Rozdział piąty, w którym Luna godzi zwaśnione rody i z upodobaniem szydełkuje na kuchennym stole ciotki Petunii

Sam nie wie, które z nich pierwsze rzuca zaklęcie. Lestrange, z krwią obficie ulatującą z prawego ramienia, usuwa się za róg, a Harry szybko chwyta Lunę za rękę i ciągnie ją w pobliską bramę. Uchyla się, słysząc szmer nadlatującego zaklęcia i czerwony promień trafia w okno.
Szkło obsypuje ich jak śnieg, Luna krzyczy, znów ciągnie ją za sobą, gdy dostrzega drugie wyjście z bramy. Już prawie z niej wypada, gdy uświadamia sobie, co to za miejsce, co to za ulica, na którą dokładnie przecznicę wychodzą drewniane drzwi, stare i odrapane, cud, że się nie rozpadły, Luna wydaje z siebie szloch, kuleje chyba na jedną nogę, Harry nie jest pewien, może to on sam kuleje? Biegnie im się jakoś krzywo, biegną dalej, lepszy Dudley niż Bellatriks, trudno, mówi sobie Harry.

Śmierć zawsze jest jakaś, lepsze zwierzę niż ona, może chociaż Luna zginie szybko, a przecież jeszcze przepowiednia, dynda gdzieś tam w tyle głowy, trzeba żyć, trzeba żyć.
Ale jak się nie pokona Bellatriks, to i przed Voldemortem się nie stanie, to nie ma sensu. Moc, jakiej Czarny Pan nie zna, czy ona może ją znać? Jeśli miłość – ale Dumbledore się czasem myli, Dumbledore myli się za często – więc jeśli to nie miłość, to czy Bellatriks może znać, wiedzieć więcej, niż Voldemort? Nie zdradzić tajemnicy świadomie albo nie mieć pojęcia, że on nie wie, ten, co wie wszystko?
Lestrange nie zdradziłaby nigdy, dlaczego się nie śmieje, ona zawsze śmieje się szaleńczo, gdzie wilkołak?

Little Whinging jest pogrążone w grubej, za ciepłej ciszy. Nawet pod najlepszą pierzyną można się udusić.


Luna rzeczywiście kuśtyka. Ją też denerwuje cisza – taka cisza kojarzyła jej się zawsze z makowcem, mama piekła makowce, gdy Luna była małą dziewczynką. Na stole stały czerwone maki, a obok zawsze makowiec, taki zawijany, przekładany. Ta cisza nie może być bezpieczna, bo jest zbyt wyrazista, jakby czarna, przekładana długimi, bladymi pasmami złudzeń, które nie bywają prawdziwe.
Ma dziewięć lat, kiedy wchodzi do kuchni, na stole stoi świeżo upieczone ciasto, pachnie jak kwiaty, czerwone w czerwonym wazonie, sięga po nóż i to w tym momencie słyszy wybuch, a po nim już tylko ciszę, jakąś taką ciemną ciszę. Ręka lekko się trzęsie, można by ukroić sobie kawałek, wybuchy zdarzają się kilka razy w tygodniu, właściwie codziennie jest jakiś wybuch, ale zapach nie jest już tak zachęcający, jak przed chwilą, więc Luna idzie na dół - sprawdzić, co tam się znów w maminym gabinecie stało.


Na chodniku tworzy się plama krwi. Harry pamięta jeszcze z mugolskiej podstawówki, że nie wyciąga się szkła z rany, żeby nie krwawiła bardziej. Całe szczęście, że to nie tętnica udowa – tyle jeszcze pamięta – ale to jakoś z boku, nad kolanem. Cholerne okno, cholerna Bellatriks.
- To trochę jak maki – mówi Luna.
- Chodź, musimy znaleźć Narcyzę, zawsze łatwiej jest walczyć w trójkę. Tylko gdzie ona może być? Zachowuje się kompletnie nieodpowiedzialnie…
- Przecież to przez ciebie wyszła – Luna nie chce przestać mówić, jest jej raźniej, kiedy przerywa się tę ciszę, przekłada dodatkową warstwą i zaburza całą harmonię.
- Pośpiesz się wreszcie – rzuca Harry, a Luna przypomina sobie, że ludzie nigdy nie lubili tego tematu, nie lubili, gdy zaczynała mówić o ciszy, makach i niezjedzonych ciastach. Albo o butach, chociażby. A buty to absolutnie fascynujący temat.
Harry jest zdenerwowany, mogą umrzeć i to wciąż go wścieka. Dobrze, że się jeszcze nie przyzwyczaił, myśli Luna, wyjdziemy z tego cało, a wtedy będzie trzeba dalej bić się na wojnie. Więc zawija nadzienie w kolejną, lekko niedoprawioną warstwę.
- Coś czuję, że jednak trzeba będzie porozmawiać z Tobiaszem Snape'em. A tak bardzo chciałam tego uniknąć.


Harry postanawia biec, w szybki cel trudniej trafić, jest zresztą dość ciemno, pełnia nie oświetla uliczek wystarczająco. Dudley powinien niedługo wyjść z tej części miasteczka i skierować się na łąki, w stronę hodowli bydła. Oby nie zbliżył się do autostrady, to byłoby kompletne pogwałcenie zasad tajności, ściągnąłby im na głowę urzędników - nie mówiąc już nawet o potencjalnych ofiarach. Wilkołaka mogą nie zainteresować świecące punkty przelatujące po asfalcie, ale wybiegające z zatrzymanych z piskiem opon samochodów, krzyczące i uciekające dwunożne stworzenia…. Ała.

Problem polega na tym, że Harry nie ma pojęcia, gdzie powinien biec. Zaczynają oddalać się od Lestrange, kiedy przypomina sobie o zaklęciu „Wskaż mi". Różdżka wskazuje za niego – w samo centrum niebezpieczeństwa. Ale przecież nie można Narcyzy zostawić – więc zatrzymuje się. Patrzy na Lunę, która kiwa głową. Dzielna dziewczyna, myśli Harry, zdołała uodporni ć się na wojnę, a przecież dopiero co wydostała się z niewoli. Mogłaby histeryzować, płakać, żądać powrotu do domu… Dzielna dziewczyna.

Więc odwracają się, kolejny raz stają plecami do Privet Drive – pustkowia i łąki otaczające miasteczko zdają się być o wiele bliżej, tak, tam z całą pewnością udał się Dudley, to już prawie tradycja, jak przyjazd ciotki Marge na przyjęcia urodzinowe wuja Vernona. Idą ostrożnie, skradają się więc do rogu ulicy, potem tylko przejdą przez plac – po co więc uciekali?, dwie przecznice i powrócą do punktu wyjścia. Dzielna dziewczyna, naprawdę dzielna, z tym szkłem w nodze…
Jego tor myślenia staje się nierówny, ale uparcie dąży do jednej konkluzji.

Różdżka Harry'ego, ciągle wskazująca Narcyzę, zaczyna drgać.
Z cienia obok wychodzi Bellatriks.
Krew z nogi Luny ciągle leci ciurkiem, jak z zepsutego kranu.
Dudley wydaje z siebie wycie, radosne i triumfalne, i dopiero wtedy dociera do nich, że stoi kilka metrów dalej, za ich plecami – kilka metrów, jak kiedyś troll, przemyka Harry'emu przez myśl – jest wyższy, niż Remus, a z wilczego pyska ścieka ślina – jak krew z nogi Luny, ta co jak kran –

- i Harry już wie, już łapie tę konkluzję, która się uparcie naprasza, zostawili za sobą długi szlak krwi, taką ilość wilkołak zwęszyłby nawet z sąsiedniego miasta, pewnie i Bellatriks ją zwęszyła.

Wtedy słyszy krzyk Lestrange, z boku:
- Drętwota! – I dołącza do niej szybko, razem z Luną. Ledwo udaje mu się przenieść różdżkę z jednego celu na drugi, Bellatriks krzywi się wściekle.
- Znowu grasz bohatera, Harry? No jasne, nie ma lepszego sposobu na spędzenie czerwcowej nocy niż poszukiwania wilkołaka i ratowanie damy w opresji. Zmiataj do domu, już! Zajmę się twoim kuzynem. Tylko nie waż się już dzisiaj wychylić nos z pokoju.

Kiedy chłopak zamiera, obraca się szybko i idzie w stronę leżącego potwora, rzuca jeszcze przez ramię:
- I nie próbuj leczyć dziewczyny, sama się tym zajmę. Żadna ze mnie specjalistka, ale i tak mam więcej doświadczenia, niż ty. I nalej mi wina.
Dopiero wtedy do niego dociera. Jakby to wino stało się już jej wizytówką, jego elegancja i wykwintność, tak dla niej charakterystyczne, kojarzyły się momentalnie z tą kobietą.
- Co ty sobie wyobrażałaś?
Ale ona nie odwraca się więcej, pochylona nad Dudleyem wykonuje dziwne ruchy różdżką, jakby wyczarowywała nosze.
- Nie zamierzam kontynuować tej rozmowy, dopóki nie znajdziemy się w domu.


Harry obraca w rękach kubek, Narcyza siedzi z jedną nogą założoną na drugą, uparcie wpatrzona w okno. Awantura już chyba ostygła, jak herbata – ale Luna lubi zimną herbatę, świeżą i ożywiającą – wszyscy trzej Dursleyowie siedzą u siebie, pozamykani na różne klucze, śpią. Jeśli potrafią.
- Jakim cudem nikt nie ma pojęcia, że jesteś metamorfomagiem? Tego się nie powinno rejestrować?
- Pomyśl logicznie, Harry, jak by to miało wyglądać? Ta zdolność nie ma właściwie żadnych ograniczeń, mogę wyglądać, jak chcę. Mogę mieć głowę słonia. Twojego wuja Vernona. Riddle'a.
Przez twarz Harry'ego przebiega grymas wstrętu, ale i ślady zaciekawienia. To dość ciekawa broń, tyle że… Niefunkcjonalna.
- Dlaczego Bellatriks?
- Bo śmierciożercy się jej boją. Nie podeszliby z pytaniem: „co robisz sama w tej okolicy?". Nie kwestionowaliby jej obecności. Wszyscy wiedzą, że jest lojalna i szalona.
- Wysoko cenisz swoją siostrę.
- Dokonuje głupich wyborów. Jest trochę jak dziecko.
- Pamiętam, jak mówiłaś o niej wtedy, po Veritaserum. O waszym podobieństwie.
Narcyza lekko marszczy brwi, po czym jej twarz traci wszelki wyraz.
- Myślę, że to wszystko za bardzo ją pochłonęło, Harry – mówi cicho. – Straciła kontrolę i dobrze jej z tym. To lekkomyślne. Głupie. Może przede wszystkim – okrutne.
- Czy Ciebie też mogłoby tak pochłonąć?
- Czy co mogłoby mnie tak pochłonąć?
- Ty mi powiedz.
- Boisz się, że zdradzę czy że oszaleję?
Harry nie odpowiada. Podnosi wzrok na Lunę, spokojnie szydełkującą, i przypomina sobie ich wcześniejszą rozmowę.
- Mówiłaś, że chciałabyś czasem posiedzieć ze mną przy winie.
- O ile sobie dobrze przypominam, to było zanim okazałeś się wysoce niekulturalnym gospodarzem. I że nad sobą nie panujesz.
Harry wstaje gwałtownie.
- No tak, bo ty to panujesz nad sobą wręcz fantastycznie! Wychodzisz sobie z domu i nie wracasz na noc, chociaż jest pełnia. Ty jesteś dorosła, tak? To powinnaś chyba już wiedzieć, że włóczenie się po ulicach…
- Harry – głos Luny jest cichy, ale stanowczy. Więc Harry stwierdza, że sytuacja jest poważna i że może mądrze byłoby posłuchać głosu Krukonki. Oni podobno z rozumem się rodzili.
- Narcyzo… Musimy porozmawiać.

Jest zupełnie inaczej, niż za pierwszym razem. Znikła wprawdzie nieufność, ale zastąpiło ją napięcie innego rodzaju, niezręczność i niepewność. Żadne z nich nie wie, jak właściwie się zachować ani czego oczekiwać. W końcu Narcyza przerywa ciszę – wykształcenie salonowe daje o sobie znać, myśli Harry – i uśmiecha się lekko, mówiąc:
- Może zaczniemy tak, jak poprzednio? Nie znając się lepiej na siebie reagujemy.
On przez chwilę rozważa tę myśl. Nie da się nie zauważyć, że wtedy patrzył na Narcyzę inaczej. To śmieszne, że teraz, kiedy właściwie jej zaufał, jest bardziej skłonny do patrzenia przez pryzmat stereotypów i nazwiska.
- A może po prostu znowu podam ci Veritaserum? – żartuje. Narcyza arystokratycznie marszczy nosem i władczym gestem dłoni odsyła pytanie w niebyt.
Napięcie spada, a oni patrzą na siebie przez chwilę. Poczucie humoru jest cenną rzeczą, a jednak… niewystarczającą, myśli Harry. Jaka szkoda.
- Nie rób mi tego więcej. Nie zaskakuj w taki sposób. Jeśli mamy wszyscy czworo wyjść z tego żywi, to musimy znać swoje triki.
Narcyza kiwa tylko głową. Zdaje się czekać.
- Eee… Tak. Ja nie za bardzo mam w tym doświadczenie… Znaczy. Powinienem przeprosić, tak?
Narcyza śmieje się lekko, nalewając sobie wina. Wyraźnie skupia się na tym, by nie musieć patrzeć mu w oczy.
- Ja też nie jestem specjalnie uzdolniona w tym kierunku. Uznajmy, że to, co zostało już powiedziane, wystarczy.
- Jesteśmy kwita?
- Jesteśmy.
- I wcale nie chcesz rozmawiać o przepowiedni?
Odpowiada mu cisza.
- Powinnam była domyślić się tego wcześniej, prawda? – odpowiada powoli Narcyza.
- Od jednego mordercy do drugiego. Jesteś w stanie się z tym pogodzić? Mieszkać ze mną pod jednym dachem? Walczyć po mojej stronie?
- To nie do końca tak. Widzisz, Harry… Ja wypadłam spod rynny na deszcz. Na mżawkę. Niby to samo, ale mniej mokro, mniej chłodno. Mniej. Tam byłam panią domu wypełnionego mordercami. Moja rodzina, goście, inne kobiety z mojej klasy… Wypadasz przy nich blado. I tak, to raczej komplement.
Podniosła głowę i spojrzała mu prosto w oczy.
- Muszę walczyć. Neutralność jest zbyt niebezpieczna.

- Skąd ta powaga? Nie kokietujesz dzisiaj.
- Jestem zmęczona. Jest czwarta w nocy, sporo czasu zajęły nam te wrzaski. Ale tak sobie myślę, Harry… Ten deszcz czy mżawka.
- Tak?
- Może się okazać ciepłym, letnim deszczem.
Harry myśli, że chyba nie chce wiedzieć. Mogłoby się okazać, że widział w tych słowach mniej, niż powinien, że go to może przytłoczyć.
Albo, co gorsza, że widzi w nich zbyt wiele.
- Jest jeszcze coś. Nikt nie wie o moich zdolnościach. Kiedy metamorfomagia Andromedy wyszła na jaw, Bella się wściekła. Nie potrafiła znieść tego, że ma mniej talentu. To głównie z tego powodu tak strasznie jej nienawidzi, ślub z Tedem był tylko dodatkiem. Ja zorientowałam się dość późno, że mam tę samą umiejętność. Nie chciałam stracić siostry. Do dziś się nie domyśla. A potem doszedł do tego drugi powód, dla którego nie ujawniłam się ani przed Lucjuszem, ani przed Draconem – nie chciałam, żeby Riddle uznał mnie za coś wartą.

Siedzą przez chwilę w ciszy. W końcu Harry, niepewny, czy ufać własnym wnioskom o tej porze nocy, postanawia zadać dręczące go pytanie wprost.
- Czyli mamy rozejm?
- W obliczu wspólnego wroga, jakim będzie jutro twoje niewyspane wujostwo – myślę, że tak.
- I chyba żadne z nas nie wie, czy powinno się z tego cieszyć – mruczy Harry.
- To dla mnie bezpieczniejsze – uśmiecha się, raczej sennie, Narcyza.
- Oby.