?

- Ja jestem Alistair, krasnolud to Faren a czarodziejka zwie się Morrigan.- odparł - A wy?

Choć już zdążył rozpoznać herb na tarczy, chciał się upewnić.

- Jestem Fergus Cousland, z Wysokorza, syn