No, to wracam po dość długiej przerwie. Przed wami ostatnia część rozdziału numer 4 ;)

Dedykowane Asiątku, które niedługo zacznie się rodzić i Asi, która je urodzi :*


Zadziwiające, ale tym razem nienawiść do profesora nie przyćmiła mu wzroku. Emocje ostatnich dni skumulowały się w nim, nie pozostawiając miejsca na te mniej ważne. Czuł się tak, jakby błądził we mgle, jakby świat wokół niego pędził w oszałamiającym tempie, zostawiając go daleko w tyle. A kiedy się zatrzyma, obawiał się Harry, kiedy się zatrzyma, nic już nie będzie takie samo.

Nie spuszczał wzroku ze Snape'a, gotów wreszcie dowiedzieć się prawdy, całej prawdy, choćby miało to oznaczać jego śmierć z rąk całkowicie złego Voldemorta. Chciał po prostu wiedzieć.

Już niedługo. Dzieliło ich tylko kilka kroków, Mistrz Eliksirów otworzył usta, prawdopodobnie po to, by wyrazić swoje zniecierpliwienie żółwim tempem ucznia…

- Harry? Harry, poczekaj proszę! – Dziwnie znajomy głos zatrzymał go w miejscu. Odwrócił się na pięcie, zdezorientowany. – Harry, możesz mi powiedzieć, co z twoją ciotką? Oczywiście, to dla wszystkich wielka tragedia, ten wypadek Dudleya, rozumiesz, ale takie zachowanie?

Ach, tak. Kobieta, której ciotka pokazała przez okno środkowy palec, dyrektorka szkoły. Zaczerpnął powietrza, gotów przeprosić ją i pożegnać, jednocześnie kierując wzrok na Snape'a… Albo raczej na miejsce, w którym Snape przed chwilą stał.

- Szlag! – Warknął.

- Harry?

- Cholera jasna! To nie twoja sprawa, kobieto! – rzucił wściekle. Cudownie!

Syk oburzenia wyrwał się z gardła pani dyrektor.

- Młody człowieku! Jak śmiesz zwracać się tak do dorosłej, szanowanej osoby! Natychmiast przeproś.

Szczerze mówiąc, Harry sam się nad tym zastanawiał. Takie zachowanie kłóciło się z jego gryfońskim sumieniem. Tak, powinien przeprosić. Ale był wściekły!

- Nie mam najmniejszego zamiaru! – Ręka, którą trzymał w kieszeni zacisnęła się na różdżce. Wyobraził sobie jak ją wyciąga, celuje, rzuca zaklęcie. Wściekłość buzowała mu w żyłach, zupełnie jak wtedy, kiedy ciotka zatruwała mleko Sally.

Sally!

Nagle jakby wrócił do rzeczywistości. Kobieta przed nim wyglądała, jakby myślała, że Harry chce ją uderzyć! I, szczerze mówiąc, niewiele brakowało. Potrząsnął głową.

Ciekawe, co jeszcze musi się wydarzyć, bym doszczętnie zwariował?

Szedł przez korytarz ciężkim krokiem, przytłoczony ostatnimi wydarzeniami. Przed wejściem do salonu zawahał się, coś kazało mu przystanąć. Ostrożnie zerknął do pomieszczenia. To, co zobaczył, zmroziło go.

Ciotka Petunia, cała normalnie-nienormalna, siedziała na dywanie otoczona ze wszystkich stron mnóstwem zdjęć. Zdjęć Dudleya. Wpatrzona w nie, przyciskała dłoń do ust. Drugą ręką, jak w transie, przerzucała stertę w gorączkowym poszukiwaniu. W końcu zasyczała triumfalnie.

Harry pamiętał moment, w którym zrobiono tę fotografię.

Wieczór Wigilijny, rok przed pojawieniem się Hagrida. Ogromna, idealna jak z pisma o wystroju wnętrz choinka rozświetla pomieszczenie blaskiem kolorowych światełek. Vernon Dursley, dumny niczym paw, trzyma dłoń na głowie otoczonego prezentami syna. Drugim ramieniem obejmuje Petunię, która czule spogląda na swoich mężczyzn.

Chwytający za serce obrazek idealnej rodziny. I tylko złośliwość w oczach chłopca sugeruje, że coś jest nie tak. Że, być może, aparat trzyma mały, zagłodzony chłopczyk w ubraniu po kuzynie, starający się, by poparzona ręka nie wpłynęła na jakość fotografii, wbrew sobie pragnący znaleźć się po drugiej stronie obiektywu, w zasięgu ojcowskich ramion wuja i ciepłego wzroku ciotki. Mający świadomość, że za chwilę zostanie zamknięty w komórce pod schodami bez kolacji bo nie utrzymał gorącej blachy i upadły mu aż dwa ciasteczka!

Echo dawnego bólu powróciło, kiedy Petunia zacisnęła dłoń na zdjęciu. Przerodziło się zaraz w totalne zdumienie, bo ciotka przedarła je na pół, i znowu, i znowu, aż zostały po nim tylko kolorowe strzępy.

- To zakłamanie… Harry! To wszystko - Ja i Vernon, Lily, Dudley i ty. I Sally, to… To nie miało tak wyglądać, rozumiesz? Nie tak! – Nie wiedział, że zdawała sobie sprawę z jego obecności.

Ten moment, jej załamanie, nie wiedzieć czemu przyniosło Harry'emu ulgę. Widok ciotki opłakującej swojego syna, swoją przeszłość - to było tak, jakby jej łzy przegoniły trochę tego bólu, który od zawsze nosił w sobie.

Bo to nie tak miało być. I to się liczyło.

Nie wiedział, co ma teraz zrobić. Dalej tu stać? A może podejść do niej, i… Albo odejść, zostawić samą z jej bólem?

Na szczęście nie musiał wybierać. Głośny warkot rozproszył melancholię. Ciotka uniosła głowę, nasłuchując przez chwilę, po czym odwróciła się do niego z natchnionym wyrazem twarzy.

- Harry! Czy ty wiesz, co to jest? – Zerwała się na nogi. – Masz pojęcie?!

- Eee… Nie bardzo?

- Och, chłopaku! Ten warkot, ostatni raz słyszałam go tej nocy, kiedy zostawiono cię na naszym progu. Obudził mnie, żywcem wyjęty ze snów o starym życiu, do którego strach i nienawiść mi wpojono… Ech. To czemu Sev cię nie zabrał? Zresztą, nieważne, jutro też jest dzień. Chodź, poznasz Rosalindę!

- Ale... Ciociu!

Zignorowała go. Wybiegła na dwór, w mrok letniego wieczoru.

Rosalindę?

Żółte światło lamp oświetlało ciche i spokojne Privet Drive. Harry Potter przemierzał podwórko, jak zwykle zaciekawiony, bo ciotka i wuj kryli się w cieniu.

- Co to za Rosalinda? – spytał.

- Cóż, chłopaku. Wokół niej kręciło się nasze życie jeszcze zanim poznaliśmy Toma Riddle'a. Dbaliśmy o nią, wszyscy razem, służyła nam przez tyle lat! Och, kochana, jakaś ty zaniedbana!

- Cud, że zareagowała na przywołanie. Spójrz na nią, Petunio, obraz nędzy i rozpaczy!

Do tej pory Potter słyszał tę czułość w głosie wuja może dwa, trzy razy, skierowaną tylko i wyłącznie do ciotki. Kto to jest, do cholery?!

- Nie martw się, mój drogi. Poradzimy sobie, już niedługo nasza kochana będzie wyglądała jak w swoich najlepszych dniach.

Dziecko? Nie… Zwierzątko? Skrzat domowy?!

- Otwórz garaż, Petunio.

… MOTOCYKL?

- Dziewczyna motocyklisty, pamiętasz?