OoO

Chesapeake niósł ich na grzbietach łaskawych jak do pory fal i bardziej doświadczeni żeglarze śmieli sądzić, że dotrą do celu, omijając gwałtowne burze i sztormy, które potrafiły zrodzić się znienacka.

Na całe szczęście po powrocie na statek nikt Severusowi nie przeszkadzał, zapewne zasługa doktora Gideona, który skutecznie powstrzymał zwłaszcza wścibskich braci Weasleyów przed zaglądaniem do niego. Draco i Blaise również dali mu spokój. Nie mógł to uwierzyć, żaden do tej pory nie wykazywał takiego posłuchu.

Widocznie bezpośrednie rozkazy i polecenia kapitana działały cuda.

Jakkolwiek cieszył się z takiego obrotu rzeczy, to jednak było wręcz podejrzane. Jednak nietypowe zachowanie młodszej części załogi Chesapeake stanowiło ostatnie z obecnych zmartwień Severusa.

Dni żeglugi upływały swoim rytmem wacht i odpoczynku, a jednak czuło się rozdrażnienie ludzi. Trojka najbardziej agresywnych dostała zasłużone baty, co uspokoiło nieznacznie chęć do bitki krewkich piratów. Ale rozdrażnienie zostało. Wisiało niczym duszna mgła, zwodząca na manowce.

Snape odsunął natrętne myśli, skupiając uwagę na Harrym. Gdyby nie musiał się posiłkować swoim niekompletnym, podręcznym zbiorem nasion i startych ziół niekoniecznie służącym do ratowania życia.

Gdyby tylko uzupełnił wcześniej zapas proszku przeciwbólowego. Gideon niestety sam nie posiadał go zbyt wiele i bardzo niechętnie go podawał swoim pacjentom.

Zmaltretowany chłopak nie obudził się, odkąd napoił go miksturą przyrządzoną w rezydencji Vergera. Inaczej, budził się na krótko, ale trawiła go wysoka gorączka, a niespokojny sen wypełniały koszmarne majaki. Przez sen wołał, krzyczał rozpaczliwie, nie zważając na zdarte, zapewne niezwykle obolałe gardło. Po przebudzeniu, w tych krótkich chwilach na jawie wciąż zdawał się pozostawać w mackach koszmaru. Pozwalał się jednak napoić i nakarmić rozgotowaną, rzadką papką ugniecionej kaszy i paru strzępków mięsa i ryby z odrobiną warzyw trzymanych przez kuka na specjalną okazję. Niestety choć porcja była naprawdę skromna, to i tak nie potrafił zjeść całej na jeden posiłek.

— Na Tortudze uzupełnimy nasze zapasy — zarządził kapitan Lecter, gdy spotkali się na codziennej odprawie. Tamtejsze rejony były bezpieczne dla floty pirackiej, poza zasięgiem chciwych rąk gubernatora i wojsk Kompanii, choć niewątpliwie pozostawały pod czujną obserwacją.

Miasto bezprawia, zepsucia i rozpusty. Ale i jeden z bogatszych portów, gdzie można było sprzedać i kupić dosłownie wszystko. Nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał, a co ważniejsze, nikt o niczym nie mówił, jeśli został odpowiednio przekonany. Raj dla szpiegów, skrytobójców i innych typów spod ciemnej gwiazdy, którzy próbowali swoich sił na morzu.

Na niewielką stosunkowo wyspę ściągało rozmaite towarzystwo. Nieprzebrana masa nieudaczników, szubrawców oraz tych, co bycie piratem wyssali z mlekiem matki. Bogaci i biedni. Ci, co potrzebowali zniknąć. I znikali bez śladu.

Cóż, skoro kapitan zdecydował, na pewno miał swoje powody, niemniej Snape westchnął, zerkając na przyjaciela.

— Jesteś pewien, że powinniśmy tam płynąć?

— Sam jestem ciekaw, co nas tam spotka.

Severus przeczesał dłonią włosy i oparł się o biurko Hannibala.

Miał niejasne przeczucie, że się coś wydarzy, ale sam nie wiedział co. Nie umiał opanować swojego niepokoju, ale ignorował go, zrzucając go karb ostatnich wydarzeń.

Will Graham i Harry, którzy znaleźli swoje miejsce pośród hałastry piratów. Bezpośrednio lub też nie doprowadzając do konfrontacji najpierw z Voldemortem, potem Vergerem. Tu przynajmniej się obłowili, plądrując bogatą posiadłość. Oczywiście lwia część trafiła na pokład Czarnej Wdowy, wraz Margot. Dziewczyną obiecała się zaopiekować Lestrange.

Cóż, takie przyrzeczenie z ust Belli brzmiało cokolwiek dziwnie, ale ostatnio świat rzeczywiście stanął na głowie.

A teraz Hannibal wymyślił sobie wycieczkę na Tortugę. Załoga Chesapeake na pewno będzie zadowolona z paru dni uciechy i wolności, ale on tej radości nie czuł. Jedyny plus, niedaleko wschodniej części portu mieszkał zielarz, który miał bogate zbiory i choć niechętnie się z nimi rozstawał, to dla odpowiedniego klienta robił wyjątek.

W tym wypadku istotnie był odpowiednim i zaufanym nabywcą. I tam na pewno dostanie to, czego chce w zadowalających go ilościach.

— Jeśli trafimy na Sparrowa, nie będziesz taki spragniony przygody — mruknął z kąśliwym uśmiechem. — Pan Graham na pewno go zaintryguje i spróbuje ci go wykraść.

Hannibal oparł się o oparcie, posyłając mu rozbawione spojrzenie.

— To by było naprawdę ciekawe, przyjacielu. Will ma ukryty potencjał…

— Panie kapitanie! Severusie! — Do kajuty wpadł Draco, a za nim Blaise. Obaj byli wyraźnie zdenerwowani.

— Idziemy prosto na sztorm! — wykrzyknął Blaise, nim zrobił to młody Malfoy, który jedynie dodał ponuro po krótkiej ciszy:

— Nie uciekniemy. Burza nas dopadnie, nim zawrócimy, albo znajdziemy przystań.

OoO

Istotnie choćby chcieli, to nie umknęliby przed rzęsistym, zacinającym deszczem i szalejącym wiatrem, ciskającym strugami wody przez pokład.

Nie zdążyli też w porę zwinąć żagli i całą załogą walczyli z mokrymi płachtami materiału, zabezpieczając co tylko się dało, starając jednocześnie utrzymać się na powierzchni, aby żywioł nie zatopił Chesapeake. W pewnym momencie Severus spojrzał w górę. Ktoś tkwił między masztami, manipulując gorączkowo przy linkach.

Weasley?! Niewiele widział, ale to chyba był Ron. Co, u licha ciężkiego, on tam wyprawiał? Utknął? Najwyraźniej.

Severus zaklął wściekle i bez namysłu ruszył na górę, jak najostrożniej się dało w tych warunkach.

Czekaj no, osobiście wygarbuję ci skórę!

Z drugiej strony to mógł być ktokolwiek z załogi, kto wpadł na szalony pomysł wspinaczki po olinowaniu podczas wściekłego sztormu. Widział jedynie zarys sylwetki na w pół zgiętej w rozpaczliwej próbie utrzymania równowagi.

Nieważne, kto to był. Jak tylko znajdzie się na dole, odechce się idiocie małpowania.

Dotarcie do niego było nie lada wyczynem, ale Snape wkrótce zmagał się z potężnymi uderzeniami wiatru i strugami deszczu, które na tej wysokości były śmiertelnie niebezpieczne. Upadek do kłębiącej się kipieli oznaczało pewną śmierć. Wystarczyłby jeden nieostrożny krok, zbyt mocne pochylenie, zbyt słabe bądź niezgrabne złapanie lin.

Przekrzykując wodę i wiatr, próbował opanować zmęczenie i lęk, sprowadzić tamtego na pokład. W miarę bezpiecznie.

Niestety, kolejna potężna fala przelała się przez pokład, z impetem uderzając w maszty. Na całe szczęście nie złamały się, ale pękła część lin, co sprawiło, że było coraz groźniej na tej wysokości. Nieszczęsny marynarz stracił równowagę, nie zdążył się złapać i zaczął spadać. Snape patrzył na to z rozpaczliwą bezsilnością. Prawie był na wyciągnięcie ręki, ale niestety nie dał rady. Był zbyt wolny.

Żywioł jednak się nie nasycił. Chciał jeszcze jednej ofiary, ale szczęście w nieszczęściu pirat nie spadał w morską otchłań. Ratował się jak mógł. Bezskutecznie próbował zamortyzować upadek zsuwaniem się po mokrych, szorstkich, na wpół zdjętych żaglach. Musiał o coś uderzyć, bo nagle zrobiło się cicho i ciemno.

To, co jemu zdało się wiecznością, trwało zaledwie chwilę, jedną, przerażającą chwilę.

Nie słyszał nawoływań, ostrych komend, nie był świadomy pewnych rąk, które przeniosły go w bezpieczniejsze, a w każdym razie bardziej suche miejsce.

OoO

Chesapeake przetrwał sztorm i, gdy po kilku godzinach wreszcie nastał świt, można było naprawdę ocenić szkody poczynione przez żywioł. Straty w ludziach, uszkodzenia okrętu dały się we znaki, ale z drugiej strony morze to była kapryśna i zmienna pani. Kto prowadził życie żeglarza, wiedział, jak niewiele wystarczy, aby ujawniła swoje okrutne, nieprzejednane oblicze.

Will nie miał doświadczenia, ale przez ostatnie tygodnie pośród piratów zdążył się nasłuchać wielu mrożących krew w żyłach opowieści, które nie miały zapewne żadnego potwierdzenia w rzeczywistości, a jednak poprzez irracjonalny lęk wymuszały bogobojny szacunek wobec żywiołu.

Doktor Gideon jeszcze w trakcie szalejącej burzy starał się doglądać tych, którzy w jakikolwiek sposób ponieśli uszczerbek na zdrowiu i zostali mu przyniesieni przez kompanów.

Gdy został wezwany do kajuty oficerskiej, już miał ostro przypomnieć, że pacjent równie dobrze może być przeniesiony do obszernego pomieszczenia pod pokładem, gdzie znajdowali się pozostali poszkodowani.

Poszedł jednak tak szybko, jak mógł, zostawiając rannych. Zbliżył się do łóżka, na którym spoczywał… Snape. Blady i krwawiący. Nieprzytomny. Nie pozwolił sobie na marnowanie czasu i szybko wydawał polecenia i domagał się wyjaśnień.

— Ty skończony durniu! — mamrotał, kiedy zdyszany Draco zdał relację, co się stało.

Z sąsiedniego pomieszczenia zajmowanego przez Harry'ego wyjrzał Will Graham i sapnął, widząc, w jakim stanie znajduje się Snape.

Szybko zdjęto z niego przemoczone, podarte ubranie i oczom trójki ukazał się przykry obraz. Mimo najszczerszych chęci pomocy, Draco musiał wracać wesprzeć tych, co wciąż zmagali się z szalejącą burzą.

Will jednak spojrzał na medyka z niemym pytaniem. Pomagał i pracował na statku, imając się wielu zajęć, ale nigdy wcześniej nie asystował Gideonowi, który sprawnie badając i sprawdzając pacjenta, rzekł cicho, jakby do siebie samego:

— Severus Snape jest jednym z najbardziej upartych drani, jakich kiedykolwiek miałem okazję poznać. Jak tylko oprzytomnieje, trudno go będzie w łóżku zatrzymać.

Kolejne godziny nie były łaskawe dla nikogo z załogi Chesapeake, ale w końcu sztorm osłabł i statek wpłynął na spokojniejsze wody.

Wraz z brzaskiem rozpoczęto szacowanie i pierwsze próby tymczasowego załatania uszkodzeń okrętu. Jednocześnie opatrzono rannych, umarłych natomiast oddano straszliwemu żywiołowi, który odebrał im życie.

Dopiero, gdy kapitan był zadowolony, pozwolił zarządzić krótki odpoczynek, wyznaczając jednocześnie ludzi do wachty. Piraci bez słowa podporządkowali się rozkazom, byli na to zbyt strudzeni wypadkami nocy. Na duchu podniosło ich powiadomienie o kursie, jaki podjął Chesapeake. Perspektywa krótkiego przystanku na Tortudze jakby przydała piratom animuszu.

Swoje obowiązki wykonywali z nową energią, już niemal czując stały ląd pod stopami.

Kapitan znalazł jednak drogę do kajut oficerskich, gdzie leżał Severus. Gdy usłyszał relację doktora Gideona, zrozumiał, że jego najbliższy przyjaciel miał niebywałe wprost szczęście w nieszczęściu. Obrażenia były poważne, ale nie zagrażały życiu, a co najważniejsze wedle opinii medyka nie powinny mieć trwałych skutków. Z wyjątkiem zwichniętego biodra i połamanych żeber, które zapewne będą mu dokuczać przez jakiś czas.

Hannibal potrząsnął głową. Jak tylko Severus dojdzie do siebie i będzie w stanie unieść oręż, oberwie za głupotę i bezsensowne narażanie życia. Powinien dostać solidne baty, jak każdy idiota w takiej sytuacji, jednak w jego przypadku nie odniosłyby oczekiwanego rezultatu. Za dobrze go znał.

Na razie jednak widok jego poobijanej, podrapanej, zroszonej kropelkami potu twarzy budził koszmarne wspomnienia, które kapitan Lecter koniecznie chciał wymazać z pamięci.

— Jutro będzie zrzędził, że się ruszyć nie może, kapitanie — uśmiechnął się pokrzepiająco Gideon.

— Zadbam, aby miał co robić — odparł Hannibal. — A jak tam pozostali pacjenci, doktorze?

— Część z nich wydobrzeje nim dopłyniemy do brzegu, dwóch straciło po jednej stopie. Nie dało się ich uratować, ale rekompensata złagodzi ból utraty kończyny. Fred Weasley cierpi z powodu paskudnego wstrząśnienia, pozostali mniej lub bardziej poobijani, ale cali.

Hannibal podszedł do uchylonych drzwi do sąsiedniego pomieszczenia i dyskretnie zajrzał do środka. Harry miał zamknięte oczy, ale jego oddech zdradzał, że nie śpi głęboko, ale nie dręczyły go majaki. Will natomiast spał nadzwyczaj mocno i spokojnie. Półleżał na posłaniu chłopaka w dość niewygodnej pozycji i obejmował drobniejszą sylwetkę.

— Severus będzie zazdrosny — mruknął Gideon.

— Severus nie musi o wszystkim wiedzieć — odpowiedział kapitan Lecter, wracając do łóżka przyjaciela.

OoO

Wśród załogi krążyły niestworzone historie szeptane dla zabicia czasu. Wiele z nich dotyczyły Severusa Snape'a. Jedna z nich mówiła, że to on jest tym czartem, który posiadł dusze piratów pod wodzą kapitana Lectera w zamian za pomyślność i wielkie skarby czekające gdzieś, gdzie jedynie on i Hannibal mogą dotrzeć. Inna przedstawiała go jak zbiegłego księcia, ukrywającego swoje pochodzenie i straszną tajemnicę z przeszłości - niewątpliwie potworną zbrodnię.

Jakkolwiek plotki takie i podobne bajania to w większości stek bzdur, to zawsze się znajdzie w nich ziarno prawdy. Maleńkie i mocno zniekształcone.

Hannibal spojrzał na nieprzytomnego przyjaciela i powiedział ściszonym głosem:

— Nawet nie waż się tego zrobić, Severusie. Pamiętasz, co przyrzekliśmy sobie odnaleźć, nim dokonają się nasze dni? Na twoim miejscu nie łamałbym tej obietnicy.

Przez chwilę obserwował rannego i wkrótce ku swojemu zadowoleniu dostrzegł coś, co nie mogło być uznane za mimowolny grymas.

— Drań…

Wyszeptane z najwyższym trudem słowo wywołało uśmiech kapitana.

— Zgadza się. Drań, który wybije ci z tego durnego łba bieganie po linach w czasie sztormu, jak tylko wstaniesz z łoża boleści.

Hannibal nie oczekiwał odpowiedzi. Przyłożył dłoń do policzka rannego i westchnął, widząc, że Severus ponownie zasnął. Doskonale zdawał sobie sprawę, jak mało brakowało, aby stracił kogoś, kogo kochał jak rodzonego brata.

A jednak miał pewność, że Severus potrzebuje jedynie czasu, żeby wrócić do zdrowia. Ufał nie tyle zdolnościom doktora Gideona, które były wyjątkowe, ile sile instynktu przetrwania swojego przyjaciela. Nie znał nikogo, kto tyle razy zaglądałby śmierci w twarz i wychodził z tego spotkania prawie bez szwanku.

Ciało Severusa Snape'a znaczyły blizny, nigdy ich specjalnie nie krył, ale i nie był chętny zdradzić swoją przeszłość. Kapitan Lecter znał sporą część tej historii, uczestniczył w niej, ale były sekrety, których przyjaciel mu nie wyjawił, a on nie próbował ich odkrywać.

Dobrze wiedział, że pewne rzeczy nie powinny ujrzeć światła dziennego w nieodpowiednim momencie. Severus zazdrośnie strzegł swych tajemnic i niezwykle rzadko do nich nawiązywał. Niektóre wspomnienia wciąż pozostawały bolesną, otwartą raną mimo upływu czasu. Uwolnić się od nich wcale nie było tak prosto.

Hannibal wrócił myślami do chwili, gdy pierwszy raz zobaczył go w tawernie. Severus pił wtedy i obserwował gwarne otoczenie z tą samą nieufnością, co on. Z początku mijali się wzrokiem niczym samotne drapieżniki. Czujnie i podejrzliwie trzymali się na dystans, choć bez niepotrzebnej agresji.

Siedzieli niezbyt blisko siebie, ale wraz z napływem podpitej klienteli zmniejszali stopniowo przestrzeń w niewielkiej tawernie, żeby koniec końców usiąść przy jednym stole w ciemnym kącie. Dwie butelki zaskakująco dobrego, jak na ten lokal, wina wystarczyły do nawiązania konwersacji, a także nici sympatii.

Los zetknął ich razem i nie pozwolił, aby się rozdzielili. Towarzystwo Severusa było wymagające, ale z drugiej strony dawało wiele satysfakcji. Hannibal nauczył się doceniać szczerość i cięty język kompana.

Uśmiechnął się do swoich myśli. Znali się wystarczająco długo, aby wybaczyć pewne skazy na charakterze, jakie obaj nosili i wzajemnie przewidzieć tok rozumowania w danej sytuacji. Czasem obaj podejmowali ogromne ryzyko, aby wyjść z tarczą, jak to mawiali starożytni.

OoO

Severus starał się leżeć w bezruchu, ale nawet zaczerpniecie powietrza graniczyło z agonią. Pęknięte, albo złamane żebra. Potworny ból promieniował też z biodra, choć już nie w takim stopniu, gdy po raz pierwszy otworzył oczy. Nie do końca był pewien, czy czasem nie jest to zasługą paru łyków zaprawionego rumu, którym został napojony przez Hannibala po przełknięciu lekkiego posiłku. Podobną papką on sam karmił Harry'ego.

— Chłopak… — wykrztusił słabo, na granicy snu.

— Nasz dzielny, młody kompan ma się już dużo lepiej, przyjacielu. Wciąż jest słaby jak kocię ale nie sposób go utrzymać w łóżku.

— Dlatego trzeba sięgać po niecne metody. Całkiem jak w twoim przypadku, Severusie. — Do rozmowy wtrącił się Gideon, który znalazł się przy swoim pacjencie i zbadał go pobieżnie, ignorując protesty.

Hannibal przyglądał się temu z rozbawieniem, Severus zaciekle walczył z ogarniającą go sennością i doktorem, który bez kłopotu poradził sobie z nim i mruknął:

— Za każdym razem to samo.

Słysząc kroki za sobą, obrócili się obaj. W progu zobaczyli Harry'ego podpieranego dyskretnie przez Draco. Malfoy wyraźnie nie był z tego zadowolony, ale pewnie wywiązywał się ze swojego zadania.

Harry stał na własnych nogach jedynie chyba dzięki uporowi i niezłomności. Oddychał ciężko, blady, z twarzą zroszoną potem.

— A ty tu czego, chłopcze? — zapytał kapitan i choć w jego głosie nie było słychać krzty złości, ani cienia groźby, to wszyscy zauważyli wzdrygnięcie, którego Harry nie zdołał powstrzymać. — Miałeś spać.

Gideon posłał młodzieńcom podejrzliwe, przenikliwe spojrzenie, którego Draco nie wytrzymał i spuścił wzrok. Uśmiech Hannibala był ledwie dostrzegalny. Młody Malfoy nie miał na statku niskiej pozycji, jego spryt oraz niespotykana wśród zwykłych piratów ogłada, wiedza teoretyczna miały swoją wartość, choć czasem trzeba było go nieco przytemperować i przypomnieć mu jego miejsce.

Kapitan Lecter znał swoją załogę, jej zalety jak i wady. Najczęściej wielu z jej członków. wymagało stanowczego wyciągania konsekwencji i bezwzględnego karania występków. Czasem jednak nie sięgał do podobnych metod, a do czegoś, co było niezwykle uciążliwe dla delikwenta, choć inni by nie uznali tego za karę.

Tym razem uznał, że tak postąpi względem Draco. I nawet wiedział, gdzie go wysłać.

Młody Malfoy zdał się zauważyć jego minę, bo mimowolnie się cofnął.

W tym samym czasie Harry tłumaczył się bardzo mgliście, dlaczego nie odpoczywa wbrew poleceniom doktora Gideona. Wkrótce jednak było jasne, że składanie wyjaśnień wyczerpało jego siły do cna i, nim je złożył do końca, runął na podłogę. Gdy nie szybka reakcja kapitana, rozbiłby sobie głowę.

Medyk natychmiast znalazł się przy nim, z niezadowoleniem kręcąc głową.

— Draco, jutro rano zameldujesz się u Zgredka. To twój przydział na najbliższy tydzień i nie, pobyt na Tortudze go nie obejmuje, ani nie zezwalam na to, abyś do kuchni w zastępstwie posłał Blaise'a, czy to jasne?

Malfoy zaciął wargi i kiwnął głową.

Przydział zmroził mu krew w żyłach. Kuchnia to był rejon, gdzie wolał się nie zapuszczać. Zgredek osobliwością nawet wśród załogi Chesapeake. Nie za wysoki, żylasty pirat nie lubił opuszczać swojego królestwa i niechętnie dopuszczał do niego innych. Wyjątkiem od tej reguły był Ron Weasley, który od jakiegoś czasu mu pomagał. Najmłodszy z rudzielców może za dużo gadał i do bitki, zanim pomyślał, to jednak bez słowa sprzeciwu asystował przy szykowaniu strawy dla całej załogi. Jedynym z minusów pracy w kuchni było to, że kuk i jego podkomendni jedli na samym końcu. Niemniej najwidoczniej Zgredek miał odpowiednie do tego oko, bo nawet Ron, którego żołądek zdawał się nie mieć dna, nie narzekał zanadto, że chodzi głodny.

Nie darzyli się sympatią, ale nie byli uważani za wrogów. Zdarzało się, że niechętnie oddawali sobie wzajemnie przysługi, starając się spłacić ewentualny dług jak najprędzej. Z czasem przerodziło się to w przedziwną relację.

Pomagali sobie w ten czy inny sposób, ale robili to, unikając wścibskich spojrzeń.

Na co dzień nie zamieniali więcej niż parę uszczypliwych uwag, a ich niegroźne droczenie się traktowane było z przymrużeniem oka przez resztę.

A teraz będzie musiał znieść towarzystwo Rona przez cały tydzień. Draco zgrzytnął zębami, zerkając na nieprzytomnego Harry'ego.

To nie moja wina. Nic przecież nie zrobiłem.

OoO