Moi drodzy,
To już ostatni rozdział opowieści o pierwszym śledztwie przyszłej Tajemniczej Spółki. Nie jestem mocna w pisaniu "listów pożegnalnych", więc...
Miłego czytania!
VerMa
Kiedy Daphne przekazała dobre nowiny reszcie paczki, Kudłaty, Maggie i Fred złapali się za ręce i wykonali jakiś dziki taniec radości, śmiejąc się przy tym jak wariaci; Scooby natomiast wskoczył na ramiona Daphne, przewracając ją na podłogę, i zaczął lizać jej policzki, merdając ogonem z zawrotną wręcz prędkością.
– Scooby, zejdź ze mnie! – dziewczynka bezskutecznie usiłowała powstrzymać śmiech. – No, już, wystarczy, słyszysz? Pogniotę sobie ubranie!
Szczeniak nie usłuchał. Wkrótce jednak ktoś odciągnął go na bok, a po chwili drobna, pulchna, ciepła dłoń ujęła rękę Daphne.
– Pomogę ci wstać – zaoferował cichy, nieśmiały głos.
Spojrzawszy w górę, dziewczynka ujrzała Jeffa.
– Nie fatyguj się, dam sobie radę – powiedziała oschle, cofając swoją dłoń z jego uchwytu, po czym zwinnie skoczyła na nogi. Lekcje tańca jednak na coś się przydały.
– Dlaczego dalej tak źle mnie traktujesz? – spytał ze smutkiem chłopiec. Jego niebieskie oczy napełniły się łzami. – I właściwie dlaczego wszyscy patrzą na mnie jak na kryminalistę? Przecież oddałem te części, które ukradliśmy z Ryżym... rodzice Velmy mi wybaczyli... a zresztą ja nawet nie jej dotknąłem...
Była to prawda. Ryży – który, jak wykazało policyjne śledztwo, próbował otruć Velmę przy użyciu środków nasennych, podebranych wcześniej z apteczki swoich rodziców – został wyrzucony ze szkoły i na pół roku umieszczony w poprawczaku; w przypadku Jeffa, dzięki wstawiennictwu państwa Dinkleyów, skończyło się tylko na nadzorze kuratora. Nazajutrz po zapadnięciu wyroku pan Dinkley i dyrektor Abbott odbyli długą rozmowę, w wyniku której Jeff dostał możliwość powrotu do szkoły. Oczywiście, do tego czasu wszyscy jego przyjaciele (i nie tylko) wiedzieli już o jego udziale w sprawie "potwora" – i nie chcieli z nim nawet rozmawiać. Właściwie Daphne trochę go żałowała, ale cóż mogła poradzić?
– A ty, kurczę, co tu robisz? – spytał ostro Kudłaty, nagle zauważywszy niedoszłego bohatera. – Myślisz, kurczę, że wszystko będzie, kurczę, jak dawniej?
– Po tym, jak ty i Ryży współpracowaliście z kosmitami? Nie ma mowy! – dodał Fred.
– Fred, nie zaczynaj od nowa – ostrzegła Daphne. – A ty, Jeff, lepiej odejdź i nie wracaj.
– No wiesz? – Maggie spojrzała na nią z wyrzutem. – Myślałam, że jesteś mądrzejsza, Daphne... ale chyba się pomyliłam.
– O co ci, kurczę, chodzi? – nie zrozumiał Kudłaty.
– O to, żebyście wreszcie dali Jeffowi spokój. Traktujecie go o wiele za ostro.
– Za ostro?! Gdyby Velma umarła, on byłby za to współodpowiedzialny! – krzyknął Fred.
– Ale to się NIE stało! A w dodatku państwo Dinkley mu wybaczyli, więc nie rozumiem, czemu WY nie chcecie zrobić tego samego!
Na chwilę zapadła cisza. W końcu Daphne odezwała się nieśmiało:
– Wiecie, chłopaki... ona ma rację.
– No – mruknęli Fred i Kudłaty, czerwieniąc się po uszy.
– Więc mi wybaczycie? – spytał z nadzieją Jeff.
– Tak – powiedzieli Fred, Daphne, Kudłaty i Maggie, uśmiechając się do niego.
– Ja łeż – dodał Scooby, stając na tylnych łapach i liżąc chłopca po policzku.
x
Był poniedziałek, 16 listopada, około 8 rano. Promienie słońca, wpadające przez szparę między zasłonami, oświetlały małą dziewczynkę, leżącą bez ruchu wśród białej pościeli, i wyczerpaną kobietę – jej matkę – siedzącą przy łóżku i wyczekująco wpatrującą się w twarz dziecka. Wtem jakiś niewysoki, wąsaty mężczyzna podszedł do kobiety i dotknął jej ramienia.
– Idziemy do domu, kochanie – powiedział niezbyt głośno, ale za to stanowczo. – Twój dyżur skończył się dwanaście godzin temu.
– Nigdzie nie idę – kobieta potrząsnęła głową. – Velma przed chwilą się poruszyła.
– To nic nowego – zauważył pan Dinkley. – Jak zapewne pamiętasz, zaczęła unosić powieki już tydzień temu, ale na razie...
– Zobacz! – zawołała jego żona, chwytając go za koszulę i wskazując na Velmę, równie nieruchomą, jak wcześniej. – Poruszyła palcami!
– Nie chcę cię martwić, Aluś, ale chyba ci się przywidziało z przemęczenia...
– Zamilknij na chwilę – zniecierpliwiła się pani Dinkley. – Teraz już wiem, po kim Madelyn odziedziczyła gadulstwo... och, popatrz! – zawołała, gdy Velma poruszyła się po raz kolejny.
Mężczyzna i kobieta złapali się za ręce i wstrzymali oddech. Dziewczynka powoli otworzyła oczy, a następnie lekko je zmrużyła, wpatrując się w dwie zamazane twarze.
– Mama? Tata? – spytała, gdy objęły ją dwie pary ciepłych, silnych ramion.
– Tak, słoneczko – mama wzięła ją na kolana i pocałowała jej piegowaty policzek.
– Dlaczego tak mocno mnie przytulacie? – Velma była zdezorientowana. – Ja przecież spałam tylko jedną noc.
– Nieprawda, Elfiku – tata potrząsnął głową. – Łobuz, zwany Ryżym Śledziuchem, o mało nie otruł cię na śmierć. Lekarze uratowali ci życie, ale przez ponad miesiąc byłaś w śpiączce.
– W śpiączce? Co to znaczy?
– To znaczy, że spałaś tak mocno, jak Śpiąca Królewna – wyjaśniła pani Dinkley, kołysząc córeczkę w ramionach jak dzidziusia. – Tyle, że ciebie obudził dobry pan doktor.
– Przez cały ten czas Maddie ciągle o ciebie pytała, a my nie wiedzieliśmy, co jej mówić – dodał pan Dinkley zdławionym i nieco drżącym głosem.
Velma wyciągnęła rękę i dotknęła jego wąsatej twarzy.
– Dlaczego płaczesz, tato? – zdziwiła się.
– To ze szczęścia, skarbie; cieszę się, że się obudziłaś. Nawet nie wiesz, jak bardzo mama i ja baliśmy się, że stracimy cię na zawsze...
– To dlatego mama wcześniej nie mogła spać? – domyśliła się dziewczynka, wskazując na ciemne podkówki pod oczyma kobiety, która w międzyczasie usnęła.
– Można tak powiedzieć – uśmiechnął się mężczyzna, sadzając córeczkę na łóżku. – Niedługo wrócę. Muszę tylko zabrać mamę do domu i położyć ją do łóżka – dodał, chwytając swoją żonę wpół; następnie postawił ją na nogi i, zarzuciwszy sobie jej ramię na szyję, wyprowadził (czy raczej wywlókł) ją na korytarz.
x
Przysłowie mówi, że złe wieści szybko się rozchodzą. Ośmielę się jednak zaryzykować twierdzenie, że dobre są od nich szybsze. Tego popołudnia Madelyn wywołała sensację wśród swoich koleżanek, podskakując, piszcząc i krzycząc z radości, gdy ojciec powiedział jej, że Velma się obudziła. Nim minął kwadrans, dobrą wiadomość znali już wszyscy w szkole (łącznie z woźnym i higienistką), a Kudłaty, Fred i Maggie ponownie wykonali swój taniec radości – i tym razem dołączyli do nich Daphne i Scooby.
Około dwóch godzin później szeroko uśmiechnięty pan Dinkley lekko uchylił drzwi pokoiku, w którym leżała Velma.
– Zobacz, kto przyszedł cię odwiedzić, Elfiku – powiedział od progu.
– VELMA! – krzyknęli Fred, Daphne, Kudłaty, Maggie, Madelyn i Scooby. Po chwili pies i mała Maddie wskoczyli na kołdrę, a pozostali stanęli po obu stronach łóżka.
– Rety! – zawołała uszczęśliwiona Velma, obejmując siostrzyczkę i szczeniaka. – Tak się cieszę, że was widzę, kochani!
– Kurczę, my też się cieszymy – zapewnił ją Kudłaty, wraz z Fredem, Daphne i Maggie dołączając się do wspólnego uścisku.
– To dla ciebie – Madelyn wręczyła siostrze odrobinę pogiętą kartkę, na której narysowane były dwie uśmiechnięte dziewczynki, otoczone sercami i kwiatuszkami. Nad głowami dziewczynek znajdowały się niezgrabne, dziecięce kulfony, układające się w dwa imiona: VELMA i MADDIE.
– Sama to napisałaś? – Velma była szczerze zdziwiona.
– Aha – odrzekła z dumą Madelyn. – Tata mnie nauczył, bo spędzał ze mną więcej czasu, bo mama prawie wcale nie przychodziła do domu, bo siedziała przy tobie i... i wiesz co? Tęskniłam za tobą.
– Wiem – powiedziała jej siostra.
– Masz ślicznego misia – zauważyła Maggie, biorąc do rąk pluszaka, leżącego na szafce obok łóżka.
– Od Jeffa – wyjaśniła Velma.
– Słucham? – zdumiał się Fred.
– Godzinę temu był tu z rodzicami, przeprosił mnie i dał mi tego misia.
– I... i wybaczyłaś mu? – spytała z wahaniem Daphne.
– Oczywiście. On nie miał nic wspólnego z tym, co zrobił Ryży, więc czemu miałabym mieć żal akurat do niego?
Daphne i chłopcy bez słowa spuścili wzrok.
– Większość jego kumpli się od niego odwróciła, stąd to pytanie – powiedziała szybko Maggie.
x
Velma wróciła do domu 25 listopada. Nazajutrz, w Święto Dziękczynienia, państwo Dinkleyowie wydali spore (jak na ich domowy budżet) przyjęcie, na które zaprosili rodzinę, przyjaciół i najbliższych sąsiadów. Velma, niewątpliwa gwiazda owego dnia, niemal cały ten czas spędziła na próbach ucieczki z kolan mamy, obsypującej (albo raczej zamęczającej) ją pieszczotami i całusami. Udało jej się zwiać dopiero wtedy, gdy stryjek Cosmo zaczął opowiadać o znaleziskach, które przywiózł do muzeum ze swojej ostatniej podróży – i była prawie pewna, że stryjek mrugnął do niej porozumiewawczo.
Następnej wiosny czterej ojcowie wspólnymi siłami wybudowali domek na drzewie, rosnącym przy domu Rogersów, i wyposażyli go w przeróżne zabawki. Mieli bowiem nadzieję, że dzięki temu ich dzieci już nigdy nie będą się bawić w detektywów. Trzeba przyznać dzieciakom, że dość zręcznie ukrywały swoje hobby przez prawie trzy lata; w końcu jednak ich rodzice odkryli prawdę...
Ale to jest już nowa historia i opowiemy ją następnym razem.
Tak, kochani, dobrze przeczytaliście! Napisałam "następnym razem", co oznacza, że planuję kontynuację, zwaną sequelem, a zatytułowaną Ich wścibscy rodzice! Mam nadzieję, że ta historia zainteresowała Was na tyle, że wrócicie po dalszy ciąg... gdy już się pojawi. Najbardziej prawdopodobny termin to lipiec, bo zbliża mi się sesja. :)
Jak zwykle jestem ciekawa Waszych opinii.
Pozdrawiam!
VM
