6. Najtrudniejszy pierwszy krok.

Po wyjściu z sań Tom zobaczył, że nie zatrzymali sie przed wejściem do budynku, ale w środku, w czymś w rodzaju garażu, czy stajni - większym od Wielkiej Sali w Hogwarcie. Z tyłu za ich pojazdem znajdowały się wielkie wrota, a raczej ściana będąca wrotami, które karzeł - woźnica właśnie zamykał metalową sztabą.

Na lewo od sań, naprzeciwko drzwi, przez które właśnie z nich wysiadł Tom ujrzał długi korytarz a po jego oby stronach niskie boksy, przez które widać było grzbiety jaszczurów, jak te dwa zaprzężone do ich sań. Był to chyba najpopularniejszy tu transport, bo pod ścianą naprzeciw wejścia stało jeszcze kilkanaście podobnych pojazdów, różnej wielkości.

Stein pozwolił im rozejrzeć się dookoła, potem zarządził okrążenie sań od strony bramy, aby nie drażnić zaprzężonych do nich wierzchowców. W ścianie po drugiej stronie zobaczyli dwoje drzwi, jedne mniejsze, proste drewniane wzmocnione metalem, z których właśnie wyszły dwa kolejne karły. Jeden z nich wraz z woźnicą zajął się wyprzęganie jaszczurów, a drugi wyciągał z sań ich bagaże.

Obok były drugie większe ozdobne, wykute z żelaza wrota i to do nich poprowadził ich Opiekun. Nakazał im ustawić się w dwu rzędach, Anglicy na lewo, Francuzi na prawo, począwszy od najmłodszych. Chłopcy natychmiast to wykonali i zanim otworzył drzwi byli gotowi, by kiedy wszedł do środka zamku, podążyć za nim.

Korytarz, do którego weszli przypominał lochy w Hogwarcie, tyle że nie było w nim żadnych dekoracji - puste czarne bazaltowe podłogi, tak samo czarne i puste ściany - żadnych portretów, luster, kobierców, tylko pod sufitem, choć nie dla ozdoby, co parę metrów podczepione były magiczne kamienne kule rozświetlające się, gdy zbliżali się do nich i gasnące, kiedy przechodzili w zasięg kolejnej.

Nie był długi, po dwudziestu kilku metrach przez kolejne żelazne drzwi weszli do obszernego holu, z takiego samego czarnego bazaltu i tak samo równie prostego i pustego. Ponieważ był wyższy magiczne światła zamiast pod sufitami umieszczone zostały na metrowych i półtorametrowych postumentach ustawionych naprzemiennie wzdłuż ścian.

Na prawo do drzwi przez które weszli, były jeszcze dwa podobne, a po przeciwnej stronie wejścia do siedmiu korytarzy. Nie były one oświetlone, ale te kilka metrów, na ile sięgało światło z holu wyglądało dokładnie jak korytarz prowadzący od stajni - nie było w nich nic mogącego ułatwić orientację.

Tom był głęboko wdzięczny czarodziejowi, który poradził mu od razu po wejściu do Durmstrangu rzucić zaklęcie Ariadny, zapamiętujące każdy jego krok i tworzący w głowie mapę tego miejsca. Przewidywał, że dostaną magiczne mapy Zamku, ale wolał mieć swoją, której nikt nie może mu odebrać, ani zaczarować, bo bez niej nie da się tutaj poruszać.

Stein ominął środkowe drzwi i otworzył te ostatnie po prawej wprowadzając ich do wielkiej Sali, gdzie znajdowali się wszyscy i uczniowie i profesorowie. Śniadanie zostało już podane, ale z tego co widział nikt jeszcze nie zaczął jeść. Czekali na nich.


Sala była niższa niż w Hogwarcie, zamiast przeszkolonego, zaczarowanego sufitu miała sufit z takiego samego wulkanicznego kamienia, jak ściany i podłogi, Także i tu nie było żadnych ozdobnych posadzek, ani dywanów, gobelinów, czy obrazów. W ścianach zamiast wielkich okien i witraży - umieszczono tylko wysoko małe wąskie okienka, raczej otwory strzelnicze, wycięte w formie lejka, w grubych na ponad metr ścianach.

To nie był elegancki, kunsztowny zamek - pałacyk jak Hogwart, a prawdziwa forteca.

Całość sprawiała wrażenie kompleksu jaskiń, wykutych w podziemiach wulkanu, a nie budowli stworzonej przez człowieka i z tego co wiedział tak właśnie było- Durmstrang powstał we wnętrzu góry - wygasłego wulkanu.

Atmosferę potęgowało oświetlenie, żadnego ciepłego światła świec, czy lamp, tylko umieszczone w takich samych odstępach jak w holu i korytarzach magiczne kule. Komnata była pełna cieni i półcieni - to nie było miejsce na radosne zabawy - Tomowi bardzo się podobało.

Szedł obok skulonego, wyraźnie wystraszonego Antoine'a za Steinem rozglądając się wokół, z trudem powstrzymując się od otwierania ust i utrzymując pozornie obojętną minę. Tak był zafascynowany tym miejscem, wibrujący mrokiem i potęgą. że chyba pierwszy raz, odkąd skończył trzy lata, nie zauważył że jest obiektem ataku.

Klątwa plącząca rzucona przez jednego z uczniów podcięła mu nogi i złapał się Francuza za ramię, ale ten nie był solidną opoką i zamiast go przytrzymać i wyhamować poleciał razem z nim wpadając na profesora. Obaj z trudem utrzymali równowagę.

W Hogwarcie udany żart na pewno spowodowałby wybuchy śmiechu. Tutejsi uczniowie tylko przyglądali się im uważnie - to nie był zwykły żart, czy złośliwość, raczej test - który właśnie oblał.

Ich Opiekun zatrzymał się i odwrócił z kamienną twarzą.

- Jakiś problem, panie Riddle? - Od razu wiedział, kto zaczął zamieszanie.

Antoine zrobił oburzoną minę.

- To nie jego... - Zanim zdążył skończyć, Tom mocniej ścisnął jego ramię, którego wciąż się trzymał i wszedł mu w słowo.

- Byłem nieuważny. Przepraszam.

Stein patrzył na niego przez ułamek sekundy, nim skinął głową i kontynuował drogę do podium profesorskiego.

Tom zerknął w stronę, z której przyleciała klątwa. Ich rówieśnicy patrzyli na niego z może mikroskopijnie mniejszą pogardą, ale to spojrzenia rzucane na Francuza, zmroziły mu krew. Zawsze musiał walczyć sam o swoje sprawy, więc nauczył się być obojętnym i bezlitosnym - jednak tak lodowatych spojrzeń nie widywał w lustrze.

W swoim świecie Tom Marvolo Riddle uważał się za drapieżnego okonia w akwarium złotych rybek, teraz poczuł się jak mały bezradny okonik w morzu rekinów. Ale wcale mu to nie przeszkadzało, ani go nie wystraszyło - właśnie takim sam chciał być, tyle że przedostanie się do tego kręgu może okazać się dużo trudniejsze, niż sobie wyobrażał.

Nie był z siebie zadowolony. Jego francuski kolega przegrał w tym teście po całości, ale i on sam wypadł niewiele lepiej. To było proste zaklęcie, bez nakierowania na konkretną osobę, leciało przed siebie - wystarczyło się usunąć z drogi. Mógłby się też popisać tarczą i je odbić…

…no i oczywiście mógł też dać się trafić.

O, Salazarze, zamiast od razu wkręcić się do ich grupy jak miał w planie teraz żeby w ogóle chcieli z nim rozmawiać, będzie musiał najpierw udowodnić, że jednak nie jest idiotą.

Zatrzymali się przed samym podium i Stein przedstawił ich dyrektorowi i pozostałym profesorom. Niewątpliwie było to jeszcze bardziej ciekawe grono niż w Hogwarcie: Sam dyrektor był równie chudy i wysoki jak Stein, do tego blady, a jego rzadkie czarne włosy sprawiały, że wyglądał jeszcze bardziej blado i wiotko - ale wżadnym wypadku nie słabo.

Tom wiedział, że nieludzie nie mogą uczyć w Szkołach Magii, ale tego mężczyznę każdy by uznał za wampira. Obok niego siedziała podobna z wyglądu blondynka, z równie bladą i martwą twarzą.

Zresztą wszyscy tutaj wyglądali jakby nigdy nie widzieli słońca i Tom zreflektował się, że może faktycznie o to chodzi - w końcu teraz dzień był niezauważalny, a nawet gdyby słońce się kiedyś pokazywało, to wysokie wąskie okna nie wpuściłyby go do środka.

Kolejny był łysiejący staruszek, krzywiący się do nich - Tom nie był pewien, czy faktycznie tak źle dla niego wyglądali, czy może przeciwnie - miał to być uśmiech. Jeszcze kolejne dwie osoby po tej stronie dyrektora i podobny rządek po przeciwnej, w każdym innym miejscu każdy z nich na pewno zrobiłby wrażenie, ale tutaj nie wyróżniali się wśród ponurej, bladej grupy, obserwujących ich bez słowa profesorów.

Tom poczuł drżenie ręki Antoine'a, którą ten mocno się go trzymał. Spojrzał kątem oka - wcześniej rumiany Francuz, teraz był równie blady, jak tutejsze towarzystwo, jego wargi też drżały tak jak dłonie, a w oczach miał coraz wyraźniejszy strach.

Prychnął w duchu, przypominając sobie, co chłopak mówił w powozie: chodzi tylko o papiery - co to jest dwa miesiące?

Najwyraźniej zaczynał już rozumieć, że przyjeżdżając tutaj zrobił błąd. Minęły może ze dwie minuty w tej Sali, a w sumie w Zamku mniej niż kwadrans, a on już wyglądał jakby miał zemdleć.

Pogarda i niechęć do narzuconego mu kolegi rosła z każdą chwilą, jaką miał nieszczęście spędzić w jego towarzystwie. Najchętniej wyrwałby rękę, ale nie chciał robić kolejnego zamieszania, bo Antoine wyglądał, jakby tylko jego dotyk powstrzymywał go od ucieczki z krzykiem.

Kolejny raz za to postanowił sobie, że gdy tylko będzie mógł natychmiast odetnie się od jego żałosnej osoby. Nie ma czasu na bawienie się w opiekuna tej mimozy. Miał tu być tylko dwa miesiące, a tak wiele do zrobienia.


Ponieważ w Durmstrangu nie było domów, uczniowie byli podzieleni na grupy według wieku i tak też siedzieli w Wielkiej Sali: trzy długie stoły dla uczniów pierwszego-drugiego, trzeciego-czwartego i piątego-szóstego roku a dla najstarszych mniejszy stół na podium obok profesorskiego.

Kiedy polecono im rozejść się dołączając do swoich grup wiekowych Francuzik natychmiast przyśpieszył, by zająć jedyne widoczne wolne miejsce na końcu stołu. Tom nie miał zamiaru się z nim ścigać, skierował się od razu w stronę wysokiego blondyna z imponującą aurą, siedzącego pośrodku stołu i wyglądającego na przywódcę w ich grupie i stanął za nim po prawej stronie.

- Przepraszam. – Powiedział uprzejmie, ale twardo. W oczach innych ujrzał oburzenie na jego bezczelność, ale sam zainteresowany obrócił głowę z zaciekawieniem i łaskawie skinął, każąc koledze obok się przesunąć.

Pierwszy punkt dla niego, oby tak dalej. Co prawda zostali już oficjalnie przedstawieni, niemniej.
- Jestem Tom. Tom Marvolo Riddle. – Powiedział wyciągając rękę do chłopaka.

Blondyn uważnie mu się przyglądając uścisnął ją, mocno. Tom nawet nie pisnął, także taksując go wzrokiem.
- Eric, Eric Rosenblutt. – Chłopak puścił jego dłoń i wrócił do śniadania.

Zatem on też nic więcej już nie mówiąc wyczarował dodatkowy talerz i kubek, bo chłopak, którego miejsce zajął zabrał swoje. Usłyszał lekki szum – najwyraźniej po wcześniejszym wypadku nie spodziewano się po nim, że cokolwiek potrafi, a to zaklęcie zdecydowanie wykraczało poza poziom drugoklasisty.

Nie dane u jednak było się najeść, po kwadransie dyrektor wstał z fotela i natychmiast także pozostali profesorowie i uczniowie przestali jeść a kiedy opuścił salę, jego śladem udali się do wyjścia. Równocześnie przez małe drzwi znajdujące się za podium na salę weszły kolejne karły, takie jak te, które widzieli wcześniej w stajni / powozowni i zaczęły zbierać naczynia i porządkować stoły.

Albo skrzaty nie mieszkały na tak dalekiej północy, pomyślał Tom, albo - i to może być bardziej prawdopodobne ich magiczne zdolności, a szczególnie nieograniczona aportacja oraz ich wrodzona ciekawość nie były atrakcyjne dla tutejszych czarodziejów.

Kiedy już uczniowie wyszli z sali niektórzy z nich zaczęli cicho wymieniać jakieś uwagi, ale i tak nie zmieniło to ogólnej atmosfery dyscypliny i skupienia unoszącej się w tym zamku.

31 października i 1 listopada w każdej magicznej szkole są wolne od zajęć, zatem nie ruszyli każdy rok w tym samym kierunku na zajęcia, tylko porozdzielali się na wiele grup znikających w różnych korytarzach. Tom trzymał się cały czas Erica. Niestety wkrótce dogonił go zdyszany Antoine, który zapewne z nerwów, bo nie wyglądał jakby doszedł do siebie, zaczął znowu coś paplać po francusku.

Ani sam Tom, ani nikt inny nie zwracał na niego uwagi i po chwili zamilkł. Tymczasem dotarli do wąskich drewnianych drzwi na końcu tego korytarza i stanąwszy dokładnie naprzeciwko nich Eric wyraźnie powiedział:

- Vulpe. – Było to hasło, bo wejście od razu się otworzyło wpuszczając ich do równie wąskiego jak drzwi korytarzyka, kończącego się kilkoma stopniami i podestem, z którego zeszli do dużej okrągłej sali, na środku niej stały kanapy i stoliki oraz stoły do nauki z krzesłami, a w ścianach po obu stronach po pięcioro drzwi do dormitoriów pierwszego i drugiego roku.

Tom w tym miejscu poczuł się prawie, jak w domu, salon przypominał ten w Slytherinie i nie raził tak brak okien, bo także jak u nich w ścianie naprzeciwko drzwi znajdowało się magiczne okno. Nie wiedział, czy przedstawiało rzeczywisty widok okolic zamku, bo w saniach nie było okien, a wysiedli już w środku, ale był piękny.

Kolorowe, jasna pasma, falujące i przenikające się nawzajem, migotały na niebie i rozświetlały pomieszczenie, wspomagając umieszczone na postumentach magiczne kule. Nie miał jednak za wiele czasu, by się rozglądać, bo Eric usiadł na centralnej kanapie, a wokół niego kilkoro uczniów, którzy także wrócili po śniadaniu do Pokoju Wspólnego i skinął, by podeszli do niego.

- Profesor Stein polecił nam zaopiekować się nowymi kolegami. – Powiedział po niemiecku, dość cicho, ale miał coś w głosie i Tom podejrzewał, że nawet gdyby wokół szalało stado hipogryfów - albo gryfonów, to i tak byłby bez problemu słyszalny w każdym zakątku komnaty. Mimo, że zwrócił się w liczbie mnogiej patrzył przy tym tylko na niego. – Czy macie jakieś konkretne potrzeby, życzenia?

Antoine wyglądał jakby nie wiedział, o co chodzi, chyba jego umiejętności językowe nie były takie jak wskazał w formularzu – albo w ogóle ich od niego nie wymagano, skoro nie było więcej chętnych…

Tom rozumiał doskonale i nie miał wątpliwości, odpowiadając płynnie w tym samym języku.
- Chciałbym zobaczyć bibliotekę. Znajomy czarodziej, który skończył waszą szkołę polecił mi kilka pozycji, które są dostępne tylko tutaj.

Eric przechylił głowę, przypatrując mu się z nieskrywaną ciekawością.
- A cóż to za znajomy? – Spytał kpiąco, jakby wątpił, że Hogwartczyk mógł znać kogoś takiego. Pozostali miejscowi roześmieli się drwiąco.

- Lord Bedlam.

- Robert Bedlam? – Rzucił któryś z towarzyszy Erica, już nikt się nie uśmiechał.

- Tak, Lord Robert Bedlam, prowadzi księgarnię w Londynie na Nokturnie, pracowałem u niego w poprzednie wakacje i obecne. Przed wyjazdem dużo rozmawialiśmy i dał mi kilka rad i wskazówek.

Eric już całkiem poważny wstał, polecając swoim kolegom:
- Zajmijcie się Francuzem i pokażcie mu pokój a ja pójdę z Tomem do biblioteki.

Tom w duchu zatarł ręce, wszystko wskazywało na to, że słusznie wybrał: zwrócenie się właśnie do niego było właściwym krokiem. Nie patrząc nawet na Antoine'a odwrócił się i poszedł do wyjścia za blondynem.

Może i był to dopiero pierwszy krok, ale to, że Eric zechciał z nim rozmawiać, dawało mu nadzieję, że zapomni jego wpadkę i jednak nie będzie tak źle, jak zaczął się obawiać.