Rozdział VI
Po omacku
Dni mijały powoli.
Ginny codziennie rano wstawała na godzinę przed koleżankami z dormitorium, by w milczeniu umyć się, ubierać i iść na śniadanie. Nim zdążyła na dobre rozbudzić swój umysł rozpoczynały się lekcje. W niektóre dni tygodnia trwały do późnego popołudnia i wtedy Ginny nie miała czasu i siły na swój projekt. W inne dni spędzała trochę czasu w pokoju wspólnym i bibliotece - chciała stwarzać chociaż pozory posiadania życia towarzyskiego - a gdy wszyscy powoli rozchodzili się do swoich sypialni, ruszała w stronę zachodniego skrzydła zamku.
Hogwart był pełen pustych, ukrytych komnat, do których nikt nie przychodził, bo bardzo często nikt nie zdawał sobie sprawy z ich istnienia. Ignorancją w tej dziedzinie wykazywali się również profesorowie, żyjąc w poczuciu, że zamek jest bezpiecznym miejsce dla nich i dla uczniów. Ginny na własnej skórze uświadomiła sobie, jak wiele tajemnic skrywa Hogwart. Komnata Tajemnic, której nikt nie mógł znaleźć, nie mogła być wyjątkiem, musiało istnieć więcej takich miejsc.
Właśnie z takiego założenia wyszła Ginny intensywnie poszukując ukrytych sal i salek w czasie drugiego i trzeciego roku swojej bytności w zamku. W zachodnim skrzydle znalazło jedno ze swoich ulubionych miejsc. Łatwo można było do niego dojść ze ślizgońskich lochów, a przy okazji omijało się profesorskie gabinety. Komnata nie była zbyt duża, ale podzielona została na część górną i dolną, co umożliwiało magazynowanie materiałów z zachowaniem dostatecznego porządku. Kiedyś musiał być to gabinet albo sala przeznaczona do indywidualnej nauki. Wielkie okna na obu ścianach wychodziły na południe i zachód zapewniając dzienne światło od wczesnego przedpołudnia do zachodu słońca. Oczywiście Ginny niemal nie przebywała w tym czasie w swojej ukrytej komnacie, jednak doceniała także wieczorny widok z okien.
Czasami na oddalonych błoniach dostrzegała pojedyncze światełka różdżek należących do uczniów - nieprzepisowo wymykających się z zamku na schadzki czy na mrożące krew w żyłach spacery po obrzeżach Zakazanego Lasu. Czasami widziała Snape'a idącego w stronę jeziora i przystani dla łodzi. Widziała, jak wraca, zamyślony, powoli stąpając po stromym zboczu w kierunku zamku. Czy gdyby uniósł wzrok ku górze zobaczyłby ją siedzącą w jasno oświetlonym oknie, oknie, którego nie powinno być? Czuła nie małe podniecenie na myśl, że to właśnie on mógłby odkryć jej tajemnicę, jednak profesor nigdy nie podnosił wzroku.
Z końcem września Ginny popadła w rutynę co przyjęła z pewną ulgą. Przyzwyczaiła się już do nowego planu zajęć, nowych nauczycieli i wdrożyła się ponownie do pracy. Spała mało, jadła nie wiele. Na chłopców też nie bardzo miała siłę. Starała się nie opuścić w nauce. Na obronie przed czarna magią niemal nic nie robili, więc to tak jakby nie miała jednego przedmiotu. Dni robiły się co raz krótsze a profesorowie też okrzepli i uważniej patrolowali korytarze. Październik rozpoczął się wyjątkowo słonecznie, drzewa przybrały się w złoto i czerwień – w kolory Griffindoru. Ginny coraz częściej patrzyła w stronę Harrego Pottera, widziała jak jego wzrok błądzi z Cho Chang, jak chłopak czerwieni się na jej widok. Na widok Ginny czerwieniło się wielu chłopców, ale ona żadnego nie zaszczycała spojrzeniem. Jednak z dnia na dzień chodziła coraz bardziej wściekła. Na zaklęciach jej moc wymykała się spod kontroli, każde zaklęcie i słowo musiała cedzić z ostrożnością i uwagą. Nawet Luna zauważyła, że lepiej nie poruszać z nią tematu Harrego i byłej dziewczyny Cedrika, że lepiej w ogóle unikać tematu obsesji i miłości.
Drugi tydzień października zaczął się fatalnie, nagłe załamanie pogody i strugi deszczu lejące się z nieba bez końca, paskudny esej z eliksirów, który zajął jej całą niedziele i nie był nawet w połowie tak dobry jakby tego pragnęła, a w dodatku dostała szlaban od McGonagall, który przyjdzie jej odrobić w piątek. Wieczorem z ponurą miną zmierzała w stronę zachodniego skrzydła, gdy nagle jej uszu dobiegł cichy głos.
Rozejrzała się, bo o godzinie dziewiętnastej mało kto włóczył się w tej części zamku. Głos dochodził z odchodzącego na prawo ciemnego korytarza.
- Nie chcę, nie… lepiej nie…
Po chwili odpowiedział mu drugi, zdecydowanie głośniejszy.
- Zrobisz jak chcesz. Ale tak będzie lepiej, lepiej dla ciebie.
Ginny nie zwykła podsłuchiwać czyiś rozmów, tak naprawdę mało obchodziły ją problemy innych uczniów szkoły, jednak coś w tym głosach kazało jej podejść bliżej
- Nie rozumiesz? Ktoś się dowie… jak?
- Pokażę ci jak, tylko musisz być odważna, odważna mała Marianne, odważna.
Była już całkiem blisko, bo teraz słyszała niemal każde słowo. Ktoś stał w klasie, w której zwykle odbywały się zebrania towarzystwa numerologicznego.
- Ktoś się dowie, ktoś… - pierwszy z głosów wpadł w jawnie histeryczny ton. Drugi zachował spokój. Jednak Ginny wydawało się, że oba mają w sobie coś znajomego. Wyciągnęła różdżkę i odważnie zajrzała do pomieszczenia.
Na środku klasy stała dziewczyna.
Była obrócona tyłem do drzwi a jej rozpuszczone, długie blond włosy w nieładzie spadały na ramiona. Mówiła głośno, zupełnie nie zwróciwszy uwagi na wejście ślizgonki.
- Ktoś się dowie, a ja… a ja…
Poruszyła się nieznacznie i lekko zgarbiła.
- Nikt się nie dowie! - odpowiedziała sama sobie, zmienionym, zimnym i spokojnym głosem. - Uważaj! Jest za tobą!
Ginny wypowiedziała zaklęcie, a jasny płomień z jej różdżki wystrzelił przez korytarz w poszukiwaniu opiekuna jej domu.
