Sherlock pojawia się w szpitalu godzinę później, płaszcz ma rozpięty, a policzki – to dziwne – zaróżowione od biegu. Kiedy przypada do łóżka Johna, jego trencz pachnie Londynem – spalinami, zimnym powietrzem i perfumami obcych osób, od których John się krzywi. Zapachy w jego głowie są trzy razy silniejsze niż zazwyczaj. Zastanawia się, czy zawsze już tak będzie. Sherlock opacznie interpretuje jego reakcję.
- John – mówi, przykładając lodowatą dłoń do jego policzka. Johna przechodzi gwałtowny dreszcz. Głos Sherlocka jest cichy i gładki jak aksamit.
- Zastrzeliłem go, nim zdążyli mnie powstrzymać – mówi Sherlock obojętnie i to zdanie jest silniejsze niż zapachy, niż dotyk, niż wszystko. John dźwiga się do pozycji siedzącej, patrząc na niego z niedowierzaniem. W głowie ma niedostrojony telewizor i może to dlatego źle zrozumiał.
- Co? – tylko tyle udaje mu się z siebie wydusić.
- Matthew Barthes. Trzykrotny morderca. Jeden ze szpicli Moriarty'ego. – mówi Sherlock wciąż tym pustym, nowym głosem w którym nie brzmi podziw dla samego siebie ani adrenalina. Z przepastnej kieszeni płaszcza wyjmuje papierosy i zapalniczkę, długie, blade palce ślizgają się, nim uda mu się zapalić płomień. John stanowczo odbiera mu zapalniczkę.
- Nie pal. Jesteś w szpitalu.
Sherlock rzuca mu gniewne spojrzenie.
- Ty nie rozumiesz, prawda? – pyta ostro, podchodząc do okna, ręce rozkłada szeroko jakby tłumaczył coś Andersonowi i Donovan, przez twarz przemyka mu złośliwy uśmieszek – Twój tyci móżdżek nie pomieścił tego, że to uderzenie w głowę to był tylko początek, że polują na ciebie, tak jak przewidziałeś, nie wiem zresztą dlaczego miałeś rację, bo twoja inteligencja nie wybija się ponad przeciętną…
- Sherlock. Nic mi nie jest. – mówi John kategorycznie, wstając z łóżka, żeby go powstrzymać, bo ręce Sherlocka miotają się w jakimś koszmarnym tańcu, głos Sherlocka nie jest już aksamitnym szeptem, tylko wibrującym krzykiem, brzmiącym obco, jak kłamstwa, którymi karmił Johna przed skokiem. John sobie przypomina – rozłożone ramiona, słowa którym nie można wierzyć i ziemia nagle się rozstępuje.
Następne co pamięta to siebie na klęczkach w kałuży wymiocin – a więc jednak - i Sherlocka, który narzuca na niego płaszcz, a potem wściekłym głosem wzywa lekarza. Płaszcz znów pachnie znajomo, tytoniem, prochem i wodą kolońską Sherlocka, elementy ponownie wsuwają się na swoje miejsce i John przestaje tak strasznie się trząść.
John wyczuwa w kieszeni prostokąt pocztówki w tej samej chwili, w której Mary wchodzi do sali. Próbuje przekonać sam siebie, że Sherlock nie zauważył wsunięcia kartki za pasek spodni od piżamy, ale może z powodu zamieszania rzeczywiście tak jest. Postanawia przyjrzeć się jej później.
Mary grzecznie, ale zdecydowanie wyprasza Sherlocka z pokoju. Nie, nic mu nie będzie, tak, to lekki wstrząs mózgu, nie, na pewno nie zaśnie, dopilnujemy tego, tak, wiem, że to ważne, skończyłam medycynę do cholery. John mimo zawrotów głowy i gorzkiego posmaku w ustach próbuje się uśmiechnąć. Sherlock tego potrzebuje.
- Może pan przyjść jutro. A najlepiej pojutrze, kiedy doktor Watson będzie w lepszej formie – dolatuje go głos Mary z korytarza. John dałby wiele, żeby zobaczyć minę Sherlocka.
- Znam doktora Watsona na pewno dłużej i lepiej od pani, doktor… - wypowiedź Sherlocka zawisa zachęcająco w próżni, i John wydaje z siebie jęk. To wszystko prowadzi do najgorszego – do sztuki dedukcji, niech będzie przeklęta na wieki.
- Doktor Mary Morstan – odpowiada Mary nieco zadziornie i John nie może jej winić, czekając na potok szczerych słów płynący z ust detektywa.
- Tak. Rozumiem. Do widzenia. – Każde słowo Sherlocka jest cierpkie, a wypowiedź pocięta niemal na litery. Dopiero kiedy słyszy skrzypienie skórzanych półbutów po wypolerowanej posadzce szpitala, John nie może uwierzyć własnym uszom.
Sherlock się poddał. Sherlock, który z przyjemnością zszedłby do piekła, żeby przegadać diabła, wycofał się z konwersacji.
To niemożliwe.
Chwileczkę, co on takiego krzyczał?
- Nie jesteś nieśmiertelny! – wrzeszczy drugi Sherlock z jego głowy ze zdwojoną siłą. John przełyka ślinę. Chętnie napiłby się wody. Nie jesteś nieśmiertelny, Sherlock. Słowa Johna sprzed paru dni.
Sherlock ma rację. Inteligencja Johna jest poniżej przeciętnej.
Pospiesznie wyjmuje trzecią pocztówkę. Błyszcząca wieża Eiffla rozkraczona pod rozgwieżdżonym niebem. A więc Paryż. Miasto zakochanych. Tak mówią. Cóż, kartka nie należy do udanych, podmalowana milionem programów graficznych. Niebo nie jest tak fioletowe. A gwiazdy nigdy nie błyszczą tak mocno. Jest mniejsza, a może wydaje się mniejsza, bo jest na niej tylko jedno słowo. Napisane pospiesznie, jakby Sherlock się bał, że zmieni zdanie. Słowo, którego być może zabrakło im obu. Dzisiaj i w ogóle.
Przepraszam.
