A/N: Ten rozdział to moje jedno wielkie guilty pleasure i Niewidzialna Ręka Imperatywu Opkowego.

Dziękuję za wszystkie Wasze dotychczasowe komentarze, które ogromnie mnie cieszą i które to czytam co najmniej po kilka razy. Naprawdę, nic mnie bardziej nie motywuje i nie zagrzewa do pisania niż Wasz cudowny odzew! Na szczególne podziękowania zasługują Isamar i Filigranka, które zawsze znajdują czas, żeby się odezwać i których komentarze szczególnie uwielbiam. Bardzo, bardzo Wam dziękuję! I już tradycyjnie dziękuję Nadii za rady/bety-w-czasie-niedoczasu/podrzucanie pomysłów/słuchanie mojego jęczenia i za najfajniejszy prezent urodzinowy na świecie!

PS Tekst właśnie przekroczył 25k słów. Jako osoba, która pisze średnio 5k słów rocznie, jestem tym faktem niezmiernie ucieszona.


ROZDZIAŁ PIĄTY

ZDRADA I SPISEK


Draco, w nosie mając regulamin szkolny i zdrowie uczniów, szedł przez korytarz i zaciągał się czarodziejskim tytoniem. Był, lekko mówiąc, poirytowany. Właśnie wracał z gabinetu McGonagall, która wezwała go do siebie po to, żeby przedstawić mu rezultaty swojej rozmowy z rektorką GSM.

Co za upierdliwe babsko, myślał, zadymiając korytarz szybciej niż smok, któremu ktoś nadepnął na łuskę. Że też musiała się przyczepić akurat do mnie! Mało na wolności chodziło eksśmierciożerców?

Tylko że żaden z nich nie chciał studiować nigromagistyki.

Ale nawet jeśli, co było złego w studiowaniu czarnej magii? Przecież to nie tak, że na studiach zdobyłby jakąkolwiek praktykę. Na nigromagistyce uczono przede wszystkim teorii i metod prewencyjnych, nikt nie mówił, jak tę wiedzę wykorzystać. Głównie dlatego że większość zaklęć łączyła się z rytuałami, które wymagały złożenia ofiary. Często wystarczało kilka kropel krwi albo oddanie części energii; tylko naprawdę potężne i stare obrzędy wiązały się z krwawymi aktami przemocy. I Draco naprawdę nie mógł zrozumieć, czemu wzmocnienie w ten sposób czarów tak bardzo ludzi przerażało. W końcu magia, obojętna jaka, biała czy czarna, była jedynie narzędziem i to od woli czarodzieja zależało do jakich celów ten ją wykorzysta. Nawet taka McGonagall to pojmowała, dlaczego więc inni żyli w umysłowym ciemnogrodzie?

Rektorka GSM nawet po interwencji McGonagall pozostawała przeciwna pomysłowi przyjęcia Dracona na nigromagistykę. I nie przemawiał do niej argument, że Draco w Hogwarcie uczył obrony przed czarną magią i bliższa znajomość z przedmiotem nauczania zaowocowałaby lepszym, skuteczniejszym podejściem do tematu na jego lekcjach. Uczniowie zyskaliby bardziej kompetentnego nauczyciela, dzięki czemu sami podnieśliby swoje kwalifikacje z zakresu samoobrony, co po ostatnich wydarzeniach wydawało się dla całej czarodziejskiej społeczności sprawą kluczową.

Gdyby na miejscu Dracona znalazł się jakikolwiek inny nauczyciel, rektorka GSM pewnie przyklasnęłaby pomysłowi z radością. Tyle zostało z twojej ideologicznej równości, Dumbledorze, pomyślał, z mściwą satysfakcją wypuszczając dym prosto w twarz namalowanego na portrecie mnicha, który zaczął kaszleć i pokazywać mu obelżywe gesty. Draco, nic sobie z tego nie robiąc, zgasił papierosa na kamiennym bloku tuż obok.

Kiedy dotarł do końca korytarza i zobaczył, co dzieje się za jego załamaniem, natychmiast schował się z powrotem i przylgnął do ściany.

— Możecie kogoś w ten sposób skrzywdzić! — perorowała ta zarozumiała Gryfonka, Chadwick, czy jak jej tam było. — Regulamin szkolny jasno zabrania zabawy zębatym frisbee! Co jeśli wymknęłoby się wam spod kontroli i kogoś pogryzło? Pomyśleliście o tym przez chwilę? Kilka lat temu zębate frisbee tak pożarło pewną mugolkę, że nawet magomedycy nie dali rady jej…

— Nie bądź nudna, Chadwick. — Jeden z dwóch chłopców, których dziewczynka strofowała, powiedział dokładnie to samo, na co miał ochotę Draco.

Draco ostrożnie wychylił się ze swojej kryjówki, na tyle, żeby móc obserwować, co się działo po drugiej stronie korytarza bez obawy, że dzieciaki go zauważą. Jeszcze tego brakowało! Musiałby interweniować, zgodzić się z tą nadętą smarkulą i może nawet odjąć punkty biednym, sterroryzowanym uczniom; w dodatku Ślizgonom, jak skonstatował po chwili. Draco wprawdzie lubił karać uczniów, ale nie kiedy szło to w parze z przyklaśnięciem lizuskom.

— Natychmiast przestańcie albo będę musiała iść po nauczyciela.

— Jęzor lata jak łopata, co? — prychnął jeden z chłopców. — Nic dziwnego, że nikt cię nie lubi. Chodź. — Pociągnął za ramię kolegę. — Pójdziemy gdzieś, gdzie nie będziemy musieli jej oglądać.

— I tak poinformuję o tym profesora Slughorna! — krzyknęła jeszcze za nimi, nadymając się ze złości jak ropucha.

Draco, nie mogąc się powstrzymać, wyciągnął różdżkę i skierował ją na torbę Gryfonki.

Diffindo!, pomyślał, a pasek pękł, powodując, że wszystkie jej książki i przybory wylądowały na podłodze. Uśmiechnął się z zadowoleniem, chowając różdżkę z powrotem do kieszeni, kiedy nagle zauważył idącą z przeciwnej strony Granger. Mocniej przywarł do ściany, mając nadzieję, że tego nie widziała. Wątpił, czy znalazłby na to jakieś racjonalnie brzmiące wytłumaczenie.

— Daj, pomogę ci —usłyszał Granger, a po późniejszych odgłosach zorientował się, że naprawiła smarkuli torbę. — Coś się stało?

— Nie, musiałam za dużo włożyć i pękła. — Chadwick brzmiała tak, że chyba nawet Potter by jej nie uwierzył. Pewnie myślała, że to chłopaki od frisbee. Albo naprawdę nikt jej nie lubił.

— To powinno pomóc. Prosty czar wytrzymałości, naprawdę przydatny. Przetrzyma też zaklęcia.

Chadwick podziękowała Granger i szybko się zmyła, mówiąc, że śpieszy się na jakieś klubowe zajęcia, tak głupie, że Draco nigdy nawet o nich nie słyszał. Nieco go zdziwiło, że smarkula jednak nie naskarżyła na Ślizgonów przy pierwszej lepszej okazji.

Dobra, teraz tylko przeczekam, aż Granger sobie pójdzie i…

— Nie wierzę, że to zrobiłeś. — Granger łypnęła na niego groźne, wynurzając się zza zakrętu.

— Nie wiem, o czym mówisz. — Draco wyprostował się i próbował udawać, że wcale się przed nią nie chował.

Granger prychnęła, zupełnie jak nie Granger.

— Dobrze wiesz, o czym mówię. Nie udawaj większego idioty, niż jesteś. Złożę na ciebie raport.

— Granger, chyba masz zwidy — wycedził wolno. — Od siedzenia w tych książkach w końcu do reszty ci odbiło. Nie, żebym był zaskoczony.

Odepchnął się od ściany z zamiarem odejścia, ale Granger w ostatniej chwili złapała go za łokieć. Miała zadziwiająco mocny uchwyt jak na kogoś, kto sięgał mu ledwie do ramienia, i chyba tylko to spostrzeżenie spowodowało, że faktycznie się zatrzymał. Zrobił przesadnie zdegustowaną minę i teatralne strącił z siebie jej rękę.

— Jeśli nie chcesz się ze mną pieprzyć, to mnie z łaski swojej nie dotykaj. Niektórzy ludzie cenią sobie przestrzeń prywatną.

— Odważne słowa jak na kogoś, kto nie ma swojej przestrzeni.

Draco zmrużył oczy, czując jak dłonie samoistnie zaciskają mu się w pięści — żeby nie kusić losu wypchał nimi kieszenie. Kim jak kim, ale damskim bokserem nie pragnął zostać. Nawet jeśli w roli potencjalnej ofiary występowała zwykła szlama. Chociaż ciotka Bellatriks — gdyby jeszcze żyła — zapewne miałaby inne zdanie na ten temat.

— Odważne słowa jak na kogoś, kto prawie użyczył mi swojej bardzo osobistej przestrzeni. — Uśmiechnął się paskudnie.

Od dłuższego czasu miała na twarzy wypieki gniewu, ale Draco odniósł wrażenie, że po tym komentarzu jej rumieńce jeszcze się pogłębiły. Ciekawe, czy jak zaczerwienie dojdzie do dekoltu, to będzie się to klasyfikowało jako dojście z nią do drugiej bazy. Z przykrością to sobie uświadomił, ale pamiętniej nocy nie zobaczył jej cycków. Byli wtedy tak napaleni, że niemal od razu przeszli do dolnych partii.

— „Prawie" jest tutaj kluczowym słowem, Malfoy. Poza tym nie myśl sobie, że zastraszysz mnie, odwołując się do jednorazowego błędu popełnionego przeze mnie w stanie niepoczytalności.

— Jak dla mnie to byłaś wtedy bardzo poczytalna — skłamał. — Więc przestań szukać sobie wymówek. Prawda jest taka, Granger, że chciałaś się wtedy ze mną ostro rżnąć. Z własnej nieprzymuszonej woli. I w dupie miałaś Weasleya. Byłaś bardzo, bardzo chętna i pewnie gdybym zamiast mojego pokoju w Hogwarcie zaproponował ci kibel na miejscu, dałabyś się pieprzyć na sedesie.

Wbrew temu, czego po niej oczekiwał, Granger uśmiechnęła się niemal litościwie.

— Gdyby moje życie było tak żałosne jak twoje, pewnie też musiałabym tworzyć sobie takie iluzje, żeby się psychicznie nie załamać.

Miał ochotę złapać ją za ramiona i potrząsnąć nią tak mocno, że zgubiłaby wszystkie te swoje mądrości. Oczami wyobraźni niemal widział jej mądralińskie myśli wyskakujące z głowy, jedna po drugiej.

— Nie możesz powstrzymać swojej gęby od gadania, co? — warknął zamiast tego. — Ludzie chyba ciągle rzucają na ciebie Silencio.

— Przyznaj się, po prostu boli cię to, że mam rację. — Granger wyglądała na względnie zadowoloną, co Dracona tylko jeszcze bardziej rozzłościło.

Jego ręka odruchowo zacisnęła się na jej ramieniu. Przyciągnął ją bliżej siebie, nie mogąc znieść wyrazu jej twarzy. Zrobiłby wszystko, żeby jej dogryźć.

— Doprawdy? — wycedził cicho. — Bo ja mam wrażenie, że to ty próbujesz odwrócić uwagę od tego, co naprawdę cię boli. Bo brzydka prawda jest taka, że w rzeczywistości jesteś głupią suczką, która sama wpakowała mi się do łóżka i rozłożyła przede mną nogi chętniej niż niejedna dziwka. Pewnie ciągle robisz się mokra na wspomnienie tamtej nocy, co? — Nie spuszczając wzroku z jej oczu, przesunął palcem wskazującym po linii jej obojczyka. Zjechał nim cal niżej i zagiął na brzegu jej szaty. — Ale nie rób sobie nadziei, nie mam teraz na ciebie ochoty.

To trwało tylko ułamek sekundy, kiedy oczy Granger zapłonęły chęcią mordu, a Draco uświadomił sobie, że chyba lekko przesadził. Zdążył sięgnąć po różdżkę i wyczarować słabą barierę, zanim jej pierwsze zaklęcie roztrzaskało ją w drobny mak. Jej ataki były tak szybkie, tak silne i ta precyzyjnie, że ledwie nadążał z ponawianiem Tarczy, nie wspominając o wyprowadzeniu jakiegokolwiek kontrataku. I nawet w tych ułamkach sekund, kiedy nic go nie chroniło, kilka czarów Granger zdołało go musnąć. Inne, które udało mu się odbić, rykoszetem uderzały o ściany, kruszyły kamienne bloki, ściągały w dół portrety i rozczłonkowywały pobliskie zbroje.

Przez chwilę nawiedziła go myśl, że Granger go zabije. Gdyby wiedział, że wściekła jest taka niebezpieczna, może zastanowiłby się dwa razy, zanim doprowadził ją do wrzenia; i to nawet nie było takie wrzenie, jakiego by sobie życzył.

— Panno Granger! Panie Malfoy! Co to ma znaczyć?

Granger dopiero na widok McGonagall przestała miotać w niego zaklęciami. Dyszała ciężko, jakby przed chwilą obiegła cały zamek naokoło.

— Pomagałam Malfoyowi w przygotowaniu zajęć — skłamała ku jego niepomiernym zdziwieniu. — Chciał sprawdzić kilka zaklęć, zanim pokaże je uczniom.

No, no. To dopiero było ciekawe! Kłamiąca Granger, w dodatku Granger kłamiąca po to, aby go chronić, bo przecież mogłaby powiedzieć prawdę — o tym, że to Draco ją sprowokował — i cała wina spadłaby na niego. Chyba że powstrzymywało ją co innego. Na przykład… wstyd.

— Sądząc po wyglądzie pana Malfoya, nie są to zaklęcia, które można by było demonstrować uczniom. I na przyszłość korytarze nie są najlepszym miejscem do takich pokazów. Jeśli chcą państwo ćwiczyć, proszę to robić w swoich komnatach. — Zaciśnięte wąsko usta i spojrzenie, jakim zmierzyła Dracona, jasno sugerowały, że nawet jeśli uwierzyła Granger, to na pewno nie zamierzała dać wiary w jego niewinny udział w tym całym incydencie. — Mieli państwo szczęście, że w pobliżu nie znajdował się żaden uczeń. I proszę doprowadzić korytarz do poprzedniego stanu.

Kiedy McGonagall skończyła udzielać im reprymendy i odeszła, Draco zaczął się obmacywać po całym ciele. Na całe szczęście dostał tylko kilkoma klątwami tnącymi, żadną bezpośrednio, więc nic, poza płytkimi nacięciami, mu nie dolegało. Rękawem szaty obtarł krew z twarzy i splunął na podłogę, tylko dlatego że wiedział, że Granger się to nie spodoba. I faktycznie, kiedy przeniósł na nią spojrzenie, przekonał się, że ta zaciskała mocno usta, jakby usilnie powstrzymywała się przed zwróceniem mu uwagi. Draco nie miał trudności z wyobrażeniem sobie, co takiego mogłaby chcieć mu powiedzieć. „Jak śmiesz pluć na podłogę, której kamienie pochodzą z Magicznej Świątyni Merlina i znajdują się na czarodziejskiej liście światowego dziedzictwa UNESCO?". Albo coś równie durnego.

— Zobacz, Granger — powiedział. — Zdemolowałaś cały korytarz. Wygląda na to, że chyba jednak trafiłem w czuły punkt.

— Och, zamknij się — warknęła, zaklęciami naprawiając wyrządzone przez siebie szkody. — Po prostu się zamknij.

Parsknął, próbując powstrzymać śmiech, a kiedy Granger rzuciła mu zaniepokojone spojrzenie (może myślała, że się dławił?), udał nagły atak kaszlu.

Cała gęba go szczypała jak po ataku rozjuszonego kota, więc nie zwlekając, ruszył w stronę skrzydła szpitalnego.

— A ty myślisz, że gdzie się wybierasz?! — krzyknęła za nim. — Masz mi z tym pomóc!

— Jesteś taka mądra, że pewnie nikt poza tobą i tak nie potrafi tych czarów odwrócić, więc ogromnie nad tym ubolewam, ale mój haniebny brak kompetencji w tej dziedzinie uniemożliwia mi dalszą owocną kooperację. — I skręcił na schody prowadzące piętro niżej.


Hermiona była wściekła. A naprawdę wściekła Hermiona należała niemal do takich ewenementów jak Smok Walijski w Ugandzie. Myślała, że nigdy więcej Malfoy nie doprowadzi jej do takiego stanu jak w trzeciej klasie, kiedy uderzyła go pięścią w twarz (z tej adrenaliny dopiero po pewnym czasie zorientowała się, że złamała sobie na jego nosie kości śródręcza). Przez ostatnie trzy lata, w czasie których musiała z nim dzielić życie codziennie, wydawało jej się, że Malfoy nie jest już w stanie faktycznie wyprowadzić jej z równowagi; że te chwile, gdy potrafiła nienawidzić go do krwi, minęły wraz z wojną i nastoletnią Hermioną. Oczywiście, wciąż uważała go za nic niewartego paniczka, jednak jego zachowanie częściej klasyfikowała jako żałosne i godne współczucia niż takie, które by ją mogło zdenerwować. Wyglądało na to, że się pomyliła. Najgorsze w tym wszystkim było to, że nie złościła się ani na Malfoya, ani na to, co mówił — na myśl o tamtej nocy oblewał ją co najwyżej pot obrzydzenia. Złościła się na siebie. Bo w tym jednym Malfoy miał rację: jakkolwiek niedorzecznie nie brzmiałoby to teraz, w tamtym momencie chciała iść z nim do łóżka. Bardzo chciała. Tak bardzo, że miała ochotę odzyskać swój stary zmieniacz czasu, cofnąć się do tej felernej nocy i dać sobie w twarz.

Kiedy wpadła do swojego pokoju, wciąż rozmyślała o Malfoyu, dlatego na widok Rona i Harry'ego rozpostartych na jej dwóch — jedynych! — fotelach, podskoczyła z zaskoczenia.

— Wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha — roześmiał się na to Ron.

— W Hogwarcie to raczej nic niezwykłego — zauważył Harry, machając w jej stronę ręką. — Skorzystaliśmy z twojego kominka, mamy luźniejszy dzień i pomyśleliśmy, że wpadniemy w odwiedziny.

Faktycznie jakiś czas temu Hermiona wprowadziła do swojej zapory kominkowej pewne zmiany, dzięki którym chłopcy i Ginny mogli nim podróżować, nie czekając na jej zgodę.

— Mogliście mnie uprzedzić — jęknęła Hermiona, która otrzeźwiała na tyle, by zacząć rozglądać się po pokoju, upewniając się, że nigdzie na widoku nie leżało nic kompromitującego, jak na przykład wczorajsza bielizna. — Zrobiłabym porządek i zaplanowała coś fajnego na popołudnie!

— Wiesz, niespodzianki są nazywane niespodziankami właśnie dlatego, że mają być czymś niespodziewanym — powiedział Ron, podając jej plik gazet, na których nieuważnie usiadł. — Gdybyśmy cię uprzedzili, to już nie byłaby niespodzianka, tylko, eee, spodzianka — wybrnął bohatersko.

Hermiona wyciągnęła rękę, żeby przejąć od niego makulaturę, ale Ron w ostatnim momencie zawahał się. Zerknął na tytuły i dopiero wtedy, po krótkiej chwili namysłu, podał jej gazety. Hermiona z premedytacją uniknęła jego spojrzenia.

— Co nowego w Hogwarcie? — spytał Harry, najwidoczniej nieświadomy tego, co przed chwilą zaszło. Harry w ogóle miał zadziwiającą zdolność niezauważania niczego, co działo się między Ronem a Hermioną, jeśli tylko nie robili tego z subtelnością słonia w sklepie z porcelaną. Albo po prostu wolał udawać, że niczego nie widzi.

— Chyba nic ciekawego — przyznała z namysłem, robiąc w głowie szybki przegląd ostatnich wydarzeń szkolnych i wyławiając z nich coś, co mogłoby zainteresować chłopców. — O, Malfoy chce studiować.

Ron zakrztusił się własną śliną.

— Malfoy chce studiować? — powtórzył z niedowierzaniem. — Niby, co? Dupkologię?

— Nie wiem, co. — Hermiona wzruszyła ramionami. — Profesor McGonagall zagadała do mnie któregoś dnia, żebym mu pomogła przy formalnościach, gdyby wyraził takie chęci.

— I co? Pomagałaś mu? — Chciał wiedzieć Harry.

Hermiona westchnęła i usiadła na oparciu fotela, zajmowanego przez Rona. Głównie po to, by nie musieć na niego patrzeć. Już zaczęła żałować, że wspomniała akurat o Malfoyu. Ron automatycznie objął ją ramieniem.

— A wyobrażacie sobie Malfoya, który prosi mnie o pomoc w czymkolwiek? Słowem się do mnie nie odezwał.

— Najpierw nauczanie w Hogwarcie, teraz studia. — Ron gwizdnął. — Co on kombinuje?

Hermiona doskonale wiedziała, że podjęcie studiów wśród czarodziejów nie było tak powszechne jak u mugoli. Gdyby musiała tłumaczyć to swoim rodzicom, porównałaby magiczne studia do robienia doktoratu w mugolskim świecie.

— Nic nie kombinuje — ucięła natychmiast, zanim chłopcy zdążyliby się wkręcić w teorie spiskowe. — Układa sobie życie. Też nie spodziewałabym się po nim, że zdecyduje się akurat na profesję nauczyciela, ale w szkole całkiem nieźle sobie radził i…

— Nie miał wyboru — przerwał jej Harry zdumiewająco pewnym głosem. — To stało się po śmierci jego matki. Dopiero wtedy zaczął pracować w Hogwarcie. Najwidoczniej stracił majątek i musiał się gdzieś zaczepić, żeby przeżyć. Hermiono, sama mówiłaś, że nie ma tu lekko.

— Ale przecież Malfoyowie dalej mają kupę złota w Gringocie. Bill kiedyś wspominał — wyjaśnił Ron. — Nie tyle, co kiedyś, ale na biedę raczej nie powinni narzekać. Dworu też im nikt nie odebrał. Nie kojarzę, żeby ktoś go odkupił, a ty, Harry?

— Nie, Malfoy Manor na sto procent wciąż należy do Lucjusza Malfoya.

Cała trójka wiedziała, że zatrzymanie dworu Malfoyowie zawdzięczali Harry'emu i jego zeznaniom w toczonych się przeciwko nim powojennym procesom.

— Aha! — Hermiona nie mogła się powstrzymać od okrzyku, gdy historia złożyła się jej w logiczną całość. Już wcześniej o tym myślała, ale wtedy te teorie nie wydawały się jej dostatecznie przekonujące. — Zarówno Malfoy Manor, jak i cały majątek Malfoyów należy do ojca Malfoya, prawda? — spytała, a kiedy chłopcy kiwnęli głowami w ramach potwierdzenia, wyjaśniła: — Wśród starych czarodziejskich rodów istnieją różne formy zabezpieczenie przed kradzieżą albo dziedziczeniem majątku przez dzieci z nieprawego łoża. Znając Malfoyów, pewnie obłożyli wszystkie swoje aktywa czarem tego typu. A jeśli tak, to dopóki Malfoy był niepełnoletni i w pełni zależny od swoich rodziców, zaklęcie rozpoznawało w nim nie jego, ale jego pełnoprawnych opiekunów, stąd miał nieograniczony dostęp do rodzinnych dóbr. Gdy jednak stał się pełnoletni, zaklęcie zaczęło traktować go jak intruza, przynajmniej do czasu, do kiedy jego rodzice magicznie nie ustanowiliby go oficjalnym dziedzicem.

— No i? — Ron wychylił się ze swojego siedzenia, żeby na nią spojrzeć. — Malfoy już dawno uzyskał pełnoletność.

Hermiona pokręciła niecierpliwie głową, próbując przywołać w myśli treść własnych notatek.

— Prawnie tak, ale to, że czarodzieje osiągają pełnoletność w dniu swoich siedemnastych urodzin to tylko współcześnie obowiązujące prawo. Nie zawsze tak było. Kiedyś o tym, kiedy młody czarodziej uzyskiwał pełną dojrzałość, decydowali jego prawni opiekunowie. Czasami taką granicą było osiągnięcie wieku umożliwiającego zamążpójście lub ożenek, czasami dopiero wstąpienie w związek małżeński, innym razem śmierć opiekunów czy, w przypadku chłopców, śmierć ostatniego męskiego przedstawiciela rodu. Mniej więcej od szesnastego wieku najpopularniejszym wyznacznikiem dojrzałości wśród tego typu magii jest skończenie dwudziestu lat przez czarodziejów i siedemnastu przez czarodziejki. To prawdopodobnie moda zapożyczona od Norwegów, którzy często wiązali zaklęcia z osiągnięciem pewnego pułapu wiekowego.

— Co? Niby czemu czarodziejki wcześniej miałyby uzyskiwać pełnoletność?

— Takie samo pytanie zadano ministrowi magii w tysiąc dziewięćset dwudziestym czwartym roku — wyrecytowała na bezdechu — dlatego minister ujednolicił obowiązujące wówczas prawo wynikłe z tradycji rytuałów magicznych. Właśnie od tamtego czasu wszyscy czarodzieje prawnie osiągają pełnoletność w momencie swoich siedemnastych urodzin. Ale to tylko formalna granica. Może się wcale nie pokrywać z magią, wrażliwą na inne wyznaczniki.

— Czyli jeśli Malfoyowie użyli tradycyjnej granicy, w momencie śmierci swojej matki Malfoy wciąż był, według zaklęcia, niepełnoletni — domyślił się Harry. — Ale co to rozwiązuje? Kiedy skończył dwadzieścia lat, wystarczyło mu pójść do ojca po status dziedzica. Co w tym trudnego?

Hermiona wzruszyła ramionami.

— Niby nic. Ale czy słyszeliście, żeby Malfoy odwiedził ojca od śmierci swojej matki? Pamiętacie? Kiedyś wszystkie te wizyty strasznie rozdmuchiwano. Ludzie byli wściekli, że tylko ojciec Malfoya dostał to, na co zasługiwał.

Hermiona pamiętała krzykliwe nagłówki gazet i demonstracje pod Ministerstwem Magii, w których ludzie domagali się ponownego otworzenia spraw uniewinnionych lub łagodnie potraktowanych śmierciożerców i osób blisko z nimi powiązanych. Malfoyowie stali się wręcz ikoną, jako że reprezentowali wszystko to, przeciwko czemu walczono.

— Faktycznie, „Prorok" robił z tego prawdziwe sensacje. A od jakiegoś czasu cisza.

— Ale gdzie w tym sens? — zirytował się Harry. — Co przeszkadzałoby Malfoyowi w odwiedzeniu ojca? Wnioskując po moim złamanym nosie, raczej nie miał z nim na pieńku.

Hermiona w roztargnieniu pokręciła głową.

— To tylko teoria — powiedziała, chociaż im dłużej nad tym myślała, tym bardziej była pewna, że miała rację. — Mogę się mylić.

Ron zamknął oczy i wyglądał jak ktoś, kto intensywnie nad czymś rozmyślał.

— Co robisz? — Harry zerknął na niego z zainteresowaniem.

— Ciii — uciszył go Ron, nawet na chwilę nie rozchylając powiek. — Próbuję zapamiętać tę chwilę.

Hermiona pacnęła go dłonią po głowie.

Hermiona spędziła z chłopcami bardzo przyjemne popołudnie. Pospacerowali razem po błoniach i powspominali stare czasy, a na koniec wspólnie odwiedzili Hagrida. Hermiona, zaoferowana własnymi studiami i obowiązkami nauczyciela, wiedziała, że ostatnimi czasy zaniedbywała te wizyty, ale dopiero widok twardych i wielkich jak pięść ciasteczek uświadomił jej jak bardzo. Coś ścisnęło się jej w piersi na wspomnienie ich obrzydliwego smaku i z tej niewyobrażalnej tęsknoty i poczucia winy sięgnęła po jedno. Dopiero ukruszony ząb sprowadził ją z powrotem na ziemię. Całe szczęście, że, jak na córkę dentystów przystało, świetnie radziła sobie z zaklęciami odontologicznymi.

W końcu, kiedy wieczorem wracali wydeptaną ścieżką do zamku, a słońce rdzewiało nisko na niebie, Harry stwierdził, że musi już iść, bo obiecał Ginny, że przygotuje kolację. Hermiona została razem z Ronem, który trajkotał z przejęciem o pomyśle zorganizowania kursu dokształcającego dla aurorów z minimum dziesięcioletnim stażem. Hermiona usiadła na zmurszałym pniu niedaleko wierzby bijącej, przypominając sobie dzień, w którym Syriusz Black wciągnął do środka Rona. Ron zajął miejsce na ułamanych konarze obok. W tej scenerii jego włosy wyglądały na bardziej rude niż zwykle.

— Judy ma zrobić wstępny kosztorys. Harry uważa, że to świetny pomysł, ale chyba wolałbym powierzyć to komuś innemu — mówił. — Nie to, że jej nie lubię, ale ona jest… Zresztą, sama wiesz, jaka jest. Słyszałem, że się z nią spotkałaś. Od półtora tygodnia nie mówi o niczym innym.

— Naprawdę? — zlękła się. Co jeśli Judy zdradziła Harry'emu i Ronowi temat ich rozmowy? — Co mówi?

— Głównie to się zachwyca tym, jaka jesteś miła i jakie masz gładkie dłonie. O, teraz sobie przypomniałem, że któregoś dnia powiedziała, że widziała, jak opuszczałaś zjazd razem z Malfoyem.

Serce Hermiony przyspieszyło bicia. Ron wiedział?

— Mam nadzieję, że to nie on cię tak urządził? Bo jeśli tak, to wiesz, że mogę go sprać na kwaśne jabłko.

Dopiero po chwili Hermiona uświadomiła sobie, że Ron nie mówił o jej niedoszłej zdradzie, ale o tym stanie okropnego kaca, w jakim ją wtedy zastał.

Dobrze, Hermiono, powiedziała do siebie, to jest dobry moment, żeby mu o wszystkim powiedzieć. Ale na samą myśl wyznania mu prawdy oblał ją zimny pot, a żołądek zaczął jej się skręcać z nerwów. Nie, to jednak nie była najlepsza chwila. Nie chciała niszczyć tak pięknego dnia, chyba pierwszego od skończenia przez nią szkoły spędzonego tylko we trójkę w tak przyjemnej atmosferze. Ale to było głupie i egoistyczne pragnienie. Na takie zwierzenia nie istniał odpowiedni czas, a uciekanie przed problemem mogło doprowadzić jedynie do tego, że ten urósłby do rangi nierozwiązywalnego. Po jakimś czasie lęk przed ujawnieniem tajemnicy i wyrzuty sumienia sprawiłyby, że zaczęłaby unikać Rona. A wtedy oboje byliby nieszczęśliwi.

— Ron — powiedziała, wyłamując sobie palce i wpatrując się we własne stopy. Tchórz!, wyrzuciła sobie, ale to wcale jej nie pomogło. — Wiesz… My chyba musimy porozmawiać.

Ron zamrugał.

— Co? Więc on naprawdę coś ci zrobił?

Hermiona pokręciła głową, ale potem, jakby w zamyśleniu, nią pokiwała.

— Musiałam strasznie dużo wtedy wypić i zaczęłam zachowywać się jak nie ja — wyznała cicho. — Wiesz, że zwykle wcale mi nie odbija po alkoholu, ale tamtej nocy było inaczej. W ogóle przestałam myśleć, nie wiedziałam, co robię… Nie, wiedziałam, tylko że nie robiłam tego, co chciałabym robić naprawdę. W takim stanie napatoczyłam się na Malfoya i… Przepraszam, tak strasznie cię przepraszam! — Dopiero teraz odważyła się na niego spojrzeć.

Ron miał mocno zaciśnięte usta, ale poza tym wyglądał na zadziwiająco spokojnego. Znając jego porywczą naturę, spodziewała się zupełnie innej reakcji.

— Spałaś z nim? — spytał beznamiętnie, jakby wcale nie rozmawiali o jej potencjalnej zdradzie tylko o przepisie na zupę ze skłaposkrzeczków.

Wolałaby, żeby na nią nawrzeszczał. Wolałaby, żeby porwał się i złamał Malfoyowi nos. Wolałaby, żeby zrobił cokolwiek, co świadczyłoby o tym, że był o nią choć trochę zazdrosny.

Pokręciła głową, zbyt zdenerwowana, by mówić.

— Ale było blisko? — domyślił się.

Przytaknęła. Ron westchnął, pochylił się, opierając łokcie na kolanach, i schował twarz w dłoniach.

— Coś do niego czujesz?

— W życiu! Wiesz, że kocham tylko ciebie! Nie wiem, czemu to zrobiłam. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak tego żałuję.

— Ja też cię kocham — wyznał cicho. Zerknął na nią znad dłoni, na których oparł twarz. — Zawsze będę cię kochał, bo zawsze będziesz moją przyjaciółką.

Boże, dlaczego on nie wrzeszczy? Dlaczego mnie nie przeklina i nie życzy mi złapania groszopryszki? Dlaczego jest taki spokojny?!

— Myślę, że będzie najlepiej, jeśli od siebie odpoczniemy.

Nie!, nie chcę od ciebie odpoczywać, ja cię kocham!, krzyczała w myślach Hermiona, ale w rzeczywistości kiwnęła jedynie głową.

— Muszę to przemyśleć. Cenię sobie naszą przyjaźń i nie chcę jej tracić. Musisz… musisz dać mi czas, żebym to sobie uporządkował.

— Ale… nie zrywasz ze mną?

— Nie mogę z tobą zerwać, jesteś moją przyjaciółką — odparł Ron, jakby to miało jakiś sens. — Ale jeśli chcielibyśmy w tym czasie spotykać się z kimś innym, powinniśmy spróbować.

Nie chcę spotykać się z nikim innym!

W głowie jej szumiało.

— Więc co? Mamy teraz przerwę?

Ron wzruszył ramionami.

— Nie wiem. Chyba tak to można nazwać.

Chwilę na siebie patrzyli. Hermiona powstrzymywała łzy cisnące się jej do oczu, Ron wyglądał na zamyślonego. Zamyślonego!, pomyślała ze złością Hermiona, chociaż wiedziała, że nie miała prawa się na niego złościć. Ron wstał i wykonał w jej stronę niezręczny gest pożegnania.

— Ron! — Pociągnęła go za rękaw, gdy obok niej przechodził. — Wiesz, że cię kocham?

— Wiem — powiedział z westchnieniem. Spojrzał na nią, jakby chciał jej dotknąć, ale ostatecznie nie wykonał w jej kierunku żadnego gestu. — Wiem. Trzymaj się, Hermiono.

Hermiona długo patrzyła, jak odchodził. Słońce tańczyło w jego włosach nawet wtedy, gdy jego już nie było.


Od kilku minut kominek Dracona upierdliwie piszczał, dając mu do zrozumienia, że ktoś próbuje się z nim skontaktować. Ponieważ zaklęcia wyciszające nie przyniosły lepszych efektów, Draco wreszcie oderwał się od „Przeglądu Quidditcha" i jednym ruchem różdżki zdjął blokadę. W palenisku niemal natychmiast pojawiła się zirytowana głowa Pansy.

— No wreszcie! — burknęła, widocznie niezadowolona. — Czekam i czekam. Przepuść mnie przez zaporę. Mam wieści, które mogą cię zainteresować, a nie zamierzam rozmawiać z tobą, będąc w tej uwłaczającej mojej godności pozycji.

Draco miał na końcu języka swoje zdanie na temat owej pozycji, ale nie chcąc wkurzać Pansy, powstrzymał się od jej wygłoszenia. Zamiast tego otworzył dla niej przejście. Jej głowa zniknęła, a po chwili cała Pansy wyłoniła się z kominka, krztusząc się pyłem i otrzepując ubranie z sadzy.

— Salazarze! — jęknęła, gdy przestała kaszleć. — Ale masz syf w tym kominku. Mógłbyś go od czasu do czasu przeczyścić.

Draco w odpowiedzi jedynie wzruszył ramionami i opadł z powrotem na kanapę (bardzo udana transmutacja krzesła z miękkim siedziskiem; doprawdy, ten „zadowalający" na owutemach z transmutacji to jakaś pomyłka). Pansy oparła się o jego biurko, krzyżując nogi w kostkach. Rozejrzała się po panującym w pokoju bałaganie z widocznym niesmakiem.

— McGonagall nie stać na skrzaty czy co? — spytała, trącając łokciem ubabraną w jakiejś kleistej mazi śmierdzącą koszulkę.

— Skrzaty przychodzą tylko raz w tygodniu — wyjaśnił zirytowanym tonem. — Więc? Co chciałaś mi powiedzieć?

— Mógłbyś być dla mnie milszy. — Pansy teatralnie wygięła usta w podkówkę. — Jeśli będziesz taki opryskliwy, może nic ci nie powiem.

— Herbatki? Ciasteczka? Może usiądziesz? — spytał z udawaną grzecznością. Na koniec uśmiechnął się tak nieszczerze, że Pansy parsknęła w rękaw.

— Masz szczęście, że kiedy chcesz, potrafisz być szalenie ujmujący. Jak daleko zawędrowałeś w dupie McGonagall?

— Wystarczająco głęboko, żeby ciągle tutaj być. — Westchnął, nie kryjąc rozdrażnienia. — Pansy, powiesz w końcu, z czym przyszłaś?

— Popytałam trochę tu, trochę tam i mam coś, co może cię zainteresować. — Posunęła się głębiej na biurku, tak, że jej stopy zadyndały w powietrzu. Uśmiechnęła się drapieżnie, przypominając Draconowi jej wrednego kota, którego miała w Hogwarcie i który niezliczoną ilość razy napadał na jego łydki znienacka. — Twój trop wcale nie był taki ślepy, jak myślałeś. John Burke co prawda faktycznie najprawdopodobniej od dawna pija herbatkę z Merlinem i Morganą, ale węsząc wokół jego zaginięcia, udało mi się złapać kilka nowych nitek. I wszystkie te sznurki przeplatają się w jednym miejscu.

Ponieważ Pansy zamilkła, najwidoczniej czekając na jego reakcję, Draco spytał:

— W jakim?

— W „Podziemiu". Znasz ten klub?

Draco kiwnął głową. Oficjalnie „Podziemie" było takim samym klubem, jak każdy inny. Nieoficjalnie stanowił azyl dla wszelkiego rodzaju narkomanów i dilerów. Chodziła plotka, że właściciel miał mocne plecy w ministerstwie, dlatego od tylu lat utrzymywał się na rynku, mimo wiadomej reputacji.

Draco nie mógł powiedzieć, że ta wieść go ucieszyła, chociaż na pewno nie była dla niego zaskoczeniem.

— W takim razie słuchaj. Dobra informacja jest taka, że prawdopodobnie jest jeden diler Sennej Wróżki. Wszyscy wspominali łysego, chudego czarodzieja z rosyjskim akcentem. Wystarczy go znaleźć i wyciągnąć z niego, co trzeba, a będziesz miał kolejne nazwisko.

Draco odchylił głowę i przymknął oczy.

— Wiesz, kiedy się pojawia? Jest tam każdego wieczoru czy może tylko w wybrane dni?

— Nie mam pojęcia. To ćpuni, oni ledwie pamiętają, gdzie mieszkają.

— Racja. — Zmarszczył brwi. Nie mógł sobie pozwolić na codzienne sprawdzanie „Podziemia". Już abstrahując od tego, że rano musiał się wstawiać na zajęciach, po jakimś czasie ludzie zaczęliby go rozpoznawać. — Spróbujesz dowiedzieć się, kiedy mógłby być w „Podziemiu"? Może ktoś coś słyszał? Udaj, że chcesz kupić Senną Wróżkę?

— Nie jestem idiotką, Draco. Już rozpuściłam wici, teraz czekam na efekt. Wątpię jednak, bym szybko dostała jakiś w miarę prawdopodobny cynk. Większość tych ćpunów kłamie lepiej niż matka Blaise'a próbująca zwabić do siebie kolejnego majętnego amanta.

Draco otworzył oczy i przechylił głowę tak, by spojrzeć na Pansy. Bawiła się różdżką, przetaczając ją sobie między palcami.

— Dzięki — powiedział szczerze.

Pansy wzruszyła ramionami.

— Daj spokój. W życiu bym ci nie pomogła, gdybym sama czegoś z tego nie miała. Nie zachowuj się, jakbyś był mi coś winien. Swoją drogą, skorzystałam też z kontaktów mojego narzeczonego i dowiedziałam się kilku ciekawych plotek prosto z Ministerstwa Magii.

Draco uniósł brwi w niemym pytaniu.

— Granger tam węszyła, szukając czegoś o Sennej Wróżce.

— Granger? — zainteresował się. — Wiesz, o co pytała?

— Miała pecha, że rozmawiała z największą plotkarą w całym ministerstwie. Judy Downer ma język dłuższy niż Blaise Zabini przyrodzenie.

Draco skrzywił się.

— Bądź tak miła i zachowaj komentarze o fiucie Zabiniego dla siebie.

— Nie bądź taki drażliwy. — Pansy przewróciła oczami z udawanymi znudzeniem. — Kilka zaklęć pompujących i jestem pewna, że mu dorównasz.

— Nie potrzebuję żadnych zaklęć pompujących, jestem bardzo zadowolony ze swojego rozmiaru. Poza tym wszyscy wiedzą, że Zabini w dzieciństwie nałykał się Eliksiru Natychmiastowego Wzrostu, stąd pewne anomalie w jego budowie — odparł dumnym głosem.

— Jasne, jasne. — Pansy machnęła ręką, jakby chciała powiedzieć „Tak to sobie tłumacz, ja wiem swoje". — Wracając do tematu, Granger próbowała się dowiedzieć, czy w Ministerstwie nie ma kreta. Chyba myśli, że twórca Sennej Wróżki obraca się blisko śledztwa.

To ma sens, pomyślał Draco. Jeśli przez tyle czasu udało mu się pozostać nieuchwytnym, to znaczy, że mógł mieć dostęp do śledztwa.

— Pewnie nie możesz się dostać do aurorskich akt? — spytał bez przekonania.

— Bez przesady, Draco. Nawet moja wścibskość ma swoje granice. Ale pomyślałam, że zaprzyjaźnię się z Judy Downer. Tak się składa, że nasi faceci się znają, więc nie powinnam mieć problemów z zaaranżowaniem jakiejś sytuacji sprzyjającej rozwinięciu bliższej znajomości.

Draco kiwnął głową, chociaż Pansy ani nie pytała go o zgodę, ani nie zasięgała jego opinii. To było proste stwierdzenie faktu, jak całe jej dzisiejsze sprawozdanie.


Po wyjściu Pansy Draco długo leżał na kanapie i rozmyślał. W końcu, gdy na dworze zrobiło się zupełnie ciemno, wstał i wyszedł z pokoju. Korzystając z przydatnego skrótu, schowanego za gobelinem przedstawiającym elficki uśmieszek, w okamgnieniu znalazł się na pierwszym piętrze tuż przed drzwiami do komnaty Granger. Zawahał się dosłownie kilka sekund, a potem gwałtownie zapukał. Dopiero po paru minutach namiętnego dobijania się do drzwi został nagrodzony widokiem Granger. A nie wyglądała najlepiej. Oczy miała zaczerwienione i podpuchnięte, jakby płakała przez dłuższy czas, a włosy przy czole wilgotne, więc pewnie przemyła twarz wodą, zanim mu otworzyła. Żałośnie pociągnęła zaczerwienionym nosem i Dracona nawiedziła jakaś dziwna, irracjonalna myśl, żeby sobie pójść i dać jej dzisiaj spokój. Całe szczęście, że szybko się z tego otrząsnął. Merline, czyżby miękł na stare lata?

— Czego chcesz, Malfoy? — warknęła, wpatrując się w niego z jawną niechęcią.

Najwidoczniej wspomnienie ich kłótni wciąż pozostawało zbyt świeże, ale Draco nie zamierzał się tym przejmować. Bał się, że jeśliby dzisiaj odpuścił, w końcu zupełnie zrezygnowałby z tego pomysłu.

— Schowaj pazurki. Przychodzę z pokojowymi zamiarami.

Wilgotne oczy Granger zrobiły się większe i Draco zauważył, że — kiedy nie mrużyła ich we wściekłości — były wielkie jak u lalki.

— Widziałeś się z Ronem? — spytała podejrzliwie.

— Co? Po co miałbym się spotykać z Weasleyem? — Sam pomysł wydał mu się po prostu absurdalny. — Mam do ciebie interes, którego wolałbym nie omawiać na korytarzu.

— Nie jestem zainteresowana.

Próbowała zatrzasnąć mu drzwi przed nosem, ale Draco w porę zablokował je stopą. Syknął z bólu i widząc, że Granger szykuje się do kolejnej próby, wsunął dłoń w szczelinę i odepchnął skrzydło na zewnątrz.

— To mają być pokojowe zamiary? — prychnęła, gdy Draco znalazł się w środku. — Wynoś się stąd albo nie ręczę za siebie!

— Dostałaś Czarem Wściekłości, czy jak? Wyluzuj. Jak powiedziałem, nie przyszedłem się z tobą kłócić ani cię obrażać. — Mówiąc to, rozsiadł się wygodnie na jednym z jej dwóch foteli. — Usiądź, Granger. Porozmawiajmy jak dorośli.

— Wal się — syknęła.

Ręka z różdżką lekko jej drżała, więc Draco, tak na wszelki wypadek, wymacał dłonią własną.

— Jeśli z szacunku dla mnie wolisz w mojej obecności stać, naprawdę nie mam nic przeciwko. — Nie mógł się powstrzymać od leciutkiego, złośliwego uśmieszku. — Nie będę owijał w bawełnę, bo nie mam zamiaru spędzić w twoim uroczym towarzystwie więcej czasu niż to absolutnie konieczne.

Granger milczała, wlepiając w niego to pełne nienawiści spojrzenie. Podejrzewał, że tylko jemu przysługiwał przywilej oglądania go.

— Wiem, że chcesz rozwiązać sprawę Sennej Wróżki i robisz to za plecami Pottera i Weasleya. Jak rozumiem, nie chcesz, aby dowiedzieli się, dlaczego tak bardzo ci na tym zależy. Jak dla mnie, w porządku.

— Już to przerabialiśmy — przerwała mu tak lodowatym tonem, że gdyby głos miał temperaturę, ten zamroziłby samą Dolinę Śmierci. — Niczego ode mnie nie wyciągniesz.

— Tym razem proponuję ci współpracę. Mamy ten sam cel, prawda? Znaleźć twórcę Sennej Wróżki. Ty chcesz się dowiedzieć, czy mogłaś być tamtej nocy pod jej wpływem, a ja mam z facetem do pogadania. Ty masz chody w ministerstwie, ja umiem się poruszać w czarnomagicznym półświatku.

Granger zmarszczyła czoło, usiadła na drugim fotelu i spytała:

— Dlaczego uważasz, że to facet?

Draco przewrócił oczami.

— Naprawdę? W całej mojej przemowie właśnie to uznałaś za najważniejsze?

— No cóż… — Granger wsunęła się głębiej i docisnęła plecy do oparcia. Jedną nogę podkuliła pod siebie, a drugą kolanem dociągnęła do brody. — Reszta to brednie. A więc? Czemu uważasz, że twórca Sennej Wróżki to facet?

— Przecież to oczywiste. — Draco machnął ręką, lekko zirytowany, że Granger naszło deliberować nad takimi głupotami. — Kobiety na ogół nie zajmują się nadnaturalną selekcją.

— Historia zna przypadki, kiedy to kobiety okazywały się seryjnymi morderczyniami. Nie możemy wykluczyć, że za wszystkim stoi kobieta.

— W porządku — zgodził się dla świętego spokoju. — Ale dla ułatwienia nazywajmy go twórcą, nie twórczynią. Więc jak? Chcesz wejść ze mną we współpracę?

— Nadal nie widzę dobrego powodu.

Miał ochotę złapać ją za kostki i ściągnąć na podłogę, tylko po to, żeby mina jej zrzedła.

— Ja jestem dobrym powodem. Granger, powiedz mi, czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę z tego, jak wygląda ciemna strona życia? Miałaś kiedyś kontakt z pieprzonym ćpunem? Kupowałaś narkotyki od pieprzonego dilera? Załatwiałaś coś z pieprzonym przedstawicielem półświatka? Każdy jeden, jeśli nie skojarzy cię z Granger-przyjaciółką-Pottera, natychmiast rozpozna w tobie grzeczną dziewczynkę i niczego się od niego nie dowiesz. Ja pierdolę, Granger, ty się krzywisz na dźwięk zwykłej „kurwy".

— Nie muszę mieć z nimi do czynienia. Ron i Harry nie uciekają się do brudnych podstępów i zawiązywania aliansów z nieciekawymi typkami.

— I od kilku miesięcy stoją w miejscu. Już dawno powinni ruszyć głową i zejść do podziemi.

Granger przygryzła dolną wargę, jakby się nad tym głęboko zastanawiała. Draco musiał przyznać, że nawet mimo podpuchniętych i zaczerwienionych oczu wyglądała całkiem uroczo. Choć może właśnie ta myśl, że niedawno płakała, dawała taki efekt.

— No nie wiem. — Spojrzała na niego. — Nie ufam ci.

— I vice versa. Ale w naszym obopólnym interesie będzie sobie nie szkodzić.

Granger pokręciła głową.

— Nie. Jeśli mamy współpracować, musimy spisać magiczny kontrakt. Jaką mam pewność, że czegoś przede mną nie zataisz, jeśli będzie ci wygodnie? Albo że, kiedy przestanę być dla ciebie użyteczna, po prostu mnie nie zostawisz?

Co za cwana lisica! Ale to Granger. Z nią nigdy nic nie szło prosto.

— Coś jak Wieczysta Przysięga? — Nie miał zamiar niczego obiecywać, jeśli na szali znalazłoby się jego życie.

— Nie. Nie wydaje mi się, żeby była taka potrzeba. Wystarczy zwykłe zaklęcie wiążące… Już to kiedyś robiłam dla potrzeby GD. Pamiętasz Mariettę Edgecombe?

Kiwnął głową. Trudno było o niej zapomnieć. Nie po tym, co jej potteromaniacy zafundowali za zdradę.

— Wtedy rzuciłam zaklęcie na listę członkowską. Mogę rzucić takie samo na umowę, kiedy ją spiszemy. Gdy ktoś z nas złamie jej warunki…

— Okej, rozumiem koncept — przerwał jej Draco. Nie miał zamiaru do końca życia chodzić po świecie z pryszczatym napisem na czole, ale wątpił, by Granger bez spisania tego głupiego kontraktu chciała mu pomóc. Po prostu będzie musiał dopilnować, by w umowie nie znalazło się nic, czego by tam nie chciał i by niewygodne myśli zostały sformułowane na tyle niejasno, by wciąż pozostawało duże pole do ich kreatywnej interpretacji. — Niech będzie. Ale umowę spisujemy razem. Daj pergamin.

— Nie. Nie będziemy robić tego teraz. Muszę przemyśleć, co chciałabym w niej zawrzeć.

Draco prychnął niecierpliwie, ale nie zamierzał nalegać. Może w tym czasie znalazłby jakieś neutralizujące zaklęcie? Albo jakąś lukę, która wyłączałaby go z przestrzegania warunków umowy?

— Dobra. W takim razie jak się namyślisz, to daj mi znać. — Wstał z fotela i podszedł do drzwi, odprowadzany jej czujnym spojrzeniem. — Masz maks trzy dni, Granger.